Od kilku dni polskie media huczą, iż Uniwersytet Jagielloński, moja uczelnia, odmówił nadania doktoratu honorowego Jose Manuelowi Barroso, ustępującemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej. Gazeta Wyborcza wybija w tytule, że Barroso nie dostał doktoratu, gdyż „promuje gender”, a poza tym jest lewakiem. Prawica gratuluje Uniwersytetowi odwagi, lewica przedstawia UJ jako siedlisko obskurantyzmu, Uniwersytet nieudolnie się tłumaczy, że nie daje doktoratów honorowych czynnym politykom; gdy wskazano, że doktoraty dla czynnych polityków jednak były (dla Andreasa Papandreu, gdy był premierem Grecji i dla Javiera Pereza de Cuellara, gdy był Sekretarzem Generalnym ONZ), Uniwersytet nieco zmienił ton i teraz powiada, że zazwyczaj nie nadaje się doktoratów honorowych czynnym politykom. Tak czy siak, wizerunek Uniwersytetu cierpi i spodziewam się, że jeszcze odczujemy skutki tej dramatycznej wpadki.
Okazuje się jednak, że doszło do niej inaczej, niż nam się to przedstawia. Winne są, w mojej opinii, dwie osoby: rektor Wojciech Nowak i europosłanka Róża Thun. Oboje chcieli dobrze, a wyszło nawet gorzej, niż zazwyczaj.
Zacznijmy od wyjaśnienia czym jest doktorat honoris causa. Jest to najwyższe wyróżnienie uniwersyteckie, nadawane albo za bardzo wybitne osiągnięcia naukowe, albo za szczególne, wyjątkowe zasługi dla uniwersytetu, albo wreszcie za wybitne zasługi ogólne, publiczne. Ważne jest to, że doktorat honorowy jest wyróżnieniem nadawanym konkretnej osobie, za jej osobiste zasługi. Doktorat honorowy nadaje Senat uniwersytecki, ale na wniosek któregoś z wydziałów. Uniwersytet i poszczególne wydziały nadają to wyróżnienie raczej oszczędnie, przy czym wydziały za wielki despekt poczytują sytuacje, w których wyższe władze chciałyby im wystąpienie z takim wnioskiem narzucić.
W tym roku Uniwersytet obchodzi 650-lecie swojego istnienia. Z tej okazji rektor Nowak wpadł na pomysł, aby doktoratem honorowym uczcić kogoś z Komisji Europejskiej. Zapytał się więc posłanki Thun kto to mógłby być, a ta wskazała Jose Manuela Barroso. Nowak przyjął tę sugestię i zwrócił się Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych, aby ta wystąpiła ze stosownym wnioskiem.
To był zasadniczy błąd rektora. Kompletne odwrócenie porządku. Normalnie to wydział wskazuje kandydata, którego zasługi – w którejś ze wskazanych wyżej kategorii – przynajmniej na wydziale nie budzą wątpliwości. W tym wypadku rektor chciał wydział zinstrumentalizować, niemalże polecił „wystąpienie z wnioskiem”, w dodatku dotyczącym osoby, której zasługi nawet dla rektora nie były oczywiste (gdyby Róża Thun wskazała kogoś innego, wniosek zapewne dotyczyłby innej osoby). I to się na rektorze zemściło, a konsekwencje obciążają przede wszystkim rektora.
Złośliwi – do których się w tym wypadku zaliczam – przypuszczają, że rektorowi-chirurgowi zwyczajnie do głowy nie przyszło, że osoby stojące niżej w hierarchii mogą się poleceniu rektora sprzeciwić.
A wydział się wściekł. Osoby, które dobrze znają tamtejsze stosunki, zaklinają się, że akceptacja propozycji rektora nie wchodziła w grę – wydział nie życzył sobie stać się jedynie narzędziem. Z ujawnionego (wykradzionego?!) przez Gazetę Wyborczą stenogramu wynika, że najważniejszym pytaniem było
Jakie środowisko wystąpiło z wnioskiem?
na co pada odpowiedź, że
władze uniwersytetu skierowały prośbę w kierunku Wydziału.
Dalej, owszem, możemy przeczytać, że
Barroso był ongiś wojującym maoistą, komunistą, a później miał poglądy skrajnie lewicowe
oraz, że
Barroso jako urzędnik reprezentuje raczej lewicowy kierunek polityczny, z pewnością nie jest natomiast mężem stanu.
Zwracam uwagę, że argument z genderu się nie pojawił. Ostatecznie wniosek o doktorat honorowy dla pana Barroso upadł, przede wszystkim dlatego, że wydział nie chciał zostać zinstrumentalizowany. A że w dyskusji padały takie argumenty, jak przytoczone wyżej? Cóż, w dostatecznie dużej grupie ludzi (tam głosowało 59 osób) może się znaleźć paru oszołomów czy zaślepionych ideologów, którzy powiedzą, co powiedzieli. Paradoksalnie, to mogło być do wyartykułowania łatwiejsze, niż jawne stwierdzenie, że ludzie nie życzą sobie, aby rektor im narzucał, co im ma się podobać.
Skoro wniosek o doktorat honorowy dla pana Barroso nigdy nie stanął na forum Senatu UJ, bo nie wyszedł z wydziału, rektor złożył wniosek o nadanie temu kandydatowi medalu Plus ratio quam vis, co jest wyróżnieniem niższej rangi. Niższej, ale i tak wysokiej.
Co w tej historii najważniejsze, wszystko to działo się prawie rok temu. Od prawie roku było wiadomo, że Jose Manuel Barroso doktoratu honoris causa od UJ nie dostanie. Ciekawe, że nikt wówczas nie protestował, nikt wówczas nie odsądzał Uniwersytetu od czci i wiary.
I tu, jak się wydaje, rektor popełnił drugi błąd: Nie poinformował o ostatecznym wyniku pani Róży Thun. Ta zapewne była przekonana, że skoro rektor chciał nadać honorowy doktorat, ona zaś wskazała pana Barroso, Barroso ten doktorat dostanie. I to najpewniej samemu przewodniczącemu Komisji Europejskiej powiedziała. A że przy tym sama chciała się w ramach kampanii do Europarlamentu ogrzać w słoneczku doktoratu dla Barroso, strasznie musiała się zdenerwować, gdy się okazało, że nic z tego. Jak sądzę, wściekła Róża Thun popędziła ze skargą do mediów, które widząc tak łakomy kąsek, zaczęły Uniwersytetowi przyprawiać gębę obskurantyzmu. I teraz rektor popełnił błąd trzeci, każąc swojemu rzecznikowi rozpowszechniać nieprawdziwe wyjaśnienie, iż Uniwersytet z zasady nie przyznaje doktoratów honorowych czynnym politykom. Fałsz tego wyjaśnienia szybko wyszedł na jaw, rzucając na Uniwersytet podejrzenie, że skoro tak głupio się tłumaczy, to widać ma coś wstydliwego do ukrycia. A wystarczyło powiedzieć, że ta kandydatura nie znalazła uznania w oczach Rady Wydziału, a w ogóle cała sprawa jest sprzed roku, więc skąd tak nagłe zamieszanie?
Pan Barroso przyznany mu medal odebrał, zresztą z ceremoniałem przewidzianym dla doktoratów honorowych: uroczyste posiedzenie Senatu, toga, laudacja i tak dalej. Cała sprawa jednak przeszłaby niemalże niezauważona, gdyby nie błędy rektora i wściekłość europosłanki.
Osobną sprawą jest czy pan Barroso na doktorat h.c. zasługiwał? Moim zdaniem, raczej nie. Nie jest naukowcem, był politykiem, premierem Portugalii, teraz jest wysokim urzędnikiem europejskim. Jego działalność można oceniać lepiej lub gorzej, ale jakichś szczególnie wybitnych zasług dla ludzkości nie położył. Nie przyczynił się też osobiście do rozwoju Uniwersytetu Jagiellońskiego; owszem, UJ otrzymał dość dużo środków z Unii Europejskiej, ale nie było w tym osobistej zasługi Barroso. Raczej był to efekt unijnej polityki rozszerzenia się na Europę Środkową i obfitego wsparcia tych krajów funduszami strukturalnymi, ale ostatecznie w większości rozdzielały je polskie ministerstwa, nie Komisja Europejska. UJ spełniał kryteria, więc granty dostawał. Tak więc nie, raczej nie. Z drugiej strony nie byłoby wielkiego skandalu, gdyby Barroso ten doktorat jednak dostał – ot, typowy doktorat polityczny, mały kroczek na drodze dewaluacji tej godności. Na pewno szkoda dla Uniwersytetu byłaby mniejsza, niż w wyniku zamieszania, jakie ostatecznie nastąpiło.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.