Wczoraj stała się rzecz nieoczekiwana: Prezydent Andrzej Duda sprzeciwił się PiSowi. Najwyraźniej wkurzył się, że PiS do tego stopnia go lekceważy, że nawet nie poinformował go o treści ustaw podporządkowujących wymiar sprawiedliwości rządowi, a nawet odebrał prezydentowi pewne uprawnienia (kto powołuje I Prezesa Sądu Najwyższego). Duda zgłosił więc pewne poprawki i w ostrych, jak na niego, słowach zapowiedział, że nie podpisze ustawy o SN, jeżeli jego poprawki nie zostaną uwzględnione.
Poprawki Dudy nadal są niekonstytucyjne, a bliższa analiza pokazuje, że niewiele one zmieniają – poza pstryknięciem w nos pana Zbyszka, który przygotował sobie takie piękne narzędzia, a chyba będzie musiał oddać je Dudzie. Jedyny pożytek z prezydenckich poprawek może być taki, że co najwyżej opóźnią podporządkowanie sądów PiSowi o jakiś czas; może nawet SN zdąży skierować sprawę Kamińskiego do drugiej instancji. No i tyle.
Niemniej jednak stało się coś ważnego: po raz pierwszy od jesieni 2015 Jarosław Kaczyński przestał sprawować absolutną kontrolę.
Co prawda niektórzy – na przykład Ziemowit Szczerek - przypuszczają, że było to uzgodnione z PiSem: taka gra, aby Duda wyszedł na dobrego policjanta. Nie sądzę. PiS był zaskoczony, czego najlepszym dowodem jest irracjonalna decyzja, aby wobec jednoznacznej zapowiedzi prezydenckiego weta, przyspieszyć prace nad ustawą o SN. A w nocy Jarosław Kaczyński kompletnie się zdekompensował i zwyzywał opozycję od zdradzieckich mord, kanalii, a wreszcie morderców, gdyż mieli czelność wziąć imię ś.p. Lecha Kaczyńskiego nadaremno (to takie nowe przykazanie w kościele PiS).
Myślę więc, że Andrzej Duda zagrał na serio – co zresztą wcale nie musi być dobrą wiadomością. Ale o co on gra?
Mówi się, że pierwsza kadencja służy do tego, aby zapewnić sobie drugą (Bronisław Komorowski o tym zapomniał, no i masz babo placek). Andrzej Duda wie, że PiS nie może go nie wystawić w wyborach 2020, bo byłoby to zupełnie niezrozumiałe dla znacznej części twardego elektoratu. Gdyby PiS wystawił nie-Dudę, choćby samego prezesa, a Duda wystartował z własnego komitetu, głosy by się rozbiły i prezydentem, kto wie, mógłby zostać znienawidzony Tusk. Jeśli więc Duda nie przedzierzgnie się nagle w liberała czy choćby w europejskiego chadeka, na co się zresztą nie zanosi, ale jednak zacznie się PiSowi stawiać, PiS i tak go wystawi, nawet jeśli zrobi to z kwaśną miną. Jednocześnie Duda wie, że Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz i grupa ich najwierniejszych pretorianów budzi wśród wielu ludzi głęboką niechęć, obsesje Kaczyńskiego i niejasne powiązania Macierewicza szkodzą Polsce, a kult smoleński większość ludzi doprowadza do złości i zażenowania. I teraz Duda ma swoją szansę: jeśli wygra z Kaczyńskim batalię o sądy, bardzo wzmocni się wizerunkowo (jeśli przegra, stanie się pośmiewiskiem nawet we własnym obozie) i – pamiętając o wszystkich upokorzeniach, których doznał od prezesa – będzie mógł myśleć o umniejszeniu roli, a z czasem o zmarginalizowaniu Kaczyńskiego i Macierewicza. Będzie mógł się kreować na centrystę, który, owszem, służąc Narodowi Polskiemu, chce go trzymać silną ręką, nie pozwoli na sejmową anarchię, ale też nie podporządkowuje się dyktatowi Brukseli, broni przedmurza chrześcijaństwa i uchodźców nie przyjmie, ale będzie chętnie z Europą w innych sprawach współpracował, a przy tym nie jest jawnie obłąkany. W to może uwierzyć znaczna część wyborców PiSu (a inni będą sparaliżowani, bo jeśli nie Duda, to Tusk!), podłączy się do tego – już się podłącza! – Kukiz i jego nacjonalistyczno-zaściankowi wyborcy, a może nawet prawa część Platformy? Stąd już tylko krok do wskazania, że Kaczyński i Macierewicz z jednej, a Tusk, Schetyna i Petru z drugiej, to typy anachroniczne, zgrane, toczące swoją rytualną wojnę, która szkodzi Polsce. Trzeba ich wszystkich odrzucić, bo dopóki będą obecni w polityce, dopóty będą ją zatruwać. Potrzebna jest młoda, centrowa partia, pod przywództwem młodego, energicznego prezydenta Dudy! I druga kadencja w kieszeni, pozycja polityczna wzmocniona, trwałe miejsce w historii pewne!
Co by to przyniosło Polsce? Więcej chaosu i bałaganu, ale mniej paranoi, dysfunkcjonalność, ale bez zagrożenia wyrzuceniem z UE, utrwalenie pół-peryferyjnej pozycji gospodarczej Polski, ale bez bezpośredniego ryzyka wpadnięcia w rosyjską strefę wpływów. Polska nadal będzie ksenofobiczna i patriarchalna, ale pozycja Kościola trochę osłabnie, medyczna marihuana zostanie zalegalizowana, a wycinka puszczy wstrzymana. Soft-PiS, wzmocniony kukizowcami i – być może – prawą stroną Platformy, nie tak zły, jak w arcypesymistycznej wizji Marcina Kamińskiego, ale, mówiąc szczerze, i tak całkiem niedobry.
Jaki kraj, taki Macron.







Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.