PiS, Platforma i granica białoruska

Pewien znajomy matematyk, w ramach powyborczych rozliczeń, twierdzi, że Platforma w sprawie granicy białoruskiej wypada po prostu trochę gorzej niż PiS. Naprawdę?

Łukaszenka, w porozumieniu z Putinem, zaczął traktować migrantów jako broń w celu zdestabilizowania Polski i całego Zachodu. W tym celu specjalnie sprowadza kandydatów na migrantów, mamiąc ich perspektywą łatwego przedostania się na teren UE.

Co zrobił PiS? Postawił płot za 1.5 mld, bez przetargu, więc kto miał zarobić, ten zarobił, ale za to dziurawy. Nieskuteczny, o czym świadczą dane niemieckie, wedle których do Niemiec z terenu Polski przechodziło miesięcznie ~4000 nielegalnych migrantów (zapewne jakaś część z nich przeszła z Białorusi nie do Polski, ale do Litwy, a dalej to już Unia). Ale PiS wręcz chełpił się liczbą „udaremnionych prób nielegalnego przekroczenia granicy” i szykanami wobec organizacji humanitarnych, starającym się nieść pomoc migrantom. PiS zawsze dużo więcej mówi, niż robi. Lecz pushbacki były nieskuteczne, o czym wiele razy pisałem: ludzi zawracano raz, drugi, piąty, ale w końcu im się udawało i stąd te 4000. Nie mam dowodów, ale jestem przekonany, że skuteczne „nielegalne przekroczenia granicy” były możliwe w mechanizmie korupcyjnym, tylko nie wiem, na jakim szczeblu. Jeśli to prawda, pushbacki były środkiem przeciwko klientom, którzy nie chcieli płacić.

A po co PiS do ochrony granicy przed nielegalnymi migrantami wysłał w pełni wyposażone dwie brygady zmechanizowane, zupełnie jak Orban do ochrony granicy Węgier z Zakarpaciem po wybuchu wojny, wie jeden mec. Giertych, ale nikt mu nie uwierzył. Błaszczak i reszta uwielbiali się fotografować na tle płotu, Kamiński i Wąsik próbowali zochydzić imigrantów za pomocą materiałów zoofilskich, za to funkcjonariuszom i żołnierzom pilnującym granicy brakowało elementarnego wyposażenia.

Za Platformy płot uszczelniono i wprowadzono nadzór elektroniczny, ale pojawiły akty agresji ze strony migrantów, a zapewne raczej wmieszanych w nich kryminalistów i białoruskich agentów. I liczba „nielegalnych prób”, i liczba pushbacków spadła, choć nie do zera, o czym świadczy wciąż niezerowy strumień migrantów z Polski do Niemiec. Zapewne cena, jaką przemytnikom ludzi muszą zapłacić nieszczęśnicy, którzy utknęli w Białorusi, wzrosła.

Tak naprawdę kontrowersyjna jest jedynie sprawa azylu. Pominę tu fakt, że prawo do azylu powstało w innych czasach i dla ochrony innych osób, więc dziś jest w swojej formie anachroniczne, lecz zgodnie z konwencjami międzynarodowymi obowiązuje. Koniecznie muszę jednak podkreślić, że olbrzymia większość nielegalnych migrantów ani przez chwilę nie planowała pozostać w Polsce, a wniosek azylowy był dla nich deską ratunku na wypadek złapania przez polskie służby lub gdy po kolejnych pushbackach znaleźli się w bardzo złym stanie zdrowia.

No więc za PiSu, owszem, wnioski azylowe teoretycznie można było składać, ale strona polska ich nie przyjmowała. Pogranicznicy i żołnierze pilnujący granicy ich „nie słyszeli”, „nie widzieli” lub „nie rozumieli”. Za PiSu zabierano nawet migrantów z ośrodków, do których się przy pomocy organizacji humanitarnych dostali, w tym chorych i dzieci, i wywożono ich do Białorusi. Za PiSu Polska wobec napływu nielegalnych migrantów z Białorusi była jednocześnie nieskuteczna, okrutna i pełna hipokryzji. Platforma zawiesiła prawo do składania wniosków azylowych na granicy z Białorusią, poza grupami „wrażliwymi” (chorzy, kobiety w ciąży, dzieci), więc Polska przynajmniej stała się mniej obłudna. Jednocześnie, ponieważ po uszczelnieniu płotu spadła liczba „nielegalnych prób” i pushbacków, także okrucieństwo wobec migrantów zmalało.

Jeśli chodzi o same wnioski azylowe, to chyba już o tym pisałem: Wniosek azylowy jest formą udania się pod opiekę państwa polskiego. Jeśli ktoś chce to zrobić, powinien to zrobić legalnie, to znaczy na oficjalnym przejściu granicznym i taka możliwość powinna zostać utrzymana. Jeśli ktoś jednak chce się dostać do Polski nielegalnie, poza przejściami granicznymi, starannie unikając kontaktu z polskimi służbami, to znaczy, że tak naprawdę nie chce opieki ze strony Polski, więc prawo do złożenia wniosku azylowego w przypadku niepowodzenia nie powinno im przysługiwać.

A ponieważ część „nielegalnych prób” jednak jest skuteczna, ludzie, którzy się do Polski dostali, powinni być zatrzymywani i osadzani w ośrodkach dla imigrantów, po czym powinna zostać podjęta próba ich deportacji. No, chyba że zdecydują się pozostać w Polsce – dotyczy to zwłaszcza rodzin z małymi dziećmi. Należy jednak ze wszech miar zadbać o to, aby nie mogli przedostać się na Zachód. Moim zdaniem tylko to, nie pushbacki, mogłoby sprawić, że kanał przerzutowy z Białorusi przez Polskę na Zachód stanie się mniej drożny. Bo póki będzie drożny, póty znajdą się chętni do skorzystania.

Wątpliwości i prawdziwa pułapka

Wybór Karola Nawrockiego na prezydenta odebrałem jako policzek. Taki typ odpowiada większości moich współobywateli?! To jest nie tylko katastrofa polityczna, ale wręcz moralna. Jakoś próbuję się z tą myślą oswoić i zrozumieć, dlaczego tak się stało, patrz mój poprzedni wpis, ale nie jest mi łatwo.

Ale czy na pewno typ odpowiada większości wyborców? Pojawiają się liczne doniesienia o cudach nad urną – w komisjach, w których w I turze wygrywał Trzaskowski, w II wygrał Nawrocki i to nie tylko przejmując wszystkie głosy pozostałych kandydatów, ale też część głosów Trzaskowskiego. Kilkoro przewodniczących przyznało, że omyłkowo w protokołach przypisali głosy na Trzaskowskiego Nawrockiemu i na odwrót, ciekawa rzecz, zawsze tam, gdzie w rzeczywistości to Trzaskowski wygrał. Bardzo znacznie wzrosła liczba głosów nieważnych, z dwoma krzyżykami; jeśli to członek komisji, popełniając tym samym przestępstwo, dopisał krzyżyk drugiemu kandydatowi, unieważnił tym samym prawidłowo oddany głos na tego pierwszego. Wreszcie dziwna i nielegalna z punktu widzenia Kodeksu Wyborczego aplikacja miała służyć członkom komisji do uniemożliwiania oddania głosów osobom z zaświadczeniem o prawie do głosowania, ba, ponieważ te zaświadczenia im odbierano, ale karty do głosowania nie wydawano, taki członek komisji mógł potem zagłosować, jak chciał, podszywając się pod oszukanego wyborcę.

Banieczka szacuje, ile głosów mógł w ten sposób Trzaskowski stracić, a Nawrocki oszukańczo zyskać. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy? To oburzające, ale nie wpłynie na ostateczny wynik wyborów. Oczywiście jeśli zarzuty się potwierdzą a sprawcy zostaną wykryci, należy ich bardzo dotkliwie ukarać. Nie po to, aby odwrócić wynik, ale po to, żeby na przyszłość jeden z drugim wiedział, że fałszerstwa wyborcze to bardzo poważne przestępstwo.

Pojawiają się jednak głosy, że fałszerstw mogło być tak dużo, że wpłynęły na wynik wyborów – przecież było „na żyletki”, Nawrocki wygrał z Trzaskowskim ledwie o 370 tysięcy głosów. Część przeciwników Nawrockiego coraz głośniej domaga się ponownego przeliczenia głosów, dziwiąc się przy tym, że i rząd, i główne media antypisowskie mówią, że wszystko wskazuje na to, że wynik wyborów, rozumiany nie w sensie liczby głosów na tego i tamtego kandydata, ale jako binarny wybór Nawrocki vs Trzaskowski, został ustalony prawidłowo. I ja się z tym zgadzam. Jeśli na światło dzienne nie wypłyną jakieś masowe, nie budzące wątpliwości fałszerstwa, wyraźnie ponad to, co już teraz wiemy, muszę się zgodzić, że wybory, jakkolwiek byłoby to przykre, wygrał Karol Nawrocki.

Ostatecznie o ponownym przeliczeniu głosów, a nawet o unieważnieniu wyborów, zdecydować musi Sąd Najwyższy. Jeśli neo-Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych orzeknie ważność wyborów, marszałek Hołownia może stwierdzić, że ta neo-Izba nie jest Sądem Najwyższym i czekać na orzeczenie prawdziwego SN, którego się nie doczeka. Hołownia może wówczas nie zwołać Zgromadzenia Narodowego w celu zaprzysiężenia Nawrockiego, a gdy kadencja Dudy 6 sierpnia zakończy się, objąć funkcję głowy państwa i rozpisać nowe wybory. Tylko że to spowoduje całkowitą anarchię, bo znaczna część naszych współobywateli powie, że wybory zostały im ukradzione. Nie będą uznawać decyzji Hołowni jako głowy państwa, nie uznają wyboru nowego prezydenta, jeśli nie będzie to Nawrocki – a nie wiadomo, czy on do ponownych wyborów stanie. Zapewne nie, bo przyznanie, że Hołownia mógł legalnie rozpisać nowe wybory będzie oznaczało, że mógł nie uznać orzeczenia neo-Izby, a to by kwestionowało cały sens PiSowskiej „reformy wymiaru sprawiedliwości”. A jeśli Nawrocki, choć to wątpliwe, do tak powtórzonych wyborów by stanął, to Trzaskowski przegra jeszcze bardziej dotkliwie, bo ludzie się wkurzą, że Platforma nie umie przyznać się do porażki.

[Edit 1 lipca] Nie, Hołownia nie będzie mógł rozpisać nowych wyborów, bo nie będzie orzeczenia o nieważności tych, które się odbyły. Hołownia będzie mógł jedynie wycofać weto Dudy i podpisać ustawę incydentalną, tak, aby orzeczeniem o ważności wyborów mógł się zająć prawidłowy skład SN. Hołownia będzie jeszcze mógł mianować Bilewicza profesorem, a Klicha i Schnepfa ambasadorami. Więcej nie da rady. Ale do wybuchu anarchii dojdzie tak czy siak.

Słowem, zapanuje chaos. Część obywateli będzie uznawać za głowę państwa Nawrockiego, część kogoś innego. Może nawet dojść do jakichś gwałtownych demonstracji i protestów. Bardzo małą pociechą będzie konstatacja, że winę za to ponosi Duda, który zawetował ustawę incydentalną, odbierającą neo-Izbie prawo do orzekania o ważności wyborów.

Najbardziej z anarchii w Polsce cieszyć będzie się Rosja.

Powiem wprost: Prezydent o bardzo nieciekawej przeszłości, podejrzanych powiązaniach, ze znikomymi kompetencjami, realizujący mściwy plan Jarosława Kaczyńskiego, ale powszechnie uznawany za wybranego prawidłowo, choć jego rzeczywista przewaga była zapewne mniejsza, niż to oficjalnie ogłoszono, jest tysiąc razy lepszy dla Polski niż stan, w którym mamy prezydenta i antyprezydenta, obaj są kontestowani przez bardzo duże grupy wyborców, nie ma powszechnej zgody, który z nich jest prawomocny i władny do podejmowania decyzji wiążących dla państwa. Dla dobra państwa lepiej zgodzić się na złego prezydenta, nawet niezbyt prawidłowo wybranego, niż zafundować Polsce prawny chaos, przy którym obecne zamieszanie z neosędziami to byłaby kaszka z mlekiem.

Ale prawdziwą pułapką zastawioną na Koalicję 15 października byłoby, gdyby neo-Izba nie uznała ważności wyborów. Bo wtedy jest klops. Jeśli sejmowa większość zgodzi się z tym orzeczeniem, de facto uzna tę neo-Izbę, a więc i jej poprzednie orzeczenia, w tym to nakazujące wypłacenie dotacji PiSowi, a tak naprawdę uzna wszystkich neo-sędziów. Problem czyszczenia sądownictwa z PiSowskich szkodników zniknie, umrze śmiercią tragiczną, no, ale pojawi się szansa odwrócenia wstydliwych – i zapowiadających bardzo przykre skutki – wyników II tury. Ale z anarchią w bonusie.

Jeśli sejmowa większość orzeczenia neo-Izby o nieważności wyborów nie uzna, to zachodzą dwie możliwości. Po pierwsze, może stwierdzić, że wybory prezydenckie są objęte domniemaniem ważności (co jest wątpliwe, sytuacja z wyborami prezydenckimi jest inna, niż z parlamentarnymi), więc marszałek Hołownia zwoła Zgromadzenie Narodowe i zaprzysięże Nawrockiego. Nawrockiego! Wtedy PiS będzie miał problem, czy protestować przeciwko zignorowaniu neo-Izby, czy cieszyć się z Nawrockiego. Po drugie, podobnie jak wyżej, Hołownia może stwierdzić, że neo-Izba nie jest sądem, więc będzie czekał, aż o ważności wyborów orzeknie Sąd Najwyższy, który tego nie zrobi. A dalej jak poprzednio, Hołownia obejmie urząd głowy państwa i rozpisze nowe wybory, a w kraju zapanuje anarchia.

Spodziewam się, że neo-Izba uzna ważność wyboru Nawrockiego, Hołownia stwierdzi, że choć neo-Izba nie jest Sądem Najwyższym, wybory objęte są domniemaniem ważności, a SN ważności wyborów nie zakwestionował. Marszałek Sejmu zwoła Zgromadzenie Narodowe i Nawrocki zostanie zaprzysiężony. Mimo całej obrzydliwości prezydenta-elekta i wątpliwości wobec prawidłowego zliczenia głosów, stanie się tak dla dobra Polski. Ale gdybym był neo-Izbą i naprawdę chciał zaszkodzić obecnej koalicji rządzącej, a przy okazji zadbać o własne interesy, to chyba bym wyników II tury nie uznał.

Pomyliłem się

Do końca miałem nadzieję, że Rafał Trzaskowski wygra. O włos, na żyletki, o kilkadziesiąt tysięcy głosów, ale wygra. Pomyliłem się. Czego nie wziąłem pod uwagę? Co ważniejsze, czego sztab Trzaskowskiego nie wziął pod uwagę?

1. Natężenia emocji antyplatformerskich, a zwłaszcza antytuskowych. Oczywiście wiadomo było, że one są obecne, ale myślałem, że ograniczają się do rdzeniowych, „religijnych” wyborców PiSu i skrajnych narodowców. Okazało się, że są one silniejsze. Nawrocki bardzo umiejętnie sklejał Trzaskowskiego z Tuskiem, mówił o Trzaskowskim jako o wiceprzewodniczącym PO i zastępcy Tuska. To zadziałało.

Co Trzaskowski mógł zrobić? Gdy tylko stanął do wyborów – i to już do wewnętrznych wyborów w Platformie – powinien był z funkcji wiceprzewodniczącego Platformy zrezygnować, startować jako szeregowy członek PO. To może odrobinę odwróciło by od niego antyplatformerski sentyment. A może i nie, już się nie dowiemy. W każdym razie sztab Trzaskowskiego powinien był tę emocję rozpoznać i jakoś spróbować jej przeciwdziałać. Nic takiego nie zrobiono.

(Jeśli mowa o emocjach antytuskowych, to Donald Tusk powinien był do końca trzymać się z dala od kampanii. Na marszu powinien być, przemówienie mógł wygłosić, ale wywiady, jakich udzielał po pierwszej turze i jego tweety, były niedźwiedzią przysługą dla Trzaskowskiego. Tym bardziej, że sprawiały wrażenie, że Tusk jest po prostu przerażony.)

2. Ludzie nie lubią elit, zwłaszcza warszawskich. Rafał Trzaskowski zaś jest wręcz ikonicznym przedstawicielem warszawskich elit. Oczywiście nie mógł się wyrzec swojego pochodzenia, wykształcenia, ogłady, kontaktów międzynarodowych i znajomości języków, ale nie powinien był podkreślać swojej warszawskości. A on przy każdej okazji mówił „w Warszawie otwieramy żłobki”, „w Warszawie zdobyliśmy miliony z KPO na służbę zdrowia”, „w Warszawie dbamy o komunikację publiczną”, w Warszawie to, w Warszawie tamto. Trzaskowskiemu chodziło o podkreślenie, że ma doświadczenie w zarządzaniu wielkim miastem, że jest skuteczny, więc z zarządzaniem państwem też sobie poradzi. Ale ludzie słyszeli tylko „w Warszawie”. A „Warszawa to nie cała Polska”, gość z Warszawy nie będzie nam mówił, jak żyć.

No i na „sportowe” zaczepki Nawrockiego absolutnie nie powinien był odpowiadać wykonując ćwiczenia w drogich sportowych ciuchach. Taki strój też głównie podkreślał elitaryzm.

3. Lewica krytykowała Trzaskowskiego za „zwrot na prawo” i w stronę prowincji, a ja uważam, że to było dobre posunięcie: Polska jest znacznie bardziej konserwatywna, niż to się lewicowo-liberalnej banieczce wydawało, a wybory w Polsce wygrywa się poza wielkimi miastami. Tak więc pomysł był dobry, ale z jakichś powodów źle wykonany. „Zwrot na prawo” zauważyła tylko lewica, która się o to zezłościła, a grupy, do których był skierowany, nie. Stąd, między innymi, mniejsze, niż to sztabowcy zakładali, przepływy od Mentzena, a także przegrana w większości małych miast i gmin. Nawet tych, które Trzaskowski w czasie kampanii odwiedził. W dużych miastach, pomimo „zwrotu na prawo”, Trzaskowski wygrał.

4. Przeciwko Trzaskowskiemu działało też rozczarowanie do rządu, połączone z nieracjonalną postawą wyborców. Chcieli ukarać rząd Tuska za to, że nie doprowadził do liberalizacji aborcji i nie rozliczył PiSowców, więc wybrali faceta, który prawo antyaborcyjne raczej zaostrzy, a skazanych PiSowców uniewinni. Na to Trzaskowski niewiele mógł poradzić (ale Tusk, wiele miesięcy temu, tak). Przeciwko Trzaskowskiemu działał też sztab leniwych kotów, uważających, że zwycięstwo – cytując klasyczkę – im się po prostu należało, więc nie trzeba się było starać. Monstrualną wpadką sztabu była debata w Końskich, od której zaczął się wyraźny spadek notowań Trzaskowskiego. Uczciwie byłoby dodać, że duży udział miał w tym Hołownia.

5. I na koniec – choć może powinno to być na początku – Rafałowi Trzaskowskiemu zabrakło pozytywnej opowieści o Polsce pod jego rządami, opowieści, która mogłaby sprawić, że głosowanie na niego byłoby przyjemnością, a nie mniej lub bardziej przykrym obowiązkiem. Postaram się o tym napisać osobno.

Pixabay

A gdyby to był Sikorski?

Pundyci mówią, że o wygranej Nawrockiego przesądził niewłaściwy wybór kandydata Platformy. Że gdyby to był Sikorski, wynik byłby inny. Ja niezmiennie uważam, że Sikorski byłby lepszym prezydentem, niż Trzaskowski, ale czy byłby bardziej wybieralny? Nie sądzę.

I nie chodzi o żonę Żydówkę, ale o to, jakich głosów kandydatowi Platformy zabrakło. A zabrakło przede wszystkim rozczarowanych lewicowych wyborców z 2023, z kolei zaś przepływ od Mentzena był mniejszy, niż się sztabowcy Trzaskowskiego spodziewali. Otóż to samo rozczarowanie do rządów obecnej koalicji, za które zapłacił Trzaskowski – nie, przepraszam, za które zapłaci cała Polska – dotknęłoby też Sikorskiego, choć żaden z nich osobiście nie jest winien ani braku liberalizacji aborcji, ani bardzo powolnego rozliczania PiS. Co prawda prawica, z uwagi na konserwatyzm Sikorskiego, nie mogłaby przedstawiać go jako czempiona LGBT, jak robiła z Trzaskowskim, co mobilizowało przeciwko Trzaskowskiemu elektorat konserwatywny, ale z tego samego powodu jeszcze większa grupa wyborców lewicowych mogła by mieć opory przeciwko głosowaniu na Sikorskiego.

Sikorski byłby dla Nawrockiego znacznie twardszym przeciwnikiem, w debatach czy wiecowych przemówieniach nie byłby wobec niego, mimo wszystko, grzeczny, ale by go miażdżył jako przestępcę. Na zdjęcia Nawrockiego z siłki nie odpowiedział by zdjęciem w drogich sportowych ciuchach, tylko zdjęciem w stroju mudżahedina, z kałasznikowem. Czy to by przyciągnęło do niego więcej wyborców Mentzena? Może tak. Czy dostatecznie wielu? Nie jestem pewien.

Co innego mogło było dać Sikorskiemu przewagę. Rafał Trzaskowski jest bez wątpienia przedstawicielem warszawskich elit i choć przedstawiał się przede wszystkim jako samorządowiec, nieustannie swoją warszawskość podkreślał. A Polacy elit nie lubią. Zwłaszcza warszawskich, choć nie tylko. Radosław Sikorski natomiast nie jest z Warszawy, mówi o sobie, że wychował się na bydgoskim osiedlu i to być może zmniejszyło by jego elektorat negatywny. Na to dotąd nie zwróciłem uwagi.

Pixabay

Strach, nienawiść czy…?

Przeszłość Karola Nawrockiego pokazuje, że jest to typ ogólnie nieciekawy. To nie jest nawet jakiś wielki przestępca, którego zbrodnie budziłyby grozę pomieszaną z pewnym podziwem. To „tylko” gość, który za młodu bogatemu klientowi dostarczy panienki do hotelu, obije komuś mordę stojąc na bramce i będzie się łomotał z innymi kibolami na ustawce, a gdy już dorośnie, będzie konfabulował, nie płacił za wynajęty apartament, pożyczał na lichwiarski procent, sprzeniewierzy powierzone fundusze i wyłudzi mieszkanie, jeśli tylko będzie po temu okazja. Zatrudni w IPN kolegów z klubu bokserskiego (albo z bramki?) i poręczy za neonazistę, który pobił się z duńską (!) policją. Kilku jawnych gangsterów jest dumnych ze znajomości z Nawrockim, a koleś zwany Wielki Bu publicznie deklaruje, że będzie na niego głosował.

Karol Nawrocki to nie jest jakiejś wielkiej klasy zbrodniarz, a tylko przeciętny rzezimieszek, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Ale przeszłość całkowicie dyskwalifikuje go do objęcia stanowiska prezydenta – tak naprawdę, do objęcia jakiegokolwiek stanowiska państwowego – tak ze względu na kwalifikacje moralne, jak i na możliwość ulegania szantażowi, gdy obce służby lub więksi od niego przestępcy zagrożą, że ujawnią jeszcze więcej kompromitujących go materiałów.

A jednak PiS go wystawiło jako swojego kandydata, a gdy kolejne obrzydliwe fakty z przeszłości Nawrockiego są ujawniane, partia broni go, jak niepodległości. Dlaczego?! Nigdy nie miałem zbyt wysokiego mniemania o moralnych kwalifikacjach PiS, ale oni przynajmniej pozowali na statecznych konserwatystów, obrońców tradycyjnych wartości, niezłomnych szeryfów walczących z przestępcami. Wspieranie Nawrockiego całkowicie burzy ten obraz. Czemu PiS to robi?

Jest kilka możliwych odpowiedzi.

Najprostsza jest taka, że Jarosław Kaczyński nie znał przeszłości Nawrockiego aż tak dobrze, jak my ją znamy teraz. Wystawił outsidera Nawrockiego, żeby nie wzmocnić żadnego z PiSowskich baronów, a teraz trzyma się tego wyboru, bo po prostu organicznie nie jest w stanie przyznać się do pomyłki.

Inny wariant tej odpowiedzi brzmi, że Kaczyński nie znał aż tak dobrze, nie chciał wzmocnić baronów, a teraz broni, bo a) boi się, że jeśli prezydentem zostanie kandydat Platformy, całe przywództwo PiS trafi do więzienia, więc nie ma wyjścia, bo zabrnął już za daleko, lub też b) tak bardzo nienawidzi Tuska, że będzie wspierał nie tylko bardzo słabego, ale wręcz budzącego obrzydzenie kandydata, skoro już się taki trafił, tylko po to, żeby Tusk przegrał. Tylko upokorzenie Tuska da Kaczyńskiemu chwilową satysfakcję.

Internety jednak snują i taką hipotezę: Kaczyński dobrze znał historię Nawrockiego i jego powiązania i wystawił go na kandydata nie pomimo jego związków ze światem przestępczym, ale właśnie dlatego, że on je ma. Kaczyński miałby planować, że za pośrednictwem Nawrockiego zorganizuje bojówki, które będą fizycznie zastraszać i bić przeciwników politycznych. Z policji, niestety, nie udało się ich stworzyć, zostaje więc mafia i zarządzani przez nią kibole. Państwo zrewanżuje im się przymykaniem oczu na inne przestępstwa, łagodnymi wyrokami i uniewinnieniami. A Karol Nawrocki miałby być wielkim łącznikiem.

Otóż jeśli Jarosław Kaczyński naprawdę myśli, że za pośrednictwem Nawrockiego będzie kontrolować mafię, srodze się przeliczy. To mafia będzie kontrolować Kaczyńskiego. Niestety, nie tylko jego, ale całą Polskę, nas wszystkich.

Demokracja czy zamordyzm?

Po wynikach I tury wyborów prezydenckich widać, że Rafał Trzaskowski, by wygrać, musi przyciągnąć zdecydowaną większość głosów wyborców lewicowych i wyborców Szymona Hołowni oraz zdobyć – a przynajmniej zapewnić sobie neutralność – sporo głosów wyborców Sławomira Mentzena. Komentatorzy zastanawiają się, jak Trzaskowskiemu uda się jednocześnie sięgnąć po wyborców lewicowych i prawicowych.

To źle postawiony problem. W tych wyborach nie chodzi o lewicowość vs prawicowość, ale o demokrację vs zamordyzm. Demokrata może pogodzić się z tym, że niektóre jego postulaty nie są realizowane, gdyż większość życzy sobie inaczej, o ile tylko nikt, poza jawnymi przestępcami, nie jest trzymany za mordę. Zamordysta zaś chce, żeby za mordę trzymani byli wszyscy, którzy mu się nie podobają. O to w tych wyborach chodzi i na to przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę.

Szymon Hołownia od razu w przemówieniu powyborczym poparł Rafała Trzaskowskiego. Adrian Zandberg oświadczył, że on nikogo w drugiej turze nie poprze, a jego wyborcy zrobią, co chcą, natomiast Magdalena Biejat stwierdziła, że będzie się targować z Trzaskowskim o poparcie. Oczywiście nie sądzę, żeby wyborcy kandydatów lewicowych mogli poprzeć Karola Nawrockiego, mogą jednak wybrać absencję wyborczą, bo „PiS-PO, jedno zło”, dając Nawrockiemu przewagę względną.

Z tego, co czytam, większość wyborców lewicowych jednak odda głos na Trzaskowskiego, być może zaciskając nos. Są jednak tacy wyborcy Adriana Zandberga, którzy, obraziwszy się na Polskę, planują nie brać udziału w drugiej turze. Najwyraźniej jest im wszystko jedno, czy prezydentem Polski zostanie demokrata, czy kumpel gangsterów o skłonnościach faszystowskich. Do tych wyborców zwracam się w dalszej części wpisu.

Czy aby na pewno to wszystko jedno?

Wyobraźmy sobie trzy sytuacje:

1. Sejm likwiduje Fundusz Kościelny, którego znaczenie symboliczne jest zresztą o wiele większe, niż znaczenie dla budżetu państwa. Trzaskowski taką ustawę podpisze, Nawrocki zawetuje.
2. Sejm się ogarnie i uchwali depenalizację aborcji. Trzaskowski podpisze, Nawrocki zawetuje.
3. Polska, wraz z innymi krajami unijnymi, zechce wprowadzić podatek dla gigantów cyfrowych. Trzaskowski podpisze, a Nawrocki zawetuje, gdyż tak mu każe J.D. Vance, jak za pierwszego Trumpa Mike Pence zakazał Morawieckiemu nawet myśleć o czymś takim.

Można by podać wiele podobnych przykładów, ale te trzy wystarczą. Naprawdę uważacie, że to wszystko jedno?

Na zakończenie przypomnę, co pisał kiedyś Yanis Varoufakis, uzasadniając swoje poparcie dla Macrona i dziwiąc się, że inni lewicowi przywódcy tego nie robią:

I refuse to be part of a generation of leftists who allowed a fascist and racist to win the French presidency. Naturally, if Macron wins and becomes merely another functionary of Europe’s deep establishment, my comrades and I will oppose him no less energetically than we are – or should be – opposing Le Pen now.

Drodzy lewicowi wyborcy, bądźcie jak znany w całej Europie lewicowy przywódca i ekonomista Yanis Varoufakis, nie jak nieznany nikomu poza waszą banieczką, kapryśny Adrian Zandberg.

Yanis Varoufakis

Prawo do azylu

Uparcie wracam do tematu, który już tu wielokrotnie poruszałem: Jak Polska powinna postępować z ludźmi, którzy chcą się do nas dostać z Białorusi. Ostatnio Sejm zdecydował, by przekazać rządowy projekt ustawy zakładający „czasowe prawo do zawieszenia azylu” do dalszych prac w komisji. Przepisy te umożliwiają

wstrzymanie na okres 60 dni przyjmowania wniosków o azyl od migrantów na granicy polsko-białoruskiej.

Od biedy mogę zgodzić się z „zawieszeniem prawa do azylu” dla osób przekraczających granicę w miejscu niedozwolonym, tzn. forsując graniczny płot lub bagna. Ci ludzie tak naprawdę nie chcą się dostać do Polski, tylko gdzieś dalej na Zachód, Polska jest dla nich tylko etapem podróży. Próba przedostania się do Polski nielegalnie wręcz dowodzi, że oni nie chcą do Polski, tylko gdzieś dalej. Prawo do złożenia wniosku o azyl jest dla nich opcją awaryjną na wypadek, gdyby już na terenie Polski zostali złapani przez polskie służby. W fantazjach nacjonalistów, a także skąd inąd całkiem normalnych pod innymi względami prawicowców, stanowi to gigantyczne zagrożenie dla Polski. Tymczasem, jak informuje Straż Graniczna,

liczba prób przekroczenia granicy z Białorusią w nielegalnych miejscach w 2024 r. wyniosła blisko 30 tys.

Straż Graniczna liczy tylko nieskuteczne próby przekroczenia granicy, czyli ludzi cofniętych na Białoruś, a że nielegalni migranci często próbują więcej, niż jeden raz, oznacza to mniej, niż 30 tysięcy osób, które w ciągu roku chciały do nas się przedostać.  Prób skutecznych Straż Graniczna nie liczy, bo ich nie widzi, ale ci ludzie już dawno wyjechali z Polski. Faktycznie więc lawina wniosków azylowych od osób przekraczających granicę nielegalnie nigdy nam nie groziła, nie grozi i raczej grozić nie będzie. Problem „zawieszenia dla nich prawa do azylu” jest marginalny.

Przypuszczam, że „zawieszenie prawa do azylu” ma tak naprawdę służyć dwu innym celom. Po pierwsze, nasze społeczeństwo jest niechętne migrantom, więc rząd, ze względów politycznych, reaguje na wyolbrzymione zagrożenie, żeby przypodobać się wyborcom. Po drugie i ważniejsze, gdyby ci nielegalni imigranci zostali złapani już w Niemczech, Niemcy mogliby ich do nas odsyłać, bo Polska, na terenie której jakiś czas byli, była pierwszym krajem „bezpiecznym”. A my tego nie chcemy. Jeśli tym ludziom prawo do azylu w Polsce przysługiwać nie będzie, Niemcy nie będą mogli ich do nas odsyłać, gdyż Polska przestanie być pierwszym krajem „bezpiecznym”, w którym mogli oni otrzymać azyl. I ja to nawet rozumiem, ale wypadałoby to wprost powiedzieć. Ale rozumiem też, czemu rząd się nie chce do tego przyznać.

Natomiast uparcie i bezwzględnie sądzę, że wnioski azylowe powinny być przyjmowane od osób próbujących wjechać do Polski legalnie, to znaczy przez istniejące i czynne przejścia graniczne, jak ta rodzina z Sudanu, o której niedawno pisano. Czy tacy ludzie azyl dostaną, co z nimi robić w czasie rozpatrywania wniosku (trzeba otworzyć nowe ośrodki dla imigrantów, a to kosztuje i spotka się z niechęcią lokalnych środowisk), wreszcie co z nimi zrobić, jeśli azylu nie dostaną, to już inna historia. Ale prawo do złożenia wniosku azylowego na przejściu granicznym z pewnością powinno pozostać.

Rozumiem przy tym argument, że prawo do ubiegania się o azyl wymyślono w zupełnie innych czasach, gdy zdarzenie takie było raczej wyjątkowe i, potencjalnie, nie służyło jako przykrywka dla migrantów ekonomicznych. Być może całą koncepcję azylu należałoby przemyśleć od nowa, na poziomie europejskim (Karta Praw Podstawowych) czy szerzej, na poziomie ogółu sygnatariuszy Konwencji Genewskiej. Ale „zawieszanie prawa do azylu” osobom, które legalnie chcą wjechać do Polski, nie wydaje mi się dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że jest ich naprawdę niewiele. Wielokrotnie więcej osób wjechało do Polski pozornie legalnie, gdy PiS bez żadnego sprawdzania rozdawał wizy. A niekiedy sprzedawał. Nawet nie wiadomo, ile z tych osób u nas pozostało, ale co najmniej kilkadziesiąt tysięcy, a raczej więcej. I co? I nic. Nie stanowią żadnego szczególnego zagrożenia.

Nie lękajcie się!

Słowa, jakimi anioł pozdrawia pasterzy przerażonych dziwnymi zjawiskami w noc Bożego Narodzenia, to jedne z najbardziej krzepiących zdań Ewangelii. Wszystkim chrześcijanom życzę, aby światło Chrystusa rozjaśniało nam mroki świata. Wszystkim ludziom dobrej woli życzę otuchy płynącej z prastarego święta solarnego, jakkolwiek oni je w swojej tradycji nazywają, a także jeśli go wcale nie nazywają. Astronomia, przesilenie zimowe, ma swoje prawa, nawet jeśli nie przydajemy im żadnego znaczenia mistycznego.

Ja dobrze życzę wszystkim, osobom pokroju Kaczyńskiego, Dudy, Ziobry czy Romanowskiego też. Światło w ciemnościach świeci, a ciemności go nie przemogły. Niech to będzie dla was, bracia, wezwaniem do opamiętania, a zatem i znakiem nadziei. Nigdy nie jest za późno.

Gerrit van Honthorst, Pokłon pasterzy

Henryk Mikołaj Górecki, Symfonia pieśni żałosnych

Henryk Mikołaj Górecki, Trzecia Symfonia, Symfonia pieśni żałosnych – Beth Gibbons, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, dyr. Krzysztof Penderecki

Wydawało mi się, że Symfonię pieśni żałosnych Góreckiego słyszałem wiele razy. Otóż nie: ja jej tylko wiele razy słuchałem. Jakoś mnie naszło i słucham jej, w różnych wykonaniach, od trzech dni. I w końcu ją usłyszałem.

Symfonia zaczyna się od odwróconych smyczków*. Najpierw gra pojedynczy bas, potem wszystkie basy, dołączają wiolonczele, altówki, wreszcie w połowie ósmej minuty skrzypce. Muzyka wydobywa się z tonów niskich, z ciemności, z podziemi, ku tonom wysokim. Ku światłu. I w tym świetle, w krystalicznym powietrzu Gór Świętokrzyskich, sopran wyśpiewuje XV-wieczny lament Matki Boskiej Boleściwej. Po czym smyczki, grając ten sam motyw, co na początku, wycofują się. Porządek się odwraca. Najpierw milkną skrzypce. Potem stopniowo cichną altówki i wiolonczele. Na końcu zostają same basy, bardzo ciche. Wracamy na ziemię. Pod ziemię. Do katowni Gestapo, gdzie uwięziona dziewczyna wydrapuje na ścianie do swojej matki „nie płacz”, później do nieoznaczonego powstańczego grobu. Matka Boska jest szczęśliwsza od matki zabitego powstańca, bo przynajmniej ma ciało Jezusa i może je pochować, a powstaniec leży w jakimś dołku i jego matka nie wie, gdzie. Niechby choć polne kwiatki zakwitły na tym grobie. Wstrząsające.

Mimo rozbudowanej orkiestry – zwielokrotnione instrumenty smyczkowe, poza tym fortepian, harfa, klarnety, fagoty i blachy, ale instrumenty dęte i tak przez większość czasu milczą – muzyka jest niezwykle oszczędna. Minimalistyczna.

*Jako przypis dodam, że Wojciech Kilar w swojej Czwartej Symfonii, Sinfonia de motu, napisanej w 2005 z okazji światowego roku fizyki (byłem na prawykonaniu w Filharmonii Narodowej), też wykorzystał otwarcie w sekwencji odwróconych smyczków basy-wiolonczele-altówki-skrzypce. Penderecki też miał kilka kompozycji z dominującą partią kontrabasów. Ciekawe, czy to pod wpływem Góreckiego?

Kto nie chce tej wojny?

W czasie kampanii wyborczej Donald Trump zapowiadał, że zakończy wojnę w Ukrainie „w jeden dzień”. Nic takiego, rzecz jasna, się nie stanie, ale po wygranej Trumpa i po zapowiadanych przez niego nominacjach do Departamentu Stanu i Pentagonu osób o wyraźnie prorosyjskim/antyukraińskim nastawieniu, pytanie, co dalej, jest jak najbardziej zasadne. Tym bardziej, że wojną zmęczeni są już sami Ukraińcy (i to jest bodaj najpoważniejszy problem!), a jak nam podpowiadają usłużne algorytmy, także bogate społeczeństwa Zachodu, które rzekomo wprost marzą o tym, żeby można było wrócić do zarabiania na business as usual z Rosją.

W to ostatnie ja niezbyt wierzę. Zastanawiam się kto chce, a raczej, kto nie chce końca wojny w Ukrainie.

Przepraszam, będę w tym wpisie bardzo cyniczny.

Sądzę, że w interesie tak Zachodu, jak i innych aktorów, nie leży szybkie zakończenie wojny. Z czterech powodów. Po pierwsze, wszyscy pilnie obserwują i uczą się, jak zmienia się współczesne pole walki. Okazuje się na przykład, że broń pancerna bardzo straciła na znaczeniu (znawcy twierdzą, że czołgi straciły mniej, BWP bardziej, ale mamy doniesienia, że Ukraińcy pospiesznie wycofują z frontu otrzymane od Stanów czołgi Abrams, gdyż łatwo je zniszczyć za pomocą dronów). Podobnie śmigłowce szturmowe nie są aż tak ważne, jak się wydawało. Liczy się przede wszystkim artyleria, rakiety, bomby lotnicze, drony i środki obrony przed nimi. No i stały, niezakłócony dopływ amunicji. To bardzo cenne obserwacje.

Po drugie, im dłużej trwa wojna, tym bardziej Rosja wyczerpuje swoje zasoby militarne, sprzętowe, finansowe, gospodarcze i ludzkie. A im więcej zasobów Rosja zużyje (utraci) w Ukrainie, tym dłużej będzie musiała je odbudowywać, nie stanowiąc w tym czasie militarnego zagrożenia dla Zachodu. Ale jest też aspekt gospodarczy. Nie doszło i zapewne nieprędko dojdzie do jakiegoś spektakularnego załamania gospodarczego Rosji, bo to jest po prostu bardzo duży kraj. Ale gdy wojna się skończy – a kiedyś się skończy – Rosja będzie potrzebować zagranicznych inwestycji. Im bardziej Rosja będzie osłabiona, tym korzystniejsze warunki będzie zmuszona zaoferować biznesowi czy to zachodniemu, czy to chińskiemu, czy to tureckiemu, czy to jakiemu tam jeszcze. Im później będzie można wrócić do otwartych interesów z Rosją, tym warunki dla Zachodu (i całej reszty) będą lepsze. Czy nie opłaca się poczekać?

Po trzecie, Putin wcale nie jest głupi i nie rekrutuje wśród etnicznych Rosjan, zwłaszcza z europejskiej części Rosji. Rekrutuje więźniów za darowanie wyroków, ostatnio także dłużników za umorzenie długów, rekrutuje życiowych wykolejeńców za żołd i świadczenia dla rodzin, ale mniej więcej normalni Rosjanie, którzy gdzieś pracują, coś studiują lub prowadzą jakieś interesy, nie są zagrożeni poborem. Za to Putin pełnymi garściami rekrutuje w republikach uralskich i azjatyckich, gdzie jest bardzo biednie i nie ma dobrej pracy. Tam służba w rosyjskiej armii była popularna już w czasach carskich i to się nie zmieniło, ale obecne straty są tak duże, że – podobno – istotnie zmienia to stosunki demograficzne. Rosyjscy nacjonaliści się z tego cieszą, ale długofalowo osłabienie prowincji uralskich i azjatyckich nie będzie dla Rosji korzystne. Rosjanie ich nie zaludnią, bo kto by tam jechał na takie zadupie, Chińczycy też nie, bo oni mają swoje problemy demograficzne, ale chiński biznes będzie tym chętniej zapraszany do „inwestowania”, czyli do prowadzenia rabunkowej eksploatacji rosyjskich surowców. Tak więc z punktu widzenia Chin, im bardziej nie-europejska część Rosji się wykrwawi, tym lepiej.

Wreszcie po czwarte – niestety – im słabsza będzie Ukraina, tym łatwiej będzie Unii Europejskiej negocjować przyjęcie Ukrainy do UE. Obietnica członkostwa w NATO była mglista i niekonkretna, wycofanie się z niej łatwo będzie można zwalić na Trumpa, za to z obietnicy przyjęcia Ukrainy do Unii nie będzie się Europejczykom tak łatwo wycofać. Lecz im słabsza będzie powojenna Ukraina, tym łatwiej będzie jej narzucić warunki akcesji. W interesie UE leży, żeby Ukraina nie mogła zbyt twardo negocjować.

Jeśli – ale to oczywiście jest wielkie jeśli – Trump będzie działać choć trochę racjonalnie, to nie zakręci militarnej i finansowej kroplówki dla Ukrainy, choć może ją lekko przykręci. Ukraina będzie krwawić, Ukraińcy będą ginąć, infrastruktura Ukrainy będzie niszczona, ale ginąć też będą obywatele Rosji, a rosyjskie zasoby będą się wyczerpywać. Nawet jeśli komuś miałoby być przykro z powodu cierpień Ukrainy, to z przedłużającej się wojny cieszyć się będą i Stany, i UE, i Chiny, i masa innych aktorów, z nominalnie rosyjskimi republikami kaukaskimi włącznie. Sorry, taki mamy klimat.