Glossa do ASF

Wszystko wskazuje na to, że epidemia afrykańskiego pomoru świń (ASF) w Polsce coraz szybciej się rozprzestrzenia, co może stanowić niezwykle poważne zagrożenie dla polskiego rolnictwa. Przypomnijmy historię:

  • W 2014 po raz pierwszy stwierdzono tę chorobę w Polsce, u padłych dzików.
  • Jesienią 2015, pod koniec rządów PO-PSL, w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby w hodowlach świń. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii, ówczesny rząd wprowadził strefy ochronne – świń z hodowli zlokalizowanych w tych strefach nie wolno było sprzedawać na rynku. Aby ulżyć doli polskiego chłopa i zdobyć głosy, PiS obiecał złagodzić restrykcje, co też po wygranych wyborach zrobił. W efekcie
  • gdy rok temu, we wrześniu 2016, po niecałym roku rządów PiS, po raz pierwszy pisałem o ASF, ognisk było dwadzieścia.
  • Gdy trzy tygodnie temu, w połowie sierpnia 2017, ponownie pisałem o ASF – nawiasem mówiąc,  dyskusja poszła w całkiem inną stronę, ale też niezwykle ważną – ognisk było siedemdziesiąt.
  • Dziś, 1 września 2017, w radio usłyszałem, że jest ich już dziewięćdziesiąt i zbliżają się do linii Wisły.
  • Tak naprawdę, jest ich już dziewięćdziesiąt jeden – patrz mapa.

Jeśli epidemia przejdzie na lewy brzeg Wisły, będzie to dla polskiego rolnictwa i dla polskiego eksportu wieprzowiny katastrofa.

Takie są właśnie skutki dobrej zmiany.

obszar zapowietrzony

Konserwy ministra Jurgiela

Rok temu pisałem o szaleństwach ministra Jurgiela, związanych ze sposobem wprowadzania dobrej zmiany w rolnictwie, a osobliwie ze zwalczaniem epidemii afrykańskiego pomoru świń (ASF).

Należałoby raczej napisać: z niezwalczaniem afrykańskiego pomoru świń. Co najwyżej z poronnym, chybionym, doraźnym zwalczaniem skutków tej epidemii.

Wokół ognisk choroby tworzy się strefy ochronne. Świnie pochodzące z hodowli zlokalizowanych w tych strefach nie mogą być sprzedawane na rynku. Należałoby je wybić i zutylizować, a hodowcom wypłacić odszkodowanie, nawet w wysokości rynkowej wartości likwidowanych zwierząt.

Dobra zmiana postanowiła jednak być chytra, zwierząt nie marnować, ale jednocześnie zaoszczędzić. Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel wymyślił więc

ustawę „o szczególnych rozwiązaniach” w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów – drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych.

Przez rok nic się w tej sprawie nie działo, ale, jak donoszą media, ministrowi w końcu udało się znaleźć desperatów, którzy zagrożone mięso przerobią na konserwy. Komentarze są histerczyne: „PiS truje naród”, „w życiu nie kupię już żadnej konserwy”, „mamy jeść świnie przeznaczone do utylizacji?!” i tak dalej. Wirtualna Polska pisze:

Trudno krytykować szczytny cel (ograniczenie strat budżetu państwa i narzekań rolników), bardziej chodzi o metodę. Konserwowe szynki, mielonki, pasztety nie są w żaden sposób oznaczane […] Zjemy je nieświadomi, a skazani na zapewnienie ministerialnych ekspertów, że nic nie zaszkodzi.

Tymczasem nie w tym rzecz. Wirus ASF jest niegroźny dla ludzi, ale samo przemieszczanie zwierząt, wśród których prawie na pewno znajdą się sztuki chore (choć nie wykazujące objawów) i przetwarzanie mięsa bez zachowania szczególnego reżimu sanitarnego, a w konsekwencji dopuszczenie do tego, że w odpadach lub w gotowych wyrobach znajdzie się wirus, wytrzymujący standardową obróbkę cieplną i mogący przetrwać w mięsie wiele miesięcy, wprowadza wielkie ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzeniania się choroby. Samo niepotrzebne wjeżdżanie do gospodarstw w strefach ochronnych rodzi ryzyko, że wirus przemieści się na kołach pojazdów czy ubraniach ludzi. Jeśli choroba przedostanie się na lewy brzeg Wisły, gdzie jest polskie „świńskie zagłębie”, grozi to wielomiliardowymi stratami dla rolnictwa i wyparciem z rynku europejskiego na wiele lat. Cel działań ministra Jurgiela nie jest więc „szczytny”, tylko piramidalnie głupi. Działania ministra będą raczej niegroźne dla zdrowia ludzi, potencjalnie stnowią jednak wielkie zagrożenie dla gospodarki.

Z ekonomicznego punktu widzenia znacznie tańsze może się okazać wybicie i zutylizowanie zagrożonych stad, z wypłaceniem hodowcom odszkodowań nawet będących wielokrotnością ceny rynkowej.

To, że minister Jurgiel tego nie rozumie, wcale mnie nie dziwi: on ma realizować dobrą zmianę, a nie znać się na gospodarce, rolnictwie czy przetwórstwie spożywczym. To, że nie rozumieją tego jego doradcy i urzędnicy, dobierani na wszystkich szczeblach, od ministerstwa aż po najmniejsze biuro w gminie, według klucza lokalny działacz-szwagier-kuzynka, też mnie nie dziwi. Dobra zmiana już dawno zrezygnowała ze szkodliwego kryterium kompetencji. Mam jednak spore pretensje do piszących o tym mediów, że straszą ludzi nie tym, co trzeba, nie wyjaśniając istoty problemu. Z pewnością jednak pisać „PiS truje ludzi” jest znacznie łatwiej, niż poprosić jakiegoś eksperta, żeby przystępnie i kompetentnie wyjaśnił, o co chodzi. Poza tym „PiS truje ludzi” to dobry clickbait, a kolejny gadający ekspert wręcz przeciwnie.

Ha! Jak się okazuje, były nawet jakieś unijne pieniądze na – między innymi – pomoc dla hodowców dotkniętych przez skutki ASF. Przez indolencję Ministerstwa Rolnictwa i podległych mu służb, wększość z tych pieniędzy nie została wykorzystana. Pisze o tym PSL na swoim portalu, ale zdaje się, że czyta go tylko niewielka grupka działaczy tej partii.

Nadzorowane przez dobrą zmianę rolnictwo może mieć jeszcze jeden poważny problem: Na skutek niekompetencji ARiMR, ponad milion rolników może nie dostać dopłat, a Polska będzie musiała zapłacić gigantyczne kary. I tu zaczynam mieć wielkie pretensje do opozycji, przede wszystkim do PSL, ale do Platformy i Nowoczesnej też: zamiast lansować się na Woodstocku, powinni wielkim głosem i przy każdej możliwej sposobności grzmieć o tym skandalu, dowodzi on bowiem nie tylko niekompetencji PiS, ale także fundamentalnego oszustwa, leżącego u źródeł sukcesu PiS: Ci straszni szkodnicy twierdzą przecież, że dbają nie o elity, ale o „Polki i Polaków”, podczas gdy w rzeczywistości Polki i Polaków mają w dupie, a chodzi im tylko o zaspokojenie żądzy zemsty Jarosława Kaczyńskiego i realizację jego chorych urojeń. No i o posady dla działacza, kuzynki i szwagra.

Jeśli dopłaty nie zostaną wypłacone, jeśli epidemia ASF się rozprzestrzeni, PiS będzie usiłował twierdzić, że to zła Unia Europejska mści się na polskich rolnikach za to, że Polska nie chce przyjąć islamistów-terrorystów. Nie można do tego dopuścić.

konserwy mięsne

W mojej ojczyźnie

Dobra zmiana właśnie spróbowała usunąć Czesława Miłosza z kanonu lektur szkolnych. Straszny rejwach się podniósł, w końcu Miłosz to noblista i MEN oświadczył, że skądże znowu, ze dwa wiersze zostaną.

A ja się wcale dobrej zmianie nie dziwię. W PRLu Miłosza w szkole nie było – pojawił się w 1981, w karnawale Solidarności i po tym, gdy dostał Nobla – i było tak dobrze! Za to byli Krzyżacy, Medaliony i Placówka, a w telewizorze Czterej Pancerni i Pies. Jak ulał na dzisiejsze czasy.

Gdy byłem małym dzieckiem, mój tato, polonista, nauczył mnie na pamięć wiersza, o którym dziś twierdzę, że jest jednym z najlepszych wierszy w języku polskim:  W mojej ojczyźnie. Miałem wtedy może trzy lata, niewiele rozumiałem, ale pewnie dlatego, że tato mnie go wówczas nauczył, dziś myślę, że to jest wiersz wybitny. Przejmujący. Ciemny, ale rozświetlony łagodnym, wewnętrznym światłem. Fraza cyranek świsty w górze porywiste wciąż wywołuje we mnie dreszcze, choć wtedy zupełnie nie wiedziałem, co to jest cyranka (wiadomo tylko, że nie ptak).

Uwielbiam polską poezję. Tato chyba osiągnął swój cel.

W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne,
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne,
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.

I płytkich wód szept w jakimś zmroku ciemnym,
I dno, na którym są trway cierniste,
Mew czarnych krzyk, zachodów zimnych czerwień,
Cyranek świsty w górze porywiste.

Śpi w niebie moim to jezioro cierni.
Pochylam się i widzę tam na dnie
Blask mego życia. I to, co straszy mnie,
Jest tam, nim śmierć mój kształt na wieki spełni.

Warszawa, 1937

2xWow!

Andrzej Duda zawetował ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Szkoda, że nie zawetował ustawy o sądach powszechnych, dającej panu Zbyszkowi prawo swobodnego mianowania i odwoływania prezesów sądów, ale dorze, że choć te dwie zawetował.

Umarł Adrian, narodził się Andrzej? No, powiedzmy, Andrzejek…

Duda przypomniał też, że minister sprawiedliwości, będący także prokuratorem generalnym, w polskiej tradycji nigdy nie miał wpływu na obsadę i organizację Sądu Najwyższego.

Już nie prztyczek, ale fanga w nos pana Zbyszka, jak pisałem, jednego z najbardziej niebezpiecznych polityków PiSu. Gdyby dr Duda ustawy podpisał, stałby się bezwolną marionetką już nawet nie Kaczyńskiego, ale pana Zbyszka. 

A co będzie dalej? Przypuszczam, ze jakoś tak, jak przewidywałem w poprzedniej notce. Polska – jeszcze – nie stanie się na powrót demokracją liberalną, ale autorytaryzm będzie miększy, a będzie też mniej paranoi.

To ostatnie – daj Boże.

Hadrianus obiit…?

Wczoraj stała się rzecz nieoczekiwana: Prezydent Andrzej Duda sprzeciwił się PiSowi. Najwyraźniej wkurzył się, że PiS do tego stopnia go lekceważy, że nawet nie poinformował go o treści ustaw podporządkowujących wymiar sprawiedliwości rządowi, a nawet odebrał prezydentowi pewne uprawnienia (kto powołuje I Prezesa Sądu Najwyższego). Duda zgłosił więc pewne poprawki i w ostrych, jak na niego, słowach zapowiedział, że nie podpisze ustawy o SN, jeżeli jego poprawki nie zostaną uwzględnione.

Poprawki Dudy nadal są niekonstytucyjne, a bliższa analiza pokazuje, że niewiele one zmieniają – poza pstryknięciem w nos pana Zbyszka, który przygotował sobie takie piękne narzędzia, a chyba będzie musiał oddać je Dudzie. Jedyny pożytek z prezydenckich poprawek może być taki, że co najwyżej opóźnią podporządkowanie sądów PiSowi o jakiś czas; może nawet SN zdąży skierować sprawę Kamińskiego do drugiej instancji. No i tyle.

Niemniej jednak stało się coś ważnego: po raz pierwszy od jesieni 2015 Jarosław Kaczyński przestał sprawować absolutną kontrolę.

Co prawda niektórzy – na przykład Ziemowit Szczerek - przypuszczają, że było to uzgodnione z PiSem: taka gra, aby Duda wyszedł na dobrego policjanta. Nie sądzę. PiS był zaskoczony, czego najlepszym dowodem jest irracjonalna decyzja, aby wobec jednoznacznej zapowiedzi prezydenckiego weta, przyspieszyć prace nad ustawą o SN. A w nocy Jarosław Kaczyński kompletnie się zdekompensował i zwyzywał opozycję od zdradzieckich mord, kanalii, a wreszcie morderców, gdyż mieli czelność wziąć imię ś.p. Lecha Kaczyńskiego nadaremno (to takie nowe przykazanie w kościele PiS).

Myślę więc, że Andrzej Duda zagrał na serio – co zresztą wcale nie musi być dobrą wiadomością. Ale o co on gra?

Mówi się, że pierwsza kadencja służy do tego, aby zapewnić sobie drugą (Bronisław Komorowski o tym zapomniał, no i masz babo placek). Andrzej Duda wie, że PiS nie może go nie wystawić w wyborach 2020, bo byłoby to zupełnie niezrozumiałe dla znacznej części twardego elektoratu. Gdyby PiS wystawił nie-Dudę, choćby samego prezesa, a Duda wystartował z własnego komitetu, głosy by się rozbiły i prezydentem, kto wie, mógłby zostać znienawidzony Tusk. Jeśli więc Duda nie przedzierzgnie się nagle w liberała czy choćby w europejskiego chadeka, na co się zresztą nie zanosi, ale jednak zacznie się PiSowi stawiać, PiS i tak go wystawi, nawet jeśli zrobi to z kwaśną miną. Jednocześnie Duda wie, że Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i grupa ich najwierniejszych pretorianów budzi wśród wielu ludzi głęboką niechęć, obsesje Kaczyńskiego i niejasne powiązania Macierewicza szkodzą Polsce, a kult smoleński większość ludzi doprowadza do złości i zażenowania. I teraz Duda ma swoją szansę: jeśli wygra z Kaczyńskim batalię o sądy, bardzo wzmocni się wizerunkowo (jeśli przegra, stanie się pośmiewiskiem nawet we własnym obozie) i – pamiętając o wszystkich upokorzeniach, których doznał od prezesa – będzie mógł myśleć o umniejszeniu roli, a z czasem o zmarginalizowaniu Kaczyńskiego i Macierewicza. Będzie mógł się kreować na centrystę, który, owszem, służąc Narodowi Polskiemu, chce go trzymać silną ręką, nie pozwoli na sejmową anarchię, ale też nie podporządkowuje się dyktatowi Brukseli, broni przedmurza chrześcijaństwa i uchodźców nie przyjmie, ale będzie chętnie z Europą w innych sprawach współpracował, a przy tym nie jest jawnie obłąkany. W to może uwierzyć znaczna część wyborców PiSu (a inni będą sparaliżowani, bo jeśli nie Duda, to Tusk!), podłączy się do tego – już się podłącza! – Kukiz i jego nacjonalistyczno-zaściankowi wyborcy, a może nawet prawa część Platformy? Stąd już tylko krok do wskazania, że Kaczyński i Macierewicz z jednej, a Tusk, Schetyna i Petru z drugiej, to typy anachroniczne, zgrane, toczące swoją rytualną wojnę, która szkodzi Polsce. Trzeba ich wszystkich odrzucić, bo dopóki będą obecni w polityce, dopóty będą ją zatruwać. Potrzebna jest młoda, centrowa partia, pod przywództwem młodego, energicznego prezydenta Dudy! I druga kadencja w kieszeni, pozycja polityczna wzmocniona, trwałe miejsce w historii pewne!

Co by to przyniosło Polsce? Więcej chaosu i bałaganu, ale mniej paranoi, dysfunkcjonalność, ale bez zagrożenia wyrzuceniem z UE, utrwalenie pół-peryferyjnej pozycji gospodarczej Polski, ale bez bezpośredniego ryzyka wpadnięcia w rosyjską strefę wpływów. Polska nadal będzie ksenofobiczna i patriarchalna, ale pozycja Kościola trochę osłabnie, medyczna marihuana zostanie zalegalizowana, a wycinka puszczy wstrzymana. Soft-PiS, wzmocniony kukizowcami i – być może – prawą stroną Platformy, nie tak zły, jak w arcypesymistycznej wizji Marcina Kamińskiego, ale, mówiąc szczerze, i tak całkiem niedobry.

Jaki kraj, taki Macron.

mordy zdradzieckie, kanalie

Sąd Najwyższy a obywatele

PiS właśnie brutalnie, niekonstytucyjnie przejmuje władzę nad Sądem Najwyższym. Wszyscy podkreślają ustrojową rolę Sądu Najwyższego: To SN stwierdza ważność wyborów. Gdy więc już PiS „odzyska” SN, ten zatwierdzi wybory wygrane przez PiS dzięki złamaniu ordynacji wyborczej – lub też, jeśli tak się zdarzy, nie zatwierdzi wyborów przegranych przez PiS.

Nie wykluczam, że Jarosław Kaczyński, zły człowiek, będzie chciał skorzystać z tej możliwości. Jednak pośpiech, z jakim PiS dokonuje swojego zamachu, świadczy o tym, że cele są doraźne: Mianowicie chodzi o uniemożliwienie SN skierowania do drugiej instancji sprawy Mariusza Kamińskiego, koordynatora służb specjalnych, bezprawnie ułaskawionego przez prezydenta, a także o uniemożliwienie SN zbadania, czy sędzia Przyłębska została prawidłowo wybrana na prezesa TK.

Ponieważ jednak wiele osób nie dostrzega, że orzeczenie o ważności wyborów dotyka także ich praw fundamentalnych, a we wspomnianych sprawach widzi tylko ich aspekt „celebrycki”, komentatorzy starają się wytłumaczyć, dlaczego niezawisły Sąd Najwyższy jest potrzebny zwykłym obywatelom.

Spróbuję i ja.

Sąd Najwyższy rozstrzyga kasacje oraz wydaje interpretacje prawa w sprawach mogących dotyczyć zwykłych obywateli, a zarazem bardzo skomplikowanych prawnie – na przykład dotyczących dziedziczenia, podatków czy różnych aspektów działalności gospodarczej. Otóż ja bardzo bym chciał, aby te wyroki, opinie i interpretacje wydawali sędziowie dobrani ze względu na swoje wysokie kompetencje merytoryczne i moralne, a nie ze względu na polityczne sympatie i lojalność. Niezliczone przykłady z różnych krajów i epok pokazują, że lojalność i posłuszeństwo władzy nie są tożsame z wysokim poziomem kompetencji. Na ogół bywa wręcz przeciwnie. Na naszym podwórku widzimy, jakie to tuzy prawnicze PiS skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Nie ma powodu oczekiwać, że w wypadku SN byłoby inaczej. Przecież nie na darmo PiS forsuje przepis, wedle którego sędzią SN może zostać prokurator lub radca prawny z pięcioletnim stażem.

Nie chcę, żeby w Sądzie Najwyższym orzekały osoby o kwalifikacjach Misiewicza lub PiSowskich menedżerów stadnin koni.

Łańcuch światła pod Sądem Najwyższym

Protest w obronie niezawisłości Sądu Najwyższego, Warszawa, 16 lipca 2017

Finis Poloniae

Dwa lata temu pisałem, że Polska to wspaniały kraj i wytrzyma rządy PiSu, choć będzie ciężko. Dziś już nie jestem tego pewien. Gospodarka co prawda nadal jest rozpędzona – PO-PSL zostawiły ją w bardzo dobrym stanie, a jedyną zasługą PiS jest to, że jej natychmiast nie popsuły – bezrobocie jest niskie a program 500+ ma krótkotrwale korzystny wpływ na poziom zamożności. Jednak inwestycje zostały zahamowane, co fatalnie wróży na przyszłość, a tłumy Misiewiczów, których jedyną kompetencją jest to, że znają program PiS lub mają w PiS jakiegoś wujka, w praktyce gwarantują, że zarządzane przez nich spółki skarbu państwa i inne ważne instytucje popadną w kłopoty. PiS szykuje ukryte podwyżki podatków (abonament RTV, opłata paliwowa, zmiany w prawie wodnym). Zadłużenie rośnie tak szybko, jak chyba nigdy dotąd. Wbrew wszelkim światowym trendom, Polska stawia na energetykę węglową (co na razie skutkuje koniecznością oficjalnego importu węgla, być może z Rosji!), a PiS z premedytacją niszczy energetykę OZE. Mamieni obietnicami dostaw gazu z Ameryki, coraz bardziej uzależniamy się od dostaw z Rosji. Dalej, armia została katastrofalnie oslabiona: dowódcy pozwalniani, Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej rozbrojona, śmigłowców wielozadaniowych nie ma, o śmigłowcach szturmowych nawet nikt nie wspomina, obrony przeciwlotniczej nie ma (będzie – jeśli będzie – po 2022, ale za to ho, ho, jaka nowoczesna – i jaka droga!), za to za pieniądze przeznaczone na rozwoj sił operacyjnych powstaje prywatna armia ministra Macierewicza. Wokół Macierewicza, werbalnie niezwykle antyrosyjskiego (złodziej zawsze najgłośniej krzyczy „Łapaj złodzieja!”), kręcą się różne dziwne typki, przynajmniej pośrednio powiązane ze służbami rosyjskimi. Ostatnio padła nawet sugestia, że afera taśmowa rozgrywała się z udziałem rosyjskich służb. We wrześniu zobaczymy, do jakiego nieszczęścia doprowadziła minister Zalewska w oświacie, a w październiku, gdy zacznie działać sieć szpitali, doświadczymy załamania opieki zdrowotnej. Na płaszczyźnie międzynarodowej Polska jest izolowana (uchodźcy, rządy prawa, obawa przed rosyjską penetracją, publiczne wystąpienia antyniemieckie i antyfrancuskie naszych władz). Minister Jurgiel chce przywracać PGRy. Minister Szyszko wycina puszczę i drzewa w miastach. Nawet stadnin koni nie oszczędzili!

A gdy wejdą w życie najnowsze PiSowskie ustawy dotyczące prawa – o ustroju sądów powszechnych, o KRS, a przede wszystkim o Sądzie Najwyższym, ta ostatnia zgoszona jako projekt poselski (!), w środku nocy i w środku wakacji – będzie można oficjalnie ogłosić, że Polska przestała być demokratycznym państwem prawa. 

Teoretycznie ustawy te może jeszcze zawetować prezydent, ale raczej nie żywię złudzeń, że dr Duda się na to zdobędzie.

Przestałem w pewnym momencie komentować kolejne PiSowskie, bezprawne zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, bo stało się to zupełnie jałowe. Dla porządku więc przypomnę, że po śmierci Lecha Morawskiego, dublera, Trybunał liczy 12 sędziów (przy czym wśród sędziów są osoby nie spełniające konstytucyjnego wymogu wyróżniania się wiedzą prawniczą, jak na przykład ta pani, która nie nadawała się do orzekania w Sądzie Okręgowym, bądź nieskazitelnością moralną, jak pan, który jako adwokat brał od klientów pieniądze, zwodził ich całymi miesiącami, ale żadnych czynności w ich sprawach nie wykonywał), plus trzech sędziów wciąż niezaprzysiężonych przez dr. Dudę, plus dwóch dublerów. Konstytucyjne stanowiska prezesa i wiceprezesa TK pozostają nieobsadzone: Za prezesa uchodzi pani wybrana niezgodnie nawet z uchwalonymi przez PiS przepisami, wiceprezesem zaś mianowano pana, który nie jest sędzią, ale to oni decydują o wyznaczaniu składów i terminów rozpraw. Nie ma więc kto uznać niekonstytucyjności PiSowskich przepisów, a gdy pan Zbyszek przejmie całkowitą kontrolę nad sądami, nawet rozproszona kontrola sądowa konstytucyjności prawa stanie się niemożliwa.

Co dalej, a raczej, kiedy i w jakiej kolejności dalej? Samorządy, media prywatne, cenzura? W 2019 odbędą się jakieś wybory, ale przy tak zmienionej ordynacji i zastraszaniu opozycji, że będzie to operacja czysto fasadowa, jak w Turcji czy w Rosji.

Witaj, Euroazjatycka Unio Gospodarcza!

Dietrich Monten, Finis Poloniae, 1831

P.s. Tak, wiem, że Kościuszko nie wzniósł tego okrzyku. 

P.p.s. Polecam też notkę drakainy.

Mekong

Stosunek do przyjmowania uchodźców jest w tej chwili jednym z najważniejszych elementów dyskusji publicznej w Polsce. Doskonale zdając sobie sprawę, że obecnie blisko 3/4 Polaków jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców, ja uparcie powtarzam swoje: Ze wszystkimi zstrzeżeniami, które już na tym blogu czyniłem, Polska powinna przyjmować uchodźców – jeśli nawet nie ze względu na solidarność z cierpiącymi, to z uwagi na nasz własny interes. Uchodźcy już są w Europie i nadal przybywają całymi tysiącami. Kraje południowej Europy, najbardziej wystawione na napływ uchodźców, nie radzą sobie z rozmiarami kryzysu i oczekują wsparcia od swoich europejskich partnerów. Jeśli my im tego wsparcia nie udzielimy, oni nie udzielą wsparcia nam, gdy my go będziemy w jakiejś innej sprawie potrzebować. Co więcej, nasza publicznie i z wielkim zadowoleniem przyprawiana sobie gęba rasistowskiego ksenofoba nikomu (może poza krajami V4, ale i to nie jest pewne) w Europie się nie podoba, więc inni też nam nie pomogą. Już prędzej nas ukarzą, nie wprost, ale tak konstruując europejski budżet i przyjmując takie regulacje, które nie będą odpowiadać naszym interesom.  

Mój prawicowy znajomy pyta się, czy mnie nie niepokoi, że po świecie przemieszczają się takie wielkie potoki ludzi. Ależ niepokoi mnie, nawet bardzo, ale nie mam na to wielkiego wpływu: To, że wielkie potoki ludzi się przemieszczają, należy uznać za warunek brzegowy.

Czy moglibyśmy jakoś ten warunek brzegowy zmienić? pyta znajomy i proponuje, aby na początek Europa ograniczyła konsumpcję: 

rzadziej zmieniać smartfony, sukienki, samochody, rzadziej jeździć na superwakacje na rafy koralowe i w Himalaje, pić mniej drogich alkoholi, nosić tańsze zegarki, itd, itp. Tak o 10% mniej. Może o 20%. Przywrócić tradycyjne „protestanckie” wartości: pracowitość, skromność, uczciwość (ale bez protestanckiej oschłości i ponuractwa!) Ale to dotyczy głównie bogatych krajów Zachodu – nas trochę też, ale mniej, bo my biedniejsi.

Z bardzo wielu powodów byłoby dobrze, gdyby Zachód (globalny Zachód, że tak to ujmę) ograniczył konsumpcję. Miałoby to też jakiś wpływ na poziom życia krajów Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, a także bardzo biednych i ciężko pracujących ludzi w Indiach, Bangladeszu czy Indochinach. Ale akurat Unia Europejska – owszem, przede wszystkim bogate kraje „starej Unii”, ale bez zgody i kosztów dla Polski by się nie obyło – mogłaby zrobić rzecz niesłychanie prostą, ale politycznie w Europie bardzo trudną: znieść bariery chroniące rynek europejski przed afrykańskimi produktami rolnymi – warzywami i owocami, cukrem, bawełną, zdaje się, że także roślinami strączkowymi i oleistymi. One tam ze względów klimatycznych pięknie rosną, mogłyby rosnąć jeszcze piękniej, gdyby wprowadzić wyższą kulturę rolną, przetwarzanie, przechowywanie itd, ale Afryka nie może ich sprzedawać. A gdyby mogła, to z afrykańskiego punktu widzenia wielu ludzi miałoby pracę, poziom życia by wzrósł, młodzi mężczyźni mieliby inne perspektywy, niż wstąpienie do takiej czy innej armii lub partyzantki, głównie po to, aby grabić, gwałcić i mordować biednych chłopów. Z europejskiego punktu widzenia produkty rolne być może by odrobinę zdrożały, choć inni mówią, że wręcz przeciwnie, mogłyby potanieć, trudno mi to oszacować, ale na pewno bardzo wielu europejskich rolników (producentów rolnych) by splajtowało. A w europejskich krajach głosują europejscy rolnicy, afrykańscy chłopi, jeśli nawet głosują, to u siebie. Plantatorowi papryki, obojętnie czy z Hiszpanii, czy z Francji, czy z Polski, rozwiązaniem prostszym i bezpieczniejszym dla ich doraźnych interesów wydaje się zalecenie, aby wszystkich tych imigrantów odsyłać gdzieś do Libii czy Maroka, nawet jeśli to będzie kosztować dużo pieniędzy z kieszeni podatników, niż zgodzić się, że co prawda imigrantów będzie mniej, ale paprykę to ja sobie będę mógł uprawiać rekreacyjnie i będę musiał sobie poszukać innego zajęcia.

Nauczeni smutnymi doświadczeniami skutków dezindustrializacji, powinniśmy rozważać odległe skutki społeczne: Jakaś gmina – hiszpańska, francuska czy polska – żyła sobie nieźle z uprawy papryki. Plantacje upadły, bo dopuszczono konkurencję aftrykańską. Ci europejscy rolnicy, wraz z zatrudnianymi robotnikami rolnymi i ich rodzinami, nie znajdą innej pracy: Doliny Krzemowej tam nie ma i nie będzie, w najbliższej okolicy nie ma tradycyjnego przemysłu, co oni mają robić? Żyć z zasiłków, pardon, z lewicowej pensji obywatelskiej, która pozwoli na zaspokojenie elementarnych, level Europa, potrzeb życiowych, ale nie da żadnego poczucia sensu? O tym też trzeba pomyśleć.

Teoretycznie moglibyśmy mieć także wpływ na działanie wielkich korporacji surowcowych, które niemiłosiernie eksploatują Afrykę i, w pewnym stopniu, inne części świata, dewastując środowisko i korumpując lokalnych polityków, którzy wyżywają się potem na biedakach z innego ludu (narodu), mających – na skutek decyzji kolonialnych – pecha znajdować się pod ich władzą. Teoretycznie moglibyśmy mieć na to wpływ, ale wielkie korporacje stały się ponadnarodowe, wyalienowały się spod wpływów swych nominalnych rządów. Silna i naprawdę zjednoczona Unia Europejska mogłaby sobie jakoś z korporacjami poradzić, poszczególne kraje, nawet te duże, nie.

Są jeszcze dwa czynniki, które wpłynęły na ukształtowanie się obecnych warunków brzegowych i na które nie wyobrażam sobie, jaki moglibyśmy mieć wpływ. 

To prawda, że Europa Zachodnia zbudowała swoje bogactwo na niemiłosiernej, nieludzkiej, niebywale okrutnej eksploatacji swoich kolonii, więc teraz ma i wyrzuty sumienia, i można twierdzić, że ma wobec tych krajów jakieś zobowiązania, ale dziedzictwo kolonialne ma też dobre strony: demografię. Oprócz całego zła, Europejczycy przynieśli do kolonii i byłych kolonii elementy nowoczesnej medycyny, przede wszystkim szczepienia, higienę (w tym zasady dość elementarne, „nie pij wody skażonej odchodami”), a także ulepszone techniki produkcji żywności („zielona rewolucja”). W efekcie populacja Afryki, Bliskiego Wschodu, Indii i innych krajów eksplodowała. W Syrii w roku 1960 mieszkało 4,5 mln ludzi. W roku 2011 23 mln. Pięciokrotny wzrost liczby ludności w ciągu pięćdziesięciu lat! Podobnie stało się w Egipcie, Etiopii i w krajach subsaharyjskich. I choć te kraje są wielkie, to brakuje zasobów, które mogłyby tę ludność wyżywić, nie ma pracy, nie ma perspektyw, epidemie wyeliminowano lub znacznie ograniczono, zostają więc tylko maltuzjańskie wojny: część młodych mężczyzn, nie mając perspektyw na normalne życie z pracy na roli czy w jakiejś fabryce, bo ani ziemi, ani takiej pracy nie ma (globalny Zachód lokuje swoje fabryki w Indiach i dalej na wschód, ale nie w Afryce czy na Bliskim Wschodzie), wstępują do jakiegoś wojska; pewnie zginą, ale co wcześniej użyją grabiąc, gwałcąc i mordując, to ich! Inni ludzie natomiast boją się, że zostaną zabici przez żołnierzy o nieco innym kształcie nosa lub wierzących w nieco innego Boga, albo skutków interwencji globalnego Zachodu, który oprócz przejmowania dochodów z ropy, chce wprowadzać demokrację i prawa człowieka, ale wprowadza głównie chaos (czyli całkiem na odwrót, niż Mefistofeles), albo boją się biedy na makabrycznie przeludnionej wsi czy w slumsach Nairobi, więc decydują się na ucieczkę. Gdyby ich było mniej, może jakoś by sobie poradzili. Ale ich jest dużo.

No i ostatni punkt: Mówi się, że wojna w Syrii jest pierwszą wojną klimatyczną. Coś jest na rzeczy. Wojnę domową poprzedziło kilka lat katastrofalnej suszy, w wyniku której ludność wiejska uciekła do miast. Gdy w przeludnionych miastach też zaczęło brakować wody i żywności, narastały napięcia społeczne, coś pękło i wybuchła wojna domowa wszystkich przeciwko wszystkim. Przy czym do suszy, jak mi się wydaje, przyczyniła się polityka państw, które zaczęły stawiać tamy na Eufracie, żeby nawodnić swoje pola, nie przejmując się losem ludzi mieszkająych w dole rzeki. Zdaje się, że coś podobnego z wolna szykuje się w Indochinach, gdzie kraje, przez które przepływa Mekong, też chcą go grodzić tamami, nie przejmując się tymi w dole. To dalej od nas, niż Syria, ale za to mieszka tam znacznie więcej ludzi.

Mekong Dam Project

Więcej o projekcie tam na Mekongu można przeczytać tutaj.

W Indiach natomiast gwałtownie ubywa wody w naturalnych podziemnych zbiornikach, z których korzysta 600 mln ludzi. Wody ubywa, bo ludzi i zwierząt hodowlanych jest o wiele więcej, niż dawniej, a opady są mniejsze. Pisałem o tym kiedyś na ś.p. blogu naukowym. Niechby 10% zagrożonych suszą ludzi postanowiło się gdzieś przenieść, a będziemy mieli wędrówkę ludów na skalę niespotykaną w przeszłości.

Le Roi des cons

Jacob Jordaens (1593-1678), Król pijePoczułem, że muszę napisać coś bardzo osobistego.

Ludzie PiS są różni, przy czym przez „ludzi PiS” rozumiem ich ministrów, posłów, senatorów, działaczy, funkcjonariuszy i ich publicznych apologetów, a także partyjnych nominatów sprawujących rozmaite funkcje publiczne. Nie wszyscy oni są tacy sami. Jest co prawda kilka osób do szpiku kości złych i podłych, czyniących zło dla radości czynienia zła, ale więcej jest osób owładniętych żądzą władzy, chorych egocentryków, jeszcze więcej cynicznych karierowiczów, osób bezwzględnie realizujących swoje interesy osobiste i finansowe, frustratów odreagowujących swoje dawne krzywdy prawdziwe i urojone, zwykłych szkodników nieświadomych zła, jakie wyrządzają, ludzi nie ogarniających sił i procesów, które uruchamiają dla doraźnych, przyziemnych celów, osób, które czy to przez przypadek, czy dla kariery dalece przekroczyły swój poziom kompetencji, sporo jest szalonych ideologów, którzy – być może – jedynie wykorzystują PiS jako wehikuł do realizacji swoich poglądów, ale najwięcej jest głupców.

Nie ma wśród ludzi PiS osób robiących rzeczy dobre, nie ma nawet takich, którzy starają się, ale im nie wychodzi. Są tacy, którzy dają do zrozumienia, że „jeśli nie ja, to przyjdzie ktoś gorszy”, ale to zwykła wymówka karierowiczów.

Z drugiej strony nie ma w ludziach PiS nic z grozy i przewrotności Mefistofelesa, jam jest tej siły cząstką drobną, co zawsze złego chce i zawsze sprawia dobro. Jest tylko pazerność, cynizm, obłuda, wybujałe ego i głupota, mój Boże, jaka straszna głupota.

Gdy natrafiam na fontanny chamstwa, fałszu i obłudy, wydobywające się z ust postaci w rodzaju Sasina czy Mazurek, przywołuję resztki moich ludzkich uczuć i mojego chrześcijaństwa, żeby westchnąć „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”, bo to są straszni głupcy.

Ale to nie uchroni ich od czyśca.

Nowy etap

biała różaPodkomisja smoleńska przeżywa kolejną kompromitację: Po tym, gdy nie potrafiła powiedzieć niczego sensownego w siódmą rocznicę katastrofy, wobec czego wystąpiła z nonsensowną teorią bomby termobarycznej, zwanej przez polskie internety bombą eskobaryczną, po tym, gdy okazało się, że przewodniczący podkomisji, dr Wacław Berczyński, zajmował się wykańczaniem Caracali, wyszło na jaw, iż podkomisja ordynarnie sfałszowała wyniki doświadczeń przeprowadzonych na WAT. Otóż eksperci z WAT ustalili, że samolot po utracie 1/3 skrzydła nie mógł bezpiecznie lecieć dalej, tymczasem podkomisja, znając te wyniki, ogłosiła, że mógł. Gdy naukowcy z WAT chcieli to sprostować na konferencji prasowej, Antoni Macierewicz, któremu WAT formalnie podlega, nakazał tę konferencję odwołać. Wiarygodność podkomisji smoleńskiej leży w gruzach, a w to, że w Smoleńsku doszło do zamachu, wierzy w Polsce mniej więcej taki sam odsetek respondentów, jaki w Ameryce wierzy w alien abduction. No i fajnie.

Jednak skoro nie zamach, to co?! Przecież oszalały z nienawiści Człowieczek Wolności, Jarosław Kaczyński, musi mieć możiwość wywarcia swej pomsty sprawiedliwej na Tusku, Kopacz, Arabskim i kim tam jeszcze trzeba. Oskarża się ich wobec tego o haniebne zaniedbania po katastrofie, w tym o „bezczeszczenie zwłok”. Powiedzmy uczciwie, że i tak jest to pewien postęp – choć na przykład taka pani Beata Gosiewska, druga pani Gosiewska, osoba wyjątkowo wstrętna z uwagi na swoją pazerność i zacietrzewienie, wciąż dostrzega w Tusku mordercę jej męża – ale oskarżenia pod adresem polityków Platformy o niegodne obchodzenie się ze zwłokami ofiar katastrofy także są całkowicie bez sensu.

Sługusi pana Zbyszka prowadzą ekshumacje ofiar katastrofy i, z fałszywym współczuciem dla rodzin, epatują opinię publiczną mówiąc „dwie głowy, trzy nogi”. A nie przypadkiem zmiażdżona jedna głowa i tkanki z drugiej, które można by zidentyfikować tylko robiąc badania DNA każdego fragmencika, co trwałoby miesiącami? Zapytana o to wprost, prokuratura nabrała wody w usta. No ale przecież panu Zbyszkowi chodzi wyłącznie o epatowanie, o to, aby urobić opinię publiczną przed postawieniem Tuskowi et consortes oskarżeń o chaos i zaniedbania po katastrofie. Oskarżyć o zamach ich się nie da, bo żadnego zamachu nie było, ale o coś oskarżyć ich trzeba.

Jutro jest kolejna miesięcznica. Jarosław Kaczyński wejdzie na swoją drabinkę i wciąż będzie wykrzykiwał, że „jesteśmy coraz bliżej prawdy”, ale tym razem nacisk położy na to, że Donald Tusk i Ewa Kopacz rzekomo odpowiadają za „zbezczeszczenie zwłok”, czyli pomieszanie fragmentów ciał ofiar katastrofy.

Teraz wydaje się, że decyzja o identyfikacji zwłok i indywidualnych pogrzebach była pochopna. Zapewne nikt w Polsce, a w każdym razie nikt w okolicach rządu, nie zdawał sobie sprawy ze stanu zwłok i natychmiast zorganizowano wyjazdy rodzin – czego zresztą one oczekiwały – do Moskwy celem identyfikacji, i już nie można było tego odwrócić. Tymczasem skoro udało się zidentyfikować ciała państwa Kaczyńskich, trzeba było zrobić uroczysty pogrzeb pary prezydenckiej, oczywiście w Warszawie, i indywidualne pogrzeby ok. 30 osób, których ciała też udało się łatwo zidentyfikować. Pozostałe szczątki należało bardzo, bardzo uroczyście pochować we wspólnym grobie, jak to zresztą robiono po innych wielkich katastrofach.

Ewa Kopacz nie musiała lecieć do Moskwy. Poleciała, bo chciała pomóc rodzinom ofiar. A ktoś z PiSu tam poleciał? Przecież wśród ofiar było tylu ich znajomych i przyjaciół. Może niezłomny Andrzej Duda? Poleciał po ciało pani Kaczyńskiej, spędził w Moskwie kilka godzin, z rodzinami się nie kontaktował i tyle go widzieli. Może minister Sasin, który też zresztą wówczas opowiadał, że identyfikacje zwłok prowadzono z wielką starannością? A nie, nie ruszył się z Warszawy, a może z Wołomina. (Nawiasem mówiąc, czemu pan Zbyszek nie wzywa teraz Jacka Sasina na przesłuchanie?) Może Antoni Macierewicz? O, ten tchórzliwie uciekł spod Smoleńska do Warszawy, żeby ratować cenne kwity, które miał zdeponowane w BBN. Może ktoś inny z wyższych urzędników kancelarii Lecha Kaczyńskiego lub polityków PiSu? Ni widu, ni słychu…

A biała róża, wiadomo, jest dla Jarosława Kaczyńskiego.