Mój stosunek do problemu przybywających do Europy uchodźców wyraziłem trzy lata temu w notce Lampedusa. I nie zmieniłem w tej sprawie zdania. Kilka miesięcy temu argumentowałem natomiast, że Polska powinna włączyć się w rozwiązywanie kryzysu związanego z olbrzymim napływem uchodźców, jeśli nie ze względów humanitarnych, to z uwagi na solidarność europejską. Także i to zdanie podtrzymuję.
Po ataku w Orlando, gdzie napastnik pochodzenia afgańskiego zabił 50 osób bawiących się w klubie gejowskim, a drugie tyle ranił, napisał do mnie mój prawicowy przyjaciel, jeden z niewielu, którzy wciąż się do mnie odzywają:
nie będziemy mieć dużej mniejszości muzułmańskiej w Polsce, nie będziemy mieć tego typu zamachów co dziś w US
Mój przyjaciel łączy to z problemem przyjmowania uchodźców. Związek ten jest dosyć luźny.
Po pierwsze, napastnik z Orlando nie był uchodźcą: Urodził się w Nowym Jorku i całe życie mieszkał w Ameryce. Uchodźcami, choć może w tym wypadku lepiej powiedzieć, emigrantami politycznymi, byli jego rodzice. Po drugie, ta zbrodnia nie była aktem terroru politycznego (zabijamy przypadkowe osoby żeby wywołać chaos i panikę w znienawidzonym społeczeństwie), ale miała podłoże homofobiczne: Strzelano nie w jakimś dowolnie wybranym klubie nocnym, ale w klubie gejowskim, a sprawca w przeszłości wiele razy wyrażał swą nienawiść do homoseksualistów. Wiele osób zapewne powie, że homofobia jest wbudowana w islam, więc w gruncie rzeczy wszystko jedno. Cóż, gdyby posłuchać głosów wielu prominentnych przedstawicieli polskiego Kościoła z ostatnich lat i poczytać komentarze, jakie po zbrodni w Orlando zalały polski internet, można by dojść do wniosku, że homofobia jest równie mocno wbudowana w katolicyzm i naszą kulturę narodową. I jaki stąd miałby płynąć wniosek? To, że zamachowiec z Orlando w rozmowie telefonicznej tuż przed atakiem złożył przysięgę na wierność Państwu Islamskiemu, nie musi być szczególnie istotne: ludzie, nawet realizując swoje prywatne obsesje, lubią czuć przynależność do jakiejś wielkiej Sprawy, bo to w ich oczach przydaje im znaczenia.
Po trzecie, zamachowiec z Orlando nie zabił 50 osób gołymi rękami. Ani nawet nie z pistoletu, który miał jako pracownik agencji ochrony. Posłużył się półautomatycznym karabinkiem szturmowym, jaki w Ameryce można legalnie w ciągu kilku minut kupić.
Liberalna (czyli lewicowa) prasa w Ameryce zwraca przy tym uwagę, że sprawca z Orlando, z uwagi na swoje pochodzenie, natychmiast został nazwany terrorystą, podczas gdy biali sprawcy równie potwornych zbrodni są inaczej traktowani. Zbrodniarz z Charleston sprzed kilku miesięcy nazywany był na przykład „ogłupiałym dzieciakiem” (whacked-out kid), co brzmiałoby nieledwie pieszczotliwie, gdyby nie dotyczyło gościa, który wtargnąwszy do kościoła zabił dziewięć osób tylko dlatego, że były czarne.
Mój przyjaciel pisze, że choć od dawna można było sprawcę z Orlando podejrzewać o złe zamiary, nikt z tym nic nie zrobił z uwagi na polityczną poprawność. Reakcje na sprawy z Orlando i Charleston świadczą raczej o politycznej poprawności à rebours.
Ameryka to dziwny kraj, wróćmy więc do Europy, którą rozumiem o wiele lepiej, niż Stany Zjednoczone.
Zamachowcy z Brukseli, z Paryża czy z Londynu też nie byli uchodźcami, imigrantami. Jedni byli urodzeni w Belgii, drudzy w UK. Posiadali od urodzenia obywatelstwo swoich krajów. (Przy ciele jednego z zamachowców z Paryża znaleziono paszport syryjski, więc ten człowiek mógł być uchodźcą. Jednak równie dobrze paszport mógł być fałszywy – przy innej okazji wykryto całą siatkę na masową skalę handlującą podrabianymi dokumentami syryjskimi – a terrorysta użył go aby wzbudzić nienawiść do uchodźców.) „Duże mniejszości muzułmańskie” pojawiły się dlatego, że po drugiej wojnie światowej kraje europejskie, cierpiące na brak rąk do pracy, wręcz zachęcały ludzi z krajów muzułmańskich do osiedlania się w Europie. Część z przybyszów miała zresztą obywatelstwo swoich krajów metropolitalnych i po prostu mogła tam przyjechać. Tylko w krajach skandynawskich imigranci, a później ich dzieci, pojawili się na skutek polityki humanitarnej; w ostatnich latach, zwłaszcza w 2015, nasilił się też napływ uchodźców do kontynentalnej Europy. Idiotycznie – co trzeba przyznać – prowadzona polityka imigracyjna, łączenie (rzekomych i bardzo szeroko rozumianych) rodzin, doprowadziła do eksplozji. W dodatku ludzie niegdyś zapraszani, stali się zbędni. Ich dzieci i wnuki na każdym kroku spotykały się z dyskryminacją, co nie sprzyjało integracji, a wręcz przeciwnie, wrogość okazywana przez społeczeństwo europejskie rodziła zamknięcie się i wrogość społeczności muzułmańskich. Powstawały dzielnice biedy, zacofania i wykluczenia, z których wycofywały się szkoły, policja i inne instytucje państwowe, a Kościoły chrześcijańskie w ogóle tam nie zaglądały. Zostawali tylko radykalni islamiści, którzy tłumaczyli młodym ludziom, że nie mają pracy, że ich życie jest trudne, bo Europejczycy nienawidzą ich z powodu ich religii. Podawali przykłady, że Johny ukradł samochód i dostał kuratora, a Abdul za to samo trafił do więzienia, gdzie był upokarzany. Wystarczyło, żeby ułamek procenta osób poddanych takiej indoktrynacji w to uwierzyło…
Nawiasem mówiąc, podobny mechanizm został dobrze opisany w odniesieniu do Brzegu nad Odrą, gdzie działała słynąca z radykalizmu „brygada” ONR. Od „trudnej młodzieży” – polskiej, białej młodzieży – odwróciło się państwo, szkoła, Kościół i organizacje społeczne. Policja ich aresztowała, poniżała, a potem wypuszczała, żeby za jakiś czas znowu aresztować. Z młodzieżą zostali tylko narodowcy, którzy dosłownie organizowali im życie, sącząc przy okazji jad swojej propagandy, że Żydzi, kapitaliści i wszelkiego rodzaju lewacy nienawidzą ich za to, że są Polakami i stąd bierze się całe spotykające ich zło.
Cóż więc robić? Uczyć się na błędach, nie powielać chybionych rozwiązań nieskutecznie stosowanych przez naszych europejskich partnerów, ale też nie uchylać się od odpowiedzialności. Polska powinna przyjmować uchodźców, choć na pewno nie wszystkich: samotni mężczyźni z podejrzanymi papierami, podający się za niepełnoletnie sieroty wojenne, nie powinni być mile widziani. Zresztą na razie chętnych do przyjazdu do Polski nie ma i nie będzie zbyt wielu: nie ten klimat, nie ten poziom życia i nie ta atmosfera społeczna, co w krajach Zachodu. Jeśli więc ktoś chce przyjechać do Polski, to widać jest tak zdesperowany, że powinniśmy mu pomóc. A gdy już przyjadą, nie powinni doświadczać wrogości i dyskryminacji ze strony Polaków. Nie należy dopuszczać do powstawania zamkniętych, radykalizujących się gett etnicznych.
No i nie wolno odwracać się od naszej własnej młodzieży i naszych własnych wykluczonych. Praca u podstaw…
Nie będzie łatwo, przeciwnie, będzie bardzo trudno, ale musimy w tym uczestniczyć – tak ze względu na tragedię uchodźców, jak i przez wzgląd na solidarność z naszymi europejskimi partnerami. Nawet jeśli te kraje popełniły liczne błędy i w polityce imigracyjnej, i w reakcji na zeszłoroczny kryzys uchodźczy.
Polska powinna też uczestniczyć w wysiłkach na rzecz zlikwidowania przyczyn masowych migracji. Uczestniczyć finansowo i organizacyjnie. To będzie kosztować, to zapewne będzie dużo kosztować, ale powinniśmy się z tym pogodzić.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.