Lipa na ból zębów

Jest środek wakacji, więc nie będzie ani o Ukrainie, ani o taśmach, ani nawet o Chazanie, ale o lipie. O lipie, mającej cudowną własność leczenia bólu zębów.

Jak w sezonie ogórkowym donosi Fakt, proboszcz parafii w Cielętnikach koło Częstochowy kazał ogrodzić zabytkową lipę prawie dwumetrowym, metalowym płotem, aby ochronić ją przed pielgrzymami, którzy ogryzali jej korę wierząc, że uleczy to ich ból zębów. Historia jest znana, już kilka lat temu opisywał ją katolicki tygodnik Niedziela, zresztą dając to jako przykład „wspomagania i popierania idei ochrony przyrody” przez polski Kościół, „zgodnie z przesłaniem św. Franciszka z Asyżu”. Wcześniej opisywali to badacze folkloru. Lipa w Cielętnikach i jej własności nie są szerzej znane, ale lokalna tradycja jej dotycząca jest najwyraźniej bardzo stara, wielusetletnia.

Widzimy tu piękny przykład trwania śladów kultu pradawnego, przedchrześcijańskiego. Charakterystycznego dla Europy kultu świętego drzewa, który Kościół niechętnie toleruje. Niechętnie, gdyż pień lipy kiedyś smarowano smołą, teraz ogrodzono, rzekomo dla ochrony zabytkowego drzewa, ale jednak toleruje: lipy nikt nie kazał wyciąć. Widać jednak, że Kościół kiepsko sobie z tym postpogańskim kultem radzi. A przecież można go było umiejętnie zchrystianizować, jak zrobiono to w niezliczonych miejscach w zachodniej Europie. Można było na przykład opowiadać taką historię:

Wojewoda1, aby odpokutować swe liczne zbrodnie i grzechy, miał zanieść obraz św. Apolonii2 do sanktuarium w Studziannej pod Opocznem. Miał iść sam i pieszo, podpierając się jedynie laską wystruganą z lipowego drewna. I tak w wigilię niedzieli Przemienienia Pańskiego3 wojewoda dotarł do pewnej ustronnej okolicy, gdzie zmorzył go sen. Aby cenny obraz nie został uszkodzony, wojewoda przed snem przymocował go do swojej laski, którą wbił w ziemię. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że lipowa laska przez noc rozrosła się w piękne, okazałe drzewo; obraz był tak wysoko, że wojewoda nie mógł go dosięgnąć. Wojewoda zrozumiał, że święta życzy sobie pozostać w tym szczególnym miejscu. Zaraz też kazał pobudować tam kościół, na którego ścianie umieścił obraz św. Apolonii. Lipa zaś rośnie w tym miejscu po dziś dzień, świadcząc o cudzie dokonanym za wstawiennictwem świętej.

  1. Postać wojewody pojawia się w opowiadaniu zawartym w Niedzieli. Jest to więc postać jakoś ważna dla tego miejsca i trzeba ją zachować.
  2. Św. Apolonia, której poganie w czasie prześladowań wybili wszystkie zęby, jest patronką cyrulików. Ludzie cierpiący na ból zębów proszą o jej wstawiennictwo. Obraz św. Apolonii w istocie znajduje się na ścianie kościoła w Cielętnikach, nieopodal lipy.
  3. Aby wyjaśnić wezwanie istniejącego tam kościoła.

Gdyby taką historię opowiadać od kilkuset lat, mielibyśmy piękny kult lokalny, element „chrześcijańskiej mitologii”. I kogo obchodzi, że jest to kompletnie ahistoryczne? Ważne, że „naturalnie” łączy magiczne własności świętego drzewa z kultem chrześcijańskiej świętej. Tak Kościół robił to przez wiele set lat w Galii, Germanii, Brytanii. A w Polsce nie. Co prawda obraz św. Apolonii się pojawił, ale raczej aby udawać, że wierni modlą się do świętej, nie do drzewa. Samego drzewa i jego magii w tej opowieści nie ma. Gdy chrześcijaństwo przyszło do Polski, stare kulty próbowano jedynie niszczyć. I stąd jest w nas ta ponadtysiącletnia trauma zniszczenia rodzimej kultury, która wciąż nas zatruwa, jak o tym pisali Karol Modzelewski i Maria Janion.

Cudowna lipa w Cielętnikach

Opłaty za drugi kierunek

5 czerwca Trybunał Konstytucyjny, na wniosek PiSu, zniósł jeden z elementów „reformy Kudryckiej”: opłaty za drugi kierunek studiów stacjonarnych i za nadliczbowe ECTSy. Wyrok Trybunału będzie co prawda obowiązywać dopiero od roku akademickiego 2015/16, ale kolejne uczelnie znoszą opłaty ze skutkiem natychmiastowym. W tym tygodniu zrobił to Senat UJ (§ 6. cytowanej uchwały). 

Muszę powiedzieć, że witam to rozwiązanie z mieszanymi uczuciami.

Po pierwsze, między bajki wkładam argument, że młodzież jest tak żądna wiedzy, że chce studiować drugi, a nawet trzeci kierunek, żeby poszerzyć swoje horyzonty. Owszem, są tacy ludzie, sam takich znam, ale to są jednostki, na ogół bardzo utalentowane, które z łatwością zmieściłyby się w limicie 10% najlepszych, jaki wprowadziła nowelizacja autorstwa minister Barbary Kudryckiej. Najczęściej motywacja do studiowania drugiego kierunku jest inna: niepewność losu połączona z ucieczką przed koniecznością wejścia w dorosłość, coś w rodzaju syndromu Piotrusia Pana, często podbudowywana fałszywym przekonaniem, że mnogość dyplomów zwiększa szanse na rynku pracy, gdy w końcu kiedyś, po wielu latach, osoba zdecyduje się na ten rynek pracy wejść. Drugą grupą są ci, którzy studiowali jedno, bo w wieku 19 lat dokonali niewłaściwego wyboru (z nieświadomości, pod presją rodziców itd), męczyli się okropnie, ale uzyskali dyplom, aby w końcu przyznać, że popełnili błąd, a ich powołaniem jest coś innego, więc zaczynają studiować drugie. Takich ludzi po części podziwiam za odwagę, po części jest mi ich żal. Trzecią – i, jestem przekonany, najliczniejszą – grupę drugokierunkowców stanowią ci, którzy jak najdłużej chcą zachować status studenta w związku z licznymi przywilejami socjalnymi, jaki w Polsce ten status niesie.

Z drugiej strony, za całkowicie chybione uważam porównywanie sytuacji studentów polskich i amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych studiowanie drugiego kierunku jest zjawiskiem niesłychanie rzadkim, o marginalnym znaczeniu. Bierze się to stąd, że w Stanach studia są płatne. Niektóre ceny, zwłaszcza na kierunkach prowadzących do professional degrees, są kolosalne. W dodatku koszt studiowania rośnie wyraźnie szybciej, niż inflacja. Choć jest tam cała masa programów stypendialnych – ten system jest znacznie bardziej rozbudowany, niż w Polsce – większość studentów za studia płaci. Znaczna część zaciąga na to specjalne pożyczki, które bywają koszmarnym obciążeniem finansowym. Nie można ich zlikwidować nawet ogłaszając personal bankruptcy. W tej sytuacji branie na siebie dodatkowych obciążeń finansowych jest wielce nieroztropne i niewiele osób się na to decyduje/może sobie na studiowanie drugiego kierunku pozwolić. W Polsce natomiast studia stacjonarne na uczelniach państwowych są „bezpłatne” – to znaczy, finansuje je budżet państwa – a nawet, jak pisałem, pociągają cały szereg przywilejów, także finansowanych z budżetu. Skoro państwo finansuje edukację, może, co do zasady – której Trybunał nie zakwestionował – wprowadzać jakieś ograniczenia. 

Po trzecie jednak, jeden z elementów rozwiązania wprowadzonego przez Barbarę Kudrycką, był piramidalnie głupi i szkodliwy. Chodzi mi mianowicie o opłatę za nadliczbowe ECTSy. Powiedzmy, że ktoś studiuje na kierunku licencjackim. Ustawa wymaga, aby w ciągu trzech lat uzyskał co najmniej 180 ECTS za zaliczone przedmioty. Wolno zaliczyć jeszcze dodatkowe 30 ECTS. Za wszystko ponad to trzeba było płacić, a zatem osoba zainteresowana większą liczbą kursów do wyboru – co jest klasyczną sytuacją chęci poszerzania wiedzy! – nie mogła ich robić. Ba, zgodnie z doktryną trzeba było płacić za wszystko, co nie należało do oficjalnego planu studiów, nawet jeśli limit 30 dodatkowych ECTS nie zostałby przekroczony! Gdyby więc student fizyki chciał zaliczyć dodatkowy przedmiot na matematyce, informatyce czy chemii, a wszystko to się od czasu do czasu zdarzało, musiałby za to płacić. Podobnie musiałby płacić ktoś, komu powinęła się noga na trzecim roku studiów licencjackich i chciałby „awansem” robić przedmioty z pierwszego roku studiów II stopnia (dawny czwarty rok), a coś takiego zdarza się naprawdę często.

Opłata za nadliczbowe ECTSy karze także tych, którzy bona fide zrezygnowali z pierwotnie wybranego kierunku: okazało się, że nie dla nich, za trudny, nieciekawy. Rezygnują bez uzyskania dyplomu, podejmują inne studia, ale coś na tym pierwszym zaliczyli, więc być może musieliby płacić za możliwość ukończenia studiów na tym kierunku, który ostatecznie wybrali. Nonsens.

Trybunał Konstytucyjny zgodził się, że wielokierunkowość może rodzić pewne patologie, ale zarazem przyjęte przez ustawodawcę rozwiązanie – opłaty za drugi i dalsze kierunki studiów – uznał za niekonstytucyjne. Ustawodawca będzie musiał przepisy zmienić. Napiszę, co ja na ten temat sądzę, aczkolwiek w świetle orzeczenia Trybunału rozwiązanie pewnie będzie musiało być inne. 

Przede wszystkim trzeba rozróżnić pomiędzy wiedzą zdobywaną w czasie kolejnych kursów, a uprawnieniami zawodowymi, które uzyskuje się w wyniku zdobycia dyplomu. To pierwsze jest godne pochwały, a przy okazji eliminuje absurdy „nadliczbowych ECTSów”. To drugie jest pewnym ekscesem, fanaberią. Państwo gwarantuje możliwość zdobycia bezpłatnego wykształcenia i uprawnień zawodowych potwierdzonych dyplomem, ale gdy ktoś raz z tej możliwości skorzystał i dyplom (na danym poziomie studiów) uzyskał, nie ma powodu, aby możliwość tę zwielokrotniać.

Zatem:

  • nie powinno być opłat za nadmiarowe ECTSy; branie dodatkowych kursów – czy to na swoim kierunku, czy na jakimś innym – w zasadzie nie przedłuża studiów
  • powinno się płacić za możliwość uzyskania drugiego dyplomu na tym samym poziomie studiów
  • osoby studiujące na drugim kierunku, a także równolegle na kilku kierunkach, mogą korzystać z pomocy materialnej tylko na jednym z nich/tylko do uzyskania pierwszego dyplomu.

Tak uważam. Spodziewam się przy tym, że ustawodawca nie zrobi nic, to znaczy przepisy w tym zakresie pozostaną takie same, jakie były przed 2011.

Fragmentaryczność

Afera taśmowa była właściwie nie-aferą. Publiczność na hasła „taśmy” i „politycy” zareagowała jak pies Pawłowa i krzyknęła „afera”, choć upieram się, że w rozmowie Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką nie było niczego skandalicznego. Może jeszcze do tego wrócę. Niestety, afera taśmowa miała swoją drugą odsłonę: Prokuratura wkroczyła do redakcji „Wprost”, żeby zabrać stamtąd nagrania, stanowiące dowód w sprawie nielegalnych podsłuchów. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny „Wprost”, nagrań nie wydał, powołując się na tajemnicę dziennikarską i na to, że wydanie wszystkich nagrań, także tych nieopublikowanych, uniemożliwi ich publikację przez tygodnik, to zaś godziłoby w wolność słowa. Zrobiło się straszne zamieszanie, prokuratorzy i towarzyszący im agenci ABW nie bardzo wiedzieli, co mają robić, szamotanina w redakcji była transmitowana na żywo przez wszystkie media w Polsce. Wiarygodność rządu spadała z każdą sekundą transmisji – władza chce przemocą, bezprawnie zakneblować niezależne media!

Po wszystkim okazało się, że prokuratura, choć zachowała się wybitnie nieprofesjonalnie, jednak nie naruszyła prawa. To, co prokuratura może, czego zaś nie może w związku z tajemnicą dziennikarską, klarownie wyjaśnia ten bloger: Tajemnica dziennikarska a przeszukanie. To samo zresztą tłumaczył prokurator generalny Andrzej Seremet w czasie swojej konferencji prasowej. 

Pojąć przy tym nie mogę, czemu właściwie prokuratura żądała wydania nośników, skoro, jeśli można było na ich podstawie zidentyfikować źródło, prokuratura nie mogłaby z nich skorzystać (przytaczany Art. 180 § 3 kpk). A jeśli źródła nie można zidentyfikować, to po co prokuraturze ten dowód, w dodatku we wszystkich istniejących egzemplarzach? Jeśli ktoś wątpi, że nagrań faktycznie dokonano, może je sobie ściągnąć z internetu. Prokuratura chyba tego rozumowania nie przeprowadziła. Zadziałała rutynowo.

Najważniejszą jednak sprawą jest zarzut próby uniemożliwienia publikacji treści następnych podsłuchów, które były w posiadaniu redakcji. Redakcja i inne media rozumowały, że jeśli jakieś materiały wejdą w posiadanie prokuratury, zostają objęte tajemnicą śledztwa i ich opublikowanie byłoby zagrożone bardzo wysoką grzywną, a nawet karą więzienia. Prokurator Seremet tłumaczył później, że to nieprawda: Kruczek polega na tym, że nie wolno publikować informacji, które uzyskało się w trakcie prokuratorskiego śledztwa, ponieważ jednak redakcja poznała je zanim śledztwo się rozpoczęło, nie byłyby one chronione tajemnicą śledztwa. Może to i prawda, ale takiego wyjaśnienia ewidentnie zabrakło ze strony prokuratorów prowadzących akcję w redakcji „Wprost”. Przekonanie, że wydanie materiałów prokuraturze uniemożliwi ich publikację, spowodowało oskarżenia, że władza godzi w wolność słowa. Albo więc prokurator Seremet się myli, a wówczas atak na wolność słowa był, albo prokuratorzy uczestniczący w akcji sami nie znają prawa, albo nie obchodzą ich konsekwencje ich własnych działań: niech zginie cały świat, byle było tak, jak chce prokuratura.

Prokuratura wyraźnie ma problem.

Prokuratura przyzwyczaiła się do sytuacji, w której, gdy wkracza z ABW, wszyscy trzęsą portkami i zaczynają rozglądać się za szczoteczką do zębów i zmianą bielizny. A tu trafili na redaktora, który nie dość, że portkami nie zatrząsł, to jeszcze postanowił rzecz wykorzystać do darmowej reklamy, ubrania się w kostium obrońcy wolności słowa i przydania sobie znaczenia, którego nie posiada. I dlaczego właściwie prokuratura wkroczyła, nawet abstrahując od tego, czy te materiały były jej faktycznie potrzebne? Nie wystarczyło wezwać Sylwestra Latkowskiego do wydania dowodów? Pani prokurator z Prokuratury Rejonowej arogancko tłumaczyła, że prokuratura nie ma zwyczaju wysyłania uprzejmych pism. Później to samo – w sposób o wiele bardziej taktowny, ale treść była taka sama – powtórzył prokurator Seremet. Prokuratura nie wysyła uprzejmych pism? Być może tu właśnie leży część problemu: Prokuratura traktuje obywateli z góry, zastrasza, pokazuje im, że jest Władzą, nie zaś państwową instytucją służącą wszystkim obywatelom i wszystkich obywateli traktującą z należnym szacunkiem. Prokuratura ma to we krwi: Tak została stworzona, ukształtowana, do takiego funkcjonowania przyzwyczajona. Moim zdaniem jest to, przynajmniej w jakiejś części, pochodną bezkarności prokuratury (i bezkarności, a także pozostawienia praktycznie poza wszelką kontrolą, służb specjalnych). I nie mam tu na myśli nawet spraw „politycznych”, ale zwykłe sprawy kryminalne, w których prokuratura oskarża nie tego, co trzeba, ale którego oskarżyć jest łatwo, trzyma się tego oskarżenia wbrew faktom, po jakimś czasie (niekiedy po latach) okazuje się, że facet był niewinny, no, ale życie ma rozwalone, a prokuratorzy nie mają sobie nic do zarzucenia i awansują. Nie ma co się dziwić, że prokuratura jest kompletnie bezradna, gdy trafi na człowieka, który się jej nie boi, ma obok siebie adwokata i całą masę mediów. 

Bartłomiej Sienkiewicz może mieć ponurą satysfakcję, że jego słowa

Państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością

znalazły taką nieoczekiwaną ilustrację. Prokuratura działa zgodnie ze swoim interesem – obojętne, uzasadnionym czy nie – nie zważając, jak wielkie szkody wyrządza nie tylko rządowi, ale państwu jako takiemu. 

Donald Tusk powinien błogosławić dzień, w którym prokuratura stała się niezależna od rządu (w 2010, za pierwszej kadencji Platformy). Choć bowiem za aferę w redakcji „Wprost” największe cięgi zbiera rząd, tym razem odpowiedzialność spada na prokuraturę: Premier ani rewizji w redakcji „Wprost” nie nakazał, ale też nie mógł jej powstrzymać, gdy mleko zaczęło się rozlewać na oczach zdumionej publiczności – choć próbował, na co wskazują rozpaczliwe telefony do prokuratora generalnego i szefostwa ABW. I choć teraz większość dziennikarzy – i publiczności – nie jest w stanie pojąć, że prokuratura nie jest w dyspozycji Tuska, wytłumaczenie tego choć części opinii, mianowicie tej, która mogłaby na Platformę głosować, ale teraz bardzo się do niej zniechęciła, jest jedyną nadzieją premiera na wyjście z tej opresji.

Pozorną radą na „fragmentaryczność” państwa jest oświecona dyktatura, monarchia absolutna, w której całe państwo realizują wolę przywódcy. Jarosław Kaczyński, arcyetatysta, chyba autentycznie nie może zrozumieć, że ktoś działa nie na polecenie przywódcy. Wydaje się jednak, że ludzkość miała kilka dobrych powodów, aby z tej formy rządów zrezygnować. I żadnych, aby do niej wracać.

Kamieni kupa

Media donoszą, iż „Wprost” donosi, że ma kompromitujące dla rządu taśmy: minister Bartłomiej Sienkiewicz dogaduje się z prezesem NBP Markiem Belką, że NBP pomoże zwalczać deficyt budżetowy, gdyż

Zwycięstwo PiS oznacza ucieczkę inwestorów, pogorszenie się warunków finansowych i parę innych kłopocików wewnątrz Polski.

Widać też, że rząd, a w każdym razie minister Sienkiewicz, nie jest ani tak oderwany od rzeczywistości, jak to się często mówi, ani tak dogmatyczny, jak twierdzą jeszcze inni. Sienkiewicz stwierdza mianowicie, że

Polacy mają w dupie orliki i autostrady

a więc rzeczy, którymi rząd najchętniej się chwali i o którym donoszą media. Deficyt budżetowy to co innego. Nie dlatego, że jest on dla Polaków ważny jako abstrakcyjna kategoria ekonomiczna, ale dlatego, że procedura ograniczania deficytu, do czego, po przekroczeniu pewnych progów, zobowiązuje nas i Konstytucja, i zobowiązania europejskie, byłyby bardzo bolesne dla obywateli, gdyż oznaczałyby ostre cięcia w gospodarce i programach rządowych. Można powiedzieć, że Sienkiewicz dba o szanse wyborcze Platformy – zgoda, ale jednocześnie trzeba powiedzieć, że dba on o realne, odczuwalne jako najistotniejsze, potrzeby obywateli.

Na to wszystko Belka mówi OK, ale odwołajcie ministra Rostowskiego, bo on się proponowanym zmianom sprzeciwi, z czym zresztą zgadza się Sienkiewicz. I tak się w końcu dzieje; inna rzecz, że Rostowski – choć bez wątpienia niezwykle kompetentny – był dość powszechnie nielubiany, a wobec tego był dla rządu obciążeniem, którego premier chętnie się pozbył.

Pozostałe „wstrząsające” nagrania dotyczą ex-ministra, ex-modela Nowaka, który prosi o ograniczenie kontroli finansowych, jakim podlegała jego żona. W trzecim nagraniu platformerski szef NIK pięknie spuszcza po brzytwie super-biznesmena Jana Kulczyka. Nowak kompromituje sam siebie – nie pierwszy raz – ale wiceminister finansów, zdaje się, żadnej pomocy Nowakowi nie obiecał. W tym, co słyszymy o Kwiatkowskim, nie ma niczego niestosownego. Największy krzyk dotyczy rozmowy Sienkiewicza z Belką. Otóż ja w niej też nie widzę niczego nagannego. Panowie się targują: chcesz, żebym zrobił tak, to ty mi zrób siak. Ne ma mowy o żadnych łapówkach czy korzyściach osobistych, przeciwnie, argumenty, jakie padają, odnoszą się do kondycji państwa – gospodarczej i nie tylko. Sienkiewicz, cały rząd i Platforma nie chcą zwycięstwa PiSu? No nie chcą, ale nie dlatego, że straciliby posady i apanaże, tylko dlatego, że – uważają – to zaszkodziłoby Polsce. Tak mówi przedstawiciel siły politycznej, która jest przekonana, że jej pomysł na rządzenie jest o wiele lepszy dla kraju, niż pomysły konkurencji.

No i wreszcie wypowiedź Sienkiewicza, od której prawicowe media aż się zachłystują (źródło):

Państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością.

Przecież to jest wypowiedź propaństwowca, z której minister powinien być dumny! Jedną z polskich zmór jest „Polska resortowa”, w której każdy urząd, każda agenda realizuje swoje własne cele – a jeszcze częściej dba tylko o to, żeby w danym urzędzie, w danej instytucji wszystko było formalnie w porządku –  nie patrząc się na dobro państwa jako całości: Różne służby rywalizują ze sobą, wojewoda nie współpracuje ze starostą, minister środowiska nie współpracuje z ministrem infrastruktury i tak dalej. Wszyscy widzimy to na codzień i doświadczamy tego skutków. Minister Sienkiewicz ma rację: poszczególne fragmenty państwa jakoś tam działają, państwo jako całość – nie. I ten stan rzeczy na pewno nie jest dobry.

Prawica powiada, że rozmowa Sienkiewicza z Belką to dowód na spisek. E, jaki tam spisek. Normalna rozmowa polityczna, jakie poza protokołem toczyły się i toczyć się będą jak świat długi i szeroki. Trochę szkoda, że panowie (ale raczej Marek Belka, niż Bartłomiej Sienkiewicz) bywają wulgarni. Cóż, nobody’s perfect.

Owszem, jak wiem z filmu i literatury, w krajach skandynawskich wszystkie rozmowy polityków są oficjalne – są protokołowane, a przynajmniej odnotowywany jest fakt przeprowadzenia takiego spotkania, rozmowy. Nasi tymczasem rozmawiają w jakiejś warszawskiej restauracji. Zapewne należy dążyć do standardów skandynawskich również i w Polsce. Skądinąd filmy i literatura, z których to wiem, dotyczą korupcji i straszliwych zbrodni popełnianych w kręgach władzy. Nobody’s perfect, Skandynawowie także nie? Obowiązek protokołowania etc nie eliminuje całkowicie ludzkiej nieuczciwości, a ostatecznie to najbardziej się liczy. W rozmowie Bartłomieja Sienkiewicza z Markiem Belką żadnej nieuczciwości nie dostrzegam.

Jedno mnie w tym frapuje: Bartłomiej Sienkiewicz był w służbach specjalnych, zakładał UOP, a mówi się, że nie ma byłych pracowników służb. Sienkiewicz na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że tego typu rozmowy mogą potencjalnie być podsłuchiwane i że nie powinno ich się prowadzić byle gdzie. Skoro więc mówił, co mówił, to znaczy, że czuł się całkowicie bezpiecznie. Niestety, realia postsnowdenowskie (abstrahując od tego, kto dokonal tych nagrań) najwyraźniej dotarły i do Polski. Teraz to dopiero zacznie się konspiracja!

Pomijając jednak wszystko inne, usłyszeć, że minister mówi o jakimś rządowym planie inwestycyjnym, że to jest

chuj, dupa i kamieni kupa

– bezcenne!

Jakoimy

Zmarł Wojciech Jaruzelski. W piątek odbył się jego pogrzeb. Na Powązkach, z honorami państwowymi i wojskowymi. Jak należało się spodziewać, zrobiło się straszne zamieszanie. Byłoby mniejsze, gdyby atmosfery na samym początku nie podgrzały dwa wybitnie głupie oświadczenia polityczne.

Najpierw Leszek Miller zażądał wprowadzenia żałoby narodowej. Chwilę później prezes IPN zaprotestował przeciwko samemu pogrzebowi Jaruzelskiego na wojskowych Powązkach (w późniejszym oświadczeniu nieco złagodził ton i protestował tylko przeciwko państwowemu charakterowi pogrzebu). Oba te oświadczenia były adresowane do własnych wyznawców i politycznych plenipotentów, z pełną świadomością, iż rozjuszą przedstawicieli drugiej strony. Leszek Miller doskonale przecież wie, że gen. Wojciech Jaruzelski ma na koncie wiele rzeczy niepięknych, od walk z WiNowcami w 1946, poprzez antysemickie czystki i najazd na Czechosłowację w 1968, aż po wprowadzenie stanu wojennego w 1981 i ponurą beznadzieję lat ’80. I wszystko to, co pomiędzy. Prezes IPN, dr Łukasz Kamiński, ze swej strony ma pełną świadomość, że Jaruzelski był żołnierzem I Armii (Berlinga), brał udział w walkach z Niemcami, był nagradzany odznaczeniami bojowymi, w tym dwukrotnie Krzyżem Walecznych, więc miejsce w kwaterze I Armii należy mu się bezdyskusyjnie. Miller jednak powiedział swoją bzdurę, Łukasz Kamiński swoją, żeby przypodobać się swoim politycznym poplecznikom, nie zważając na prawdę historyczną. Ohydne.

Nie ma wątpliwości, że, jak pisze Roman Graczyk,

ludzie, którzy protestowali przed katedrą polową i na cmentarzu […] z pewnością przekroczyli granicę dobrego obyczaju

pozostaje jednak kwestia, czy Wojciechowi Jaruzelskiemu należał się pogrzeb państwowy, z pełnym ceremoniałem.

Uważam, że tak. Z trzech powodów.

Po pierwsze, Jaruzelski był generałem i byłym prezydentem Polski – nie tylko PRL, ale także Rzeczpospolitej Polskiej, od 31 grudnia 1989 aż do zaprzysiężenia Wałęsy w grudniu 1990. Nie osądzono go – nie wnikam tu, dlaczego, zresztą tego nie wiem; rację, przynajmniej cząstkową, może wszakże mieć cytowany wyżej Roman Graczyk, że chodziło o zademonstrowanie ciągłości pomiędzy PRL a RP (Graczyk nie ma za to racji nazywając III RP hybrydą: trochę wolnej Polski, trochę postkomunizmu) – nikt Wojciechowi Jaruzelskiemu stopni i tytułów nie odebrał, więc w chwili śmierci był generałem i byłym prezydentem, któremu pogrzeb państwowy się należał. Rzeczpospolita podkreśla swój własny majestat okazując szacunek swoim byłym prezydentom, nawet jeśli politycznie są przegrani. Tego właśnie nie może zrozumieć PiS i okolice, dla których każdy prezydent nie-Kaczyński jest zdrajcą, konfidentem, uzurpatorem, w najlepszym razie komunistycznym aparatczykiem.

Po drugie, wiele osób wyrzuca Jaruzelskiemu jego winy, niezaprzeczalne winy, ale wiele go najwyraźniej szanowało. Badania opinii publicznej przeprowadzone w 30 rocznicę stanu wojennego pokazały, że 51%, ponad połowa, współczesnych Polaków decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego uważa za słuszną. Wiele osób z nostalgią wspomina PRL i uważa ją za państwo lepsze od dzisiejszej RP. Nie rozumiem powodów, nie chcę ich analizować, jedynie konstatuję fakt, iż dla – ostrożnie licząc – około połowy Polaków Jaruzelski miał co najmniej tyle samo zasług, co win. Także u sporej część tych, którzy Jaruzelskiego raczej obwiniają niż doceniają, złość, wściekłość na Jaruzelskiego z czasem wyparowała, a przynajmniej straciła niegdysiejszą ostrość. Czas leczy rany, a poza tym skoro modlimy się …jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, może faktycznie trzeba odpuścić? Odpuszczenie win nie oznacza ani pochwały niegdysiejszych czynów winowajcy, ani sprzeniewierzenia się pamięci pokrzywdzonych.

Tak czy siak, protestujący przed katedrą, na cmentarzu czy w internetach wcale nie reprezentowali większości, ale mniejszość obywateli naszego kraju. Mniejszość może wyrażać swoje poglądy, może domagać się szacunku dla swojego prawa do wyrażania poglądów, ale nie powinna udawać, że jest większością. Pośmiertne uhonorowanie Jaruzelskiego, z jednoczesnym nieustannym podkreślaniem, że będzie on przedmiotem ocen i zaciekłych sporów pokoleń historyków, do czego niektórzy dodają, iż on sam stoi teraz wobec oceny Boga, a zatem, pośmiertne uhonorowanie Jaruzelskiego jest oznaką szacunku dla tych, którzy sami go szanowali.

Po trzecie, chcę przypomnieć moją notkę sprzed prawie czterech lat: Dwie tradycje. Tam powiedziałem już wszystko, co jeszcze mógłbym tu dodać.

To nie jest wpis olimpijski

…ale wpis dotyczący polityki, głównie krakowskiej polityki doby postreferendalnej.

Tak, jak się spodziewałem, po przegranym przez zwolenników igrzysk referendum, zaczęło się straszenie, że w Krakowie będzie jak w wyśnionym Białymstoku Kononowicza: Nic nie będzie. Ja tam się jakoś nie boję: plan minimum – wschodnia obwodnica, nowe linie tramwajowe, odcinek zakopianki Lubień-Rabka i modernizacja linii kolejowej do Balic – zostanie zrealizowany, a na nic więcej realistycznie nie mogliśmy w związku z igrzyskami liczyć. Jest przy tym prawdą, że Kraków i Małopolska są inwestycjnie zaniedbane. Pytanie brzmi: dlaczego? I jak to zmienić?

Inwestycje infrastrukturalne w Polsce traktowane są jak polityczna zdobycz, nie jako działanie na rzecz dobra wspólnego. Liczy się kto „załatwi” jakąś inwestycję, za co wyborcy odpłacą tej osobie (i jego partii, ale przede wszystkim tej osobie) w kolejnych wyborach. Symbolem tego podejścia stał się peron we Włoszczowej; może zresztą dzięki niemu do Parlamentu Europejskiego wszedł nie Witold Waszczykowski, którego nie znoszę, ale któremu nie można odmówić kompetencji w sprawach zagranicznych, ale Beata Gosiewska, której główną zaletą jest to, iż jest panią Gosiewską Nr 2.

W Platformie Obywatelskiej – rządzącej obecnie Polską i najsilniejszą w Krakowie (choć nie w Małopolsce!) – dochodzą do tego wewnętrzne konflikty pomiędzy rozmaitymi frakcjami. Wśród krakowskich polityków dominującą tendencją jest nie to, aby przysłużyć się wyborcom, miastu i regionowi, ale pilnowanie, by żaden konkurent polityczny (w tym konkurent z tej samej partii!) nie skorzystał, skutecznie „załatwiając” jakąś inwestycję. No i mamy, co mamy.

Obecny płacz „tylko igrzyska mogły nam przynieść inwestycje!” jest w gruncie rzeczy żałosnym przyznaniem się do tego, że głos krakowskich polityków nie jest w Warszawie słyszany. Krakowskie lobby nie istnieje, krakowscy politycy są tak nieskuteczni, iż dopuszczają, aby drugie miasto Polski było zaniedbywane. Może także napięcie pomiędzy (wciąż) platformerskim Krakowem a PiSowską Małopolską niweluje polityczne znaczenie regionu?

Co ciekawe, z Krakowa wywodziło się kilku polityków bardzo wpływowych w różnych rządach: Jan Maria Rokita, Zbigniew Wasserman, Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin. Wszyscy oni byli politykami „ogólnopolskimi” w tym sensie, że ani swych ambicji, ani politycznej siły nie lokowali w naszym regionie, żaden też niczego dla Krakowa nie „załatwił”. Jan Rokita, którego znam, sprawami regionu nigdy się nie interesował. Rokita to w ogóle dziwna postać: świetny analityk polityczny, z ambicjami politycznego myśliciela, w bieżącej polityce odniósł tylko jeden sukces – „wymyślił” Hannę Suchocką – poza tym same porażki. Gdy odszedł (lub, jak sam daje do zrozumienia, został zmuszony do odejścia) z polityki, zaczął ocierać się o śmieszność. Ziobro to narcyz, którego interesuje wyłącznie własna osoba. Wasserman i Gowin też się nigdy o nic dla Krakowa nie starali – może nie widzieli takiej potrzeby, może byli ponad to?

Coś z tym trzeba zrobić. Trzeba zmienić polityków. Zmienić, czyli wybrać innych, bardziej skutecznych, lub też zmienić, czyli spowodować, aby zmienili swoje zachowanie. Żeby ich główną troską przestało być utrącanie pomysłów politycznych konkurentów. Żeby spróbowali coś zrobić dla miasta wspólnie, nawet ponad partyjnymi podziałami. A przede wszystkim ponad podziałami wewnątrzpartyjnymi. Mają jeszcze rok. Jeśli nie, trzeba będzie ich… zmienić.

Tylko na kogo?

W tym kontekście nie sposób uciec od pytania o prezydenturę Krakowa. Jeśli Jacek Majchrowski zdecyduje się kandydować, to, mimo olimpijskiego blamażu, już można mu gratulować wyboru na czwartą kadencję. Z prostego powodu: Platforma i PiS po raz trzeci wystawią jakichś niewybieralnych kandydatów. Nie mają w Krakowie nikogo lepszego, a gdyby mieli, to już partyjni koledzy zadbają, żeby ich skompromitować, jak Stanisława Kracika w 2006. Szkoda, że Jarosław Gowin spalił za sobą mosty: gdyby po przegranej rywalizacji z Tuskiem i odejściu z rządu, zamiast budować kolejną słabą partię prawicową mocno akcentującą kwestie ideologiczne, został w Platformie i zajął się sprawami lokalnymi, mógłby się ubiegać o platformianą rekomendację do wyborów prezydenckich w Krakowie. I jakieś szanse w konfrontacji z Majchrowskim pewnie by miał. No, ale jako się rzekło, Gowin jest politykiem „ogólnopolskim” i na Krakowie mu nie zależy.

Wygraliśmy!

To już są oficjalne wyniki: przy frekwencji 35,96%, 69,72% głosujących we wczorajszym referendum wypowiedziało się przeciw organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie. Wyniki są wiążące dla władz miasta.

Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w referendum. Jeżeli mój głos – tutaj czy gdzie indziej w internetach – przekonał choć jedną osobę do głosowania przeciwko organizacji ZIO, jestem z siebie dumny.

Krakowianie nie dali się ogłupić czczym obietnicom „skoku cywilizacyjnego”, jaki rzekomo miał nas czekać w wyniku igrzysk. Krakowianie pokazali politykom, że nie chcemy być uszczęśliwiani na siłę igrzyskami (sic!), na których skorzystaliby tylko sami politycy, plus grupka krewnych i znajomych. Krakowianie powiedzieli władzom, że oczekują od nich tego, czego oczekują mieszkańcy europejskich metropolii, nie zaś azjatyckich satrapii, próbujących olśnić świat wielkimi imprezami, bez względu na koszty.

Być może władze będą próbowały jeszcze jakichś kruczków prawnych by wmówić nam i światu, że nasz głos się nie liczy. Na pewno będziemy atakowani przez rozgoryczonych działaczy, krzyczących na nas, jaką to wielką szansę utraciliśmy. Nic to! Nie było żadnej „wielkiej szansy”, bo to był głos, i tylko głos, i nic nie było oprócz głosu. Zwyciężyliśmy! Igrzysk w 2022 w Krakowie nie będzie.

Uczestnicy referendum wypowiedzieli się także za budową metra (ja głosowałem przeciw – ten projekt jest pełen niewiadomych), za monitoringiem i za budową ścieżek rowerowych.

W ogólnopolskich wyborach do europarlamentu PiS o jeden procent wyprzedza Platformę, choć obie partie wprowadzą tyle samo europosłow. To przegrana Platformy – tracą sześć euromandatów, PiS wyprzedził ich pod względem liczby zdobytych głosów, po raz pierwszy od lat – ale jeszcze kilka miesięcy, ba, kilka tygodni temu temu zanosiło się na kompletny pogrom. Tak więc z punktu widzenia Platformy jest to przegrana, lecz nie klęska.

Do europarlamentu wszedł też Korwin-Mikke.

Wyniki ogólnopolskie na pewno będą szeroko analizowane, komentowane. My natomiast cieszmy się zwycięstwem w Krakowie!

W ten sposób mogę oficjalnie zakończyć mój cykl „olimpijski”. Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów.

P.s. Ostatecznie to Platforma pokonała PiS bardzo niewielką liczbą głosów (24 tysiące w całym kraju). PiS sugeruje oszustwa wyborcze.

Chodźże na referendum!

W niedzielę, 25 maja, w Krakowie odbędzie się referendum, w którym zagłosuję przeciwko organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie.

Oto najważniejsze powody:

1. Organizacja igrzysk nie przyniesie Krakowowi i Małopolsce żadnych inwestycji poza tymi, które i tak są zaplanowane i obiecane przez rząd.

Pod igrzyska „podpięto” dokończenie wschodniej obwodnicy Krakowa, remont linii tramwajowych i modernizację zakopianki, a także kilka pomniejszych przedsięwzięć (zobacz Żabi skok cywilizacyjny), które i tak zostaną zrealizowane niezależnie od tego, czy igrzyska w Krakowie odbędą się, czy nie. Jedyny oficjalny dokument na temat igrzysk, jakim jest wniosek aplikacyjny Krakowa, mocno to podkreśla. Logika tego była prosta: Chciano pokazać MKOlowi, że igrzyska w Krakowie będą tanie, a zdaniem mieszkańców nikt się nie przejmował.

Gdy jednak okazało się, że w Krakowie będzie referendum, działacze popierający organizację igrzysk zaczęli obiecywać nam cuda na kiju, inwestycyjne złote góry. To jest mydlenie oczu: obiecują to lokalni działacze, nie rząd, a skądinąd wiadomo, że na te dodatkowe inwestycje po prostu nie ma pieniędzy.

Zarazem dosłownie trzy dni temu w oficjalnych wypowiedziach powrócił motyw igrzysk tanich i oszczędnych, co jednak pozostaje w sprzeczności z obiecywanym nam inwestycyjnym rozmachem.

Gdyby więc stało się nieszczęście i krakowianie nie odrzuciliby planów igrzysk w referendum, organizatorzy powiedzą „sorry, chcieliśmy dobrze, ale okazuje się, że na żadne dodatkowe inwestycje środków nie ma, co za pech”. Tymczasem już dzisiaj doskonale wiadomo, że że środków nie ma: budżet ma deficyt a środki europejskie z perspektywy finansowej 2014-20 już są rozdysponowane na poszczególne inwestycje w całym kraju. Nie dajmy się więc oszukać: Dobrze wiadomo, że Kraków na igrzyskach nic nie zyska.

2. Obiekty sportowe będą deficytowe.

Kraków i Małopolska, owszem, zyskają liczne obiekty sportowe, które potem przez długie lata trzeba będzie utrzymywać. Czy los stadionów zbudowanych na Euro2012, stadionu Wisły w Krakowie lub toru kolarskiego w Pruszkowie niczego nas nie nauczył? Czy nie możemy niczego się nauczyć z losu Hiszpanii, która w okresie gospodarczej prosperity i obfitego unijnego finansowania pobudowała wiele reprezentacyjnych obiektów, których koszty utrzymania są obecnie wielkim obciążeniem dla budżetów lokalnych? Polski nie stać na budowanie białych słoni!

3. Igrzyska zablokują rozwój Krakowa.

Prorozwojowych inwestycji zatem nie będzie, ale po igrzyskach kolejne rządy będą miały świetną wymówkę, aby mówić Krakowowi „tyle u was zainwestowaliśmy w igrzyska, teraz inni muszą coś dostać, radźcie sobie sami”. I tak decyzja o organizacji igrzysk, wraz z koniecznością utrzymywania obiektów sportowych, może zablokować rozwój Krakowa na długie lata. Tego się najbardziej obawiam.

4. Organizowanie igrzysk w naszym kraju uważam za niemoralne.

Organizacja igrzysk to nie tylko inwestycje czy budowa strukturalnie deficytowych obiektów sportowych, ale także wielkie koszta przeprowadzenia samej imprezy. Zarobi na niej MKOl i kilka globalnych firm „sponsorujących” igrzyska, a także lokalni działacze sportowi i krewni i znajomi królika. Płacić będziemy my wszyscy, cała Polska, a Kraków i Małopolska więcej, niż inni. W mieście, które oszczędza na oświacie, które nie może zapewnić przedszkoli dla wszystkich dzieci, które oszczędza na oświetleniu ulic, na utrzymaniu przestrzeni publicznej, a nawet na sporcie masowym, nie godzi się, po prostu nie godzi się marnować pieniędzy na stworzenie okazji do zarobku dla nielicznych i zorganizowanie rozrywki (igrzysk!) może i dla wielu, ale kosztem realnych potrzeb jeszcze większej grupy ludzi. Monachium i Sztokholm, miasta bogate i cywilizowane, w wyniku referendów wycofały się z planów olimpijskich; Oslo jest o krok od takiej decyzji. Wszędzie tam powiada się, że miasta i państwa powinny przede wszystkim dbać o potrzeby mieszkańców – budownictwo komunalne, usługi publiczne, transport lokalny, szkoły i żłobki, tereny rekreacyjne itd – a organizacja „wielkiego sportowego święta” to fanaberia, właściwa Azji lub Europie Wschodniej. Dokąd zatem nam bliżej, do zachodniej Europy czy środkowej Azji? Taki jest sens niedzielnego pytania referendalnego.

Tak więc chodźmy na referendum! Powiedzmy nie igrzyskom, powiedzmy tak Krakowowi! Aby wyniki referendum były wiążące, udział w nim musi wziąć co najmniej 30% uprawnionych do głosowania. Zatem – chodźmy na referendum!

W referendum padną także pytania o ścieżki rowerowe (tak), o monitoring (nie, bo będzie wymówką dla policji i Straży Miejskiej, aby nic nie robiły) i o metro (z wahaniem nie, bo zbyt mało na ten temat wiem, a koszty tak budowy, jak i późniejszej eksploatacji metra, są dość przerażające).

Poza tym w niedzielę odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Również bardzo ważne. Chodźmy na referendum i na eurowybory!

Stadiony i igrzyska są jak wielki piec do palenia paczek z banknotami

Niedoszły doktorat Barroso

Od kilku dni polskie media huczą, iż Uniwersytet Jagielloński, moja uczelnia, odmówił nadania doktoratu honorowego Jose Manuelowi Barroso, ustępującemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej. Gazeta Wyborcza wybija w tytule, że Barroso nie dostał doktoratu, gdyż „promuje gender”, a poza tym jest lewakiem. Prawica gratuluje Uniwersytetowi odwagi, lewica przedstawia UJ jako siedlisko obskurantyzmu, Uniwersytet nieudolnie się tłumaczy, że nie daje doktoratów honorowych czynnym politykom; gdy wskazano, że doktoraty dla czynnych polityków jednak były (dla Andreasa Papandreu, gdy był premierem Grecji i dla Javiera Pereza de Cuellara, gdy był Sekretarzem Generalnym ONZ), Uniwersytet nieco zmienił ton i teraz powiada, że zazwyczaj nie nadaje się doktoratów honorowych czynnym politykom. Tak czy siak, wizerunek Uniwersytetu cierpi i spodziewam się, że jeszcze odczujemy skutki tej dramatycznej wpadki.

Okazuje się jednak, że doszło do niej inaczej, niż nam się to przedstawia. Winne są, w mojej opinii, dwie osoby: rektor Wojciech Nowak i europosłanka Róża Thun. Oboje chcieli dobrze, a wyszło nawet gorzej, niż zazwyczaj.

Zacznijmy od wyjaśnienia czym jest doktorat honoris causa. Jest to najwyższe wyróżnienie uniwersyteckie, nadawane albo za bardzo wybitne osiągnięcia naukowe, albo za szczególne, wyjątkowe zasługi dla uniwersytetu, albo wreszcie za wybitne zasługi ogólne, publiczne. Ważne jest to, że doktorat honorowy jest wyróżnieniem nadawanym konkretnej osobie, za jej osobiste zasługi. Doktorat honorowy nadaje Senat uniwersytecki, ale na wniosek któregoś z wydziałów. Uniwersytet i poszczególne wydziały nadają to wyróżnienie raczej oszczędnie, przy czym wydziały za wielki despekt poczytują sytuacje, w których wyższe władze chciałyby im wystąpienie z takim wnioskiem narzucić.

W tym roku Uniwersytet obchodzi 650-lecie swojego istnienia. Z tej okazji rektor Nowak wpadł na pomysł, aby doktoratem honorowym uczcić kogoś z Komisji Europejskiej. Zapytał się więc posłanki Thun kto to mógłby być, a ta wskazała Jose Manuela Barroso. Nowak przyjął tę sugestię i zwrócił się Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych, aby ta wystąpiła ze stosownym wnioskiem.

To był zasadniczy błąd rektora. Kompletne odwrócenie porządku. Normalnie to wydział wskazuje kandydata, którego zasługi – w którejś ze wskazanych wyżej kategorii – przynajmniej na wydziale nie budzą wątpliwości. W tym wypadku rektor chciał wydział zinstrumentalizować, niemalże polecił „wystąpienie z wnioskiem”, w dodatku dotyczącym osoby, której zasługi nawet dla rektora nie były oczywiste (gdyby Róża Thun wskazała kogoś innego, wniosek zapewne dotyczyłby innej osoby). I to się na rektorze zemściło, a konsekwencje obciążają przede wszystkim rektora.

Złośliwi – do których się w tym wypadku zaliczam – przypuszczają, że rektorowi-chirurgowi zwyczajnie do głowy nie przyszło, że osoby stojące niżej w hierarchii mogą się poleceniu rektora sprzeciwić.

A wydział się wściekł. Osoby, które dobrze znają tamtejsze stosunki, zaklinają się, że akceptacja propozycji rektora nie wchodziła w grę – wydział nie życzył sobie stać się jedynie narzędziem. Z ujawnionego (wykradzionego?!) przez Gazetę Wyborczą stenogramu wynika, że najważniejszym pytaniem było

Jakie środowisko wystąpiło z wnioskiem?

na co pada odpowiedź, że

władze uniwersytetu skierowały prośbę w kierunku Wydziału.

Dalej, owszem, możemy przeczytać, że

Barroso był ongiś wojującym maoistą, komunistą, a później miał poglądy skrajnie lewicowe

oraz, że

Barroso jako urzędnik reprezentuje raczej lewicowy kierunek polityczny, z pewnością nie jest natomiast mężem stanu.

Zwracam uwagę, że argument z genderu się nie pojawił. Ostatecznie wniosek o doktorat honorowy dla pana Barroso upadł, przede wszystkim dlatego, że wydział nie chciał zostać zinstrumentalizowany. A że w dyskusji padały takie argumenty, jak przytoczone wyżej? Cóż, w dostatecznie dużej grupie ludzi (tam głosowało 59 osób) może się znaleźć paru oszołomów czy zaślepionych ideologów, którzy powiedzą, co powiedzieli. Paradoksalnie, to mogło być do wyartykułowania łatwiejsze, niż jawne stwierdzenie, że ludzie nie życzą sobie, aby rektor im narzucał, co im ma się podobać.

Skoro wniosek o doktorat honorowy dla pana Barroso nigdy nie stanął na forum Senatu UJ, bo nie wyszedł z wydziału, rektor złożył wniosek o nadanie temu kandydatowi medalu Plus ratio quam vis, co jest wyróżnieniem niższej rangi. Niższej, ale i tak wysokiej.

Co w tej historii najważniejsze, wszystko to działo się prawie rok temu. Od prawie roku było wiadomo, że Jose Manuel Barroso doktoratu honoris causa od UJ nie dostanie. Ciekawe, że nikt wówczas nie protestował, nikt wówczas nie odsądzał Uniwersytetu od czci i wiary.

I tu, jak się wydaje, rektor popełnił drugi błąd: Nie poinformował o ostatecznym wyniku pani Róży Thun. Ta zapewne była przekonana, że skoro rektor chciał nadać honorowy doktorat, ona zaś wskazała pana Barroso, Barroso ten doktorat dostanie. I to najpewniej samemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej powiedziała. A że przy tym sama chciała się w ramach kampanii do Europarlamentu ogrzać w słoneczku doktoratu dla Barroso, strasznie musiała się zdenerwować, gdy się okazało, że nic z tego. Jak sądzę, wściekła Róża Thun popędziła ze skargą do mediów, które widząc tak łakomy kąsek, zaczęły Uniwersytetowi przyprawiać gębę obskurantyzmu. I teraz rektor popełnił błąd trzeci, każąc swojemu rzecznikowi rozpowszechniać nieprawdziwe wyjaśnienie, iż Uniwersytet z zasady nie przyznaje doktoratów honorowych czynnym politykom. Fałsz tego wyjaśnienia szybko wyszedł na jaw, rzucając na Uniwersytet podejrzenie, że skoro tak głupio się tłumaczy, to widać ma coś wstydliwego do ukrycia. A wystarczyło powiedzieć, że ta kandydatura nie znalazła uznania w oczach Rady Wydziału, a w ogóle cała sprawa jest sprzed roku, więc skąd tak nagłe zamieszanie?

Pan Barroso przyznany mu medal odebrał, zresztą z ceremoniałem przewidzianym dla doktoratów honorowych: uroczyste posiedzenie Senatu, toga, laudacja i tak dalej. Cała sprawa jednak przeszłaby niemalże niezauważona, gdyby nie błędy rektora i wściekłość europosłanki.

Osobną sprawą jest czy pan Barroso na doktorat h.c. zasługiwał? Moim zdaniem, raczej nie. Nie jest naukowcem, był politykiem, premierem Portugalii, teraz jest wysokim urzędnikiem europejskim. Jego działalność można oceniać lepiej lub gorzej, ale jakichś szczególnie wybitnych zasług dla ludzkości nie położył. Nie przyczynił się też osobiście do rozwoju Uniwersytetu Jagiellońskiego; owszem, UJ otrzymał dość dużo środków z Unii Europejskiej, ale nie było w tym osobistej zasługi Barroso. Raczej był to efekt unijnej polityki rozszerzenia się na Europę Środkową i obfitego wsparcia tych krajów funduszami strukturalnymi, ale ostatecznie w większości rozdzielały je polskie ministerstwa, nie Komisja Europejska. UJ spełniał kryteria, więc granty dostawał. Tak więc nie, raczej nie. Z drugiej strony nie byłoby wielkiego skandalu, gdyby Barroso ten doktorat jednak dostał – ot, typowy doktorat polityczny, mały kroczek na drodze dewaluacji tej godności. Na pewno szkoda dla Uniwersytetu byłaby mniejsza, niż w wyniku zamieszania, jakie ostatecznie nastąpiło.