Dziesięciocentówka

Nie komentuję bieżących wydarzeń. Może jeszcze do nich wrócę. Na razie, gdy obserwuję dynamikę upadku PO, partyjne zaangażowanie nawołującego do skaralnej jedności narodu prezydenta-elekta Dudy, rosnące poparcie dla Pawła Kukiza i jałowe samozadowolenie PiSu, któremu wydaje się, że wszystko kontroluje, przychodzi mi do głowy taki oto scenariusz:

Jesienne wybory, ku niekłamanemu zdumieniu PiSu, wygrają ciasteczkowe potwory. Drugi będzie PiS, a do Sejmu wejdzie jeszcze szczątkowa Platforma, z kilkunastoprocentowym poparciem. No i jeden obligatoryjny poseł mniejszości niemieckiej. Nikt więcej. Kukiz i PiS utworzą rząd, z marszałkiem Kaczyńskim, premier Szydło i wicepremierem Kukizem, bądź na odwrót. Jak się wkrótce okaże, nie będzie to miało większego znaczenia.

Dopóki nowa koalicja będzie zajmować się budowaniem pomników smoleńskich, wsadzaniem do więzienia kolejnych działaczy Platformy i okolic, obietnicami rozdawnictwa finansowego i chóralnym śpiewaniem pieśni patriotycznych, dopóty wszystko będzie jakoś działać. Budżet na 2016, przygotowany w zasadzie przez Platformę, zostanie uchwalony przy wtórze płaczów, że niestety w tak krótkim horyzoncie czasowym nic nie dało się zrobić – ach, gdyby szkodliwa premier Kopacz (aktualnie w więzieniu za łgarstwa w sprawie identyfikacji zwłok) rozwiązała Sejm w czerwcu 2015, byłaby inna rozmowa. Trudno, na razie musimy obiecywać, a sprawiedliwość przyjdzie w 2017.

Potem jednak do głosu dojdzie Realne: PiS uruchomi resztki rozumu i zauważy, że przyobiecanych rzeczy nie da się zrealizować żadnymi siłami. W koalicji dojdzie do tarć, które przerodzą się w dość spektakularne kłótnie. Większość rządowa się rozpadnie. Budżet na 2017 nie zostanie uchwalony. Prezydent Andrzej Duda rozwiąże Sejm. Dojdzie do przedterminowych wyborów, w których Kukiz zyska większość bezwzględną (kosztem PiSu; poobijana Platforma mniej więcej zachowa swój stan posiadania), a może nawet konstytucyjną.

Ale to będzie dopiero początek. Jak dziesięciocentówka z profilem Joego Chipa.

Nie-Komorowski

Wybory prezydenckie tydzień temu nie tyle Andrzej Duda wygrał, ile Bronisław Komorowski przegrał.

To był majstersztyk polityczny: Jak, bez żadnej klęski czy spektakularnej wpadki, z popularnego, skutecznego, lubianego prezydenta w kilka miesięcy zrobić przegranego kandydata. Powody na pewno będą analizowane długie lata; część już wskazano, ale, moim zdaniem, jeszcze nie wszystkie.

Na początek mamy grupę przyczyn związanych z samą kampanią:

  • Sztab Komorowskiego działał bardzo kiepsko, chaotycznie.
  • Przez większą część kampanii prezydent zachowywał się tak, jakby kampania go nudziła i drażniła, bo re-elekcja mu się należała, i tyle.
  • W kampanię bardzo słabo, o ile w ogóle, włączała się pani premier, prominentni działacze i posłowie Platformy, a także jej struktury terenowe.
  • Źle się stało, że Komorowski nie miał poparcia PSL, który z dziwnych powodów wystawił własnego kandydata. Zebrał on zresztą bardzo niewiele głosów, odcinając się przy tym od Platformy i urzędującego prezydenta. W tej sytuacji nikt nie kontrował przekazu PiSu, który głównie ustami Janusza Wojciechowskiego rysował – kompletnie nieprawdziwy! – obraz apokaliptycznego upadku wsi polskiej. Ostatecznie to Andrzej Duda zdobył zdecydowaną większość głosów wiejskich, które mogły przeważyć o wyniku wyborów. (Konsekwencje braku poparcia PSLu nie są dość mocno podkreślane w dotychczasowych analizach.)
  • Zupełnie nie wypaliły jedyne dwa pomysły, jakie sztabowcy Bronisława Komorowskiego mieli na pierwszą część kampanii: próba sprowokowania PiSu do reakcji smoleńskiej (chodzi o nowe odczyty stenogramów z kokpitu Tupolewa – tak, tak, prokuratura działa wedle kalendarza ściennego, ale w kalendarzu znalazły się dni kampanii); bardzo skuteczne schowanie na czas kampanii Kaczyńskiego, Macierewicza i reszty towarzystwa było genialnym chwytem PiSu. Drugim niewypałem były państwowe uroczystości na Westerplatte z okazji rocznicy zakończenia WWII, o których chyba nikt nie słyszał.
  • Ogłoszony dzień po pierwszej turze pomysł referendum w sprawie JOWów był całkowicie chybionym objawem paniki w sztabie Komorowskiego. Raczej odebrał on prezydentowi głosy niż mu ich przysporzył.
  • Jedyny w miarę celny cios, jaki Bronisław Komorowski zadał Andrzejowi Dudzie, dotyczył blokowania etatu na UJ, ale i ta kwestia nie została przez Komorowskiego skutecznie rozegrana.

Wskazane wyżej błędy „techniczne” nie tłumaczą wyniku Komorowskiego, ale ostateczna różnica między nim a Andrzejem Dudą nie była bardzo duża: 8,1 do 8,5 mln. Dobrze poprowadzona kampania mogła była, mimo wszystko, zniwelować przewagę Andrzeja Dudy i przynieść zwycięstwo ustępującemu prezydentowi. O wyniku wyborów – bo nawet gdyby nie była to porażka, zwycięstwo byłoby minimalne – przesądziły dwa inne czynniki. 

Bronisław Komorowski został bezlitośnie zaatakowany przez nowe media elektroniczne. Przez internety, a raczej przez internautów. I nieważne, czy były to „pisowskie trolle”, czy reakcja spontaniczna (zapewne było i jedno, i drugie). Nikt w Paltformie czy w sztabie Komorowskiego nie umiał na to zareagować, ba, nikt nie zrozumiał wagi tego ataku. Komorowski był atakowany za dwie rzeczy: Po pierwsze, za politykę rządu, za niespełnione obietnice i zawiedzone nadzieje związane z Platformą, za arogancję władzy, w tym ośmiorniczki Sienkiewicza, zegarek Nowaka i pozwolenie na broń Grabarczyka, za szaleństwa komorników, za deficyty w służbie zdrowia, za unikanie dyskusji z wyborcami. Platforma miała rację i w sprawie emerytur, i w sprawie sześciolatków, i w sprawie górników, miała cząstkowe racje w sprawie OFE, ale niemalże nie próbowała tych racji tłumaczyć. Zachowywała się tak, jakby mówiła „my jesteśmy władzą, my wiemy lepiej, a kto się z nami nie zgadza, ten jest głupi”. Powtarzała zatem to, co robił PiS w okresie swoich rządów. Treść była inna, ale forma ta sama. Oberwał za to wszystko Bronisław Komorowski, bo był pierwszy na linii strzału.

Po wtóre, Komorowski był atakowany, ośmieszany i wyszydzany jako anachroniczny dziadek, nierozgarnięty, popełniający gafy na każdym kroku. I co z tego, że oskarżenia te były wyssane z palca? Popularne wśród młodzieży serwisy, takie jak Demotywatory czy Wiedza Bezużyteczna, wprost ociekały niechęcią do Komorowskiego. Głosowanie na Komorowskiego było tam przedstawiane jak coś obciachowego, nieskończenie głupiego. Ta niechęć w końcu zaczęła oddziaływać na media tradycyjne. Doszło do tego, że ludzie całkiem dorośli i poważni w ostatniej fazie kampanii wręcz wstydzili się napisać czy powiedzieć coś korzystnego o Bronisławie Komorowskim, nawet jeśli zamierzali na niego głosować.

No i wreszcie rzecz ostatnia, najważniejsza: Całkowicie zawiodła narracja Platformy i Bronisława Komorowskiego o Polsce jako o kraju sukcesu, który w kolejnych latach powinien pracowicie i systematycznie poprawiać swoje wskaźniki statystyczne, za co jesteśmy tak bardzo chwaleni w świecie. Tu nawet nie chodzi o to, że zwyciężyła PiSowska narracja spalonej ziemi – wcale nie zwyciężyła, może poza terenami wiejskimi, jak wyżej wspomniałem – ale narracja sukcesu przestała do ludzi przemawiać. Dlatego próba pokonania Andrzeja Dudy za pomocą argumentów merytorycznych i statystycznych okazała się nieskuteczna. Dlaczego tak się stało będzie zapewne przedmiotem wnikliwych badań socjologicznych. Do mnie przemawia diagnoza Andrzeja Rycharda, który między innymi wskazuje, że system się zamknął, że dotychczasowa obietnica rozwoju (nie sam rozwój!) wyczerpała swój potencjał, okazało się bowiem, że pewne aspiracje pozostają niezaspokojone, a dotychczasowy model awansu, przez wykształcenie, przestał działać. (Nawiasem mówiąc, z tego powodu praca dr. Andrzeja Dudy w jakiejś bardzo podłej szkole zasługuje na szczególne potępienie. Jeszcze do tego wrócę.)

W pierwszej turze głosy niechęci do Bronisława Komorowskiego poszły do Pawła Kukiza – nie dlatego, że proponował coś sensownego, ale że mówił Platformie i Komorowskiemu „wyp…”, a zarazem nie był PiSem. W drugiej turze większość tych głosów przejął Duda. Kampania Andrzeja Dudy też się nie rozwijała, jego argumenty (na przykład o tym, że Komorowski chce wprowadzić euro) nie trafiały, jego zwolenicy ograniczali się do twardego jądra wyborców PiSu – do czasu, gdy okazało się, jak silna jest niechęć do Bronisława Komorowskiego, do niego jako do niego i do niego jako do eksponenta dotychczasowej władzy. Ostatecznie Andrzej Duda wygrał nie dlatego, że był Dudą, ale że był nie-Komorowskim. To ciekawe odwrócenie sytuacji, w której dotąd to Platforma wygrywała, bo była nie-PiSem. A co z tego wyniknie, na razie nie wiadomo.

Ja nie jestem dobrej myśli.

Gdzie oni są?

Straszenie PiSem nie działa, powiadacie.

Gdzie więc są Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Anna Fotyga, Mariusz Kamiński, Beata Kempa, Antoni Macierewicz, Krystyna Pawłowicz, Anna Sobecka, Janusz Wojciechowski, Marzena Wróbel, Zbigniew Ziobro, a przede wszystkim sam Jarosław Kaczyński? Czemu nie promują swojego kandydata, Andrzeja Dudy? Czemu publicznie nie zabiegają dla niego o głosy wyborców? Czyżby im na tej kandydaturze nie zależało?

Wręcz przeciwnie, zależy im bardzo i dlatego schowali się. Sami wiedzą, iż mają negatywny potencjał wyborczy, że mogą wyborców od tej kandydatury odstraszyć. Proszę więc pamiętać, że jeśli Andrzej Duda wygra, zwłasza zaś jeśli w wyborach parlamentarnych także wygra PiS z aktualnymi przystawkami, wszystkie te osoby wyjdą z ukrycia, pojawią się publicznie, aby zmieniać Polskę na swój obraz i podobieństwo. I nie będzie żadnej ludzkiej siły, aby je schować przez najbliższe pięć lat.

Mój kandydat

Bronisław Komorowski jest przyzwoitym, uczciwym, odpowiedzialnym człowiekiem. Nie jest niczyim popychadłem. Trudno co prawda postrzegać go jako charyzmatycznego przywódcę, zdolnego porwać tłumy, a jego poczucie humoru dość daleko odbiega od moich gustów, ale przecież nie wybieramy prezydenta po to, aby śmiać się z jego dowcipów. 

Bronisław Komorowski lepiej od pozostałych kandydatów, a w szczeólności od swojego kontrkandydata w drugiej turze wyborów, Andrzeja Dudy, wie, co prezydent powinien robić, co może, czego nie powinien i czego nie może. Dlatego Komorowski nie składa pustych obietnic, nie głosi rewolucji, nie zapowiada zajęcia się wszystkimi szczegółowymi sprawami, nie obiecuje gruszek na wierzbie.

W normalnych czasach prezydent w polskim systemie politycznym powinien być niemalże niewidoczny. Pilnować żyrandola, podpisywać, co trzeba, mianować, kogo trzeba, przecinać wstęgi, reprezentować Polskę i roztaczać swój majestat. Prezydent powinien też dbać o zgodę wokół najważniejszych dla Polski spraw i Bronisław Komorowski starał się to robić, ale przez ostatnie pięć lat był ostentacyjnie ignorowany i wyśmiewany przez PiS, które nigdy nie pogodziło się z jego wyborem.

Ludzie mówią: „Komorowski podniósł podatki”, „Komorowski podwyższył wiek emerytalny”, „Komorowski znacjonalizował OFE” i tak dalej. Nieprawda. To rząd i Sejm to zrobili (a ja po raz nie wiedzieć który dodaję, że podwyższenie i zrównanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn uważam za bardzo słuszne posunięcie). Prezydent jedynie tych ustaw nie zawetował. Mógł, ale nie zawetował. Zgodnie z konstytucją, Polską rządzi rząd i to rząd odpowiada za bieżącą politykę. Prezydent nie powinien wetować ustaw bez ważnej potrzeby, bo to utrudnia rządzenie Polską. Jeżeli rząd ma odpowiednią większość w Sejmie, może prezydenckie weto obalić, a jeśli nie ma, przygotowuje ustawy połowiczne, niepełne, tak, aby można było znaleźć sojuszników do przełamania weta. Albo trwa, akceptując stan, który skądinąd uważa za niepożądany. Podobnie, prezydent, choć ma inicjatywę ustawodawczą, zazwyczaj nie zgłasza projektów ustaw w sprawach bieżących, rutynowych, może bowiem stać się choćby to, co stało się ostatnio z ustawą krajobrazową: Prezydent Komorowski powołał zespół ekspertów, który przygotował dobrą ustawę, mającą opanować chaos reklamowy w przestrzeni publicznej. Przesłał ją do Sejmu, który wybił tej ustawie zęby (solidarnie zrobiła to i Platforma, i PiS). Zrobiło się wielkie zamieszanie, akcja medialna, pisanie petycji, w efekcie czego Senat przywrócił ustawie jej ostrze. Posłowie opamiętali się i poprawki Senatu przyjęli, wobec czego prezydent Bronisław Komorowski 15 maja podpisał ustawę.

Prezydent powinien przestać być niewidoczny, gdy coś zagraża naszej wolności. Chodzi tak o zagrożenia zewnętrzne –  nie wiemy, jak prezydent Komorowski szczegółowo reagował na kryzys ukraiński, ale zapewne nie powinniśmy tego wiedzieć; senator Bogdan Klich, były minister obrony i ekspert w sprawach bezpieczeństwa międzynarodowego, zapewnia, że prezydent Komorowski reagował wręcz wzorowo; wiemy wszakże, że nie było żadnych histerycznych oświadczeń, podbijania bębenka ani pełnego godności obrażania się na cały świat – jak i o zagrożenia wewnętrzne. Prezydent powinien wetować – lub kierować do Trybunału Konstytucyjnego – ustawy, za pomocą których rząd i aktualna większość sejmowa chcą ograniczać prawa obywatelskie. Dzięki Bogu, w mijającej kadencji nie było takiej konieczności – a może była jedna, dotycząca „poprawki Rockiego”, którą prezydent skierował do TK. W żadnym razie nie twierdzę, że Polska taka, jaka jest, jest dla całego świata wzorem wolności obywatelskich: tak, niestety, nie jest. Mówię tylko, że poza „poprawką Rockiego”, w sprawie której prezydent Komorowski zachował się tak, jak powinien był, nie było konieczności prezydenckiej kontry wobec antywolnościowych zakusów rządu.

A jak będzie w przyszłości?

Dla Jarosława Kaczyńskiego możliwe zwycięstwo Andrzeja Dudy byłoby jak gwiazdka z nieba, na którą chyba nawet nie liczył. Mając Dudę za prezydenta, Kaczyński nie będzie musiał zabiegać o większość konstytucyjną w jesiennych wyborach do Sejmu, co byłoby dość trudne. Kaczyńskiemu wystarczyłaby w tej sytuacji zwykła większość, nawet w jakiejś koalicji, co z kolei jest całkiem możliwe. Aby pokonać „impossybilizm prawny”, Kaczyńskiemu nie będzie już potrzebna zmiana konstytucji. Wystarczą mu zwykłe ustawy, których posłuszny prezydent nie zawetuje. Zwykłe ustawy, które zrobią nam Budapeszt w Warszawie. Które krok po kroczku, okruszek po okruszku, plaseterk po plasterku odbiorą nam naszą wolność, zostawiając instytucje demokratyczne fasadowe, ale puste, czyli bez gwarancji dla praw mniejszości i bez realnej możliwości przeciwstawienia się władzy.

Może okazać się, że o to w wyborach 24 maja ostatecznie będzie chodzić: o naszą wolność.

Drodzy Antysystemowcy

Ruch jest wszystkim, cel niczym.
Eduard Bernstein

Bardzo nudna kampania wyborcza przyniosła bardzo ciekawe wyniki. Pierwszą turę wyborów prezydenckich wygrał Andrzej Duda. Urzędujący prezydent Bronisław Komorowski, który, jak się jeszcze kilka tygodni temu wydawało, wygraną miał w kieszeni, jest dopiero drugi. Największym zaskoczeniem jest wynik „antysystemowego” rockmana Pawła Kukiza, który zdobył 20,5% głosów. Okazało się więc, że polska scena polityczna wcale nie jest zabetonowana, że możliwa jest nowa jakość, choć z ostateczną oceną trzeba będzie poczekać do wyniku wyborów parlamentarnych. W każdym razie dobrze się stało, że sprzeciw wobec jałowości polskiej polityki, wobec rytualizacji sporów, wobec arogancji władzy (w tym także prawie-władzy, czyli PiSowskiej opozycji), znalazł swoje ujście. Do czego to doprowadzi? A, tego nie wiadomo. Sam Kukiz i jego wyborcy tego nie wiedzą. Ale może dobrze, że pojawiła się choć potencja jakiejś zmiany, mimo iż ja po sojuszu Pawła Kukiza z PiSem spodziewam się wszystkiego najgorszego.

Tymczasem jednak trzeba wybrać prezydenta w drugiej turze 24 maja. Dlatego zwracam się do wyborców Pawła Kukiza:

Drodzy Antysystemowcy!

W drugiej turze macie trzy wyjścia:

  1. Zostać w domu,
  2. Zagłosować na Bronisława Komorowskiego,
  3. Zagłosować na Andrzeja Dudę.

Wbrew temu, co rozmaici usiłują Wam wmówić, jesteście wolnymi obywatelami wolnego kraju i macie prawo zrobić, co chcecie. Nie jest to jednak tylko Wasza sprawa, bo Wasza decyzja wpłynie na losy innych, w tym moje.

Jeśli zostaniecie w domu, czyli powiecie, że jest Wam wszystko jedno, stracicie prawo do narzekania, jeśli coś będzie szło nie po waszej myśli.

Głosowaliście antysystemowo. Bronisław Komorowski, z racji pełnionego urzędu, z racji swoich poglądów, swojej historii politycznej a nawet wyglądu, jest ucieleśnieniem systemowości. Jego wady, ale także zalety, są wszystkim znane. Chcę wszakże zwrócić uwagę, że pan Andrzej Duda, człowiek bez właściwości, też jest systemowy aż do bólu.

Nie wiadomo, czy Andrzej Duda ma jakieś poglądy polityczne, głosi bowiem takie, jakie mają jego aktualni przełożeni. Andrzej Duda był kiedyś członkiem Unii Wolności (z mojego punktu widzenia to nie jest obciążeniem, wręcz przeciwnie), którą błyskawicznie porzucił, gdy tylko zorientował się, że konfitury są gdzie indziej. Najpierw został urzędnikiem w Ministerstwie Sprawiedliwości za czasów Zbigniewa Ziobry, potem ministrem w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, później  posłem PiS, obecnie jest europosłem tej partii. Nawiasem mówiąc, od wielu tygodni pan eurodeputowany Duda nie zajmuje się pracą w Parlamencie Europejskim, tylko kampanią wyborczą w Polsce. Ale pieniądze z europarlamentu bierze.

Publicznie znane są tylko dwa osiągnięcia pana Andrzeja Dudy jako prezydenckiego eksperta do spraw prawnych:

  • Przygotowywał dokumenty do ułaskawienia (w trybie prezydenckim) wspólnika biznesowego zięcia Lecha Kaczyńskiego, skazanego za wyłudzenia. Tu ciekawa rzecz, ostateczny dokument, na podstawie którego Lech Kaczyński podpisał akt łaski, zaginął. Ówcześni pracownicy Kancelarii Prezydenta powiadają, że dokument ten przygotował i podpisał Andrzej Duda. On sam tego nie pamięta, ale powiada, że byłby podpisał, bo takie były „wytyczne prezydenta Lecha Kaczyńskiego”.
  • Pan Andrzej Duda przygotowywał ekspertyzy, na podstawie których prezydent Lech Kaczyński odmówił podpisania i skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę oddającą SKOKi pod nadzór bankowy. W ostatecznej ekspertyzie podpisanej przez Dudę, znalazły się bardzo obszerne fragmenty ekspertyzy anonimowej, ale dostarczonej Dudzie przez przedstawicieli SKOKów. Andrzej Duda uprawiał więc nielegalny lobbying na rzecz bardzo bogatego przedsiębiorcy, który na skutek opóźnienia wejścia w życie tej ustawy, uwłaszczył się na wielomilionowym majątku SKOKów, część wyprowadzając za granicę. Przedłużający się brak nadzoru bankowego nad SKOKami umożliwił także gigantyczne oszustwa w SKOK Wołomin, za które płacić teraz musi Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli ostatecznie wszyscy klienci banków. Oczywiście SKOKi cały czas popierały Lecha i Jarosława Kaczyńskich, a teraz Andrzeja Dudę.

Obecnie jednym z najpoważniejszych sporów toczących się w Polsce jest ten o rolę Kościoła Katolickiego w polskiej polityce. Prezydent Bronisław Komorowski, choć sam jest katolikiem, podpisał konwencję o zwalczaniu przemocy domowej i popiera prace nad ustawą o zapłodnieniu in vitro, wszystko wobec strasznych ataków Kościoła, z groźbą ekskomuniki włącznie. Natomiast Andrzej Duda podpisanie konwencji krytykował, dopatrując się w niej treści ideologicznych obcych polskiej tradycji i kulturze. Jeśli chodzi o zapłodnienie in vitro, to kandydat Duda, wówczas poseł PiSu, podpisał się pod projektem ustawy karzącej zastosowanie tej metody więzieniem. Później, już jako kandydat na prezydenta, podkreślał, że jego poglądy są zgodne z poglądami Episkopatu, by wreszcie pod wpływem zmiany nastrojów publicznych ogłosić, że jest „za in vitro, ale bez zamrażania zarodków”. Swoje przemówienia wyborcze wygłasza stojąc u stóp ołtarzy, ale nie przeszkadza mu to w korzystaniu z komórki w kościele. 

Teraz więc Andrzej Duda łagodnieje, bo musi starać się o poparcie wyborców o umiarkowanych poglądach, ale po ewentualnej wygranej jego poglądy znów staną się zgodne z poglądami Episkopatu. No, chyba żeby okazało się, że radykalni antyklerykałowie dostarczają mocniejszego poparcia politycznego: Wtedy Andrzej Duda, idealny oportunista, przerzuci się na nich bez mrugnięcia okiem.

Drodzy Antysystemowcy, 24 maja zrobicie to, co uznacie za słuszne. Ale dobrze się nad tym zastanówcie!

 

Stan subkrytyczny

Michał Olszewski w niedawnym komentarzu w krakowskiej Gazecie Wyborczej biada nad stanem komunikacyjnej klęski, jaki pojawił się w centrum Krakowa po wyłączeniu fragmentu ulicy Podwale na skutek remontu.

Samochody zatkały Garbarską, Dolnych Młynów, Garncarską, Rajską, Lubicz, Krowoderską i Łobzowską. To już nie jest korek, to kataklizm. […] Jeśli lawinową reakcję wywołało wyjęcie jednego fragmentu asfaltu […], oznacza to, że jeszcze przed remontem system komunikacyjny funkcjonował na granicy wytrzymałości. Wystarczyło wyjęcie jednego elementu, by zawalił się z hukiem silników i w smrodzie spalin. Wpadliśmy we własne sidła, ponieważ samochodów przybywało tak długo, że niewidzialna granica została przekroczona. Wypełnialiśmy autami Kraków tak długo, że w końcu wypełnił się po brzegi.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciem zatkanej ulicy Studenckiej. Ktoś inny wrzucił do internetów film pokazujący zakorkowany na głucho Plac Biskupi.

Olszewski zdaje się sądzić, że w Krakowie samochodów jest tak wiele, że fizycznie zaczyna dla nich brakować miejsca. To trochę naiwne. Odwrotny efekt obserwujemy w czasie ferii szkolnych, gdy po mieście nagle zaczyna się jeździć rewelacyjnie. Ludzie się dziwują: Popatrz, jak wiele osób wozi dzieci samochodami do szkoły, są ferie i ile samochodów ubyło!

To nie tak. Aby lepiej zrozumieć te zjawiska, trzeba popatrzyć się na nie okiem fizyka. Fizycy, owszem, zajmują się modelowaniem ruchu samochodowego: Z punktu widzenia fizyki ruch samochodowy do układ oddziałujących cząsteczek poddany więzom. Przy czym oddziaływanie nie polega na tym, że samochody się zderzają, ale na tym, że się nie zderzają: dwie cząsteczki nie mogą zajmować tej samej przestrzeni. Jest to oddziaływanie typu wyłączonej objętości, silnie nieliniowe. Od dawna wiadomo, że w układach takich mogą występować przejścia fazowe. W wypadku ruchu samochodowego jest to przejście od przepływu laminarnego do przeciążenia (congestion) sieci drogowej, manifestującego się korkami, czyli stanami, w których lokalnie ruch staje się niemożliwy. Parametrem kontrolnym jest gęstość pojazdów uczestniczących w ruchu (w uproszczeniu, liczba pojazdów na kilometr drogi).

Występowanie opisanych powyżej efektów – zamknięcie niewielkiego fragmentu ulicy generuje olbrzymie korki; gdy stosunkowo niewiele samochodów przestaje uczestniczyć w ruchu, układ przechodzi do fazy laminarnej – oznacza, że Kraków, przy istniejącej sieci drogowej, zbliża się do stanu krytycznego (termin techniczny), do obszaru przejścia fazowego. W obszarze krytycznym nawet niewielka zmiana gęstości może powodować bardzo duże efekty. Co więcej, przy zbliżaniu się do stanu krytycznego, korelacje mogą mieć bardzo duży zasięg i datego widzimy korki nawet całkiem daleko od Podwala. Nie jest to spowodowane tym, że na Podwalu normalnie mieściło się bardzo dużo samochodow, które teraz nie mają się gdzie podziać, ale nieliniową dynamiką ruchu ulicznego. Odwrotnie, gdy w czasie ferii szkolnych ruch samochodowy się uspokaja, nie musi to oznaczać, że tak dużo samochodów wycofało się z ruchu, ale że nawet niewielki ubytek w liczbie uczestników powoduje znaczne oddalenie się od stanu krytycznego, od fazy przeciążenia.

Rozwiązaniem problemów komunikacyjnych Krakowa powinno być usprawnienie komunikacji zbiorowej. Z tym jednak Kraków ma problemy. Miasto z jednej strony werbalnie zachęca do korzystania z tramwajów i autobusów, z drugiej w praktyce do tego zniechęca, ciągle zmieniając trasy poszczególnych linii, skracając linie i zmniejszając liczbę kursów. Ciągle nie ma chęci do budowy porządnej sieci parkingów P&R, słabo wykorzystywane są lokalne linie kolejowe (trzeba by je wyremontować, bo są w kiepskim stanie), niektóre osiedla są bardzo kiepsko skomunikowane z centrum, za to miasto a to chce budować kolejne parkingi blisko ścisłego centrum, a to szerokie ulice wprowadzające ruch samochodowy do środka miasta. A tymczasem w centrum autobusy, a już szczególnie tramwaje… grzęzną w korkach.

Wracając do obecnego stanu, remont na Podwalu zaczął się kilka dni temu. Możliwe, że problem korków po części rozwiąże się „sam”, to znaczy kierowcy nauczą się efektywnego korzystania z tras alternatywnych. Mówiąc w języku naukowym, układ znajdzie nową równowagę Nasha, na co w wypadku układów rzeczywistych po prostu trzeba trochę czasu.

Nie ta narracja

Wiele osób wychwala niedawny artykuł Roberta Krasowskiego (Polityka 15, 2015) jako wyważony, mówiący coś nowego o post-smoleńskich sporach. Stanowisko Krasowskiego można podsumować tak: No dobra, w Smoleńsku nie było żadnego zamachu, tylko katastrofa, ale państwo polskie zawiodło, a Platforma i lemingi powinni się za siebie wstydzić. Wydaje mi się, że jest to próba narzucenia Platformie „kompromisowej” narracji, którą ta powinna przyjąć z radością, jako że wyklucza ona zamach, no a za resztę, cóż, widać trzeba się wstydzić. Otóż ja się z tym nie zgadzam.

Zacznę od tego, że zgadzam się z następującym fragmentem ostatniego akapitu artykułu Roberta Krasowskiego:

Polskie państwo nie robi dobrego wrażenia. Nie reaguje na wyzwania, nie uczy się, nie naprawia swoich defektów, nie bierze na siebie skomplikowanych zadań. Ma peryferyjne standardy i peryferyjne umiejętności.

No, niestety…

Ale z wieloma wcześniejszymi tezami Krasowskiego się nie zgadzam. Nie będę wyliczał wszystkich, ograniczę się do tych, które uważam za najważniejsze.

1.

Gdyby Lech Kaczyński nie był bratem swego brata, byłby prezydentem lubianym. Był politykiem słabym, ale sympatycznym. Jednak niechęć do Jarosława Kaczyńskiego została przeniesiona na niego.

Gdyby Lech Kaczyński nie był bratem swojego brata, nie byłby prezydentem. Nie chciałby nim być. Niezależnie od tego, co wprost widać było w przekazie publicznym, jest wiele zgodnych świadectw, iż urząd prezydenta, z jego wszystkimi publiczno-formalnymi obowiązkami, Lecha Kaczyńskiego męczył. Nie sądzę też aby Lech Kaczyński miał osobiste ambicje zostania przywódcą – przynajmniej po roku 2000, bo dziesięć lat wcześniej zapewne widział się w roli przewodniczącego Solidarności.

Kim zatem byłby Lech Kaczyński, gdyby nie brat? Zapewne jako działacz opozycyjny z lat ’80, wykształcony, pracowity i godny zaufania, kandydowałby w 1989 do parlamentu, jak to rzeczywiście miało miejsce. Być może Wałęsa i tak mianowałby go wiceprzewodniczącym Solidarności. Być może Lech Kaczyński i tak zostaby prezesem NIK. Ale gdyby nie brat, po zakończonej kadencji w NIK Lech Kaczyński wycofałby się do życia akademickiego. Dziś zapewne byłby ogólnie szanowanym profesorem prawa na Uniwersytecie Gdańskim, o raczej konserwatywnych i staroświeckich poglądach. Może zostałby sędzią jakiegoś ważnego trybunału, ale na pewno nie ubiegałby się ani o prezydenturę Warszawy, ani tym bardziej o prezydenturę Polski. 

Nie jest też prawdą, iż niechęć do Jarosława Kaczyńskiego została po prostu przeniesiona na Lecha. To Lech Kaczyński od samego początku swojej prezydentury jawnie ustawił się w podrzędnej roli narzędzia w ręku brata (panie prezesie, melduję wykonanie zadania). A o politycznej ocenie prezydentury Kaczyńskiego niebawem będzie, jak się wydaje, okazja napisać.

2.

Dwie największe katastrofy wydarzyły się za kadencji jednego ministra obrony. Ministra z PO. Od dłuższego czasu wojsko domagało się nowych maszyn dla VIPów […] Ale minister zablokował zakup samolotów. Na rok przed Smoleńskiem oświadczył, że szkoda na to pieniędzy. […] Mimo to po katastrofie na stanowisku pozostał. Premier z obawy, że dymisja będzie przyznaniem się do winy, zostawił go jeszcze przez póltora roku.

To są bardzo niesprawiedliwe oskarżenia przeciwko Bogdanowi Klichowi. Są tu właściwie trzy odrębne sprawy:

A. Zakup samolotów. No tak, minister Klich odwołał przetarg na zakup samolotów dla VIPów. Było zresztą kilka przetargów ogłaszanych i odwoływanych przez kolejnych ministrów, od Szmajdzińskiego po Klicha. Nie było zgodby co do tego, jakie samoloty były polskim VIPom potrzebne, były za to nieustanne podejrzenia o nielegalny lobbying. Argument finansowy był politycznie nośny, bo wydatek na samoloty byłby z pewnością komentowany w duchu „rząd wydaje setki milionów na swoje podróże, a tu brakuje na lekarstwa dla chorych dzieci”. Ale najważniejsze jest to, że choć TU-154M nb 101 był stary i wysłużony, to jego stan techniczny nie przyczynił się do katastrofy. Nawet nie jego awionika, którą Tupolew mial akurat zmodernizowaną. To lotnisko Siewiernyj nie miało nowoczesnych systemów naprowadzania. Tak więc argument o odwołaniu przez ministra przetargu nijak ma się wyjaśniania przyczyn katastrofy i jaskrawie służy tylko do dołożenia Klichowi.

B. Nadzór nad polskim lotnictwem wojskowym. Minister, owszem, nadzoruje wojsko, ale nie działa tak, jak w czasach PRLu, gdy osobiście mógł ingerować w działania poszczególnych pułków. Minister nadzoruje lotnictwo za pomocą Dowódcy Sił Powietrznych, którym był generał Andrzej Błasik. Otóż już po katastrofie pod Mirosławcem minister Klich chciał odwołać gen. Błasika z zajmowanego stanowiska, ale ponieważ Błasik był protegowanym prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ten nie zgodził się na dymisję. A co było dalej, nie wiem: Nie wiem, czy minister Klich nie zwracał uwagi na stopień wyszkolenia i przestrzeganie procedur w lotnictwie, czy też gen. Błasik mówił ministrowi, że wszystko jest w porządku, więc nic nie trzeba zmieniać, czy też wreszcie minister chciał coś zmieniać, a Dowódca Sił Powietrznych tych zaleceń nie wykonywał. Wiadomo natomiast, że pod okiem gen. Błasika i innych wyższych dowódców wielokrotnie dochodziło do łamania procedur lotniczych i nikt za to nie był karany. Ba, dosłownie przed chwilą pojawiła się sugestia, że załoga Tupoloewa dostała przed lotem nie tyle przypadkowo błędną, ale świadomie nieaktualną prognozę pogody, bo aktualna uniemożliwiałaby wylot z Warszawy. Autor cytowanego materiału zastanawia się, czy polecenia sfałszowania prognozy nie wydal dyżurnemu meteorologowi gen. Błasik.

C. Dymisja ministra Klicha. Minister działał co prawda za pośrednictwem DSP, ale ponosił polityczną odpowiedzialność za to, co się działo w wojsku. I gdy tylko Komisja Millera w swoim raporcie ujawniła skandaliczny stan wyszkolenia i organizacji w 36 SPL, minister dosłownie tego samego dnia podał się do dymisji. Opublikowany 15 miesięcy po Smoleńsku raport Millera był pierwszym oficjalnym polskim dokumentem, który ujawnił zatrważający stan polskiego lotnictwa, stan, który – pośrednio – przyczynił się do katastrofy. Nie było więc mowy o kunktatorskim utrzymywaniu Klicha na stanowisku, „bo dymisja byłaby przyznaniem się do winy”. Przeciwnie, gdy tylko – ale i dopiero, gdy – stwierdzono karygodne błędy w polskim lotnictwie, minister poniósł odpowiedzialnośc polityczną.

Minister Bogdan Klich mógłby też odpowiadać za to, że zgodził się na wspólny lot wszystkich najwyższych dowódców wojskowych. Klich mówi, że on się zgodził na udział tych dowódców w prezydenckiej delegacji (niechby się nie zgodził, to by się dopiero działo!), ale o tym, że polecą oni jednym samolotem, zdecydowała Kancelaria Prezydenta. Wspólnego lotu nie zakazywała ówcześnie obowiązująca instrukcja HEAD. Klich mógłby więc odpowiadać jedynie za to, że jego resort nie przewidział zagrożenia w postaci utraty wszystkich najważniejszych generałów na pokładzie jednego samolotu.

3. 

Gdy na Ukrainie zestrzelono holenderski samolot, nikt nie znał winnego. Ale ponieważ Rosjanie odmówili pomocy w dotarciu do wraku, premier Australii, której 38 obywateli zginęło, na międzynarodowym szczycie, w obecności głów państw, ostro potraktował Putina. Dyplomacja zna różne gesty […] Tusk nie wykonał żadnego.

Jakież to typowe! Prawicy nie chodzi o to, żeby rozwiązać jakiś problem, ale żeby się odpowiednio nadąć. Pokazać swoje dumne oblicze. Tupnąć nogą. Zgadzam się, to jest konsekwentne stanowisko, godność przede wszystkim, ale nie można jednocześnie się na Rosję obrażać i oczekiwać z jej strony pomocy. Rosja, która do własnej godności i prestiżu ma stosunek jeszcze bardziej chorobliwy, niż Polska (i, ujmijmy to, ma po temu pewne materialne podstawy), tym bardziej usztywniłaby stanowisko i nie tylko nie zwróciła rejestratorów czy wraku, ale utrudniała polskim śledczym dostęp do dowodów i dokumentów.

Owszem, Tusk i rząd zgrzeszyli naiwnością: Po początkowo bardzo serdecznym i przychylnym nastawieniu Rosjan i samego premiera Putina, spodziewali się, że całe dochodzenie sprawnie się potoczy. A tu pokazała się rosyjska podejrzliwość, rosyjska biurokracja, rosyjski wariant „nie oddamy nawet guzika” (i nie pozwolimy na oskarżenie nawet jakiegoś nieszczęsnego pułkownika z lotniska w Smoleńsku), może nawet Rosja dostrzegła, że sprawa smoleńska będzie dzielić, a więc oslabiać Polskę, co jak najbardziej było w rosyjskim interesie. Do tego Poska faktycznie słabo sobie radziła pod względem organizacyjnym. Polskie motto narodowe brzmi Jakoś to będzie!, co widać było tak w organizacji i przebiegu lotu, jak i w organizacji samego dochodzenia, zwłaszcza w jego najwcześniejszej fazie. I w tym momencie polski rząd był już bezradny. Mógł tupnąć nogą i zaprzepaścić samo dochodzenie, a mógł też próbować robić dobrą minę do złej gry.

Osobno trzeba by napisać o roli polskiej prokuratury. Może zrobię to innym razem.

4. 

Kaczyński miał wyobraźnię katastroficzną, poczucie kruchości polskiego istnienia. Dlatego nie mógł zrozumieć lekkomyślności Tuska: Polacy osiedlili się na wulkanie, niezwykle aktywnym, który niedługo znów wybuchnie, bo na obszarze między Niemcami a Rosją nigdy nie ma dłuższego spokoju, a mimo to Tusk zachowuje się tak, jakby Polacy żyli na zielonej wyspie. […]

Lech Kaczyński widział w tym małość i cynizm. Uważał, że polityka musi przygotować państwo na ciężkie czasy. Że następnym pokoleniom trzeba zostawić więcej bezpieczeństwa i więcej narzędzi panowania nad losem.

A Tusk nic, tylko ciepła woda w kranie. I tak w kółko Macieju. Jak powiadam, prezydenturę Lecha Kaczyńskiego przyjdzie jeszcze politycznie ocenić, ale jego politykę zagraniczną podsumowuje sam Robert Krasowski:

Lech Kaczyński bardziej się troszczył o państwo, ale owoców tej troski nie było. Jak Stańczyk z obrazu, marnował czas, napawając się własną troskliwością. Nieliczne ruchy, jakie wykonał, większego sensu nie miały. Aby zabezpieczyć Polskę przed Rosją, zawierał przyjaźnie z państwami pozbawionymi znaczenia, a konfliktował z Unią, od której zależało polskie bezpieczeństwo.

Przypominam, że powyższe słowa napisał zwolennik Lecha Kaczyńskiego.

5. Najbardziej niesprawiedliwa teza Krasowskiego brzmi tak:

Społeczne reakcje na katastrofę […] byly szalone. […] Nie znano umiaru. Część Polaków nagle wystraszyła się krzyża. A przecież od tysiąca lat, ilekroć coś się wydarzy nad Wisłą, tutejsi mieszkańcy zbijają dwie deski pod kątem prostym. Skorzystanie z jedynego znanego rytuału pamięci tym razem uczyniło z nich talibów.

Robert Krasowski usiłuje nam przyprawić gębę antyreligijnych fanatyków, nie rozumiejących uczuć i nastrojów „tutejszych mieszkańców”. Tymczasem zupełnie nie o to chodziło. „Obrona krzyża” przed Pałacem Prezydenckim rozpoczęła się po drugiej turze wyborów prezydenckich, wygranej przez Bronisława Komorowskiego. Przypomnę słowa ówczesnego prezydenta-elekta:

Pałac Prezydencki jest sanktuarium państwa. Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, lecz żałoba minęła i trzeba te sprawy porządkować. Krzyż to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce.

Do rozstrzygnięcia przedterminowych wyborów nikt przeciwko krzyżowi nie protestował. Z chwilą wyborczej porażki Jarosława Kaczyńskiego dla „obrońców krzyża” krzyż ów przestał być symbolem religijnym, a stał się symbolem politycznym, znakiem nieprawości prezydentury Bronisława Komorowskiego. Dla nich jedynym Prawdziwym Prezydentem był Lech Kaczyński, a Jarosław Kaczyński był jego jedynym Godnym Następcą. Każdy inny był uzurpatorem, w najlepszym wypadku wybranym „przypadkowo”. Dlatego odpowiednio „godny” pomnik ofiar katastrofy w Smoleńsku, a de facto pomnik Lecha Kaczyńskiego, miał stanąć koniecznie przed Pałacem Prezydenckim, aby wszystkim uświadamiać, kto jest Prawdziwym Prezydentem, i że nie-Kaczyński jest prezydentem oszukańczym, nieprawym, niegodnym, nieważnym. Do czasu postawienia „godnego upamiętnienia” tę symboliczną funkcję miał pełnić krzyż. A na to stanowczo nie mogło być zgody. Nie było więc żadnej „walki z krzyżem” jako symbolem religijnym, była niezgoda na zawłaszczanie przestrzeni symbolicznej i przestrzeni publicznej przez przegranych zwolenników Jarosława Kaczyńskiego. Robert Krasowski z pewnością to wie i rozumie, ale usiłuje nam wmówić coś innego, wywołać w nas poczucie winy, upokorzyć nas za cenę przyznania, że w Smoleńsku nie było zamachu. 

Kategorycznie się na to nie zgadzam.

A sam krzyż stoi sobie w kościele św. Anny. Każdy, kto uważa go za ważny symbol religijny, może tam przyjść i się przy nim pomodlić. Zdaje się, że bardzo niewiele osób to robi.

6.

[Tusk] ograł Kaczyńskiego w kwestii rocznicy katyńskiej. Dołączył do gry premiera Putina, który rocznicę katyńską chciał świętować jedynie z polskim premierem. Tusk nie miał złych intencji, wierzył, że swoim pragmatyzmem zdziała więcej niż prezydent swoją rusofobią.

To jest znany zarzut „rozdzielenia wizyt”. PiS twierdzi, że Tusk powinien był ustąpić Kaczyńskiemu, odrzucić zaproszenie Putina i pozwolić, by w Katyniu Polskę reprezentował jedynie prezydent Kaczyński, nota bene, w ramach wizyty prywatnej, bo nikt go przecież tam nie zapraszał. Otóż całkowicie się z tym nie zgadzam. Pomiędzy 2007 a 2010 polityka zagraniczna, w szczególności zaś to, kto ma reprezentowac Polskę za granicą, stała się regularną częścią polskiego wewnętrznego sporu politycznego. Nie było najmniejszych powodów, aby w tej sytuacji Tusk miał ustępować Kaczyńskiemu, w dodatku czyniąc despekt premierowi wielkiego kraju, z którym od stuleci mamy trudne stosunki. A czy Putin chciał „rozegrać” polski konflikt polityczny, osłabiając nieprzychylnego sobie Kaczyńskiego, wzmacniając zaś Tuska, z którym wówczas chcial robić interesy? Być może tak. Zapewne tak. No i…?

Warto też pamiętać, że 10 kwietnia 2010 prezydent Lech Kaczyński miał być w Katyniu po raz drugi w życiu. Pierwszy raz był w 2007, w czasie kampanii przed wyborami do Sejmu. W 2010 chciał w Katyniu zacząć swoją kampanię wyborczą. W latach niewyborczych Lech Kaczyński dziwnym trafem się do Katynia nie wybierał.

Co zaś osiągnął Tusk w czasie swej oficjalnej wizyty w Katyniu?

Putin klęczący w Katyniu

Widok premiera Rosji klęczącego przed pomnikiem polskich oficerów pomordowanych w Katyniu mógłby mieć siłę widoku kanclerza Willy’ego Brandta klęczącego przed Pomnikiem Bohaterów Getta. Niestety, tragedia 10 kwietnia spowodowała, że ten gest został w zasadzie zapomniany.

Misteria Paschalia i ofiary z dzieci

Wielki Poniedziałek, 30 marca, Nicolo Jommelli, Isacco figura del Redentore, I Barocchisti, Chór Kameralny Capelli Cracoviensis plus soliści, dyrygował Diego Fasolis

Niedziela Wielkanocna, 5 kwietnia, Georg Friedrich Haendel, Jephtha, Accademia Bizantina, Chór Kameralny Capelli Cracoviensis plus soliści, dyrygował Ottavio Dantone

Na początek i na koniec tegorocznych Misteriów wystawiono dwa oratoria, opowiadające starotestamentalne historie ofiar z dzieci: powszechnie znaną historię ofiary Izaaka i dalece mniej znaną historię sędziego Jefty.

Poniedziałkowe oratorium to nie była wielka muzyka, zapadająca w ucho, raczej bardzo rzetelnie, ale miejscami rzemieślniczo napisana ilustracja do znanej biblijnej opowieści. Rzetelnie napisana i bardzo poprawnie wykonana. Publiczności najbardziej podobała się Roberta Mameli jako Anioł. Bardzo dobry był kontratenor Yuriy Mlynenko w partii Izaaka, ale mnie najbardziej podobała się aria Dal gran peso ogni momente Carla Lepore (bas). A w ogóle wybraliśmy się głównie po to, aby na żywo zobaczyć Diego Fasolisa, którego dotąd znaliśmy tylko z nagrań i spektakli operowych transmitowanych na Mezzo. Poniedziałkowy koncert nie był jakimś wielkim wydarzeniem muzycznym, ale warto było go posłuchać.

Niedzielne oratorium Jephtha było pod kilkoma względami ciekawsze. Haendel, pisząc swoje ostatnie oratorium, tracił wzrok i ukończył je niemalże cudem. Tak więc i z osobistego punktu widzenia Haendla, i z uwagi na tematykę, Jephtha jest oratorium o cierpieniu.

W przeciwieństwie do protestantów, katolicy Pisma Świętego nie czytają i z całej Księgi Sędziów na ogół znają tylko historię Samsona. Ponura historia Jefty jest nam obca. Otóż Jefta, będąc właściwie wyrzutkiem w społeczeństwie izraelskim, został powołany na sędziego (dożywotniego, nie-dziedzicznego przywódcę Izraela w czasach przedkrólewskich) aby walczyć z Ammonitami. Jefta (Sdz 11:30-40) złożył ślub Bogu, że jeśli pokona Ammonitów, złoży w ofierze całopalnej pierwszą osobę, która wyjdzie na jego spotkanie. No i co się dzieje? Oto pierwsza na spotkanie ojca wychodzi jego jedyna córka. Jefta rozpacza, rozdziera swe szaty, ale ślubu danego Bogu dotrzymać musi. Według Biblii odracza tylko wyrok o dwa miesiące, aby córka mogła pójść, pobiegać po górach i wraz z przyjaciółkami opłakać swoje dziewictwo. W libretcie, z którego korzystał Haendel, wyrok zostaje złagodzony: oto podobnie jak w historii Izaaka, w ostatniej chwili pojawia się anioł, który ogłasza, że zgodnie z wolą Jahwe dziewczyna nie ma umrzeć, ale do końca życia pozostać dziewiczą kapłanką. Wśród biblistów trwają zresztą dyskusje, czy faktycznie w ten sposób nie należy interpretować tekstu Biblii (patrz na przykład tutaj), ale komentatorzy polskiej Biblii Tysiąclecia powiadają, że Jefta rzeczywiście zabił i złożył w ofierze swoją córkę, łamiąc zresztą w ten sposób zasady Przymierza z Bogiem (ofiar z ludzi zakazuje Prawo Mojżeszowe, Pwt 18:10).

Od strony muzycznej najbardziej znana jest pożegnalna aria z trzeciego aktu, Waft her, angels. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił potężny chór How dark, o Lord, are thy decrees!, dorównujący klasą chórom z Mesjasza, zwłaszcza zaś smutna aria Iphis (córki Jefty; Biblia nie podaje jej imienia) Happy they! i jeszcze smutniejsze accompangato Jefty Deeper, and deeper still z aktu drugiego. Nie są to utwory „przebojowe”, jakich u młodszego Haendla było mnóstwo, ale bardzo, bardzo przejmujące.

W obu oratoriach, poniedziałkowym i niedzielnym, wystąpił Chór Capelli Cracoviensis. I wypadł bardzo dobrze.

Wracam jednak do kwestii ofiar z dzieci. Oficjalna interpretacja ofiary Izaaka jest znana: Bóg wystawił Abrahama na próbę. Bóg nigdy nie chciał, aby Abraham złożył syna w ofierze, chciał tylko sprawdzić, czy Abraham jest na to gotów, czy dla Boga jest w stanie poświęcić wszystko. Abraham tę gotowość wykazał, a więc pomyślnie przeszedł Bożą próbę. Chrześcijanie dodają do tego, że ofiara Izaaka jest zapowiedzią ofiary Chrystusa. Są jednak tacy, którzy uważają inaczej. Znany amerykański prawnik, Alan Dershowitz, powiada, że Abraham próbę oblał: Abraham powinien był wiedzieć, że Bóg nie zażąda ofiary z człowieka. Próbą nie była zatem gotowość poświęcenia jedynego syna, ale to, czy Abraham dość dobrze zna Boże zamysły i upodobania. Dershowitz na dowód przytacza fakt, że o ile wcześniej, przed ofiarą Izaaka, Bóg często rozmawiał z Abrahamem, potem nie zrobił tego już ani raz. 

Z Jeftą jest jeszcze gorzej. Jaka nauka moralna miałaby płynąć z tej opowieści? Że ślubu danego Bogu trzeba dotrzymywać zawsze i bezwzględnie? Nawet wtedy, gdy treść tego ślubu jest sprzeczna z Bożym Prawem? Gdy jest świętokradcza?! Przecież to nie ma sensu. W dodatku oboje dzieci, Izaak i bezimienna córka Jefty, potraktowane są czysto instrumentalnie, są narzędziami służącymi do sprawdzania wiary ich ojców – i to nawet jeśli przyjmiemy „łagodne” zakończenie historii córki Jefty, w której wbrew własnej woli zostaje ona ustanowiona dożywotnią dziewiczą kapłanką. Na strach, cierpienie, przerażenie, poczucie opuszczenia biblijnych dzieci nikt nie zwraca uwagi, tak jakby okrutny starotestamentalny Bóg tym właśnie miał się sycić. 

Jedynym wytłumaczeniem, jakie ja, laik, dostrzegam, jest to, że w wypadku Izaaka rację ma Dershowitz, być może reprezentujący tu jakiś nurt żydowskiej egzegezy Tory: Bóg nie chciał, aby Abraham nawet spróbował złożyć Izaaka w ofierze, gdyż ofiary z ludzi są fundamentalnie złe i niegodne, Abraham zaś to właśnie powinien był zrozumieć.

Odnośnie zaś do Jefty, na całą Księgę Sędziów należy spojrzeć jak na odtwarzany z pamięci, przekształcany, pół-legendarny opis dziejów Izraela w czasach przedkrólewskich. Otóż z tej perspektywy fakt, iż jeden z przywódców Izraela uległ okrutnym obyczajom otaczających ich plemion pogańskich i dla zapewnienia sobie pomyślności w bitwie złożył ofiarę z własnego dziecka, jest godny odnotowania. Nawet jeśli sens tej opowieści i niegodziwość czynu sędziego Jefty są trudne do uchwycenia.

„Zmieścisz się śmiało”

RMF FM ujawnia najnowszy zapis rozmów z Tupolewa, rzekomo odczytany przez Prokuraturę Wojskową. Dopóki Prokuratura nie opublikuje tego zapisu, nie jest to dokument, a jedynie doniesienie prasowe. Plotka. Spekulacje. Zapis nie zmienia zasadniczych ustaleń w sprawie przyczyn katastrofy, ale stawia w bardzo niekorzystnym świetle członków orszaku prezydenta Kaczyńskiego, zwłaszcza gen. Błasika.

Według RMF FM, prokuratura opierała się na nowym odczycie czarnej skrzynki, dokonanym ze znacznie większą częstotliwością próbkowania. Dzięki temu biegli prokuratury odczytali 30-40% więcej słów, niż w poprzednich ekspertyzach. To brzmi wiarygodnie: wiadomo, że oversampling pomaga w identyfikacji sygnałów silnie zaszumionych, tym bardziej, że – znów, według biegłych prokuratury – w CVR Tupolewa użyto taśmy magnetofonowej niezgodnej ze specyfikacją producenta (dlaczego ta ostatnia wiadomość zupełnie mnie nie dziwi?). 

Według najnowszego odczytu, gen. Andrzej Błasik do końca pozostawał w kokpicie Tupolewa i zachęcał pilotów do lądowania („Zmieścisz się śmiało”). Tak wynikało zresztą z pierwotnych ustaleń, potem Komisja Millera nie upierała się przy tym, może na zasadzie de mortuis nil nisi bene, może aby zamknąć poboczne pole konfliktu, bo to, czy gen. Błasik był w kokpicie, czy nie, nie miało decydującego wpływu na przebieg katastrofy. Można co najwyżej spekulować, że gdyby załoga nie odczuwała presji wywieranej przez Dowódcę Sił Powietrznych, być może zachowałaby się inaczej, wcześniej podjęła decyzje o odejściu na drugi krąg. A może nie. Tego nie wiemy i już się nie dowiemy. 

Z kolei na stwierdzenie pilota, iż 

Wyszła mgła, w tej chwili. I przy tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. […] Tak, że proszę już myśleć nad decyzją, co będziemy robili.

dyrektor Kazana z miejsca odpowiada

Będziemy próbować do skutku

a cztery minuty później stwierdza, że

Jeszcze nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy.

Miałoby to świadczyć o tym, iż dla prezydenckiej delegacji wylądowanie o czasie i odbycie uroczystości zgodnie z planem było absolutnym priorytetem. Nikt, w szczególności gen. Błasik, nie wyjaśnił prezydentowi, jak skrajnie niebezpieczna była próba lądowania w tamtych warunkach. Tak, jakby generał sam tego nie dostrzegał. Jakby i dla niego najważniejszy był niezakłócony przebieg uroczystości z udziałem prezydenta.

Nieszczęsna załoga nie mogła pracować, wielokrotnie usiłowała uciszyć przebywające w kabinie „osoby trzecie”, a najlepiej je stamtąd usunąć. Bezskutecznie. 

Nie zmienia to generalnego wyjaśnienia przyczyn katastrofy – zła organizacja lotu, złe wyszkolenie załogi, lekceważący stosunek do procedur, korzystanie z niewłaściwego wysokościomierza, błędy rosyjskich kontrolerów, zejście poniżej minimalnej dopuszczalnej wysokości, próba odejścia „w automacie”, zderzenie z przeszkodami – ale obrazuje atmosferę panującą na pokładzie prezydenckiego samolotu. Jeżeli to wszystko jest prawdą.

PiS będzie szalał, już zresztą zaczyna. Będzie twierdził, że jest to element kampanii wyborczej. A nie jest. Komorowski nie ma interesu we wracaniu do sprawy smoleńskiej, właśnie dlatego, że to go wystawia na oskarżenia, że chce ją wykorzystać w kampanii wyborczej (podczas gdy tak naprawdę robi to Jarosław Kaczyński). Poza tym, w przeciwieństwie do czasów Zbigniewa Ziobry, władza wykonawcza nie ma bezpośredniego wpływu na działania prokuratury. Tego ostatniego PiS i okolice nie pojmują i nigdy nie pojmą: według nich wszystkie organa państwa zawsze muszą realizować wolę przywódcy i to właśnie robią. Dla zwolenników Kaczyńskiego problemem nie jest antydemokratyczny charakter takiego ustroju, ale jedynie to, że przywódca jest niewłaściwy, wybrany „przypadkowo” lub w wyniku spisku bądź oszustwa wyborczego.

Wykład, którego nie będzie

Uniwersytet Jagielloński zaprosił ambasadora Rosji do wygłoszenia wykładu. Zrobiła się wielka afera, w wyniku której uniwersytet zaproszenie odwołał. Protestujący się cieszą, wprost wpadają sobie z radości w ramiona. A ja myślę, że źle się stało. Ambasadora w obecnej sytuacji raczej nie należało zapraszać, ale skoro go zaproszono, wykład powinien się odbyć, Uniwersytet zaś powinien dołożyć wszelkich starań, aby odbył się w możliwie przyzwoitej atmosferze.

Dlaczego ambasadora nie należało zapraszać?

  • Przede wszystkim podnoszony jest argument natury moralnej: W sytuacji, w której Rosja jest agresorem na Ukrainie, prowadząc jednocześnie politykę nieprzyjazną, wręcz wrogą wobec krajów Unii Europejskiej, nie godzi się, by ambasadorowi oddawać uniwersytecką trybunę do wygłaszania swojej propagandy.
  • Ponadto z góry wiadomo, co ambasador mógłby powiedzieć. Jest ambasadorem, więc przedstawiłby oficjalną politykę swojego rządu. Tę zaś dobrze znamy: Referendum na Krymie było legalne, w Doniecku i Ługańsku nie ma rosyjskich wojsk, tylko lokalni traktorzyści i taksówkarze, co najwyżej kilku rosyjskich żołnierzy na urlopach i przepustkach. Rosja miłuje pokój, sankcje zaś szkodzą bardziej gospodarkom państw Unii niż Rosji. Zapewne podkreślałby antypolskie cechy ukraińskiego nacjonalizmu, choć można się zastanawiać, czy posunąłby się do odmawiania Ukraińcom praw do bycia osobnym narodem i wspomniał o polskości Lwowa.
  • Niektórzy dodają, że Uniwersytet, zapraszając ambasadora, legitymizowałby jego argumenty swoim autorytetem. Z tym się akurat nie zgadzam. Wrócę do tego później.
  • Najważniejsze jednak, że należało przewidzieć awanturę, próby oprotestowania wykładu, a nawet jego zerwania w atmosferze skandalu. A to byłoby bardzo niedobre. Moim zdaniem to jest kluczowe: Antycypując aferę, ambasadora w obecnej sytuacji zapraszać nie należało.

No, ale jednak zaproszono. Nie wiem, co przesądziło, zapewne zwykła krótkowzroczność. Można jednak podać kilka argumentów za tym, że ambasadora jednak dobrze byłoby wysłuchać:

  • Rosja jest dla Polski tak ważnym krajem, że z jej oficjalnymi przedstawicielami warto rozmawiać i ich argumentów wysłuchiwać, nawet jeśli aktualną politykę Rosji uważamy za nieprzyjazną, wręcz groźną dla Polski.
  • Studenci stosunków międzynarodowych mogliby się nauczyć, jak w cywilizowany sposób dyskutować z dyplomatą reprezentującym kraj, który nie jest Polsce przyjazny. Dyskutować z dobrze przygotowanym przeciwnikiem też trzeba umieć.
  • Pomysł (hipotetyczny!), że polski ambasador miałby tłumaczyć studentom w Petersburgu polski punkt widzenia, zostałby uznany za godny pochwały, nawet jeśli większość tych studentów byłaby antypolsko nastawiona. Dlaczego więc symetryczny pomysł z udziałem ambasadora Rosji jest z punktu odrzucany? To tylko potwierdza stereotypy o chorobliwej, nieracjonalnej rusofobii Polaków.
  • Polska oczekuje, że Rosja będzie z uwagą słuchać polskich dyplomatów czy to w sprawach handlowych, czy politycznych, czy wreszcie w sprawie ostatniego zamieszania z polskim konsulatem w Petersburgu. Gest dobrej woli wobec rosyjskiego ambasadora mógłby być pomocny. Oczywiście Uniwersytet nie odpowiada za politykę zagraniczną Polski, ale prominentni politycy organizujący protesty już w jakiejś mierze tak.
  • Nie jest prawdą, iż zapraszając ambasadora Rosji, Uniwersytet „legitymizuje” jego poglądy. Niektórzy robią tu porównania z negacjonistą Davidem Irvingiem czy antyszczepionkowym oszustem Andrew Wakefieldem, których żaden szanujący się uniwersytet nie zaprosi. Moim zdaniem ta analogia jest chybiona: Irving i Wakefield usiłują przedstawiać swoje poglądy jako uprawnione stanowisko naukowe, więc uniwersytet, zapraszając któregoś z tych panów, nawet po to, by ich skrytykować, rzeczywiście ich uwiarygadnia, stawiając ich tezy niejako na równi z oficjalną nauką. Z ambasadorem jest inaczej: Wiadomo, że jego wystąpienie będzie par excellence polityczne, będzie odbiciem stanowiska jego rządu. Nie ma tu więc czego legitymizować. Można co najwyżej wysłuchać i zgodzić się lub nie. Tak też można było to przedstawić Ukraińcom: To, że słuchamy rosyjskiego ambasadora, nie oznacza, że się z polityką Rosji zgadzamy, ale powinniśmy dobrze poznać jej oficjalne stanowisko.
  • Gdyby nie protesty, wykład ambasadora na UJ nie byłby jakimś wielkim wydarzeniem. Ambasador wygłosiłby swoją mantrę, większość słuchaczy by się z nim nie zgodziła, niektórzy próbowaliby polemizować, ale byliby tacy, na przykład pani profesor Anna Raźny, którzy bardzo by ambasadora chwalili. To protesty przydały temu wykładowi znaczenia.

Jak wszakże powiadam, należało przewidzieć, że zaproszenie ambasadora Rosji zostanie gwałtownie oprotestowane, że grozić będzie zerwanie wykładu, co byłoby wielkim skandalem, więc – moim zdaniem – ambasadora zapraszać nie należało. Jednak ktoś z Wydziału Studiów Międzynarodowych zdecydował inaczej, a informacja o wykładzie została publicznie ogłoszona. W tej sytuacji nie należało zaproszenia odwoływać, tylko zadbać o to, żeby w czasie wykład nie doszło do jakichś burd. Odwołanie wykładu – choć w tej chwili ambasada bagatelizuje to zdarzenie – zostanie wykorzystane jako dowód na antyrosyjskie fobie w Polsce. Nie jakiś bardzo ważny dowód, raczej jeden z wielu faktów, umiejętnie kolekcjonowanych i nagłaśnianych przez putinowską propagandę. „Patrzcie, Polacy nie pozwalają, aby nasz ambasador wygłosił wykład dla polskich studentów.” Po co im było dawać to na złotej tacy? 

Decyzja rektora o odwołaniu wykładu pokazała coś jeszcze: Mianowicie, i my, Polacy i my, Uniwersytet Jagielloński, faktycznie nie potrafimy dyskutować z przeciwnikami. A co na odwołaniu wykładu zyskali protestujący? Nadęli się narodową dumą, utwierdzili w swej wyższości i pokazali Ruskiemu, gdzie jego miejsce. Tylko co dobrego z tego wyniknie?

Jest w tej przykrej historii jeszcze jeden aspekt, na który chcę zwrócić uwagę. Otóż do odwołania wykładu ambasadora wzywały głównie osoby raczej związane z Platformą, ewentualnie z umiarkowaną częścią PiS. Mainstreamowy PiS w tej sprawie milczał. Natomiast skrajna prawica skrytykowała odwołanie wykładu.  Rozumiem, że PiS ma obecnie inne problemy, a u radykalnej prawicy niechęć do Ukraińców przeważa nad strachem przed Rosją; w dodatku jest to strach przemieszany z podziwem. Natomiast okolice Platformy tak się boją przyczepienia łatki poputczików Putina, że zrobią wszystko, by się od takich oskarżeń odciąć. Nawet jeśli nie mają one najmniejszego sensu.