A gdyby to był Sikorski?

Pundyci mówią, że o wygranej Nawrockiego przesądził niewłaściwy wybór kandydata Platformy. Że gdyby to był Sikorski, wynik byłby inny. Ja niezmiennie uważam, że Sikorski byłby lepszym prezydentem, niż Trzaskowski, ale czy byłby bardziej wybieralny? Nie sądzę.

I nie chodzi o żonę Żydówkę, ale o to, jakich głosów kandydatowi Platformy zabrakło. A zabrakło przede wszystkim rozczarowanych lewicowych wyborców z 2023, z kolei zaś przepływ od Mentzena był mniejszy, niż się sztabowcy Trzaskowskiego spodziewali. Otóż to samo rozczarowanie do rządów obecnej koalicji, za które zapłacił Trzaskowski – nie, przepraszam, za które zapłaci cała Polska – dotknęłoby też Sikorskiego, choć żaden z nich osobiście nie jest winien ani braku liberalizacji aborcji, ani bardzo powolnego rozliczania PiS. Co prawda prawica, z uwagi na konserwatyzm Sikorskiego, nie mogłaby przedstawiać go jako czempiona LGBT, jak robiła z Trzaskowskim, co mobilizowało przeciwko Trzaskowskiemu elektorat konserwatywny, ale z tego samego powodu jeszcze większa grupa wyborców lewicowych mogła by mieć opory przeciwko głosowaniu na Sikorskiego.

Sikorski byłby dla Nawrockiego znacznie twardszym przeciwnikiem, w debatach czy wiecowych przemówieniach nie byłby wobec niego, mimo wszystko, grzeczny, ale by go miażdżył jako przestępcę. Na zdjęcia Nawrockiego z siłki nie odpowiedział by zdjęciem w drogich sportowych ciuchach, tylko zdjęciem w stroju mudżahedina, z kałasznikowem. Czy to by przyciągnęło do niego więcej wyborców Mentzena? Może tak. Czy dostatecznie wielu? Nie jestem pewien.

Co innego mogło było dać Sikorskiemu przewagę. Rafał Trzaskowski jest bez wątpienia przedstawicielem warszawskich elit i choć przedstawiał się przede wszystkim jako samorządowiec, nieustannie swoją warszawskość podkreślał. A Polacy elit nie lubią. Zwłaszcza warszawskich, choć nie tylko. Radosław Sikorski natomiast nie jest z Warszawy, mówi o sobie, że wychował się na bydgoskim osiedlu i to być może zmniejszyło by jego elektorat negatywny. Na to dotąd nie zwróciłem uwagi.

Pixabay

Strach, nienawiść czy…?

Przeszłość Karola Nawrockiego pokazuje, że jest to typ ogólnie nieciekawy. To nie jest nawet jakiś wielki przestępca, którego zbrodnie budziłyby grozę pomieszaną z pewnym podziwem. To „tylko” gość, który za młodu bogatemu klientowi dostarczy panienki do hotelu, obije komuś mordę stojąc na bramce i będzie się łomotał z innymi kibolami na ustawce, a gdy już dorośnie, będzie konfabulował, nie płacił za wynajęty apartament, pożyczał na lichwiarski procent, sprzeniewierzy powierzone fundusze i wyłudzi mieszkanie, jeśli tylko będzie po temu okazja. Zatrudni w IPN kolegów z klubu bokserskiego (albo z bramki?) i poręczy za neonazistę, który pobił się z duńską (!) policją. Kilku jawnych gangsterów jest dumnych ze znajomości z Nawrockim, a koleś zwany Wielki Bu publicznie deklaruje, że będzie na niego głosował.

Karol Nawrocki to nie jest jakiejś wielkiej klasy zbrodniarz, a tylko przeciętny rzezimieszek, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Ale przeszłość całkowicie dyskwalifikuje go do objęcia stanowiska prezydenta – tak naprawdę, do objęcia jakiegokolwiek stanowiska państwowego – tak ze względu na kwalifikacje moralne, jak i na możliwość ulegania szantażowi, gdy obce służby lub więksi od niego przestępcy zagrożą, że ujawnią jeszcze więcej kompromitujących go materiałów.

A jednak PiS go wystawiło jako swojego kandydata, a gdy kolejne obrzydliwe fakty z przeszłości Nawrockiego są ujawniane, partia broni go, jak niepodległości. Dlaczego?! Nigdy nie miałem zbyt wysokiego mniemania o moralnych kwalifikacjach PiS, ale oni przynajmniej pozowali na statecznych konserwatystów, obrońców tradycyjnych wartości, niezłomnych szeryfów walczących z przestępcami. Wspieranie Nawrockiego całkowicie burzy ten obraz. Czemu PiS to robi?

Jest kilka możliwych odpowiedzi.

Najprostsza jest taka, że Jarosław Kaczyński nie znał przeszłości Nawrockiego aż tak dobrze, jak my ją znamy teraz. Wystawił outsidera Nawrockiego, żeby nie wzmocnić żadnego z PiSowskich baronów, a teraz trzyma się tego wyboru, bo po prostu organicznie nie jest w stanie przyznać się do pomyłki.

Inny wariant tej odpowiedzi brzmi, że Kaczyński nie znał aż tak dobrze, nie chciał wzmocnić baronów, a teraz broni, bo a) boi się, że jeśli prezydentem zostanie kandydat Platformy, całe przywództwo PiS trafi do więzienia, więc nie ma wyjścia, bo zabrnął już za daleko, lub też b) tak bardzo nienawidzi Tuska, że będzie wspierał nie tylko bardzo słabego, ale wręcz budzącego obrzydzenie kandydata, skoro już się taki trafił, tylko po to, żeby Tusk przegrał. Tylko upokorzenie Tuska da Kaczyńskiemu chwilową satysfakcję.

Internety jednak snują i taką hipotezę: Kaczyński dobrze znał historię Nawrockiego i jego powiązania i wystawił go na kandydata nie pomimo jego związków ze światem przestępczym, ale właśnie dlatego, że on je ma. Kaczyński miałby planować, że za pośrednictwem Nawrockiego zorganizuje bojówki, które będą fizycznie zastraszać i bić przeciwników politycznych. Z policji, niestety, nie udało się ich stworzyć, zostaje więc mafia i zarządzani przez nią kibole. Państwo zrewanżuje im się przymykaniem oczu na inne przestępstwa, łagodnymi wyrokami i uniewinnieniami. A Karol Nawrocki miałby być wielkim łącznikiem.

Otóż jeśli Jarosław Kaczyński naprawdę myśli, że za pośrednictwem Nawrockiego będzie kontrolować mafię, srodze się przeliczy. To mafia będzie kontrolować Kaczyńskiego. Niestety, nie tylko jego, ale całą Polskę, nas wszystkich.

Demokracja czy zamordyzm?

Po wynikach I tury wyborów prezydenckich widać, że Rafał Trzaskowski, by wygrać, musi przyciągnąć zdecydowaną większość głosów wyborców lewicowych i wyborców Szymona Hołowni oraz zdobyć – a przynajmniej zapewnić sobie neutralność – sporo głosów wyborców Sławomira Mentzena. Komentatorzy zastanawiają się, jak Trzaskowskiemu uda się jednocześnie sięgnąć po wyborców lewicowych i prawicowych.

To źle postawiony problem. W tych wyborach nie chodzi o lewicowość vs prawicowość, ale o demokrację vs zamordyzm. Demokrata może pogodzić się z tym, że niektóre jego postulaty nie są realizowane, gdyż większość życzy sobie inaczej, o ile tylko nikt, poza jawnymi przestępcami, nie jest trzymany za mordę. Zamordysta zaś chce, żeby za mordę trzymani byli wszyscy, którzy mu się nie podobają. O to w tych wyborach chodzi i na to przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę.

Szymon Hołownia od razu w przemówieniu powyborczym poparł Rafała Trzaskowskiego. Adrian Zandberg oświadczył, że on nikogo w drugiej turze nie poprze, a jego wyborcy zrobią, co chcą, natomiast Magdalena Biejat stwierdziła, że będzie się targować z Trzaskowskim o poparcie. Oczywiście nie sądzę, żeby wyborcy kandydatów lewicowych mogli poprzeć Karola Nawrockiego, mogą jednak wybrać absencję wyborczą, bo „PiS-PO, jedno zło”, dając Nawrockiemu przewagę względną.

Z tego, co czytam, większość wyborców lewicowych jednak odda głos na Trzaskowskiego, być może zaciskając nos. Są jednak tacy wyborcy Adriana Zandberga, którzy, obraziwszy się na Polskę, planują nie brać udziału w drugiej turze. Najwyraźniej jest im wszystko jedno, czy prezydentem Polski zostanie demokrata, czy kumpel gangsterów o skłonnościach faszystowskich. Do tych wyborców zwracam się w dalszej części wpisu.

Czy aby na pewno to wszystko jedno?

Wyobraźmy sobie trzy sytuacje:

1. Sejm likwiduje Fundusz Kościelny, którego znaczenie symboliczne jest zresztą o wiele większe, niż znaczenie dla budżetu państwa. Trzaskowski taką ustawę podpisze, Nawrocki zawetuje.
2. Sejm się ogarnie i uchwali depenalizację aborcji. Trzaskowski podpisze, Nawrocki zawetuje.
3. Polska, wraz z innymi krajami unijnymi, zechce wprowadzić podatek dla gigantów cyfrowych. Trzaskowski podpisze, a Nawrocki zawetuje, gdyż tak mu każe J.D. Vance, jak za pierwszego Trumpa Mike Pence zakazał Morawieckiemu nawet myśleć o czymś takim.

Można by podać wiele podobnych przykładów, ale te trzy wystarczą. Naprawdę uważacie, że to wszystko jedno?

Na zakończenie przypomnę, co pisał kiedyś Yanis Varoufakis, uzasadniając swoje poparcie dla Macrona i dziwiąc się, że inni lewicowi przywódcy tego nie robią:

I refuse to be part of a generation of leftists who allowed a fascist and racist to win the French presidency. Naturally, if Macron wins and becomes merely another functionary of Europe’s deep establishment, my comrades and I will oppose him no less energetically than we are – or should be – opposing Le Pen now.

Drodzy lewicowi wyborcy, bądźcie jak znany w całej Europie lewicowy przywódca i ekonomista Yanis Varoufakis, nie jak nieznany nikomu poza waszą banieczką, kapryśny Adrian Zandberg.

Yanis Varoufakis

Prawo do azylu

Uparcie wracam do tematu, który już tu wielokrotnie poruszałem: Jak Polska powinna postępować z ludźmi, którzy chcą się do nas dostać z Białorusi. Ostatnio Sejm zdecydował, by przekazać rządowy projekt ustawy zakładający „czasowe prawo do zawieszenia azylu” do dalszych prac w komisji. Przepisy te umożliwiają

wstrzymanie na okres 60 dni przyjmowania wniosków o azyl od migrantów na granicy polsko-białoruskiej.

Od biedy mogę zgodzić się z „zawieszeniem prawa do azylu” dla osób przekraczających granicę w miejscu niedozwolonym, tzn. forsując graniczny płot lub bagna. Ci ludzie tak naprawdę nie chcą się dostać do Polski, tylko gdzieś dalej na Zachód, Polska jest dla nich tylko etapem podróży. Próba przedostania się do Polski nielegalnie wręcz dowodzi, że oni nie chcą do Polski, tylko gdzieś dalej. Prawo do złożenia wniosku o azyl jest dla nich opcją awaryjną na wypadek, gdyby już na terenie Polski zostali złapani przez polskie służby. W fantazjach nacjonalistów, a także skąd inąd całkiem normalnych pod innymi względami prawicowców, stanowi to gigantyczne zagrożenie dla Polski. Tymczasem, jak informuje Straż Graniczna,

liczba prób przekroczenia granicy z Białorusią w nielegalnych miejscach w 2024 r. wyniosła blisko 30 tys.

Straż Graniczna liczy tylko nieskuteczne próby przekroczenia granicy, czyli ludzi cofniętych na Białoruś, a że nielegalni migranci często próbują więcej, niż jeden raz, oznacza to mniej, niż 30 tysięcy osób, które w ciągu roku chciały do nas się przedostać.  Prób skutecznych Straż Graniczna nie liczy, bo ich nie widzi, ale ci ludzie już dawno wyjechali z Polski. Faktycznie więc lawina wniosków azylowych od osób przekraczających granicę nielegalnie nigdy nam nie groziła, nie grozi i raczej grozić nie będzie. Problem „zawieszenia dla nich prawa do azylu” jest marginalny.

Przypuszczam, że „zawieszenie prawa do azylu” ma tak naprawdę służyć dwu innym celom. Po pierwsze, nasze społeczeństwo jest niechętne migrantom, więc rząd, ze względów politycznych, reaguje na wyolbrzymione zagrożenie, żeby przypodobać się wyborcom. Po drugie i ważniejsze, gdyby ci nielegalni imigranci zostali złapani już w Niemczech, Niemcy mogliby ich do nas odsyłać, bo Polska, na terenie której jakiś czas byli, była pierwszym krajem „bezpiecznym”. A my tego nie chcemy. Jeśli tym ludziom prawo do azylu w Polsce przysługiwać nie będzie, Niemcy nie będą mogli ich do nas odsyłać, gdyż Polska przestanie być pierwszym krajem „bezpiecznym”, w którym mogli oni otrzymać azyl. I ja to nawet rozumiem, ale wypadałoby to wprost powiedzieć. Ale rozumiem też, czemu rząd się nie chce do tego przyznać.

Natomiast uparcie i bezwzględnie sądzę, że wnioski azylowe powinny być przyjmowane od osób próbujących wjechać do Polski legalnie, to znaczy przez istniejące i czynne przejścia graniczne, jak ta rodzina z Sudanu, o której niedawno pisano. Czy tacy ludzie azyl dostaną, co z nimi robić w czasie rozpatrywania wniosku (trzeba otworzyć nowe ośrodki dla imigrantów, a to kosztuje i spotka się z niechęcią lokalnych środowisk), wreszcie co z nimi zrobić, jeśli azylu nie dostaną, to już inna historia. Ale prawo do złożenia wniosku azylowego na przejściu granicznym z pewnością powinno pozostać.

Rozumiem przy tym argument, że prawo do ubiegania się o azyl wymyślono w zupełnie innych czasach, gdy zdarzenie takie było raczej wyjątkowe i, potencjalnie, nie służyło jako przykrywka dla migrantów ekonomicznych. Być może całą koncepcję azylu należałoby przemyśleć od nowa, na poziomie europejskim (Karta Praw Podstawowych) czy szerzej, na poziomie ogółu sygnatariuszy Konwencji Genewskiej. Ale „zawieszanie prawa do azylu” osobom, które legalnie chcą wjechać do Polski, nie wydaje mi się dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że jest ich naprawdę niewiele. Wielokrotnie więcej osób wjechało do Polski pozornie legalnie, gdy PiS bez żadnego sprawdzania rozdawał wizy. A niekiedy sprzedawał. Nawet nie wiadomo, ile z tych osób u nas pozostało, ale co najmniej kilkadziesiąt tysięcy, a raczej więcej. I co? I nic. Nie stanowią żadnego szczególnego zagrożenia.

Nie lękajcie się!

Słowa, jakimi anioł pozdrawia pasterzy przerażonych dziwnymi zjawiskami w noc Bożego Narodzenia, to jedne z najbardziej krzepiących zdań Ewangelii. Wszystkim chrześcijanom życzę, aby światło Chrystusa rozjaśniało nam mroki świata. Wszystkim ludziom dobrej woli życzę otuchy płynącej z prastarego święta solarnego, jakkolwiek oni je w swojej tradycji nazywają, a także jeśli go wcale nie nazywają. Astronomia, przesilenie zimowe, ma swoje prawa, nawet jeśli nie przydajemy im żadnego znaczenia mistycznego.

Ja dobrze życzę wszystkim, osobom pokroju Kaczyńskiego, Dudy, Ziobry czy Romanowskiego też. Światło w ciemnościach świeci, a ciemności go nie przemogły. Niech to będzie dla was, bracia, wezwaniem do opamiętania, a zatem i znakiem nadziei. Nigdy nie jest za późno.

Gerrit van Honthorst, Pokłon pasterzy

Henryk Mikołaj Górecki, Symfonia pieśni żałosnych

Henryk Mikołaj Górecki, Trzecia Symfonia, Symfonia pieśni żałosnych – Beth Gibbons, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, dyr. Krzysztof Penderecki

Wydawało mi się, że Symfonię pieśni żałosnych Góreckiego słyszałem wiele razy. Otóż nie: ja jej tylko wiele razy słuchałem. Jakoś mnie naszło i słucham jej, w różnych wykonaniach, od trzech dni. I w końcu ją usłyszałem.

Symfonia zaczyna się od odwróconych smyczków*. Najpierw gra pojedynczy bas, potem wszystkie basy, dołączają wiolonczele, altówki, wreszcie w połowie ósmej minuty skrzypce. Muzyka wydobywa się z tonów niskich, z ciemności, z podziemi, ku tonom wysokim. Ku światłu. I w tym świetle, w krystalicznym powietrzu Gór Świętokrzyskich, sopran wyśpiewuje XV-wieczny lament Matki Boskiej Boleściwej. Po czym smyczki, grając ten sam motyw, co na początku, wycofują się. Porządek się odwraca. Najpierw milkną skrzypce. Potem stopniowo cichną altówki i wiolonczele. Na końcu zostają same basy, bardzo ciche. Wracamy na ziemię. Pod ziemię. Do katowni Gestapo, gdzie uwięziona dziewczyna wydrapuje na ścianie do swojej matki „nie płacz”, później do nieoznaczonego powstańczego grobu. Matka Boska jest szczęśliwsza od matki zabitego powstańca, bo przynajmniej ma ciało Jezusa i może je pochować, a powstaniec leży w jakimś dołku i jego matka nie wie, gdzie. Niechby choć polne kwiatki zakwitły na tym grobie. Wstrząsające.

Mimo rozbudowanej orkiestry – zwielokrotnione instrumenty smyczkowe, poza tym fortepian, harfa, klarnety, fagoty i blachy, ale instrumenty dęte i tak przez większość czasu milczą – muzyka jest niezwykle oszczędna. Minimalistyczna.

*Jako przypis dodam, że Wojciech Kilar w swojej Czwartej Symfonii, Sinfonia de motu, napisanej w 2005 z okazji światowego roku fizyki (byłem na prawykonaniu w Filharmonii Narodowej), też wykorzystał otwarcie w sekwencji odwróconych smyczków basy-wiolonczele-altówki-skrzypce. Penderecki też miał kilka kompozycji z dominującą partią kontrabasów. Ciekawe, czy to pod wpływem Góreckiego?

Kto nie chce tej wojny?

W czasie kampanii wyborczej Donald Trump zapowiadał, że zakończy wojnę w Ukrainie „w jeden dzień”. Nic takiego, rzecz jasna, się nie stanie, ale po wygranej Trumpa i po zapowiadanych przez niego nominacjach do Departamentu Stanu i Pentagonu osób o wyraźnie prorosyjskim/antyukraińskim nastawieniu, pytanie, co dalej, jest jak najbardziej zasadne. Tym bardziej, że wojną zmęczeni są już sami Ukraińcy (i to jest bodaj najpoważniejszy problem!), a jak nam podpowiadają usłużne algorytmy, także bogate społeczeństwa Zachodu, które rzekomo wprost marzą o tym, żeby można było wrócić do zarabiania na business as usual z Rosją.

W to ostatnie ja niezbyt wierzę. Zastanawiam się kto chce, a raczej, kto nie chce końca wojny w Ukrainie.

Przepraszam, będę w tym wpisie bardzo cyniczny.

Sądzę, że w interesie tak Zachodu, jak i innych aktorów, nie leży szybkie zakończenie wojny. Z czterech powodów. Po pierwsze, wszyscy pilnie obserwują i uczą się, jak zmienia się współczesne pole walki. Okazuje się na przykład, że broń pancerna bardzo straciła na znaczeniu (znawcy twierdzą, że czołgi straciły mniej, BWP bardziej, ale mamy doniesienia, że Ukraińcy pospiesznie wycofują z frontu otrzymane od Stanów czołgi Abrams, gdyż łatwo je zniszczyć za pomocą dronów). Podobnie śmigłowce szturmowe nie są aż tak ważne, jak się wydawało. Liczy się przede wszystkim artyleria, rakiety, bomby lotnicze, drony i środki obrony przed nimi. No i stały, niezakłócony dopływ amunicji. To bardzo cenne obserwacje.

Po drugie, im dłużej trwa wojna, tym bardziej Rosja wyczerpuje swoje zasoby militarne, sprzętowe, finansowe, gospodarcze i ludzkie. A im więcej zasobów Rosja zużyje (utraci) w Ukrainie, tym dłużej będzie musiała je odbudowywać, nie stanowiąc w tym czasie militarnego zagrożenia dla Zachodu. Ale jest też aspekt gospodarczy. Nie doszło i zapewne nieprędko dojdzie do jakiegoś spektakularnego załamania gospodarczego Rosji, bo to jest po prostu bardzo duży kraj. Ale gdy wojna się skończy – a kiedyś się skończy – Rosja będzie potrzebować zagranicznych inwestycji. Im bardziej Rosja będzie osłabiona, tym korzystniejsze warunki będzie zmuszona zaoferować biznesowi czy to zachodniemu, czy to chińskiemu, czy to tureckiemu, czy to jakiemu tam jeszcze. Im później będzie można wrócić do otwartych interesów z Rosją, tym warunki dla Zachodu (i całej reszty) będą lepsze. Czy nie opłaca się poczekać?

Po trzecie, Putin wcale nie jest głupi i nie rekrutuje wśród etnicznych Rosjan, zwłaszcza z europejskiej części Rosji. Rekrutuje więźniów za darowanie wyroków, ostatnio także dłużników za umorzenie długów, rekrutuje życiowych wykolejeńców za żołd i świadczenia dla rodzin, ale mniej więcej normalni Rosjanie, którzy gdzieś pracują, coś studiują lub prowadzą jakieś interesy, nie są zagrożeni poborem. Za to Putin pełnymi garściami rekrutuje w republikach uralskich i azjatyckich, gdzie jest bardzo biednie i nie ma dobrej pracy. Tam służba w rosyjskiej armii była popularna już w czasach carskich i to się nie zmieniło, ale obecne straty są tak duże, że – podobno – istotnie zmienia to stosunki demograficzne. Rosyjscy nacjonaliści się z tego cieszą, ale długofalowo osłabienie prowincji uralskich i azjatyckich nie będzie dla Rosji korzystne. Rosjanie ich nie zaludnią, bo kto by tam jechał na takie zadupie, Chińczycy też nie, bo oni mają swoje problemy demograficzne, ale chiński biznes będzie tym chętniej zapraszany do „inwestowania”, czyli do prowadzenia rabunkowej eksploatacji rosyjskich surowców. Tak więc z punktu widzenia Chin, im bardziej nie-europejska część Rosji się wykrwawi, tym lepiej.

Wreszcie po czwarte – niestety – im słabsza będzie Ukraina, tym łatwiej będzie Unii Europejskiej negocjować przyjęcie Ukrainy do UE. Obietnica członkostwa w NATO była mglista i niekonkretna, wycofanie się z niej łatwo będzie można zwalić na Trumpa, za to z obietnicy przyjęcia Ukrainy do Unii nie będzie się Europejczykom tak łatwo wycofać. Lecz im słabsza będzie powojenna Ukraina, tym łatwiej będzie jej narzucić warunki akcesji. W interesie UE leży, żeby Ukraina nie mogła zbyt twardo negocjować.

Jeśli – ale to oczywiście jest wielkie jeśli – Trump będzie działać choć trochę racjonalnie, to nie zakręci militarnej i finansowej kroplówki dla Ukrainy, choć może ją lekko przykręci. Ukraina będzie krwawić, Ukraińcy będą ginąć, infrastruktura Ukrainy będzie niszczona, ale ginąć też będą obywatele Rosji, a rosyjskie zasoby będą się wyczerpywać. Nawet jeśli komuś miałoby być przykro z powodu cierpień Ukrainy, to z przedłużającej się wojny cieszyć się będą i Stany, i UE, i Chiny, i masa innych aktorów, z nominalnie rosyjskimi republikami kaukaskimi włącznie. Sorry, taki mamy klimat.

Azyl

Dwa tygodnie temu premier Donald Tusk zaskoczył wszystkich, zapowiadając „czasowe, terytorialne zawieszenie prawa do azylu”. Zaraz podniósł się rwetes po demokratycznej stronie, że Tusk chce ograniczyć prawa zapisane w naszej konstytucji i wynikające z przyjętych przez Polskę konwencji międzynarodowych. Zrazu nie było jednak wiadomo, o co Tuskowi chodziło, dziś zresztą też nie jest to w pełni jasne, ale z późniejszych wypowiedzi premiera, zwłaszcza z odpowiedzi na „orędzie” Andrzeja Dudy wynika, że zapewne to ludzie przekraczający w sposób nielegalny polsko-białoruską granicę pozbawieni zostaną prawa do składania wniosków o azyl. O azyl w Polsce nadal będzie można występować w polskich placówkach dyplomatycznych i, być może, na legalnych czynnych przejściach granicznych.

Z praktycznego punktu widzenia niewiele to zmieni. Migranci szturmujący graniczny płot przecież nie chcą składać wniosków o azyl w Polsce. Oni chcą się dostać do Niemiec i dalej, do innych krajów Zachodu, a złożony w Polsce wniosek azylowy mógłby im to wręcz uniemożliwić. Owszem, od czasu do czasu ktoś o azyl prosi, ale są to desperaci wykończeni kolejnymi pushbackami, zmęczeni, zmarznięci i przemoczeni, często chorzy, z małymi dziećmi, którzy chcą się w końcu wyrwać z nadgranicznego piekła.

Ja zresztą niezmiennie uważam, że Polska powinna tych migrantów wpuszczać, osadzać w zamkniętych ośrodkach i przyjmować od nich wnioski azylowe. Presja na naszą wschodnią granicę nie ustanie, dopóki kanał przerzutowy przez Polskę do Niemiec będzie drożny – a najwyraźniej wciąż jest. Niemcy co prawda wprowadziły kontrole na swoich granicach zewnętrznych, ale doniesienia o tym, czy te kontrole działają, są sprzeczne: jedni mówią, że tak, inni, że to pic na wodę. W naszym interesie byłoby humanitarne wyłapywanie i zatrzymywanie nielegalnych migrantów, nie zaś wypychanie na bagna tych grup, które udało się złapać. I nadal podejrzewam, że organizatorzy procederu granicznego ze strony białoruskiej, być może na niskim szczeblu, jakaś część polskich służb i kurierzy operujący po polskiej stronie ze sobą współpracują. Jeśli mowa o polskich służbach, to przecież wystarczy powiedzieć komu trzeba jaki jest „rozkład” polskich patroli, aby grupa migrantów mogła przejść przez płot w momencie, w którym na danym odcinku nikogo nie ma. Nasze władze donoszą, że po stworzeniu strefy buforowej „spadła liczba prób nielegalnego przekroczenia granicy”. To może być prawda, ale jakimś ludziom granicę wciąż jednak udaje się przekroczyć. Spadła liczba nieskutecznych prób przekroczenia granicy, bo skutecznych policzyć nie umiemy. Ile osób się przez granicę przedostaje? No tego właśnie nie wiemy. Nie wiemy też, kim oni są.

Wracając jednak do słów Tuska, to udały mu się dwie rzeczy: Po pierwsze, nikt już nie pamięta, co powiedziano na odbywającej się tego samego dnia konwencji PiS, bo azylowa bomba Tuska zupełnie ją przesłoniła. Po drugie i ważniejsze, Tusk odebrał część paliwa politycznego antyimigranckiej prawicy, PiSowi i Konfie.

Czy tylko o to chodziło? Mogło chodzić o jeszcze jedno: skoro Polska ogłasza – właściwie formalnie dopiero ogłosi – że wnioski azylowe od osób nielegalnie przekraczających granicę nie będą przyjmowane, inne kraje, przede wszystkim Niemcy, nie będą mogły odesłać do Polski tych nielegalnych imigrantów, których sami złapią, a którzy dotarli do nich przez Polskę. A tu może chodzić o tysiące osób, które musielibyśmy przyjąć: pushback przez Odrę nie miałby wielkiego sensu.

Edit: Pierwszy raz o migrantach pisałem jedenaście lat temu. Nawet system relokacji wówczas wymyśliłem :-/

Fantomowe ciało Dudy

W powszechnym przekonaniu prezydent Andrzej Duda jest obrońcą PiSowskich „reform”, zwłaszcza w zakresie wymiaru sprawiedliwości i polityki zagranicznej. Bronił Kamińskiego i Wąsika, uważa Dariusza Barskiego za Prokuratora Krajowego, broni neosędziów, sprzeciwia się jakimkolwiek zmianom w Trybunale Konstytucyjnym i KRS, odmawia mianowania nowych ambasadorów. Dziś Bartosz T. Wieliński, czołowy komentator Gazety Wyborczej, pisze

prezydent nie działa w kategoriach dobra państwa, a partii, z której się wywodzi. Współdziała razem z zabetonowanymi przez PiS instytucjami, by sabotować państwo.

A komentatorzy dodają:

Pan Duda to popychadło Prezesa i PiS

Otóż nie. Andrzej Duda nie działa w interesie PiSu, tylko dla obrony swojego prestiżu i „monarszego” statusu. Duda powiada, że jest konserwatystą, ale tak naprawdę nie ma chyba żadnych poglądów, a w szczególności nie podziela przekonania Kaczyńskiego o byciu namaszczonym przez Boga Zbawcą Narodu. Dobrze wie, że Kaczyński nim pogardza – Jarosław Kaczyński przyznał ostatnio, że nie rozmawiał osobiście z Dudą od ponad czterech lat i bardzo mocno krytykował go za niegdysiejsze zawetowanie ustaw sądowych – a PiS nie może nic Dudzie dać, bo trzecia kadencja jest niemożliwa, a odsunięty od władzy PiS nie będzie mógł go realnie wspierać w jego staraniach o wymarzoną karierę międzynarodową. W tej ostatniej kwestii Duda liczy na wygraną Trumpa, gdyż sądzi, że ten ułatwi mu objęcie jakiejś w miarę prestiżowej posady. I tu Andrzej Duda srodze się zawiedzie. Donald Trump nie ma przyjaciół, nie ma empatii, ma tylko swoje ego i interesy. Dla Trumpa Duda liczył się jako prezydent mający wpływ na to, czy Polska podpisze gigantyczne kontrakty zbrojeniowe ze Stanami, a także mogący zachęcić konserwatywną Polonię do głosowania na pomarańczowego Donalda. Duda jako były prezydent, pozbawiony samodzielnej pozycji politycznej, będzie dla Trumpa bezwartościowy, więc dlaczego miałby mu pomagać? Przecież nie z lojalności. Donald Trump i lojalność? Dobre sobie.

O cóż więc Andrzejowi Dudzie chodzi?

Duda jest przeciętnym, niezbyt błyskotliwym prawnikiem, grzecznym i lojalnym wobec swoich przełożonych, ale niczym więcej. Duda chyba nawet zdawał sobie sprawę ze swoich ograniczeń, lecz raptem, dziwnym zrządzeniem losu – a raczej na skutek wyjątkowo nieudolnej kampanii Bronisława Komorowskiego oraz lenistwa i wypalenia Platformy Obywatelskiej – został prezydentem, choć miał tylko z honorem lec. I wtedy uwierzył w swoją wielkość, uwierzył, że naprawdę jest kimś, kogo Naród wyróżnił z bezimiennego tłumu i postawił przed wszystkimi. Oczywiście grzecznie podpisywał większość PiSowskich ustaw, bo musiał mieć poparcie PiSu na drugą kadencję. Zawetował dwie z trzech PiSowskich ustaw sądowych, bo wedle nich to Ziobro, nie on, zyskiwał pełną władzę nad sądami, po czym przedstawił własne projekty, równie niezgodne z konstytucją jak te autorstwa Ziobry, ale to on, Andrzej Duda, stawał się teraz suwerenem wymiaru sprawiedliwości.

Od dawna podejrzewałem, że Andrzej Duda widzi się niemalże w roli monarchy, i to w jej sakralnym aspekcie. Ostatnio, w przedziwnym przemówieniu do Sądu Najwyższego, Duda powiedział to wprost. W 16:40 nagrania wywodzi pozycję prezydenta z uprawnień monarszych, by chwilę później dodać, że prezydent – czyli obecnie on – „uosabia państwo polskie”, z czego wynika, że każda decyzja prezydenta jest ipso facto decyzją polskiego państwa, a więc nie można jej podważać, bo państwo nie może podważać samo siebie. Choć w ustroju republikańskim, jaki mamy w Polsce, prezydent rzeczywiście spełnia funkcje, jakie dawniej przysługiwały monarsze, nie robi tego wedle własnego widzimisię, a jedynie jako najwyższy urzędnik państwowy, związany prawem. Jeśli wykracza poza to prawo, łamie je, a tego nawet prezydentowi nie wolno. (Nie jest więc prawdą, że – jak twierdzi Duda w 20:58 powyższego nagrania – prezydent mógłby sam z siebie, bez żadnego wniosku KRS, powoływać sędziów.) Duda, zapewne nieświadomie (on nie jest ani szczególnie bystry, ani oczytany), odwołuje się do idei „dwu ciał króla” Ernsta Kantorowicza (1957). Jednym ciałem, fizycznym, jest biologiczne ciało króla, drugim, mistycznym i politycznym, jest zbiorowość stanowiąca ogół poddanych króla. Gdy biologiczne ciało króla umiera, ciało mistyczne trwa i natychmiast przechodzi na prawowitego sukcesora. Wedle Dudy, który sądzi, że „uosabia państwo polskie”, mistyczne ciało Narodu nie dość, że istnieje, to jeszcze jego, Andrzeja Dudę, wręcz uświęca. Dlatego jakiekolwiek kwestionowanie decyzji prezydenta jest niedopuszczalne, jest abominacją, nieledwie świętokradztwem. Przeciętny prawnik Duda ubrdał sobie to wszystko, aby zaspokoić swoje narcystyczne ego.

Zwróćmy uwagę na destrukcyjne działania Andrzeja Dudy po objęciu władzy przez rząd Donalda Tuska: Bronił Kamińskiego i Wąsika, bo uważał, że on ich skutecznie ułaskawił, dlatego nie stracili mandatów poselskich, więc nie można ich było zatrzymać, a Sejm bez ich udziału był „niewłaściwie obsadzony”. Uznaje Dariusza Barskiego za Prokuratora Krajowego, bo on go nie odwołał. Nie powołuje ambasadorów, bo on nie odwołał ich poprzedników. Broni neosędziów, bo on ich powołał. Nie zgadza się na zmiany w Sądzie Najwyższym, KRS i Trybunale Konstytucyjnym, bo on podpisał ustawy nadające im obecny, niekonstytucyjny kształt, a nawet to on był ich inicjatorem. Nawet powołanie dwutygodniowego rządu Morawieckiego można tłumaczyć tym, że on chciał pokazać, że może to zrobić. Tu tak naprawdę nie ma żadnej PiSowskiej ideologii, jest tylko on, on i on. Jest Andrzej Duda i jego prestiż, jedyne, co definiuje go jako człowieka.

Zawetowanie ustawy o tabletce dzień po to chyba jedyny przypadek wynikający z głoszonej ideologii, a nie z obrony własnego ego. Zarazem podpisuje ustawy i w ogóle wygłasza słowa, które wydają się całkiem przyjazne, tam, gdzie jego osobisty, prezydencko-monarszy prestiż nie wchodzi w grę.

Tak się zastanawiam, czy trochę nie szkoda, że koalicja demokratyczna w porę nie rozpoznała tej słabości i narcystycznego charakteru Dudy. Czy gdyby publicznie podkreślali jego status jako „najwyższego przedstawiciela Polski”, grzecznie przy tym prosząc o decyzje, których dziś Duda odmawia, dałoby się coś ugrać? Z sędziami, Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym i KRS nie, bo to by godziło w rzekome „monarsze” kompetencje Dudy, który ich powołał, ale z Prokuratorem Krajowym? Duda nie miał żadnego powodu, by bronić akurat Barskiego, bliskiego znajomego Ziobry, który też przecież Dudą ostentacyjnie gardził, nie mogąc mu wybaczyć, że to on, Ziobro, wciągnął go do polityki, a Duda go przeskoczył i jeszcze zaczął fikać. Gdyby więc Bodnar raz i drugi przyszedł do Dudy, zachowywał się uprzedzająco grzecznie i tłumaczył, że Barski to przecież nieprzychylny prezydentowi ziobrysta, więc Pan Prezydent może zechcieć skorzystać z danych przez Naród uprawnień i odwołać szkodnika, to może Duda by to zrobił. A może i nie, już się tego nie dowiemy, ale okazja na możliwe uporządkowanie sytuacji i deeskalację napięć przepadła. Podobnie z ambasadorami. Schnepfa i Klicha Duda by pewnie nie powołał, tu chyba też są jakieś osobiste zaszłości, ale innych? Tak zresztą podobno się początkowo Tusk z Dudą dogadał, ale Duda zmienił zdanie. Wówczas nie należało publicznie strofować Dudy za pośrednictwem mediów, co robił Sikorski, lecz należało być rekoncyliacyjnym i podkreślając, że tylko prezydent może odwoływać i powoływać ambasadorów, grzecznie prosić, żeby dla dobra Polski i tak dalej. A przy okazji obiecać jakieś poparcie w staraniach o stanowisko międzynarodowe, a do tego status pełnoprawnych ambasadorów mógłby się przydać. Ja wiem, że sama myśl o łaszeniu się do Dudy jest obrzydliwa, ale w imię wyższego dobra…? Paryż wart jest mszy, jak powiedział król Francji, Henryk IV.

No, ale mleko się rozlało. Tusk, Bodnar i Sikorski – moim zdaniem, błędnie – potraktowali Dudę jak PiSowskiego aparatczyka, nie byli wobec niego dość grzeczni i Duda się obraził. Przez niecałe 300 dni, jakie mu zostały do końca kadencji, będzie dalej bruździł, śmiesznie się nadymał, podkreślając swój wydumany status, realnie szkodząc Polsce. Może niech raczej spróbuje leczenia skrofułów, co też należy do kompetencji monarszych? A po zakończonej kadencji czeka go coś w rodzaju stanowiska dziekana Akademii Nauk Stosowanych im. Księcia Mieszka I w Poznaniu, Wydział Zamiejscowy w Nowym Tomyślu. Andrzej Duda tam wykładał, łamiąc zasady obowiązujące posłów zawodowych i wyłudzając kilometrówki z Kancelarii Sejmu.

Louis Licherie de Beuron, Św. Ludwik uzdrawia ze skrofułów

Żelazny elektorat

Profesor Marcin Matczak w swoim symetryzmie popada w sprzeczność. Gazeta Wyborcza dziwnie Matczaka lubi i często publikuje jego felietony, dwa, a niekiedy wręcz trzy na tydzień. W najnowszym Marcin Matczak słusznie pisze, że

w każdym społeczeństwie jest około 30 procent unikaczy różnorodności, którzy chcą świata uporządkowanego i jednolitego.

To samo w sobie nie byłoby złe, wolno przecież być konserwatystą, gorzej jest, gdy „unikacze”, podburzani przez kłamliwą propagandę, zaczynają „nowinkarzy”, nawet bardzo umiarkowanych, nienawidzić. „Nowinkarze” bowiem nie tyle się mylą, co może sprowadzić na nas nieszczęścia, więc trzeba ich naprostować, wyborców zaś przekonać, by na nich nie głosowali, ile celowo chcą burzyć, niszczyć, przeszkadzać, spotwarzać i wyszydzać, gdyż namówił ich do tego szatan oraz obce mocarstwa. W Polsce tacy „nienawistni unikacze” stanowią trzon wyborców PiSu, jego żelazny elektorat, a głównym obiektem ich nienawiści są środowiska demokratyczne. Matczak powiada, że między żelaznym elektoratem PiSu a samą partią istnieje „relacja rodzinna”, każąca bronić PiSu za wszelką cenę, bo to są swoi. Taka konstrukcja jest zbędna. Wystarczy obserwacja, że PiS ogłosił się reprezentantem wartości konserwatywnych, mimo iż większość działaczy i funkcjonariuszy PiSu to są albo złodzieje, albo cyniczni karierowicze, albo obłudnicy, albo fanatycy jakichś ponurych ideologii, albo wszystkiego po trochu, ale wyborcy PiSu uwierzyli w ich gołosłowne deklaracje patriotyzmu i przywiązania do tradycyjnych wartości. I ci wyborcy, niestety, nie przestaną głosować na PiS dopóki będą wierzyć, że ich wybrańcy są wybawicielami Narodu. Matczak mówi, że PiSowski żelazny elektorat należy racjonalnie przekonywać, gdyż on

potrafi wyciągać wnioski.

I tu właśnie prof. Matczak popada w sprzeczność. Jak sam pisze,

Elektorat utożsamia się z politykami […] nie racjonalnie, ale emocjonalnie. To utożsamianie jest szczególnie mocne po prawej stronie,

a zatem racjonalna argumentacja wobec nich nie zadziała. Nawet jeśli się dowiedzą, że jeden czy drugi kradł i oszukiwał, zdradzał i bił żonę, prowadził niejasne interesy i w ogóle szargał świętości, to powiedzą, że to są czarne owce, suche gałęzie, które prezes Kaczyński będzie obcinał, ale PiS jako taki jest dobry. Nie odwrócą się od PiSu, bo to by wymagało przyznania, iż uwierzyli kłamcom, że dotychczasowe wybory były błędne i oparte tyleż na przywiązaniu do tradycji, ile na nienawiści do innych. Takie przyznanie jest psychologicznie bardzo trudne.

Nie twierdzę wprost, że żelazny elektorat PiSu jest głupi i niemoralny. Jednak uporczywe zaprzeczanie złu, jakie PiS nieustannie, strukturalnie wręcz czyni i popieranie ludzi niemoralnych, sprawia, że żelazny elektorat PiSu wygląda, jakby był głupi i niemoralny. To nie jest zniewaga, to jest konstatacja. Skądinąd Biblia uczy, że po owocach poznacie go…

Jedyna pociecha, że żelazny elektorat nie wystarcza do wygrania wyborów, a w dodatku powoli, ale stale się wykrusza, gdy odciąć go od jadu serwowanego dzień w dzień, godzina po godzinie przez monopolistyczny aparat propagandy.

Na zakończenie dwie uwagi.

„Nienawistni unikacze” stanowią żelazny elektorat PiSu. A co z „unikaczami”-konserwatystami nie żywiącymi nienawiści do przeciwników? Na nich najwyraźniej stawiała swego czasu partia Hołowni, a teraz PSL – że gdy okażemy swój konserwatyzm, prawicowi wyborcy nie czujący nienawiści do innych, odwrócą się od PiSu i zwrócą się ku konserwatystom-demokratom. Nic nie wskazuje, żeby coś takiego miało stać się statystycznie istotne, widać nie-nienawistnych konserwatystów jest w Polsce mało i to jest smutne. Jednocześnie środowiska mocno lewicowe zaczynają demonstrować jeśli nie już nienawiść, to przynajmniej głęboką niechęć do TD i okolic za samą czelność bycia konserwatystami. I to jest równie smutne.

Poza tym głupio mi pisać o polityce w dniach, w których cała Polska z napięciem i współczuciem śledzi zmagania Kotliny Kłodzkiej i Opolszczyzny ze straszną powodzią. No ale właśnie… nie cała. Na wczoraj czołowy nienawistnik, czyli Jarosław Kaczyński, zwołał swój wiec, na którym wieszczył koniec Polski, gdyż Tusk dąży do naszej zguby na polecenie Niemiec i Rosji. No i szatana. Dzisiaj zaś, mniej więcej o tej porze, gdy pękała tama w Stroniu Śląskim i walił się most w Głuchołazach, dr Andrzej Duda świętował „dożynki prezydenckie” w ogrodach zajmowanego przez siebie pałacu.

Trzeba powiedzieć, że oni mają niesłychane wyczucie chwili :-/