Jakoimy

Zmarł Wojciech Jaruzelski. W piątek odbył się jego pogrzeb. Na Powązkach, z honorami państwowymi i wojskowymi. Jak należało się spodziewać, zrobiło się straszne zamieszanie. Byłoby mniejsze, gdyby atmosfery na samym początku nie podgrzały dwa wybitnie głupie oświadczenia polityczne.

Najpierw Leszek Miller zażądał wprowadzenia żałoby narodowej. Chwilę później prezes IPN zaprotestował przeciwko samemu pogrzebowi Jaruzelskiego na wojskowych Powązkach (w późniejszym oświadczeniu nieco złagodził ton i protestował tylko przeciwko państwowemu charakterowi pogrzebu). Oba te oświadczenia były adresowane do własnych wyznawców i politycznych plenipotentów, z pełną świadomością, iż rozjuszą przedstawicieli drugiej strony. Leszek Miller doskonale przecież wie, że gen. Wojciech Jaruzelski ma na koncie wiele rzeczy niepięknych, od walk z WiNowcami w 1946, poprzez antysemickie czystki i najazd na Czechosłowację w 1968, aż po wprowadzenie stanu wojennego w 1981 i ponurą beznadzieję lat ’80. I wszystko to, co pomiędzy. Prezes IPN, dr Łukasz Kamiński, ze swej strony ma pełną świadomość, że Jaruzelski był żołnierzem I Armii (Berlinga), brał udział w walkach z Niemcami, był nagradzany odznaczeniami bojowymi, w tym dwukrotnie Krzyżem Walecznych, więc miejsce w kwaterze I Armii należy mu się bezdyskusyjnie. Miller jednak powiedział swoją bzdurę, Łukasz Kamiński swoją, żeby przypodobać się swoim politycznym poplecznikom, nie zważając na prawdę historyczną. Ohydne.

Nie ma wątpliwości, że, jak pisze Roman Graczyk,

ludzie, którzy protestowali przed katedrą polową i na cmentarzu […] z pewnością przekroczyli granicę dobrego obyczaju

pozostaje jednak kwestia, czy Wojciechowi Jaruzelskiemu należał się pogrzeb państwowy, z pełnym ceremoniałem.

Uważam, że tak. Z trzech powodów.

Po pierwsze, Jaruzelski był generałem i byłym prezydentem Polski – nie tylko PRL, ale także Rzeczpospolitej Polskiej, od 31 grudnia 1989 aż do zaprzysiężenia Wałęsy w grudniu 1990. Nie osądzono go – nie wnikam tu, dlaczego, zresztą tego nie wiem; rację, przynajmniej cząstkową, może wszakże mieć cytowany wyżej Roman Graczyk, że chodziło o zademonstrowanie ciągłości pomiędzy PRL a RP (Graczyk nie ma za to racji nazywając III RP hybrydą: trochę wolnej Polski, trochę postkomunizmu) – nikt Wojciechowi Jaruzelskiemu stopni i tytułów nie odebrał, więc w chwili śmierci był generałem i byłym prezydentem, któremu pogrzeb państwowy się należał. Rzeczpospolita podkreśla swój własny majestat okazując szacunek swoim byłym prezydentom, nawet jeśli politycznie są przegrani. Tego właśnie nie może zrozumieć PiS i okolice, dla których każdy prezydent nie-Kaczyński jest zdrajcą, konfidentem, uzurpatorem, w najlepszym razie komunistycznym aparatczykiem.

Po drugie, wiele osób wyrzuca Jaruzelskiemu jego winy, niezaprzeczalne winy, ale wiele go najwyraźniej szanowało. Badania opinii publicznej przeprowadzone w 30 rocznicę stanu wojennego pokazały, że 51%, ponad połowa, współczesnych Polaków decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego uważa za słuszną. Wiele osób z nostalgią wspomina PRL i uważa ją za państwo lepsze od dzisiejszej RP. Nie rozumiem powodów, nie chcę ich analizować, jedynie konstatuję fakt, iż dla – ostrożnie licząc – około połowy Polaków Jaruzelski miał co najmniej tyle samo zasług, co win. Także u sporej część tych, którzy Jaruzelskiego raczej obwiniają niż doceniają, złość, wściekłość na Jaruzelskiego z czasem wyparowała, a przynajmniej straciła niegdysiejszą ostrość. Czas leczy rany, a poza tym skoro modlimy się …jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, może faktycznie trzeba odpuścić? Odpuszczenie win nie oznacza ani pochwały niegdysiejszych czynów winowajcy, ani sprzeniewierzenia się pamięci pokrzywdzonych.

Tak czy siak, protestujący przed katedrą, na cmentarzu czy w internetach wcale nie reprezentowali większości, ale mniejszość obywateli naszego kraju. Mniejszość może wyrażać swoje poglądy, może domagać się szacunku dla swojego prawa do wyrażania poglądów, ale nie powinna udawać, że jest większością. Pośmiertne uhonorowanie Jaruzelskiego, z jednoczesnym nieustannym podkreślaniem, że będzie on przedmiotem ocen i zaciekłych sporów pokoleń historyków, do czego niektórzy dodają, iż on sam stoi teraz wobec oceny Boga, a zatem, pośmiertne uhonorowanie Jaruzelskiego jest oznaką szacunku dla tych, którzy sami go szanowali.

Po trzecie, chcę przypomnieć moją notkę sprzed prawie czterech lat: Dwie tradycje. Tam powiedziałem już wszystko, co jeszcze mógłbym tu dodać.

To nie jest wpis olimpijski

…ale wpis dotyczący polityki, głównie krakowskiej polityki doby postreferendalnej.

Tak, jak się spodziewałem, po przegranym przez zwolenników igrzysk referendum, zaczęło się straszenie, że w Krakowie będzie jak w wyśnionym Białymstoku Kononowicza: Nic nie będzie. Ja tam się jakoś nie boję: plan minimum – wschodnia obwodnica, nowe linie tramwajowe, odcinek zakopianki Lubień-Rabka i modernizacja linii kolejowej do Balic – zostanie zrealizowany, a na nic więcej realistycznie nie mogliśmy w związku z igrzyskami liczyć. Jest przy tym prawdą, że Kraków i Małopolska są inwestycjnie zaniedbane. Pytanie brzmi: dlaczego? I jak to zmienić?

Inwestycje infrastrukturalne w Polsce traktowane są jak polityczna zdobycz, nie jako działanie na rzecz dobra wspólnego. Liczy się kto „załatwi” jakąś inwestycję, za co wyborcy odpłacą tej osobie (i jego partii, ale przede wszystkim tej osobie) w kolejnych wyborach. Symbolem tego podejścia stał się peron we Włoszczowej; może zresztą dzięki niemu do Parlamentu Europejskiego wszedł nie Witold Waszczykowski, którego nie znoszę, ale któremu nie można odmówić kompetencji w sprawach zagranicznych, ale Beata Gosiewska, której główną zaletą jest to, iż jest panią Gosiewską Nr 2.

W Platformie Obywatelskiej – rządzącej obecnie Polską i najsilniejszą w Krakowie (choć nie w Małopolsce!) – dochodzą do tego wewnętrzne konflikty pomiędzy rozmaitymi frakcjami. Wśród krakowskich polityków dominującą tendencją jest nie to, aby przysłużyć się wyborcom, miastu i regionowi, ale pilnowanie, by żaden konkurent polityczny (w tym konkurent z tej samej partii!) nie skorzystał, skutecznie „załatwiając” jakąś inwestycję. No i mamy, co mamy.

Obecny płacz „tylko igrzyska mogły nam przynieść inwestycje!” jest w gruncie rzeczy żałosnym przyznaniem się do tego, że głos krakowskich polityków nie jest w Warszawie słyszany. Krakowskie lobby nie istnieje, krakowscy politycy są tak nieskuteczni, iż dopuszczają, aby drugie miasto Polski było zaniedbywane. Może także napięcie pomiędzy (wciąż) platformerskim Krakowem a PiSowską Małopolską niweluje polityczne znaczenie regionu?

Co ciekawe, z Krakowa wywodziło się kilku polityków bardzo wpływowych w różnych rządach: Jan Maria Rokita, Zbigniew Wasserman, Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin. Wszyscy oni byli politykami „ogólnopolskimi” w tym sensie, że ani swych ambicji, ani politycznej siły nie lokowali w naszym regionie, żaden też niczego dla Krakowa nie „załatwił”. Jan Rokita, którego znam, sprawami regionu nigdy się nie interesował. Rokita to w ogóle dziwna postać: świetny analityk polityczny, z ambicjami politycznego myśliciela, w bieżącej polityce odniósł tylko jeden sukces – „wymyślił” Hannę Suchocką – poza tym same porażki. Gdy odszedł (lub, jak sam daje do zrozumienia, został zmuszony do odejścia) z polityki, zaczął ocierać się o śmieszność. Ziobro to narcyz, którego interesuje wyłącznie własna osoba. Wasserman i Gowin też się nigdy o nic dla Krakowa nie starali – może nie widzieli takiej potrzeby, może byli ponad to?

Coś z tym trzeba zrobić. Trzeba zmienić polityków. Zmienić, czyli wybrać innych, bardziej skutecznych, lub też zmienić, czyli spowodować, aby zmienili swoje zachowanie. Żeby ich główną troską przestało być utrącanie pomysłów politycznych konkurentów. Żeby spróbowali coś zrobić dla miasta wspólnie, nawet ponad partyjnymi podziałami. A przede wszystkim ponad podziałami wewnątrzpartyjnymi. Mają jeszcze rok. Jeśli nie, trzeba będzie ich… zmienić.

Tylko na kogo?

W tym kontekście nie sposób uciec od pytania o prezydenturę Krakowa. Jeśli Jacek Majchrowski zdecyduje się kandydować, to, mimo olimpijskiego blamażu, już można mu gratulować wyboru na czwartą kadencję. Z prostego powodu: Platforma i PiS po raz trzeci wystawią jakichś niewybieralnych kandydatów. Nie mają w Krakowie nikogo lepszego, a gdyby mieli, to już partyjni koledzy zadbają, żeby ich skompromitować, jak Stanisława Kracika w 2006. Szkoda, że Jarosław Gowin spalił za sobą mosty: gdyby po przegranej rywalizacji z Tuskiem i odejściu z rządu, zamiast budować kolejną słabą partię prawicową mocno akcentującą kwestie ideologiczne, został w Platformie i zajął się sprawami lokalnymi, mógłby się ubiegać o platformianą rekomendację do wyborów prezydenckich w Krakowie. I jakieś szanse w konfrontacji z Majchrowskim pewnie by miał. No, ale jako się rzekło, Gowin jest politykiem „ogólnopolskim” i na Krakowie mu nie zależy.

Wygraliśmy!

To już są oficjalne wyniki: przy frekwencji 35,96%, 69,72% głosujących we wczorajszym referendum wypowiedziało się przeciw organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie. Wyniki są wiążące dla władz miasta.

Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w referendum. Jeżeli mój głos – tutaj czy gdzie indziej w internetach – przekonał choć jedną osobę do głosowania przeciwko organizacji ZIO, jestem z siebie dumny.

Krakowianie nie dali się ogłupić czczym obietnicom „skoku cywilizacyjnego”, jaki rzekomo miał nas czekać w wyniku igrzysk. Krakowianie pokazali politykom, że nie chcemy być uszczęśliwiani na siłę igrzyskami (sic!), na których skorzystaliby tylko sami politycy, plus grupka krewnych i znajomych. Krakowianie powiedzieli władzom, że oczekują od nich tego, czego oczekują mieszkańcy europejskich metropolii, nie zaś azjatyckich satrapii, próbujących olśnić świat wielkimi imprezami, bez względu na koszty.

Być może władze będą próbowały jeszcze jakichś kruczków prawnych by wmówić nam i światu, że nasz głos się nie liczy. Na pewno będziemy atakowani przez rozgoryczonych działaczy, krzyczących na nas, jaką to wielką szansę utraciliśmy. Nic to! Nie było żadnej „wielkiej szansy”, bo to był głos, i tylko głos, i nic nie było oprócz głosu. Zwyciężyliśmy! Igrzysk w 2022 w Krakowie nie będzie.

Uczestnicy referendum wypowiedzieli się także za budową metra (ja głosowałem przeciw – ten projekt jest pełen niewiadomych), za monitoringiem i za budową ścieżek rowerowych.

W ogólnopolskich wyborach do europarlamentu PiS o jeden procent wyprzedza Platformę, choć obie partie wprowadzą tyle samo europosłow. To przegrana Platformy – tracą sześć euromandatów, PiS wyprzedził ich pod względem liczby zdobytych głosów, po raz pierwszy od lat – ale jeszcze kilka miesięcy, ba, kilka tygodni temu temu zanosiło się na kompletny pogrom. Tak więc z punktu widzenia Platformy jest to przegrana, lecz nie klęska.

Do europarlamentu wszedł też Korwin-Mikke.

Wyniki ogólnopolskie na pewno będą szeroko analizowane, komentowane. My natomiast cieszmy się zwycięstwem w Krakowie!

W ten sposób mogę oficjalnie zakończyć mój cykl „olimpijski”. Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów.

P.s. Ostatecznie to Platforma pokonała PiS bardzo niewielką liczbą głosów (24 tysiące w całym kraju). PiS sugeruje oszustwa wyborcze.

Chodźże na referendum!

W niedzielę, 25 maja, w Krakowie odbędzie się referendum, w którym zagłosuję przeciwko organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie.

Oto najważniejsze powody:

1. Organizacja igrzysk nie przyniesie Krakowowi i Małopolsce żadnych inwestycji poza tymi, które i tak są zaplanowane i obiecane przez rząd.

Pod igrzyska „podpięto” dokończenie wschodniej obwodnicy Krakowa, remont linii tramwajowych i modernizację zakopianki, a także kilka pomniejszych przedsięwzięć (zobacz Żabi skok cywilizacyjny), które i tak zostaną zrealizowane niezależnie od tego, czy igrzyska w Krakowie odbędą się, czy nie. Jedyny oficjalny dokument na temat igrzysk, jakim jest wniosek aplikacyjny Krakowa, mocno to podkreśla. Logika tego była prosta: Chciano pokazać MKOlowi, że igrzyska w Krakowie będą tanie, a zdaniem mieszkańców nikt się nie przejmował.

Gdy jednak okazało się, że w Krakowie będzie referendum, działacze popierający organizację igrzysk zaczęli obiecywać nam cuda na kiju, inwestycyjne złote góry. To jest mydlenie oczu: obiecują to lokalni działacze, nie rząd, a skądinąd wiadomo, że na te dodatkowe inwestycje po prostu nie ma pieniędzy.

Zarazem dosłownie trzy dni temu w oficjalnych wypowiedziach powrócił motyw igrzysk tanich i oszczędnych, co jednak pozostaje w sprzeczności z obiecywanym nam inwestycyjnym rozmachem.

Gdyby więc stało się nieszczęście i krakowianie nie odrzuciliby planów igrzysk w referendum, organizatorzy powiedzą „sorry, chcieliśmy dobrze, ale okazuje się, że na żadne dodatkowe inwestycje środków nie ma, co za pech”. Tymczasem już dzisiaj doskonale wiadomo, że że środków nie ma: budżet ma deficyt a środki europejskie z perspektywy finansowej 2014-20 już są rozdysponowane na poszczególne inwestycje w całym kraju. Nie dajmy się więc oszukać: Dobrze wiadomo, że Kraków na igrzyskach nic nie zyska.

2. Obiekty sportowe będą deficytowe.

Kraków i Małopolska, owszem, zyskają liczne obiekty sportowe, które potem przez długie lata trzeba będzie utrzymywać. Czy los stadionów zbudowanych na Euro2012, stadionu Wisły w Krakowie lub toru kolarskiego w Pruszkowie niczego nas nie nauczył? Czy nie możemy niczego się nauczyć z losu Hiszpanii, która w okresie gospodarczej prosperity i obfitego unijnego finansowania pobudowała wiele reprezentacyjnych obiektów, których koszty utrzymania są obecnie wielkim obciążeniem dla budżetów lokalnych? Polski nie stać na budowanie białych słoni!

3. Igrzyska zablokują rozwój Krakowa.

Prorozwojowych inwestycji zatem nie będzie, ale po igrzyskach kolejne rządy będą miały świetną wymówkę, aby mówić Krakowowi „tyle u was zainwestowaliśmy w igrzyska, teraz inni muszą coś dostać, radźcie sobie sami”. I tak decyzja o organizacji igrzysk, wraz z koniecznością utrzymywania obiektów sportowych, może zablokować rozwój Krakowa na długie lata. Tego się najbardziej obawiam.

4. Organizowanie igrzysk w naszym kraju uważam za niemoralne.

Organizacja igrzysk to nie tylko inwestycje czy budowa strukturalnie deficytowych obiektów sportowych, ale także wielkie koszta przeprowadzenia samej imprezy. Zarobi na niej MKOl i kilka globalnych firm „sponsorujących” igrzyska, a także lokalni działacze sportowi i krewni i znajomi królika. Płacić będziemy my wszyscy, cała Polska, a Kraków i Małopolska więcej, niż inni. W mieście, które oszczędza na oświacie, które nie może zapewnić przedszkoli dla wszystkich dzieci, które oszczędza na oświetleniu ulic, na utrzymaniu przestrzeni publicznej, a nawet na sporcie masowym, nie godzi się, po prostu nie godzi się marnować pieniędzy na stworzenie okazji do zarobku dla nielicznych i zorganizowanie rozrywki (igrzysk!) może i dla wielu, ale kosztem realnych potrzeb jeszcze większej grupy ludzi. Monachium i Sztokholm, miasta bogate i cywilizowane, w wyniku referendów wycofały się z planów olimpijskich; Oslo jest o krok od takiej decyzji. Wszędzie tam powiada się, że miasta i państwa powinny przede wszystkim dbać o potrzeby mieszkańców – budownictwo komunalne, usługi publiczne, transport lokalny, szkoły i żłobki, tereny rekreacyjne itd – a organizacja „wielkiego sportowego święta” to fanaberia, właściwa Azji lub Europie Wschodniej. Dokąd zatem nam bliżej, do zachodniej Europy czy środkowej Azji? Taki jest sens niedzielnego pytania referendalnego.

Tak więc chodźmy na referendum! Powiedzmy nie igrzyskom, powiedzmy tak Krakowowi! Aby wyniki referendum były wiążące, udział w nim musi wziąć co najmniej 30% uprawnionych do głosowania. Zatem – chodźmy na referendum!

W referendum padną także pytania o ścieżki rowerowe (tak), o monitoring (nie, bo będzie wymówką dla policji i Straży Miejskiej, aby nic nie robiły) i o metro (z wahaniem nie, bo zbyt mało na ten temat wiem, a koszty tak budowy, jak i późniejszej eksploatacji metra, są dość przerażające).

Poza tym w niedzielę odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Również bardzo ważne. Chodźmy na referendum i na eurowybory!

Stadiony i igrzyska są jak wielki piec do palenia paczek z banknotami

Niedoszły doktorat Barroso

Od kilku dni polskie media huczą, iż Uniwersytet Jagielloński, moja uczelnia, odmówił nadania doktoratu honorowego Jose Manuelowi Barroso, ustępującemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej. Gazeta Wyborcza wybija w tytule, że Barroso nie dostał doktoratu, gdyż „promuje gender”, a poza tym jest lewakiem. Prawica gratuluje Uniwersytetowi odwagi, lewica przedstawia UJ jako siedlisko obskurantyzmu, Uniwersytet nieudolnie się tłumaczy, że nie daje doktoratów honorowych czynnym politykom; gdy wskazano, że doktoraty dla czynnych polityków jednak były (dla Andreasa Papandreu, gdy był premierem Grecji i dla Javiera Pereza de Cuellara, gdy był Sekretarzem Generalnym ONZ), Uniwersytet nieco zmienił ton i teraz powiada, że zazwyczaj nie nadaje się doktoratów honorowych czynnym politykom. Tak czy siak, wizerunek Uniwersytetu cierpi i spodziewam się, że jeszcze odczujemy skutki tej dramatycznej wpadki.

Okazuje się jednak, że doszło do niej inaczej, niż nam się to przedstawia. Winne są, w mojej opinii, dwie osoby: rektor Wojciech Nowak i europosłanka Róża Thun. Oboje chcieli dobrze, a wyszło nawet gorzej, niż zazwyczaj.

Zacznijmy od wyjaśnienia czym jest doktorat honoris causa. Jest to najwyższe wyróżnienie uniwersyteckie, nadawane albo za bardzo wybitne osiągnięcia naukowe, albo za szczególne, wyjątkowe zasługi dla uniwersytetu, albo wreszcie za wybitne zasługi ogólne, publiczne. Ważne jest to, że doktorat honorowy jest wyróżnieniem nadawanym konkretnej osobie, za jej osobiste zasługi. Doktorat honorowy nadaje Senat uniwersytecki, ale na wniosek któregoś z wydziałów. Uniwersytet i poszczególne wydziały nadają to wyróżnienie raczej oszczędnie, przy czym wydziały za wielki despekt poczytują sytuacje, w których wyższe władze chciałyby im wystąpienie z takim wnioskiem narzucić.

W tym roku Uniwersytet obchodzi 650-lecie swojego istnienia. Z tej okazji rektor Nowak wpadł na pomysł, aby doktoratem honorowym uczcić kogoś z Komisji Europejskiej. Zapytał się więc posłanki Thun kto to mógłby być, a ta wskazała Jose Manuela Barroso. Nowak przyjął tę sugestię i zwrócił się Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych, aby ta wystąpiła ze stosownym wnioskiem.

To był zasadniczy błąd rektora. Kompletne odwrócenie porządku. Normalnie to wydział wskazuje kandydata, którego zasługi – w którejś ze wskazanych wyżej kategorii – przynajmniej na wydziale nie budzą wątpliwości. W tym wypadku rektor chciał wydział zinstrumentalizować, niemalże polecił „wystąpienie z wnioskiem”, w dodatku dotyczącym osoby, której zasługi nawet dla rektora nie były oczywiste (gdyby Róża Thun wskazała kogoś innego, wniosek zapewne dotyczyłby innej osoby). I to się na rektorze zemściło, a konsekwencje obciążają przede wszystkim rektora.

Złośliwi – do których się w tym wypadku zaliczam – przypuszczają, że rektorowi-chirurgowi zwyczajnie do głowy nie przyszło, że osoby stojące niżej w hierarchii mogą się poleceniu rektora sprzeciwić.

A wydział się wściekł. Osoby, które dobrze znają tamtejsze stosunki, zaklinają się, że akceptacja propozycji rektora nie wchodziła w grę – wydział nie życzył sobie stać się jedynie narzędziem. Z ujawnionego (wykradzionego?!) przez Gazetę Wyborczą stenogramu wynika, że najważniejszym pytaniem było

Jakie środowisko wystąpiło z wnioskiem?

na co pada odpowiedź, że

władze uniwersytetu skierowały prośbę w kierunku Wydziału.

Dalej, owszem, możemy przeczytać, że

Barroso był ongiś wojującym maoistą, komunistą, a później miał poglądy skrajnie lewicowe

oraz, że

Barroso jako urzędnik reprezentuje raczej lewicowy kierunek polityczny, z pewnością nie jest natomiast mężem stanu.

Zwracam uwagę, że argument z genderu się nie pojawił. Ostatecznie wniosek o doktorat honorowy dla pana Barroso upadł, przede wszystkim dlatego, że wydział nie chciał zostać zinstrumentalizowany. A że w dyskusji padały takie argumenty, jak przytoczone wyżej? Cóż, w dostatecznie dużej grupie ludzi (tam głosowało 59 osób) może się znaleźć paru oszołomów czy zaślepionych ideologów, którzy powiedzą, co powiedzieli. Paradoksalnie, to mogło być do wyartykułowania łatwiejsze, niż jawne stwierdzenie, że ludzie nie życzą sobie, aby rektor im narzucał, co im ma się podobać.

Skoro wniosek o doktorat honorowy dla pana Barroso nigdy nie stanął na forum Senatu UJ, bo nie wyszedł z wydziału, rektor złożył wniosek o nadanie temu kandydatowi medalu Plus ratio quam vis, co jest wyróżnieniem niższej rangi. Niższej, ale i tak wysokiej.

Co w tej historii najważniejsze, wszystko to działo się prawie rok temu. Od prawie roku było wiadomo, że Jose Manuel Barroso doktoratu honoris causa od UJ nie dostanie. Ciekawe, że nikt wówczas nie protestował, nikt wówczas nie odsądzał Uniwersytetu od czci i wiary.

I tu, jak się wydaje, rektor popełnił drugi błąd: Nie poinformował o ostatecznym wyniku pani Róży Thun. Ta zapewne była przekonana, że skoro rektor chciał nadać honorowy doktorat, ona zaś wskazała pana Barroso, Barroso ten doktorat dostanie. I to najpewniej samemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej powiedziała. A że przy tym sama chciała się w ramach kampanii do Europarlamentu ogrzać w słoneczku doktoratu dla Barroso, strasznie musiała się zdenerwować, gdy się okazało, że nic z tego. Jak sądzę, wściekła Róża Thun popędziła ze skargą do mediów, które widząc tak łakomy kąsek, zaczęły Uniwersytetowi przyprawiać gębę obskurantyzmu. I teraz rektor popełnił błąd trzeci, każąc swojemu rzecznikowi rozpowszechniać nieprawdziwe wyjaśnienie, iż Uniwersytet z zasady nie przyznaje doktoratów honorowych czynnym politykom. Fałsz tego wyjaśnienia szybko wyszedł na jaw, rzucając na Uniwersytet podejrzenie, że skoro tak głupio się tłumaczy, to widać ma coś wstydliwego do ukrycia. A wystarczyło powiedzieć, że ta kandydatura nie znalazła uznania w oczach Rady Wydziału, a w ogóle cała sprawa jest sprzed roku, więc skąd tak nagłe zamieszanie?

Pan Barroso przyznany mu medal odebrał, zresztą z ceremoniałem przewidzianym dla doktoratów honorowych: uroczyste posiedzenie Senatu, toga, laudacja i tak dalej. Cała sprawa jednak przeszłaby niemalże niezauważona, gdyby nie błędy rektora i wściekłość europosłanki.

Osobną sprawą jest czy pan Barroso na doktorat h.c. zasługiwał? Moim zdaniem, raczej nie. Nie jest naukowcem, był politykiem, premierem Portugalii, teraz jest wysokim urzędnikiem europejskim. Jego działalność można oceniać lepiej lub gorzej, ale jakichś szczególnie wybitnych zasług dla ludzkości nie położył. Nie przyczynił się też osobiście do rozwoju Uniwersytetu Jagiellońskiego; owszem, UJ otrzymał dość dużo środków z Unii Europejskiej, ale nie było w tym osobistej zasługi Barroso. Raczej był to efekt unijnej polityki rozszerzenia się na Europę Środkową i obfitego wsparcia tych krajów funduszami strukturalnymi, ale ostatecznie w większości rozdzielały je polskie ministerstwa, nie Komisja Europejska. UJ spełniał kryteria, więc granty dostawał. Tak więc nie, raczej nie. Z drugiej strony nie byłoby wielkiego skandalu, gdyby Barroso ten doktorat jednak dostał – ot, typowy doktorat polityczny, mały kroczek na drodze dewaluacji tej godności. Na pewno szkoda dla Uniwersytetu byłaby mniejsza, niż w wyniku zamieszania, jakie ostatecznie nastąpiło.  

Misteria Paschalia, 21 kwietnia

Georg Friedrich Haendel, La Resurrezione, Le Cercle de l’Harmonie, dyrygował René Jacobs.

W wielkanocne poniedziałki Misteria dają repertuar radosny. I słusznie, wszak wszyscy cieszymy się Zmartwychwstaniem, a poważne uroczystości Wielkiej Niedzieli już się skończyły. Cieszmy się więc, także muzyką!

W tym roku cieszyć mieliśmy się słuchając oratorium – formalnie zatem utworu religijnego – Haendla pod dyrekcją René Jacobsa, niegdyś kontratenora, dziś czołowego dyrygenta oper barokowych. W libretcie są niejako dwa plany: na jednym Anioł (zjawiskowa Sunhae Im, sopran, w białej sukni) i Lucyfer (Johannes Weisser, baryton) toczą spór, na drugim Maria Magdalena (Sophie Karthäuser, sopran, w czarnej, wdowiej sukni), Cleofe (Kleofas, a raczej Maria Kleofasowa – Wiebke Lehmkuhl, alt, także w czarnej sukni) i Jan Ewangelista (Jeremy Ovenden, tenor) najpierw rozpaczają po śmierci Jezusa, potem wybierają się do grobu, a na końcu opowiadają o radości spotkania Zmartwychwstałego. Tematyka religijna, ale mamy i obowiązkową arię morską Naufragando va per l’onde, i jakieś turkaweczki, jak to u Haendla. Ciekawe, że Maria Magdalena niby-to rozpacza po śmierci Nauczyciela, ale przecież widać, że jest to żal kobiety po śmierci ukochanego, a potem radość, że on jednak cudownie ocalał. W XVIII wieku nikt, widać, nie miał naszych dzisiejszych problemów z Marią Magdaleną, jej ludzką-kobiecą miłość do Jezusa-mężczyzny przyjmowano jako coś naturalnego.

Oba soprany dobre, Sophie Karthäuser nawet więcej, niż dobra, oba głosy męskie też (Jeremy Ovenden nie zachwycił, gdyż rola Giovanniego jest, po prawdzie, nudnawa), tylko Wiebke Lehmkuhl, która zastąpiła Sonię Prinę, nieco odstawała od pozostałych: głos ma ładny, ale śpiewała za cicho. 

Finałowy chór Diasi lode in Cielo bardzo spektakularny.

Wszystko dobrze, ale ja czuję niejakie rozczarowanie.

Źle nastawiła mnie już pierwsza aria. Jest to przebojowe Disserratevi, o porte d’Averno, które znam dobrze w wykonaniu Cecilii Bartoli i Marca Minkowskiego i jego Les Musiciens du Louvre; jest na Opera Prohibita, a był czas, gdy ja tego wykonania słuchałem w pętli bez przerwy. To jest wykonanie mistrzowskie. Arcymistrzowskie. Genialne. Ten moment, w którym ludzki głos idealnie miesza się z frazą oboju, tak, że oba są nierozróżnialne, rzuca mnie na kolana. I to chyba dotyczy tylko tego jednego wykonania: Na YouTube jest jakieś wykonanie tej arii przez Cecilię Bartoli, ale z inną orkiestrą, i jest ono gorsze.

Może więc nie wypada porównywać do arcywykonania, które gra mi w duszy? Trudno mi jednak tego uniknąć. Wczoraj Sunhae Im zaśpiewała, orkiestra zagrała, nie było błędów, ale też nie było żadnych specjalnych wrażeń. W ogóle orkiestra grała dość sztywno, bez polotu i rzecz niewybaczalna, zagłuszała solistki. Zwłaszcza w pierwszej części. W przerwie dyrygent musiał z orkiestrą odbyć poważną rozmowę – zresztą gdy publiczność już się zebrała na część drugą, słychać było, że orkiestra coś tam za kulisami próbuje – i zagrali lepiej, zaczęli łapać kontakt z solistami, na ogół nie zagłuszali, no, chyba że Wiebke Lehmkuhl. W tym wypadku częściowym usprawiedliwieniem może być to, że, jako się rzekło, Wiebke Lehmkuhl śpiewa cicho, a orkiestra była ustawiona pod Sonię Prinę, która śpiewa głośno.

Słowem, koncert dobry, ale spodziewałem się czegoś więcej.

Dla mnie największym wydarzeniem tegorocznych Misteriów był koncert wielkopiątkowy.

Orlando 2

Powinienem zajmować się czymś zupełnie innym. Nawet na blogu powinienem dać inny wpis. Ale wczorajszy koncert – a w nim Sunhae Im, Sophie Karthäuser i René Jacobs – przypomniał mi partię Dorindy w Orlandzie Haendla. A skoro Dorinda, to znakomite trio Consolati, o bella kończące I akt.

W barokowych operach wszyscy kochają wszystkich od pierwszego wejrzenia. Orlando kocha Angelicę, Angelica kocha Medora, którego kocha także Dorinda. Medoro flirtuje z obiema panienkami, ale ostatecznie łączy się z Angelicą (gdy Orlando się o tym dowie, oszaleje i narobi różnych strasznych rzeczy). Dorinda rozpacza, Angelica i Medoro usiłują ją pocieszyć.

Poniższy klip pochodzi z przedstawienia zarejestrowanego w Zurychu w 2007 (tego z Sunhae Im i Sophie Karthäuser nie ma jeszcze na DVD – za miesiąc wyjdzie CD). Medoro – Katharina Peetz, Angelica – Martina Janková, Dorinda – Christina Clark, dyryguje William Christie. Widać, jak wiele opera zyskuje na dobrej grze aktorskiej i ujęciu teatralnym. Tutaj mamy przykład dość popularnej ostatnio interpretacji erotycznej. Nawet jeśli ta scena jest nieco przesadzona, aktorstwo jest dobre, głosy znakomite, a muzyka wspaniała. Zapraszam.

Misteria Paschalia 15 kwietnia

Antonio Caldara, oratorium Morto e sepoltura di Cristo, grała Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Koncert jest chwalony (choć nie entuzjastycznie chwalony) na blogu Doroty Szwarcman. Soliści dobrzy, orkiestra niezła, Biondi w przerwie koncertu mówi, że on właściwie czuje się krakowianinem. Ja zwróciłem uwagę na bardzo dobre chóry na zakończenie obu części oratorium, oraz na fenomenalną arię basu Verde tronco (Ugo Guagliardo) w drugiej części.

Tyle właściwie powinienem napisać, jako że… na koncercie nie byłem. Zmogła mnie wiosenna grypa. Miałem bilet, ale się zmarnował. Pomyślałem więc, że skoro nie mogę tam być, posłcham transmisji radiowej. No i posłuchałem.

Pierwsza część była fa-tal-na. Mam na myśli jakość dźwięku. Słychać było tylko skrzypce, zagłuszające wszystko inne. Jeśli coś się przebiło, było ustawione jakoś tak ostro, nieprzyjemnie. Po prostu katastrofa.

W przerwie elektroakustyk chyba posłuchał tego, co puścił w eter, walnął głową w mur i zmienił ustawienia. Druga część brzmiała już dosyć przyzwoicie.

Dzisiejsza transmisja radiowa z koncertu Jordi Savalla (nie byłem z powodów jak wyżej) też byla przyzwoita. Ale koncert – przynajmniej w odbiorze radiowym; nawet w przypadku idealnej transmisji to nie jest to samo, co po prostu tam być – taki sobie, niezbyt porywający.

Ze skomleniem

Kraków przeciw igrzyskomW wyniku prowokacji dziennikarskiej pani Jagna Marczułajtis zrezygnowała z szefowania Komitetowi Kraków 2022. Oczywiście, jak to u nas w zwyczaju, oskarża media o nagonkę i ataki, odcina się od działań swojego męża i nie ma sobie nic do zarzucenia.

To dobra wiadomość dla przeciwników igrzysk. Zwracając uwagę na bałagan, arogancję i złą organizację w Komitecie, sprawia, że wynik NIE w referendum 25 maja staje się bardziej prawdopodobny. Teraz Komitetem pokieruje zapewne tymczasowy przewodniczący, a jeżeli w lipcu MKOl dopuści Kraków do dalszego etapu, nowym szefem zostanie jakaś poważna figura. Mówi się o Aleksandrze Kwaśniewskim. To mógłby być poważny przeciwnik, ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli sprawdzać jego siły: Nawet jeśli pomysł igrzysk nie zostanie odrzucony w referendum, obecne, dość kompromitujące zamieszanie, samo w sobie osłabia szanse na sukces kandydatury Krakowa. I bardzo dobrze!

Ale jednak trochę mi przykro. Chodzi o to, że upadek pani Marczułajtis nastąpił w tak złym stylu.

Okazało się, że Komitet przygotowujący wielką, kosztowną, prestiżową imprezę, działa skrajnie nieprofesjonalnie. Nie ma planu, nie ma pomysłu, nie ma organizacji, nie wynajęto profesjonalnej agencji PR. Finanse i zasady zatrudniania są niejasne. Mąż szefowej, formalnie osoba niezwiązana z Komitetem Kraków 2022, zdaje się tam być szarą eminencją, podejmującą istotne decyzje, a na koniec jak dziecko daje się podejść lokalnym dziennikarzom. Żałosne. (Ale nie przesadzajmy z oskarżeniami, że „mąż chciał przekupić dziennikarzy” – co najwyżej chciał ich kupić, a gdyby to robił ktoś uprawniony do podejmowania decyzji, i oficjalnie, nie na stacji benzynowej, byłoby to w pełni legalne.)

Praprzyczyną obecnego upadku była arogancja Komitetu i wszystkich osób próbujących narzucić nam igrzyska. Ich plan nie zakładał konieczności przekonywania mieszkańców, którzy mieli bezwolnie przyjąć to, co zaplanowała przemyślna i dobrotliwa władza. Gdy jednak okazało się, że będzie referendum i że do igrzysk trzeba przekonać szeroką publiczność, Komitet ogarnęła panika i zaczęła się improwizacja. Ja z synowcem na przedzie i jakoś to będzie. Mąż pani Marczułajtis chciał dobrze, ale wyszło jak zawsze. Naprawdę, wolałbym, aby Komitet wspiął się na wyżyny profesjonalizmu i krystalicznej uczciwości, a mimo to przegrał w referendum. Nie byłoby tego wstydliwego wrażenia okropnej, polskiej prowizorki.

Okrutne internety piszą, że Jagna Marczułajtis jest pierwszą sportsmenką, która odpadła z igrzysk 2022. This is the way the world ends, not with a bang but a whimper.

P.s. Polecam też List do prezydenta Majchrowskiego autorstwa Michała Olszewskiego w dzisiejszej Gazecie Wyborczej.