Incitatus

Cesarz Kaligula mianował swojego ulubionego konia, Incitatusa, senatorem. Bo tak. Bo mógł. Być może był to objaw postępującej choroby umysłowej cesarza, ale zarazem był to akt upokorzenia senatorów i szyderstwo z republikańskich instytucji Rzymu.

Tuż przed Nowym Rokiem PiSowski tygodnik Sieci ogłosił, że Człowiekiem Wolności 2017 została mgr Julia Przyłębska. W uzasadnieniu tego wyróżnienia napisano, że

odgrywa [ona] rolę nie do przecenienia w odbudowie polskiego porządku prawnego, gwarancji naszej wolności.

Przekornie można powiedzieć, że istotnie, mgr Przyłębska odgrywa rolę nie do przecenienia w PiSowskiej konstrukcji najważniejszych instytucji prawnych w Polsce, a poza tym wzruszyć ramionami: Niech się PiSowcy bawią, bo to, jakie godności i tytuły sobie wzajemnie nadadzą, nie ma znaczenia.

Jest jednak coś przewrotnego, bez mała orwellowskiego w tym, że PiS w taki sposób zawłaszcza i znieważa słowo „wolność”. Gdy rok temu Człowieczkiem Wolności został Jarosław Kaczyński, było to oburzające, ale przynajmniej Jarosław Kaczyński jest kimś. Ma wielki – destruktywny, ale wielki – wpływ na naszą wolność. A mgr Julia „Wolfgangowa” Przyłębska jest nikim. Pani, która nie miała kwalifikacji do orzekania w Sądzie Okręgowym, została legalnie wybrana na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, ale od roku bezprawnie posługuje się tytułem Prezesa TK. W ciągu dwóch lat zasiadania w Trybunale, była sprawozdawcą w zaledwie kilku sprawach. Za to pilnie sprowadza Trybunał do roli podrzędnej agendy rządowej. Pozwala na to, aby pan Zbyszek i szef specsłużb, Mariusz Kamiński, wpływali na składy TK orzekające w ważnych dla nich sprawach. Upokarza przed-PiSowskich sędziów. I nie przeszkadza jej ani bycie sędzią we własnej sprawie, ani publiczne komentowanie ustaw, o których być może jako sędzia będzie orzekać.

Jaki cesarz, taki Incitatus.

Prawdopodobnie konny posąg Kaliguli

Straszny wstyd

Ależ byłem naiwny! W poprzednim wpisie brałem pod uwagę możliwość, że dr Duda nie podpisze ustaw sądowych. Andrzej Duda właśnie oświadczył, że je podpisze. Okazuje się, że Jarosław Kaczyński nie pozostawił mu właściwie wyboru.

Oto bowiem PiS finalizuje przejmowanie sądów, gmera przy ordynacji wyborczej (choć nie aż tak, jak to pierwotnie wyglądało), grozi karami posłom opozycji, nakłada wielką karę finansową na TVN za relacjonowanie zeszłorocznego kryzysu parlamentarnego (bezprawne głosowania w Sali Kolumnowej) w sposób, który nie spodobał się władzy, w nocy z 12 na 13 grudnia wyprowadza wielkie siły policyjne przeciwko protestującym pod Sejmem, a nawet zmienia prawo w ten sposób, że dostęp do broni automatycznej i amunicji uzyskają organizacje paramilitarne afiliowane przy MON. My zaś mamy się ekscytować zmianą na stanowisku szefa rządu: nowym premierem został komprador Mateusz Morawiecki. Dotychczasowa premier, Beata Szydło, objęła stanowisko rzecznika rządu do spraw społecznych w randze wicepremiera. Pani Szydło na swoim nowym stanowisku nie będzie miała żadnego wpływu na decyzje rządu, ale do tego akurat powinna się była przyzwyczaić. Poza tym w składzie rządu nie zaszły żadne, najmniejsze nawet zmiany. Ach, pewna pani, która była ministrem w starym-starym rządzie i została ministrem także w nowym-starym, po tygodniu urzędowania (?) została z nowego rządu odwołana. Kilka innych osób również straciło swoje funkcje, ale formalnie w rządzie pozostali.

Pani Szydło była wśród elektoratu swojej partii dosyć lubiana i popularna, za to Mateusz Morawiecki, były bankowiec, wręcz bankster, a nawet doradca Tuska, jest traktowany nieledwie jak ciało obce. Czemuż więc Kaczyński wyznaczył na premiera właśnie jego?!

Logicznym wytłumaczeniem było to, że Morawiecki miał poprawić stosunki z Unią Europejską i klimat inwestycyjny wokół Polski. Niedługo zaczną się negocjacje nad nowym budżetem. Na skutek Brexitu będzie mniej pieniędzy do podziału, Polska na pewno coś straci, ale chodzi o to, żeby nie straciła zbyt dużo. Rząd PiS zaognił stosunki z Komisją Europejską i ważnymi krajami Unii na bardzo wielu frontach (właściwie należałoby się zastanawiać, gdzie ich nie zaognił), więc zachodzi obawa, że Polska tym bardziej straci, bo każdy ma swoje potrzeby i nie widać powodu, dla którego szczególnymi względami należałoby obdarzać arogancki i gburowaty kraj, ostentacyjnie naruszający zasady panujące we wspólnocie. Zmniejszenie udziału Polski w przyszłym budżecie unijnym nie musi się nawet łączyć z formalnymi karami nałożonymi na Polskę – wystarczy, że inne kraje unijne nie będą słuchać argumentów Polski. Jednocześnie już drugi rok z rzędu, czyli od początku rządów PiS, w Polsce spada poziom inwestycji, więc choć polska gospodarka jest obecnie w wyśmienitej formie, za kilka lat dzisiejszy brak inwestycji stanie się boleśnie odczuwalny.

Wydaje się, że do negocjacji budżetowych i nakłaniania europejskich inwestorów do zaangażowania się w Polsce, Mateusz Morawiecki nadaje się jak mało kto. Wykształcony, obyty, w dobrze skrojonych garniturach, świetnie mówiący po angielsku, osobiście znający co najmniej połowę czołowych europejskich finansistów, mógłby być wiarygodnym partnerem dla unijnych polityków.

Ale chyba nic z tego. W pierwszym wywiadzie, jakiego udzielił po nominacji, Morawiecki zaczął snuć marzenia o rechrystianizacji Europy. Później w czasie rozmowy z Emmanuelem Macronem wyrzucił mu – jak chcą jedni – rządy Vichy bądź też – jak chcą inni – porównał Polskę lat 1989-2015 do Vichy. Głośno poparł proces zawłaszczania sądów przez PiS, a przecież powinien wiedzieć, że kontrola władzy wykonawczej nad sądami zniechęca potencjalnych inwestorów, którzy muszą liczyć się z możliwością sporu prawnego z państwem polskim. Wreszcie opuścił przed czasem, przed dyskusją na temat Brexitu, pierwszy szczyt unijny, w którym uczestniczył – zdaje się tylko dlatego, żeby po zakończeniu szczytu nie musieć rozmawiać z Tuskiem. To miałby być odpowiedzialny i wiarygodny partner?!

Można oczywiście uznać, że Mateusz Morawiecki nie dorósł do swojej nowej roli. Ja jednak sądzę, że nie taka rola została Morawieckiemu przydzielona.

Jarosław Kaczyński, Człowieczek Wolności, najbardziej szkodliwy polski polityk po 1989, wyznaczył Mateusza Morawieckiego na premiera tylko po to, aby pokazać Andrzejowi Dudzie, że nie jest skazany na wyznaczenie go na kandydata na prezydenta w 2020. Morawiecki jest dla Dudy alternatywą.  Jeśli Duda będzie Kaczyńskiemu stawał okoniem – a Kaczyńskiemu zależy na pełni niczym nie skrępowanej władzy w Polsce, więc żadnego oporu nie toleruje – PiS w 2020 desygnuje Morawieckiego, a Duda zostanie

komentatorem politycznym z własną ochroną

jak to już mu zapowiadał pan Zbyszek. I Duda się tego przestraszył.

Andrzej Duda być może liczył na pewną samodzielność w polityce zagranicznej, ale Morawiecki mu to odbierze: jedynym atutem Dudy było jakie-takie obycie w świecie, ale Morawiecki ma obycie większe. Duda zapewne wciąż jeszcze liczy, że w czasie styczniowej rekonstrukcji z rządu zostanie odwołany Antoni Macierewicz. I się przeliczy. Gdy już podpisze ustawy sądowe, Duda straci możliwość wywierania jakiegokolwiek nacisku na Kaczyńskiego. Macierewicz w rządzie zostanie, a żałosny Andrzej Duda niczego nie zyska. Duda już teraz zostanie nawet nie komentatorem – któżby chciał słuchać komentarzy faceta, który nie ma własnego zdania? – ale narciarzem z własną ochroną. No i fajnie. Sam się o to prosił.

Duda mógłby nie ulegać szantażowi, próbować wybić się na jakąś niepodległość i zbudować osobistą popularność szerszą, niż żelazny elektorat PiS, ale musiałby postawić się Kaczyńskiemu. Musiałby mieć cojones. No, ale najwyraźniej nie ma.

Chrsitmas 2017 (facebook meme)

Los Macierewicza

Obserwatorzy polskiej polityki zastanawiają się, jaki będzie ostateczny los ustaw sądowych – czy dr Duda zaakceptuje najnowsze poprawki PiSu, wykraczające, jak można sądzić po reakcji prezydenckich prawników, poza to, co Duda uzgodnił z Kaczyńskim, czy też je zawetuje, idąc na wojnę ze swoim obozem. Nieco straciła na znaczeniu planowana i wciąż odkładana rekonstrukcja rządu.

Tymczasem moim zdaniem chodzi o coś zupełnie innego: o to, czy Antoni Macierewicz pozostanie Ministrem Obrony Narodowej, czy też wyleci z rządu. Jedynie Ludwik Dorn zrozumiał, o co chodzi, ale też tylko częściowo.

Antoni Macierewicz niszczy Wojsko Polskie. Program modernizacji jest wstrzymany, doświadczeni oficerowie odchodzą, awansują za to młodzi, nieprzygotowani do nowych obowiązków, ale niesłychanie wdzięczni ministrowi. Pieniądze na wojsko są dosłownie przejadane. Macierewicz forsuje rozbudowę Wojsk Obrony Terytorialnej kosztem jednostek operacyjnych, w dodatku WOT faktycznie podlega bezpośrednio ministrowi, nie zaś Dowódcy Generalnemu Sił Zbrojnych. Najsilniejsza jednostka polskiej armii, 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej – do niedawna druga co do wielkości jednostka NATOwska na kontynencie europejskim, przeznaczona do wykonania kontruderzenia w wypadku agresji ze wschodu – została częściowo rozbrojona i przesunięta na prawy brzeg Wisły, czyli wystawiona na bezpośrednio atak artyleryjski i lotniczy Rosji (zgadnijcie, dlaczego jednostki amerykańskie stacjonują na zachodzie Polski). Przetarg na śmigłowce odwołano w atmosferze skandalu, bez przetargu kupiono za to samoloty do przewozu VIPów; odnośnie do jednego i drugiego pojawiły się oskarżenia o nielegalne działania lobbystyczne. Macierewicz upokarza weteranów i doświadczonych oficerów, mianując swoich niekompetentnych protegowanych na kierownicze stanowiska w Polskiej Grupie Zbrojeniowej niszczy polski przemysł obronny, a w otoczeniu ministra aż roi się od osób z niejasnymi powiązaniami z Rosją. Sojusznicy przestali nam ufać. Do tego minister na różnych forach międzynarodowych ogłasza, że de facto toczy się wojna (!) z Rosją. W kwestii katastrofy pod Smoleńskiem już prawie nikt nie wierzy, że Macierewicz i jego podkomisja dostarczą jakichś wiarygodnych dowodów na zamach (w ogóle w zamach, którego nie było, wierzy już tylko kilkanaście procent Polaków – mniej więcej taki sam procent Amerykanów wierzy w alien abduction). A co z wewnątrzpolitycznego punktu widzenia jest szczególnie ważne, trwa otwarta wojna pomiędzy ministrem a nominalnym najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, prezydentem, o kontrolę nad armią i wpływ na jej przyszły rozwój.

Wszystko to, a także osobiste cechy Antoniego Macierewicza, jego granicząca z paranoją nieufność i arogancja, maskowane zewnętrzną, cukierkową wręcz uprzejmością, jego ideologiczne krucjaty i rzucane co pięć minut insynuacyjne oskarżenia, są wielkim obciążeniem dla PiSu. Sami PiSowcy chcieliby się Macierewicza pozbyć. A on, choć jego pozycja nieco osłabła, wciąż trwa i trwa.

Sporo osób sądzi, że Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński zawarli układ: prezydent zgodzi się na PiSowskie poprawki do ustaw o KRS i SN – nawet gdyby prezydent miał sobie zrobić z gęby cholewę, wycofując się z wymogu 3/5 do KRS, którego znaczenie tak mocno podkreślał – a w zamian za to Kaczyński, przy okazji rekonstrukcji rządu, usunie Macierewicza i powoła na to miejsce kogoś, kto uszanuje formalne i symboliczne zwierzchnictwo Dudy.

Otóż twierdzę, że jeśli panowie rzeczywiście dobili takiego targu, to żadnej rekonstrukcji rządu nie będzie, dopóki Duda nie podpisze znowelizowanych ustaw sądowych. Być może PiS poczeka, aż do złożenia podpisu zmuszą Dudę konstytucyjne terminy, rekonstrukcja zaś będzie odwlekana pod różnymi pretekstami: a to na skutek złośliwego kroku Platformy, która zgłosiła wniosek o votum nieufności dla rządu Beaty Szydło, trzeba więc będzie najpierw Szydło obronić, żeby potem móc ją odwołać, a to Jarosław Kaczyński wciąż będzie przechodzić badania, czy stan zdrowia pozwoli mu na sprawowanie funkcji premiera.

Nawiasem mówiąc, jeśli porównać zdjęcia Kaczyńskiego sprzed roku i obecne, wydaje się, że on rzeczywiście jest chory.

Gdy prezydent już ustawy podpisze, straci swoją jedyną broń, jaką ma przeciw PiSowi: weto. A wtedy Kaczyński zdecyduje o rekonstrukcji i Macierewicza na stanowisku pozostawi. Prezydent wyjdzie na absolutnego, przegranego głupka. W „Uchu prezesa” Adrian nie będzie miał już nawet wstępu do korytarzyka na Nowogrodzkiej.

A dlaczego właściwie Kaczyński miałby pozostawić Macierewicza, mimo jego oczywistych wad, na ministerialnym stołku? Ano dlatego, że Macierewicz ma na Kaczyńskiego haka – dysponuje SBckimi papierami, które mogłyby Kaczyńskiego całkowicie skompromitować. Powiem więcej, jeśli dr Duda ustawy podpisze, a Macierewicz ministrem pozostanie, będzie to dla mnie niepodważalny dowód, że Macierewicz takie dokumenty ma.

Jeśli Duda ustawy zawetuje, wtedy Macierewicz tym bardziej pozostanie na stanowisku. W tym kontekście warto zastanowić się, dlaczego PiS zgłasza obecnie poprawki do ustaw sądowych daleko wykraczające poza wynegocjowane porozumienie Kaczyński-Duda. Możliwości są dwie: albo Kaczyńskiemu bardziej zależy na ocaleniu Macierewicza niż na ustawach sądowych, przy czym jest szansa, że prezydent jednak podpisze, aby nie palić mostów pomiędzy nim samym a PiSem, albo też pan Zbyszek, upokorzony prezydenckimi wetami, korzystając z tego, że Kaczyński jest w szpitalu na badaniach (?) i nie sprawuje bezpośredniej kontroli, postanowił sobie powetować i upokorzyć Dudę. Najwyraźniej Kaczyński panu Zbyszkowi nie ufa – co akurat byłoby dość rozsądne – i postanowił go nie wtajemniczać w szczegóły swojego planu.

Tomasz Piątek, Macierewicz i jego tajemnice

47%

Najnowszy sondaż CBOS daje PiSowi poparcie 47%. Opozycja smętnie dołuje – Platforma ma 16%, Nowoczesna 6%.

Część komentatorów stara się to bagatelizować zwracając uwagę, że CBOS jest instytucją rządową, kontrolowaną przez dobrą zmianę, więc nic dziwnego, że daje wyniki bardzo korzystne dla rządzącej partii. Tezę tę uwiarygodnia fakt, że PiSowska propaganda, w tym zawłaszczone media publiczne, kłamią jak najęte. Łżą i przedstawiają zupełnie fałszywy obraz rzeczywistości jeszcze bardziej nachalnie i bezczelnie, niż komuna w czasie stanu wojennego.

Jednak inne, niezależne sondażownie, dają wyniki porównywalne: PiS bardzo znacznie wyprzedza opozycję. Może nie aż tak, jak w CBOS, ale podobnie (sondaż Kantar TNS z końca września: PiS 43%, Platforma 21%, Nowoczesna 7%).

Inni podkreślają, że wyniki sondaży, zwłaszcza telefonicznych, mogą być niewiarygodne. Ludzie często nie mają czasu odpowiadać ankieterowi, męczą ich liczne pytanie statystyczne (wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania, status materialny itd) poprzedzające „właściwe” pytania, więc przerywają ankietę, w ogóle traktują pytania ankietera jak jakieś wtargnięcie w ich sferę prywatności – pełnych odpowiedzi udzielają tylko nieliczni. Wśród nich – podobno – przeważają emeryci i ludzie na różne sposoby sfrustrowani, którym akurat populistyczna polityka PiS może odpowiadać. A w ogóle poparcie sondażowe na pstrym koniu jedzie. Znane są spektakularne załamania notowań poszczególnych kandydatów czy ugrupowań w czasie kilku tygodni, najwyżej miesięcy, kampanii wyborczej. Dość przypomnieć, że jeszcze w sondażu ze stycznia 2015 Bronisław Komorowski cieszył się 65% poparciem, a Andrzej Duda mógł liczyć tylko na 21% głosów. Do wyników sondaży należy zawsze podchodzić cum grano salis.

Niektórzy politolodzy uważają, że nie tyle przybywa wyborców PiSowi, ile ubywa ich opozycji. Opozycja jest kompletnie jałowa, co najwyżej próbuje się podczepiać pod protesty społeczne, zresztą na ogół nieudolnie, sama niczego nie proponuje, a do tego jest skłócona. Panuje poczucie beznadziei: PiSowski walec miażdży wszystko, więc nie warto się wysilać, lepiej poczekać, aż PiSowska machina się popsuje, bo prędzej lub później popsuć się musi. W tej sytuacji wiele osób niechętnych PiSowi albo odmawia udziału w badaniach, albo mówi „trudno powiedzieć”, albo deklaruje, że nie weźmie udziału w wyborach. I choć bezwzględnie nie przybywa zwolenników PiSu, to ich względny udział wśród osób deklarujących uczestnictwo w wyborach znacząco rośnie.

Jarosław Flis stara się spojrzeć na wyniki sondażowe nieco głębiej.

Po pierwsze, mówi Flis,

niuanse prawne dla wyborców mają mniejsze znaczenie niż to, że wynagrodzenia rosną.

Po drugie, Andrzej Duda, dzięki swoim wetom z jednej strony i pasywnej postawie opozycji z drugiej, w oczach wielu wyborców przejął rolę opozycji wobec jedynowładztwa Jarosława Kaczyńskiego. Duda nie jest liberalnym demokratą, konstytucję łamie nie tylko rano, wieczór i w południe, ale i w środku nocy, może jednak stanowić zaporę przeciwko obsesjom Kaczyńskiego, szaleństwom (a może wręcz agenturalnej działalności?) Macierewicza oraz arogancji i niepohamowanej żądzy władzy pana Zbyszka. Po co głosować na nieudaczną opozycję, skoro Duda obroni nas przed największymi wynaturzeniami PiSu, a w wielu sprawach obyczajowych i społecznych polskiemu centrowemu elektoratowi jest dość blisko do tej partii?

Następuje obgryzanie Platformy z resztek elektoratu umiarkowanie konserwatywnego, w którym kiedyś PO była najsilniejsza. A to jest spora grupa wyborców, większa niż lewicowo-liberalny elektorat, bo tych ludzi jest garstka.

To jest fałszywa optyka, bo dr Duda nie dość, że nie jest demokratą, to jest zwyczajnym oportunistą o bardzo konserwatywnych poglądach, o gospodarce chyba nie ma wielkiego pojęcia, co zresztą jest charakterystyczne dla całej tej partii i może nam wszystkim – całej Polsce! – dać niezłego łupnia. Jego głównymi zaletami są brak szaleństwa Kaczyńskiego i Macierewicza i rozdętego do nieprzytomności ego pana Zbyszka. Być może Andrzej Duda jest, mimo wszystko, człowiekiem XXI wieku i nie żywi nostalgicznej tęsknoty za czasami Władysława Gomułki, jak większość przywódców i znaczna część „żelaznego” elektoratu PiSu. Jarosław Flis może mieć rację: na wielu umiarkowanych wyborców może działać „efekt Dudy”.

Mnie zaś przypomina się wpis Edwina Bendyka na jego blogu sprzed prawie dwóch lat! Bendyk przenikliwie zauważył, że pomimo całej pro-ludowej, populistycznej retoryki PiSu, nie tylko w warstwie ekonomicznej, ale także godnościowej, mimo – a może obok – jawnego podbijania nastrojów ksenofobiczno-nacjonalistycznych, zwycięstwo tej partii dała klasa średnia.

Polski lud, którego teraz zaczęliśmy gorączkowo poszukiwać i przepraszać za opuszczenie, zawsze był tworem mitycznym, by przypomnieć młodopolskie chłopomaństwo. Lud był postrzegany albo jako źródło pierwotnej energii, albo jako ciemna siła gotowa do najbardziej ponurych zachowań.

A więc

Nie lud dał legitymację PiS do rządzenia. Jak już pisałem, PiS jest w istocie partią antyludową – wycofanie się z obowiązku szkolnego dla 6-latków uderzy najbardziej właśnie w klasę ludową. To dzieci ludu, i tak mające najmniejszą szansę na pobyt w przedszkolu, stracą jeszcze bardziej, idąc później do szkoły i idąc później do przedszkola, bo nie będzie miejsc dla trzylatków.

Bendyk nie pisał o deformie oświaty minister Zalewskiej, bo ten projekt nie był wówczas znany. Zauważmy, że on w jeszcze większym stopniu, niż cofnięcie sześciolatków do przedszkoli, godzi w środowiska wiejskie i edukacyjnie zaniedbane, gwarantując uprzywilejowaną pozycję dzieciom miejskiej klasy średniej. Bendyk:

Obietnice wyborcze, również czysto ekonomiczne, jak 500 zł i niższy wiek emerytalny, wcale nie poprawiają sytuacji ludu, tylko obliczone są na klasę średnią. Lud już dawno zapomniał, co to jest praca na etat, a tym samym pożegnał się z wizją emerytury. Itd.

[…] dlaczego tak wielu przedstawicieli inteligencji i klasy średniej zagłosowało na partię niekryjącą, że nie uznaje modelu liberalnej demokracji? Najwyraźniej przekonali się, że ta właśnie partia najlepiej zapewni im utrzymanie średnioklasowego statusu materialnego i symbolicznego oraz prestiżu. To, że konsekwencją tego wyboru może być wewnętrzne zamknięcie i utrata wielu przywilejów wynikających z przynależności do Europy? Warto przyjrzeć się statystykom i zobaczyć, czy rzeczywiście aż tak wiele osób korzystało z Erazmusa i innych możliwości kosmopolitycznego bratania się z resztą świata.

Bendyk pomija to, że jeśli – nawet jeśli nie formalnie, to faktycznie – wyjdziemy z Unii Europejskiej, albo też wewnątrz Unii powstanie jakieś znacznie mocniej zintegrowane jądro bez Polski, wobec którego „Unia zewnętrzna” z Polską przestanie mieć wielkie znaczenie, to klasa średnia straci i ekonomicznie, i prestiżowo. Choć wobec ludu wciąż będą panami.

Widocznie liberalne wartości dla rosnącej części polskiej klasy średniej nie są ważniejsze do tego, by żyć zgodnie ze swoją wizją dobrego życia i poczucia godności. Przeciwnie, mogą być traktowane jak źródło niepokoju i destabilizacji, są synonimem konkurencji w globalnym wymiarze w grze, w której na otwartym polu nie mamy zbyt wielkiej szansy ze względu na niedostatek kapitału i technologiczne zapóźnienie

Czemu więc nie spróbować lekkiego przymknięcia, narodowej symbolicznej mobilizacji i oparcia gospodarki w większym stopniu na wewnętrznym rynku i tradycyjnym, sprawdzonym historycznie wyzysku ludu?

Cóż, jeśli Flis, a zwłaszcza Bendyk mają rację, to dla liberalno-demokratycznej Polski nie ma nadziei na długie lata. Trzeba będzie poczekać, aż klasa średnia uświadomi sobie, że PiS srodze zawiódł pokładane w nim nadzieje ekonomiczne, a to się nie stanie do najbliższych wyborów. A później PiS weźmie nas wszystkich za mordę i zablokuje możliwość zmian na długie lata.

No, chyba że Duda nas obroni. He, he. 

https://victoriarollison.com/2013/02/24/opinion-poll-opinion/

P.s. Najnowszy sondaż IBRiSu daje 38,1% PiS i 19.8% Platformie. Przewaga PiS nad Platformą jest olbrzymia, prawie dwukrotna – ale nie prawie trzykrotna, jak w badaniu CBOS.

P.p.s. Ten bloger, porównując raportowane przez CBOS poparcie dla PiS z obiektywnie mierzalnym ruchem na ich stronie internetowej, a zwłaszcza historyczne zmiany pomiędzy korelacjami jednego a drugiego, powiada, że tak wysokie poparcie dla PiS jest statystycznie bardzo mało prawdopodobne.

Qual guerriero

Przypadkiem na to trafiłem. Byłem na tym koncercie, był nagrywany przez Polskie Radio, ale nie wiedziałem, że to nagranie zostało uwolnione. Cały koncert był świetny, a to był drugi bis. Miałem łzy w oczach. Tak pisałem bezpośrednio po koncercie:

Dzisiejsze wykonanie było […] fantastyczne, powalające na kolana. Vivica użyła w tym wykonaniu Qual guerriero wszystkiego, czego się nauczyła opracowującPyrotechnics. Cały czas słyszę tę arię, cały czas nie mogę się pozbierać.

Zresztą, co tu pisać. Lepiej posłuchajcie!

BAT i ciepłownie

Przeczytałem, że Polska, zgodnie z unijnymi kryteriami BAT (best available technology), musi do 2021 mocno oganiczyć emisję zanieczyszczeń, przede wszystkim z elektrowni i elektrociepłowni, jednak 

rząd kosztem jakości powietrza chciał uniknąć konieczności inwestowania w nowe filtry.

Nie udało się i albo do 2021 emisje zanieczyszczeń zostaną mocno ograniczone (a przypominam, że polskie miasta należą do najbardziej skażonych smogiem nie tylko w Europie, ale na świecie!), albo nieefektywne instalacje będą musiały być zamknięte, co grozi brakiem dostaw ciepła do mieszkań z centralnym ogrzewaniem, czyli zimnymi kaloryferami. 

Koszt dla całej polskiej gospodarki to nawet kilkanaście miliardów. Polska nie ma takich pieniędzy.

Otóż gdy to czytam, trafia mnie szlag. Były bowiem pieniądze na

  • „repolonizację” banku Pekao SA – koszt 10,5 mld złotych, bez żadnego uzasadnienia ekonomicznego, chodziło chyba tylko o efekt propagandowy, o którym nikt już nie pamięta, i o posady dla krewnych i znajomych. Mówiąc złośliwie, komprador Mateusz Morawiecki wiele lat zajmował się wyprowadzaniem pieniędzy z polskiego sektora bankowego za granicę i robił to nader sprawnie; gdy został wicepremierem, postanowił tę swoją umiejętność wykorzystać.
  • planowaną obecnie „repolonizację” ciepłowni i elektrowni należących do EDF – koszt 4,5 mld złotych. Smaczku całej historii dodaje, że o ile francuska EDF rzeczywiście chciała wycofać się z Polski, to wcale nie chciała sprzedawać swoich aktywów Polsce, tylko funduszowi z Australii i czeskiej spółce. Polskie ministerstwo się na to nie zgodziło i niejako wymusiło sprzedaż polskim spółkom, co raczej nie przyczynia się do poprawy gospodarczych relacji polsko-francuskich.
  • program 500+, którego koszta w samym tylko roku 2017 mają wynieść 24,5 mld złotych. O programie tym nieodmiennie powtarzam, że o ile przynosi on pewne krótko-, a może nawet i średnioterminowe efekty pozytywne, o tyle jego skutki długoterminowe będą szkodliwe, a przeznaczone nań pieniądze można było wydać w sposób znacznie bardziej efektywny. A w dodatku w obecnej postaci program 500+ jest społecznie niesprawiedliwy.
  • całkowicie szkodliwe obniżenie wieku emerytalnego, którego koszta szacowane są na 54 mld złotych do 2021.

Do tego rząd planuje takie aberracyjne przedsięwzięcia, jak przekop Mierzei Wiślanej czy budowę monstrualnego białego słonia, jakim będzie Centralny Port Komunikacyjny. Oba te projekty są skazane na przekroczenie budżetu, wybudowane obiekty będą strukturalnie deficytowe, a przekop Mierzei wywrze niekorzystne skutki na przyrodę Zalewu Wiślanego.

Widać jednak, że są pieniądze! Gigantyczne. Są lub też rząd chce je wygenerować powiększając dług publiczny. Rząd ma prawo tak zrobić. Zamiast wydawać środki publiczne na cele uzasadnione ekonomicznie i realnie podnoszące jakość życia, rząd wydaje je na księżycowe, ekonomicznie nieuzasadnione, a wręcz szkodliwe projekty. To nie jest łamanie konstytucji czy zasad ustrojowych, a jedynie koszmarne marnotrawstwo, dowodzące głupoty, krótkowzroczności i ekonomicznej nieodpowiedzialności PiSu.

Elektrociepłownia w Łęgu i krakowski smog

Żeńcy

Nie rozumiem co się dzieje w Katalonii. Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje.

Bardzo słabo znam historię Hiszpanii. Katalończycy kilkakrotnie brali udział w wojnach, które wspierana przez nich strona przegrywała i mają poczucie, że Kastylia od wieków ich uciska. W czasach dyktatury Franco języka katalońskiego nie można było używać w żadnych sytuacjach oficjalnych, a teraz Katalonia, najbogatszy region Hiszpanii, narzeka, że musi zbyt dużo dokładać do budżetu centralnego. Zarazem jednak Katalonia cieszy się dużą autonomią.

Znajomy profesor z Uniwersytetu w Barcelonie z ogniem w oczach tłumaczył mi kiedyś, że kultura katalońska istnieje co najmniej od X wieku, a hiszpańska dopiero od XVI. 

Ale czy to są powody, aby domagać się secesji? Nie wiem. Katalończycy najwyraźniej uważają, że tak.

Władze w Madrycie twierdzą, że katalońskie referendum niepodległościowe jest nielegalne. Zdaje się, że mają rację. Ale to, co władze hiszpańskie robią, aby je uniemożliwić, jest horrendalne, a poza tym przeciwskuteczne. Innym krajom europejskim bardzo trudno będzie zaakceptować fakt, że rząd wyprowadza masywne siły policji przeciwko własnym obywatelom, którzy jedynie chcieli pokojowo wypowiedzieć się w ważnej dla nich sprawie. Poza tym postawa rządu centralnego i brutalność policji tylko mobilizuje zwolenników secesji.

Wspomniany profesor mówił mi też, że mimo prześladowania języka katalońskiego w czasach Franco i przywilejów, jakimi język ten cieszy się obecnie, na ulicach Barcelony dzisiaj rzadziej słyszy się kataloński, niż wtedy. Rzecz, jak sądzę, w tym, że do Barcelony, wielkiej, bogatej europejskiej metropolii, sprowadzają się ludzie z całej Hiszpanii. Gdyby im pozwolić głosować w referendum, niepodległość mogłaby wygrać jakąś niewielką większością. W sytuacji, gdy władza tak ostro sprzeciwia się referendum, do urn pójdą – spróbują pójść – tylko najbardziej zdeterminowani zwolennicy secesji i wynik, przy niewielkiej frekwencji, będzie przytłaczający.

Trzeba było pozwolić ludziom głosować. To, że referendum byłoby prawnie nieważne, oznaczałoby jedynie, że ewentualne ogłoszenie niepodległości, gdyby regionalny rząd się na to zdecydował, byłoby prawnie niewiążące. Władze w Madrycie zaś – czy to w trakcie kampanii, czy już po głosowaniu – mogłyby zadać chytre pytania: Na jakiej podstawie Katalończycy sądzą, że po secesji będą mogli posługiwać się Euro? Że będą mogli podejmować pracę w innych (sic!) państwach UE? Że w ogóle będą mogli tam podróżować bez wiz? Oraz o tysiące spraw szczegółowych odnośnie do samego procesu separacji.

A skąd tytuł? Żeńcy, czyli Els Segadors, to hymn Katalonii. Tu w długiej, historycznej wersji, w wykonaniu La Capella Reial de Catalunya Jordi Savalla. Czy po ewentualnej secesji Savall zmieni nazwę swojej orkiestry?

Program

Wiele osób podkreśla, że PiS ma wysoką pozycję w sondażach między innymi ze względu na nieudolność opozycji. Opozycja jest co najwyżej reaktywna, sama niczego – poza oczywistym postulatem odsunięcia PiS od władzy – nie proponuje, a w wielu sprawach kluczy, robi uniki i jest niewiarygodna. Nikt nie wie, co miałoby się stać po odsunięciu obecnych władz, co PiS wykorzystuje, kłamliwie wmawiając wyborcom, że opozycji chodzi o to, „aby było tak, jak było”.

Uważam, że przyszła Zjednoczona Opozycja, bo jak sądze tylko taka koalicja będzie w stanie obalić PiS, powinna mieć program jasny i klarowny. Bez niedomówień i niejsaności. Ludzie cenią sobie to, gdy mówi im się prawdę. Zwolennicy PiS i tak nie zagłosują na Zjednoczoną Opozycję, nawet jeśli ta gdzieniegdzie troszkę zbliży się do PiSu, natomiast jej potencjalni zwolennicy mogą się zniechęcić brakiem wyraźnego stanowiska.

Ludzie niezbyt interesują się sprawami ustrojowymi, niezależnością sądów, uprawnieniami służb specjalnych. Może powinni, sądzę, że powinni, ale się nie interesują. Ważne są dla nich tematy, które często pojawiają się w mediach. Ponieważ kwestie ustrojowe są dla wyborców mniej ważne, przyszły program Zjednoczonej Opozycji nie powinien się na nich koncentrować.

Napiszę czego ja oczekuję po programie przyszłej Zjednoczonej Opozycji, poza sprawami ustrojowymi.

500+ – zostawić, ale zmienić. Nadal uważam, że wprowadzenie tego programu było błędem. Te same wielkie pieniądze można było wydać znacznie bardziej sensownie i z punktu widzenia oficjalnie deklarowanego celu (wzrost dzietności), i w celu ulżenia biednym ludziom, a bieda, rzeczywiście, często jest skorelowana z wielodzietnością. Otóż należało dofinansować system szkolny! Zbudować więcej żlobków i przedszkoli, sfinansować w nich pobyt dzieci, wraz z wyżywieniem i wszystkimi zajęciami dodatkowymi, szkołom zapewnić środki na to, za co rozdzice teraz musza płacić (komitet rodzicielski, wycieczki, zielone szkoły), wprowadzić bezpłatne posiłki i podręczniki dla wszystkich. Takie tam. No, ale PiS postanowił dawać ludziom pieniądze do ręki i tego nie da cofnąć bez wywoływania gwałtownych protestów.

Zjednoczona Opozycja powinna jasno zapowiedzieć, że z programu 500+ się nie wycofa, ale go zmodyfikuje. Po pierwsze tak, aby objął wszystkie dzieci – także pierwsze, także jedyne. Nie powinno być żadnego dolnego progu. Należy za to wprowadzić próg górny, nieprzesadnie wysoki. Za punkt odniesienia można wziąć średni dochód na osobę w rodzinie, w której oboje rodzice zarabiają medianę i mają dwoje dzieci. Próg byłby wyższy w wypadku dzieci niepełnosprawnych lub w wypadku samotnego rodzica. Jeśli średnie dochody byłyby wyższe, świadczenie byłoby obniżane liniowo, nie skokowo – „złotówka za złotówkę”, jak mówił PSL.

Update, 19 września: Okazuje się, że pomysł „500+ na każde pierwsze dziecko” byłby finansowo nie do udźwignięcia. Pozostaje więc wrócić do pomysłu „złotówka za złotówkę” przy dolnym progu, to znaczy średni dochód na osobę przekracza dolny próg o 1 zł, dostajesz świadczenie na pierwsze dziecko pomniejszone o 1 zł, przekracza o 2 zł, dostajesz pomniejszone o 2 zł i tak dalej (w praktyce schodki musiałyby być grubsze, nie 1 zł, tylko 10 zł lub nawet 50 zł). Przy przekroczeniu o 500 zł i więcej nie dostajesz świadczenia. No i należy wprowadzić górny próg, niezbyt wysoki, również ze zmniejszaniem „złotówka za złotówkę”.

Emerytury – należy przywrócić wiek emerytalny 67 lat, równy dla obu płci. Tego nawet nie trzeba specjalnie uzasadniać, jest to ekonomiczna i demograficzna konieczność, ale trzeba to otwarcie zapowiedzieć. Oczywiście jeśli ktoś już uzyskał uprawnienia emerytalne, nie straci ich, natomiast podwyższać wiek emerytalny trzeba będzie szybciej, niż to wynikało z pierwotnej propozycji PO-PSL, gdyż PiS zmarnował kilka lat. Za to trzeba będzie opracować sensowny plan dostosowania rynku pracy do potrzeb osób w, hm, późnym wieku średnim.

Sześciolatki do szkół. Konieczne – i ze względów demograficznych (te dzieci szybciej wejdą na rynek pracy), i z uwagi na dobro dzieci ze wsi i małych miejscowości. Nieszczęsna akcja „Ratujmy maluchy” miała charakter wielkomiejski, zupełnie zaniedbując potrzeby dzieci ze środowisk wiejskich i zaniedbanych edukacyjnie.

Nie będziemy przywracać gimnazjów. Nie będziemy ich przywracać nie dlatego, że likwidacja gimnazjów była słuszna (nie ma żadnych, ale to absolutnie żadnych danych, które by to potwierdzały – dla porządku dodajmy, że nie ma też wielu danych potwierdzających, że z gimnazjami byłoby lepiej), ale dlatego, że po raz kolejny wprowadziłoby to kosztowny chaos, uciążliwy dla wszystkich: uczniów, ich rodziców, nauczycieli, samorządów. Trudno, na razie niech zostanie struktura organizacyjna wprowadzona przez deformę Zalewskiej; państwo powinno jednak wyasygnować środki na usunięcie największych braków i niewygód spowodowanych przez tę deformę (brak pracowni, koszta przystosowania budynków itp). Na pewno natomiast zmienione zostaną programy szkolne, ale też nie z marszu, tylko po co najmniej rocznej, może dwuletniej dyskusji nad ich kształtem. Największe bzdury, jak na przykład ksenofobiczne teksty z podręcznika do geografii dla VII klasy, nauczyciele mogą tymczasem pomijać.

Uchodźcy – przyjmować określone kategorie, w ograniczonej ilości. Ja nadal uważam, że Polska powinna przyjmować uchodźców, tak ze względu na ogólnoludzką solidarność z cierpiącymi, jak i na solidarność z tymi krajami Europy, do których uchodźcy masowo docierają. Jednak wstrętna kampania nienawiści rozpętana przez PiS zrobiła swoje, nakładając się na naszą kulturową ksenofobię i Polacy są teraz bardzo negatywnie nastawienie do uchodźców. Gwałtownie tego zmienić się nie da. Jednak ludzkie uczucia w nas wciąż drzemią i jesteśmy gotowi pomagać najsłabszym z najsłabszych. Należy wobec tego zapowiedzieć, że Polska będzie przyjmować rannych i chorych na leczenie, małoletnie sieroty i rodziny z dziećmi, a wszystkich do jakiegoś górnego pułapu. Należy przy tym dobitnie podkreślać, że tożsamość przyjmowanych osób będzie dokładnie sprawdzana, były bowiem w innych krajach przypadki, że dwudziestoparolatkowie bez dokumentów podawali się za nieletnich kilkunastolatków, bo to im dawało pewne dodatkowe przywileje, a potem dopuszczali się przestępstw.

Jednocześnie policja i podległa rządowi (!) prokuratura powinna otrzymać polecenie szczególnie skrupulatnego prowadzenia dochodzeń w sprawach, w których może chodzić o przestępstwa motywowane rasowo. Żeby nie było tak, że swastyka jest „hinduskim symbolem szczęścia”, a jak kilku kolesi pobije Araba i nie sposób ich nie ścigać, to są ścigani za zwykłe, niekwalifikowane pobicie.

Obrona Terytorialna – natychmiast podporządkować Dowódcy Generalnemu. Reformować, naprawiać będziemy później. Ta kwestia swoim charakterem odbiega od pozostałych, ale w praworządnym państwie nie może istnieć prywatna armia ministra.

Wielka Brytania: Raport IPPR

Brytyjski Institute for Public Policy Research, lewicowy (choć ma w swoim składzie arcybiskupa Cantenbury i kilku lordów) think-tank, ogłosił swój najnowszy raport poświęcony stanowi brytyjskiej gospodarki: Time for Change: A New Vision for the British Economy. Autorzy raportu stawiają tezę, że dzisiejsza gospodarka UK is creating neither prosperity nor justice. Podają szereg argumentów. Za Executive summary zacytuję tylko jeden:

The UK is the most geographically unbalanced economy in Europe. Almost 40 per cent of UK output is produced in London and the South East, and only those regions have recovered to pre-2008 levels. Median incomes in the North West, South West and West Midlands are now more than 30 per cent lower than in London and the South East; in Wales, 35 per cent; in Scotland 22 per cent. For people in deindustrialised areas and declining communities, there has been little sign of economic recovery.

Piszę to wszystko w kontekście wpływu Polaków na Brexit.

Zauważmy przede wszystkim że za Brexitem głosowała angielska i walijska prowincja. Duże miasta Anglii, a także Szkocja i Irlandia Północna, głosowały za pozostaniem w UE.

Dalej, jestem pewien, że przyjazd miliona Polaków i jeszcze kilkuset tysięcy innych Wschodnioeuropejczyków (Litwinów, Słowaków, Rumunów i całej reszty towarzystwa), z których część, niechby mała, zachowywała się niewłaściwie – ujmując to grzecznie, nie imponowali Brytyjczykom swoją kulturą osobistą, znajomością brytyjskich obyczajów (Anglo-Saxon Attitudes) i umiłowaniem dla poszanowania prawa – miał wpływ na decyzję pewnej części brytyjskich wyborców. Może nawet była to kropla, która przepełniła kielich. Ale strukturalne przyczyny Brexitu były inne, mianowicie, jak na to wskazuje raport IPPR, wewnętrzne zróżnicowanie Anglii, z bogacącymi się miastami i biedniejącą prowincją, której nikt od początku lat ’80 nie miał niczego do zaproponowania. Populistyczni demagodzy łatwo mogli tej biednej i relatywnie coraz biedniejszej prowincji wmówić, że choć z natury rzeczy są lepsi od całej reszty świata – Rule, Britannia! – cierpią przez przeklętą Unię Europejską. I przez imirantów z Europy Wschodniej.

Utrzymywanie, że to Polacy są winni Brexitowi, jest daleko idącym uproszczeniem. W dodatku bardzo niesprawidliwym.

Nawiasem mówiąc, lewicowy – oni sami określają się jako „progresywny” – IPPR zdaje się wyrażać zrozumienie dla reform z czasów pani Thatcher. W pełnym raporcie piszą bowiem

The established economic order broke down first after the Great Depression of the 1930s and then again after the oil shocks and ‘stagflation’ (simultaneous high unemployment and inflation) of the 1970s. In both cases, economic crisis led to a major shift in economic understanding, policies and institutions. […] And in the same way that the postwar Keynesian settlement was established in response to the first breakdown, and the ‘free market’ or ‘neoliberal’ settlement by the second, we believe that a new settlement must now be forged today.

Innymi słowy, neoliberalne reformy wczesnych lat ’80 były jeśli nie właściwą, to dopuszczalną, a w każdym bądź razie taką, która przyniosła poprawę, odpowiedzią na katastrofalny stan brytyjskiej gospodarki końca lat ’70. Obserwację tę dedykuję wszystkim dzisiejszym hipster-lewicowcom, pomiawiającym panią Thatcher nieledwie o sztańskie inspiracje. Problem w tym, że po prawie 40 latach rozwiązania wprowadzone przez panią Thatcher już nie działają. Wtedy działały, a teraz nie. Ba, dzisiejsze kurczowe trzymanie się tamtych rozwiązań przynosi więcej szkód, niż pożytku, bo dzisiejsze problemy i wyzwania są inne.

Podobnie, na gruncie polskim, jest z reformami Balcerowicza: Przy całej swojej bezwzględności, były one dobrą odpowiedzią na rozpad gospodarki późnego socjalizmu, hiperinflację i załamanie się rynków RWPG. Ale teraz trzeba czegoś innego. Pytanie, czego.

Brytyjski IPPR poważnie, na serio zastanawia się, jaki model gospodarczy powinna przyjąć post-brexitowa Wielka Brytania. Wie, że nie stanie się to ot, tak, w oka mgnieniu po zmianie prawa, zadekretowanej przez jakiegoś nieomylnego prezesa. IPPR publikuje raporty, zaprasza do dyskusji i zapowiada, że swoje rekomendacje – ale tylko rekomendacje! – przedstawi za rok. Kto u nas robi coś podobnego?

Brexit vote

Strzałka czasu

Czas płynie w jedną stronę. Fizycy mówią, że czas ma strzałkę.

Fizyka stwierdza, że istnieją dwa procesy – a raczej dwie kategorie procesów – które spontanicznie, „same z siebie”, zachodzą w jedną stronę. W skali całego Wszechświata jest to jego ekspansja: Wszechświat rozszerza się, nie zaś kurczy lub pozostaje taki, jaki jest. Proces ten zachodzi szybko, ale w naszej ludzkiej i ziemskiej skali na codzień go nie dostrzegamy, choć – co samo w sobie jest niesamowite! – możemy go z Ziemi zaobserwować i zmierzyć.

W skali codziennej w jedną stronę zachodzą nieodwracalne procesy termodynamiczne: Gaz rozpręża się do próżni, cukier rozpuszcza się w herbacie, a upuszczona na podłogę szklanka rozpada się na wiele kawałków, które „same z siebie” za nic nie chcą się na powrót połączyć. Prawie* na pewno termodynamiczna strzałka czasu wyznacza kierunek zachodzenia procesów biologicznych, te zaś, jak wierzymy, decydują o psychologicznym postrzeganiu czasu, o tym, że pamiętamy przeszłość, nie przyszłość.
*Piszę „prawie” z uwagi na ostrożność poznawczą.

Zachodzi ciekawe pytanie: czy te dwie kategorie procesów, ekspansja Wszechświata i termodynamiczne procesy nieodwracalne, są ze sobą jakoś powiązane? Na przykład, czy w hipotetycznym wszechświecie stacjonarnym procesów nieodwracalnych by nie było? Albo czy gdyby Wszechświat zaczął się kurczyć, cukier w gorącej herbacie spontanicznie by krystalizował?

Jeszcze trzydzieści lat temu uważano, że grawitacja w końcu zahamuje ekspansję Wszechświata i że zacznie się on kurczyć, że po Big Bangu nastąpi Big Crunch. Pytanie o to, czy w fazie kontrakcji termodynamiczne procesy nieodwracalne odwrócą swój kierunek wydawało się sensowne, choć nikt nie miał pojęcia jak na nie odpowiedzieć. W końcu Stephen Hawking w sposób niezwykle inteligentny uciekł od tego pytania: Stwierdził, że zanim Wszechświat zakończy swoją ekspansję, wpadnie w stan śmierci cieplnej i żadne procesy nieodwracalne, ani w jedną, ani w drugą stronę, nie będą zachodzić.

Kilka lat temu pojawiła się jednak hipoteza, że ekspansja Wszechświata wcale nie zwalnia, ale wręcz przeciwnie, przyspiesza! Odpowiedzialna miałaby za to być ciemna energia, substancja jeszcze bardziej tajemnicza od ciemnej materii. I choć w 2011 przyznano za to nagrodę Nobla, tak naprawdę i przyspieszona eksansja Wszechświata, i istnienie ciemnej energii pozostają nieudowodnionymi hipotezami. Ja osobiście w nie nie wierzę, choć niewątpliwie pomiar własności supernowych typu Ia w odległych galaktykach, będący podstawą, na której zbudowano hipotezę o przyspieszonej ekspansji, był bardzo piękny i subtelny i jako taki na Nobla być może zasługiwał. Jednak tłumaczenie własności tych supernowych – a konkretnie tego, że są słabsze, niż „powinny” być – przyspieszoną ekspansją nie jest jednynym możliwym wytłumaczeniem.

Załóżmy jednak, że ekspansja Wszechświata naprawdę przyspiesza, a kosmologiczna i termodynamiczna strzałki czasu są ze sobą powiązane. Można postawić ciekawe pytanie: Czy wraz z przyspieszeniem ekspansji Wszechświata, przyspieszeniu ulegną też termodynamiczne procesy nieodwracalne?

strzałka czasu