PiS wziął miliony

PiS, jego funkcjonariusze, partyjni nominaci do spółek skarbu państwa, Misiewicze, córki leśniczego i całe zastępy lokalnych działaczy i ich niezbyt udanych krewnych upchniętych na rozmaitych stanowiskach, kradnie o wiele bardziej, niż Platforma, o czym już zresztą pisałem. PiS robi to w rękawiczkach, zachowując pozory legalności, zresztą nie tylko wypłacając pensje i nagrody swojakom, ale także wyprowadzając pieniądze z przedsiębiorstw państwowych i przeznaczając je na partyjne kampanie, dotując liczne przedsiębiorstwa toruńskiego dyrektora – w zamian za poparcie zasłuchanych w pana dyrektora religijnych wyborców – i sprzyjające sobie fundacje i organizacje, pozbawiając środków te pożyteczne NGOsy, które się PiSowi nie podobają ze względów ideologicznych. Od czasu do czasu pojawiają się oskarżenia wprost kryminalne, jak te o wyłudzaniu funduszy europejskich przez partię pana Zbyszka czy o wyprowadzaniu środków z wrocławskiego oddziału PCK.

Symbolem PiSowskiej pazerności stał się krzyk pani Beaty Szydło, że te pieniądze im się po prostu należały – im, czyli ministrom i wiceministrom w jej rządzie.

Oskarżenia PiSu o pazerność i futrowanie z publicznych pieniędzy swoich działaczy mocno tę partię dotykają. Dlatego na początek oficjalnej kampanii wyborczej do samorządów Koalicja Obywatelska wystąpiła z efektowną kampanią billboardową 

PiS wziął miliony

w wariantach: „a wszystko drożeje”, „a prąd drogi jak nigdy”, „a ludzi nie stać na leki”.

Już następnego dnia PiS odpowiedział swoim hasłem

PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom

Platforma złośliwie odpowiada, że chyba swoim dzieciom i wskazuje liczne przypadki dzieci znanych członków PiSu zatrudnionych przez ten rząd i różne jego agendy na wysokopłatnych stanowiskach.

Warto jednak na to PiSowskie hasło odpowiedzieć merytorycznie.

Łatwo zgadnąć, że odwołuje się ono do dwu programów, które PiS uznaje za swój największy sukces: 500+ i uszczelnienie VATu. PiSowska narracja głosi, że rząd nie pozwala mafii VATowskiej okradać Polski, a zdobyte w ten sposób pieniądze przeznacza na dzieci.

Czy PiS daje miliony dzieciom?

Program 500+ z całą pewnością nie spełnił swojego deklarowanego celu, czyli nie doprowadził do wzrostu liczby urodzeń, ale PiS już o tym celu nie wspomina. Zamiast tego PiS podkreśla, że 500+ praktycznie wyeliminował skrajne ubóstwo wśród dzieci. To prawda, ale ten cel można było osiągnąć za mniej więcej 10% środków przeznaczanych na 500+. 90% trafia do rodzin, które sobie ekonomicznie radzą – lepiej lub gorzej, ale sobie radzą; oczywiście dodatkowymi pieniędzmi od państwa nie pogardzą. Dzieci też na tym korzystają – bardzo łatwo o anegdotyczne przykłady, w których dzięki 500+ rodziców wreszcie stać na opłacenie dzieciom wymarzonych zajęć pozalekcyjnych, ale równie łatwo o równie anegdotyczne przykłady, w których 500+ jest przepijane – ale głównie korzystają dorośli z „klasy aspirującej”, a ich dzieci tylko pośrednio, częściowo. (Rodziny zamożne wpływów z 500+ praktycznie nie dostrzegają.) A przy tym PiS z niezrozumiałych powodów wykluczył z programu jedyne dzieci samotnych rodziców, głównie samotnych matek, przekraczających próg dochodowy dosłownie o kilka złotych. Samotna matka jednego dziecka zarabiająca najniższą pensję krajową już ten próg przekracza. A jej dziecko naprawdę zasługiwałoby na wsparcie.

W dodatku za PiSu znacznie podniesiono ceny niektórych leków, w tym leków dla dzieci po przeszczepach, oraz zmniejszono refundację niektórych środków dla dzieci niepełnosprawnych; w ogóle o świadczeniach dla niepełnosprawnych nie ma co wspominać. Wycofano darmowe podręczniki. Opodatkowano niektóre usługi dotąd z podatku zwolnione (na przykład kolonie), przez co stały się one efektywnie droższe i niektórych rodziców przestało być na nie stać. Podwyżki cen żywności, wody, prądu także pośrednio dotykają dzieci.

PiS wydaje z budżetu gigantyczne środki i twierdzi, że są one „na dzieci”, a w rzeczywistości tylko z części tych środków korzystają dzieci. W dodatku PiS jedną ręką daje, a drugą zabiera.

Czy uszczelnianie VAT wystarcza?

Podatek VAT jest jednym z głównych źródeł dochodów państwa. W 2017 wpływy z tego podatku były o 40 mld wyższe, niż w 2015. To dużo, ale tylko część z tego wzrostu pochodzi z uszczelniania VAT: samo Ministerstwo Finansów przyznaje, że wpływy z uszczelniania VAT wyniosły niecałe 18 mld, a więc nieco poniżej połowy całego wzrostu. Niezależni ekonomiści są bardziej ostrożni i szacują, że wpływy z uszczelnienia wyniosły od 1/4 do 1/3 wzrostu. Większość wzrostu zawdzięczamy bardzo dobrej koniunkturze gospodarczej, nie będącej zasługą PiSu. A jeszcze trzeba pamiętać, że „wpływy z uszczelnienia” obejmują nie tylko efekty zapobiegania mafijnym wyłudzeniom, ale także sytuacje, w których przedsiębiorca, zwłaszcza niewielki, miał prawo do uczciwego zwrotu podatku VAT, ale się o niego nie ubiegał, nie chcąc narażać się na uciążliwe kontrole i inne szykany ze strony aparatu skarbowego. Takie przypadki opisywano.

Weźmy jednak ministerialne 18 mld wpływów z uszczelniania VAT za dobrą monetę. Koszt programu 500+ wyniósł w 2017 ok. 25 mld. To znaczy, że uszczelnianie VAT nie wystarczyło, rząd musiał do 500+ dołożyć z innych wpływów co najmniej 7 mld, zapewne więcej. W tym roku koszt może być jeszcze większy, a dojdzie też 1,5 mld za 300+ (wyprawki szkolne), a więc rząd do programów „dla dzieci” będzie musiał dołożyć jeszcze więcej.

Spójrzmy na to z innej strony. Jako się rzekło, w 2017 koszt programu 500+ wyniósł 25 mld. Tyle samo wyniósł deficyt budżetowy. Można więc skrótowo powiedzieć, że gdyby nie źle ukierunkowany, o wątpliwej skuteczności społecznej program 500+, Polska w 2017 nie miałaby deficytu budżetowego, co poprawiłoby sytuację finansową naszego państwa. Ale tak się nie stało. Dług zaciągnięty do sfinansowania deficytu, głównie w postaci obligacji sprzedawanych za granicą, trzeba będzie kiedyś spłacić. Z odsetkami.

Nawiasem mówiąc, w naszej sytuacji niski deficyt budżetowy uzyskany przez rząd PiS nie jest wyłącznie powodem do radości. Niski deficyt wynika bowiem nie tylko ze zwiększonych wpływów, ale i ze zmniejszonych wydatków, głównie wydatków inwestycyjnych. Inwestycje robi się z nadzieją na to, że kiedyś się zwrócą, a nawet przyniosą zysk. Dotowanie bieżącej konsumpcji, a tym jest z ekonomicznego punktu widzenia program 500+, żadnych długofalowych zysków nie przynosi. 

Podsumowując, PiSowskie programy „na dzieci” tylko w części trafiają do dzieci, a do sfinansowania tych programów nie wystarczają wpływy wynikające z zapobiegania przestępczym wyłudzeniom podatków. Długofalowo pozytywne skutki społeczne tych programów są wątpliwe, a ich efekt ekonomiczny – żaden.

Wakacyjne lektury: Problem trzech ciał

Cixin Liu, Problem trzech ciałCixin Liu, Problem trzech ciał, Dom Wydawniczy Rebis, 2018.

Problem trzech ciał to powieść SF. Wychodzi od autentycznego problemu naukowego, niestabilności orbity planety krążącej wokół gwiazdy podwójnej, ale dość szybko popada w aberracje: Siły pływowe wywołują katastrofę na skalę planetarną, planeta zostaje rozerwana i część jej materii tworzy nowego satelitę, ale lokalna cywilizacja jednak przeżywa. No cóż, nie takie rzeczy wybaczamy dobrej fantastyce. Pomijając globalne katastrofy, tamtejsza cywilizacja rozwija się w okresach, gdy orbita jest stabilna i popada w coś w rodzaju anabiozy, gdy orbita staje się nieregularna; występowanie okresów stabilnych i chaotycznych lub w inny sposób niesprzyjających życiu na planecie w układzie podwójnym to fakt naukowy. W okresach, gdy cywilizacja może się rozwijać, odtwarza ona rozwój cywilizacji ziemskiej, choć w tempie przyspieszonym, a w końcu cywilizację ziemską wyprzedza.

Drugim problemem, o którym traktuje powieść, jest kwestia poważnie rozważana przez część naukowców: Wysyłamy oto w przestrzeń kosmiczną mnóstwo sygnałów, a co, jeśli sygnał taki przechwycą Źli Kosmici, znajdą nas i zniszczą? W tym wypadku sygnał przechwytują mieszkańcy planety na orbicie niestabilnej, desperacko poszukujący planety podobnej do swojej planety macierzystej, ale na orbicie stabilnej.

Ale najlepsze w Problemie trzech ciał jest co innego: autor jest Chińczykiem i jego powieść napisana jest z chińskiego punktu widzenia. Przyzwyczailiśmy się (?),  że bohaterowie powieści SF z kręgu euro-atlantyckiego noszą nazwiska anglosaskie, niekiedy niemieckie lub romańskie, rzadziej słowiańskie, ale tu i ówdzie, dla dodania kolorytu, pojawia się jakiś Azjata. Otóż w Problemie, choć jego akcja ma wymiar planetarny (właściwie dwuplanetarny – my i ci niestabilni), wszyscy bohaterowie są Chińczykami, a dla dodania kolorytu pojawiają się jacyś trzecioplanowi Amerykanie. Różne zdarzenia powieściowe zestawiane są z ważnymi zdarzeniami z historii Chin – dla wykształconych Chinczyków, jak sądzę, oczywistymi – i elementami tamtej kultury. Zakwestionowanie naszego euro-atlantocentryzmu daje kapitalny efekt. Ponadto część ziemskiej akcji dzieje się w latach Rewolucji Kulturalnej i bezpośrednio po niej. My to znamy „z gazet” i filmów dokumentalnych, w mniejszym stopniu z lekcji historii. Ciekawe jest przeczytać, co o tym myśli autor chiński, dla którego rozważania nad historią komunizmu w jego kraju nie są centralnym tematem.

Rekapitulując, Problem trzech ciał to rzetelna fantastyka naukowa. Czytałem lepszą, ale też mnóstwo o wiele gorszej. Problem jest pierwszą częścią trylogii. Cixin Liu nie przekonał mnie do swojej wizji na tyle, żebym koniecznie chciał przeczytać pozostałe tomy, ale tego nie wykluczam. I choć nie podzielam tych uczuć, nie dziwię się entuzjastycznym zwolennikom tej prozy.

Wakacyjne lektury: Siwy Dym

Siwy DymZiemowit Szczerek, Siwy Dym, albo pięć cywilizowanych plemion, Wydawnictwo Czarne, 2018.

Siwy Dym opisuje Europę Środkową za kilkadziesiąt lat. Żadne państwo nie ostało się w formie, strukturze i ustroju, jakie znamy z czasów obecnych. Nacjonalizmy doprowadziły do wojen pomiędzy sąsiadami, Polska podzieliła się na kilka państewek. Unia Europejska też się rozpadła, a jakaś jej resztówka, Nowa Europa, trwa za cenę wyrzeczenia się przez jej obywateli wszelkich narodowości i religii.

Siwy Dym jest antypowieścią. Jej narrator jest nowoeuropejskim korespondentem wojennym w Polsce i innych krajach Środkowej Europy. Mamy jakąś fabułę, ale głównie czytamy retrospekcje z poprzednich pobytów narratora w Polsce i na poszczególnych frontach Europy. I te retrospekcje wojenne są zdecydowanie najlepszymi fragmentami książki, dowodzącymi nie tyle nawet głębokiej znajomości realiów, ile zrozumienia ducha Europy Środkowej. Cudowny opis spotkania z kapitanem Jowanciciem „w małej gospódce o nazwie Slawia” musi być oparty o jakąś rzeczywistą imprezę, może tylko lekko podkolorowaną. Opowieść Albańczyka Haszyma też musi być wzorowana na autentycznych relacjach z Kosowa. Przebieg i zmienność linii frontu węgiersko-rumuńskiego w Siedmiogrodzie dowodzi głębokiej znajomości stosunków geograficzno-ludnościowych. Rozmaite zdarzenia frontowe są tyleż okrutne, co bezsensowne, wręcz groteskowe. Być może po części są oparte na epizodach z wojny w Jugosławii, a może i WWII, a wszystkie jakoś tam pasują do ducha Europy Środkowej, a właściwie do jej lokalnych, nacjonalistycznych duchów, coś jak finałowe sekwencje Underground  Emira Kusturicy.

Sama Polska a to ogłasza się Nowym Rzymem, a to stawia pomniki polskich królów w pozach rzymskich imperatorów, na Mazowszu zaś, rządzonym przez kolesia, który przybrał imię Masław, panuje słowianomania, widzimy więc „młodych przedsięrządców w czarnych, lnianych i eleganckich sukmanach, z eleganckimi skórzanymi teczkami, w rzemiennych łapciach”. Na wsi, w dworkach neoszlacheckich, trwa nieustanna impreza, na której królują typy w rodzaju majora Sebastiana Wiedźmina-Woźniaka, inwalidy wojennego, który kica sobie na protezach a’la Pistorius, oczywiście cały czas w rogatywce. Wszystkiego pilnują liczne, często sobie wrogie, formacje policyjne.

W miarę czytania chronologia rozpada się. Fabuła staje się coraz bardziej oniryczna, a na wszystko nakładają się elementy magiczne, nierzeczywiste. Nie jest to wszystko spójne, ale być może nie musi: skoro znany nam świat rozpadł się i oszalał, opisująca to narracja może wręcz nie powinna być spokojna i uporządkowana. Chaos jest dobrym sposobem opisywania chaosu.

Są wszakże w książce rzeczy, które mi się nie podobają. Narrator należy do jakiejś tajnej organizacji terrorystycznej, a może nawet do dwóch. Terror ma służyć ukaraniu Polaków za ich nacjonalizm, z nadzieją na wybicie im tego nacjonalizmu z głów. Narrator więc ciągle kogoś morduje, coś podpala lub wysadza, przy czym nie widać, aby na kimkolwiek robiło to większe wrażenie, ani na samym narratorze, ani na tych, których terror w zamyśle miał przerazić. Narrator przy tym ciągle, właściwie bez przerwy, pije i bierze narkotyki. Jeśli nie jest pijany lub na haju, to ma potwornego kaca. To samo zresztą robią rozmaite postacie drugoplanowe, a już szczególnie koledzy-dziennikarze narratora.

W ten sposób Siwy Dym, w zamierzeniu groteska mająca ostrzec nas przed środkowoeuropejskimi nacjonalizmami poprzez przedstawienie ich ostatecznych, absurdalnych konsekwencji, staje się zbiorem fantazji autora na temat alkoholu, dragów, seksu z osobami nierzeczywistymi i przemocy. No, cóż…

 

Struktura mafijna

Super Ekspres dwukrotnie opublikował zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego po wyjściu ze szpitala. Kaczyński wyglądał na nich bardzo źle. Natychmiast po każdej publikacji Kaczyński – uczesany, upudrowany i wyprasowanym garniturze – pokazywał się w telewizji. A dziś przyjechał nawet na trzeci ślub swojej bratanicy. 

Jednak ze zdrowiem Kaczyńskiego jest chyba dość kiepsko. Ja nieodmiennie życzę my długiego życia na jak najszybszej przymusowej emeryturze politycznej, żeby mógł obserwować, jak rozpada się wszystko, co chciał zbudować. Wygląda jednak, iż moje życzenia się nie spełnią i choroba „kolana” wkrótce wyeliminuje Kaczyńskiego z życia politycznego lub ograniczy je do jakichś rzadko sprawowanych funkcji symbolicznych.

I co wtedy? Nie ukrywam, że mam nadzieję, nie ja jeden zresztą, że PiS się wtedy rozpadnie, bo różne frakcje, które na razie Kaczyński trzyma w szachu, rozgrywa jedne przeciwko drugim, bacząc, aby żadna za bardzo nie urosła, skoczą sobie do gardeł i się pozagryzają.

Uświadomiono mi jednak, ze tak wcale być nie musi. Przywódcy PiSu utworzyli – albo mogą utworzyć – coś w rodzaju struktury mafijnej, z lojalnością zwróconą ku grupie, chwilowo tylko symbolizowanej przez aktualnego dona, który też musi być lojalny grupie, nawet jeśli niszczy któregoś z jej członków.

Przywódców PiSu rozsadzają złe emocje: pycha, żądza władzy, niekiedy chciwość lub chęć rewanżu, ale też strach i poczucie upokorzenia. Tak, spora część przywódców PiSu to ludzie o złamanych kręgosłupach, publicznie upokarzani i poniżani przez prezesa Kaczyńskiego: Andrzej Duda, pan Zbyszek, Beata Szydło, Adam Bielan, Jarosław Gowin, a nawet Antoni Macierewicz, który po upadku pierwszego rządu PiSu znalazł się na bocznym torze, był tak nieważny, że Lech Kaczyński nie włączył go do swojej oficjalnej delegacji i dopiero po Smoleńsku powtórnie wypłynął. Od ludzi, którzy raz zostali złamani, nie należy oczekiwać, że staną przeciwko innym z podniesionym czołem – nawet w niesłusznej sprawie! – raczej będą się patrzeć, czy są koledzy, którzy ich wesprą. No i co powie prezes – dopóki prezes może coś powiedzieć.

Tacy ludzie dobrze wiedzą, że dopóki będą się trzymać razem i wzajemnie wspierać, nawet mimo osobistej niechęci i różnicy jakichś lokalnych interesów, dopóty mają szanse na dalsze zarabianie i czerpanie korzyści ze sprawowanej władzy, a przede wszystkim mają szanse na uniknięcie kary. Jeśli wystąpią przeciwko sobie, prędzej wszyscy upadną niż ktoś jeden zgarnie całą pulę. Nie trzeba więc prezesa, aby trzymał to towarzystwo w kupie, żądza władzy i strach przed karą mogą wystarczyć.

Co najwyżej można liczyć na to, że oni są na tyle głupi, że tego nie zrozumieją.  Część z nich jest głupia, ale nie wszyscy.

Przywódcy PiSu niewiele mogliby zdziałać, gdyby nie mieli wykonawców swoich poleceń, ludzi drugiego, trzeciego szeregu. Sądzę, że tylko niewielka część z nich poszła za PiSem z powodów ideowych. Reszta – większość – to oportuniści gotowi zaprzedać dusze dla kariery, albo frustraci, odreagowujący swe poczucie niedocenienia i dawne klęski, prawdziwe lub mniemane. Część z nich sobie ideologizuje swoje zaangażowanie, ale to jest wtórne.

Amerykańskie i europejskie doświadczenia walki z mafią wskazują, że mafię bardzo trudno jest rozbić nie złamawszy wpierw jej wewnętrznej solidarności. Na nawrócenie się któregoś z przywódców PiSu lub jakiegoś bardzo prominentnego wykonawcy dobrej zmiany nie ma co liczyć. Z drugiej strony niewłaściwe byłoby utwardzanie PiSowskiej struktury mafijnej przez grożenie wszystkim funkcjonariuszom dobrej zmiany solidarną odpowiedzialnością zbiorową. Zakładając, że znaczna część, może większość, poszła tam z oportunizmu, dla kariery, wykorzystajmy to! Jeśli zobaczą, że PiSowski system się chwieje, mogą od niego odstąpić, o ile zachowają swoje pozycje, a przynajmniej unikną kary. Jeśli zaś nie będą mieli nic do stracenia, będą walczyć do upadłego, czyniąc odsunięcie PiSu od władzy znacznie trudniejszym.

A zatem o ile przywódcy PiS i ich najbardziej jadowici pomagierzy, tacy jak prokurator Piotrowicz, prokurator Święczkowski czy mgr Przyłębska, muszą być ukarani, a upadek ich powinien być wielki, o tyle ich pomniejszym poplecznikom – szeregowym (niefunkcyjnym) posłom, członkom odzyskanej KRS czy osobom, które dadzą się wybrać do Sądu Najwyższego (za wyjątkiem ewentualnego dublera Pierwszej Prezes) i tak dalej – należy zaoferować przebaczenie, o ile tylko w porę od PiSu odstąpią. To leży w interesie Polski.

Mafia

Na łeb

Dwa dni temu PiSowska Krajowa Rada Sądownictwa wydała negatywną rekomendację dla Prezesa Izby Karnej Sądu Najwyższego, Stanisława Zabłockiego. Zabłocki otrzymał zero głosów poparcia.

Sędzia Zabłocki o tę rekomendację nie występował. Należy do tej grupy sędziów, którzy uznając przepis odsyłający ich na emeryturę ze skutkiem natychmiastowym, przerywając ich mandat, za niekonstytucyjny, nie podporządkowali się rygorom tej ustawy i nie złożyli wymaganej przez tę ustawę prośby do prezydenta o zachowanie prawa do orzekania do ukończenia 70 roku życia. Sędzia Zabłocki złożył jedynie oświadczenie na ręce Pierwszej Prezes SN, że zgodnie z konstytucją gotów jest nadal orzekać. Prezydent przesłał jednak sprawę Zabłockiego do KRS, w której zasiadają takie postacie, jak arbitrix elegantiarum Krystyna Pawłowicz i prokurator Stanisław Piotrowicz reprezentujący Sejm, a przede wszystkim sędziowie-marionetki „wybrani” przez PiS i Kukiza, w znacznej części wskazani przez pana Zbyszka spośród podległych sobie urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości.

W latach ’80 Stanisław Zabłocki bronił opozycjonistów przed PRLowskimi sądami, a prokurator Piotrowicz ich przed tymi sądami oskarżał. W 1990 Zabłocki występował jako obrońca rotmistrza Witolda Pileckiego w procesie kasacyjnym przed Sądem Najwyższym. Dziś Piotrowicz, reprezentując PiS, wydaje negatywną rekomendację Zabłockiemu a PiSowcy wyklęci organizują inscenizację ślubu Witolda Pileckiego z udziałem wicepremiera Glińskiego.

O prokuratorze Piotrowiczu można powiedzieć, że zachowuje się konsekwentnie.

Naprawdę mam nadzieję, że wyborcy PiS wprost pękają z dumy na widok swoich przedstawicieli.

Warto też wspomnieć o przypadku Wiesława Johanna, lat 79 (za stary, by być sędzią, ale w odpowiednim wieku, by sędziów sądzić; ciekawe, czy umie śpiewać?), w latach ’80 bardzo zasłużonego obrońcy w procesach politycznych, choć w 1968 podobno zachowywał się paskudnie; dzisiaj Johann temu zaprzecza, a świadkowie już nie żyją. W latach 1997-2006 Wiesław Johann był z rekomendacji AWS sędzią Trybunału Konstytucyjnego, dziś jest przedstawicielem prezydenta i wiceprzewodniczącym KRS. Otóż sędzia Johann, w wypowiedzi telewizyjnej w dniu tej haniebnej rekomendacji dla sędziego Zabłockiego, podnosił pod niebiosa wiedzę, zasługi, postawę i przymioty ducha Stanisława Zabłockiego, którego nazywał swoim przyjacielem, po czym stwierdził

Ja nad rekomendacją dla sędziego Zabłockiego nie głosowałem, bo nie było mnie wtedy na sali.

Panie sędzio Johann! Czy zdaje Pan sobie sprawę z tego, jak bardzo jest Pan żałosny?

***

W sprawie Sądu Najwyższego PiSowcy powołują się na zasadę legalizmu: Ustawa przewiduje, że sędziowie, którzy skończyli 65 lat, muszą się poddać pewnej procedurze, a jeśli się nie poddadzą, no to trudno, muszą być usunięci. Konstytucja stanowi inaczej? Być może, ale dopóki nie stwierdzi tego Trybunał Konstytucyjny, ustawa obowiązuje. Brzmi to śmiesznie i niewiarygodnie w ustach osób, które przy innej okazji powoływały się na schmitteańską zasadę „suwerennej dyktatury”, prowadzącą do zawieszenia prawa (z doktryny Schmitta korzystali naziści, a Jarosław Kaczyński zachwycił się nią w latach ’60). A gdy pod koniec 2015 PiS postanowił ignorować dokonany przez poprzedni Sejm wybór sędziów TK, wycofał swój własny wniosek o stwierdzenie zgodności z konstytucją ustawy pozwalającej na ten wybór, twierdząc, że jest ona „w sposób oczywisty niekonstytucyjna” i wyrok TK nie jest do stwierdzenia tego faktu potrzebny.

Gdy więc PiSowi tak jest wygodnie, pozuje na legalistów, ale przy innych okazjach powiada, że prawo wyższego rzędu można zignorować, bo taka jest wola suwerena. Tylko dlaczego twierdzą, że wolę tę ucieleśnia schorowany, pełen zawiści i żądzy zemsty, nieznający i nierozumiejący świata Jarosław Kaczyński?

Obecnie PiS pośpiesznie nowelizuje ustawę o Sądzie Najwyższym, aby uniemożliwić sędziom wiernym konstytucji czynienie obstrukcji wobec bezprawnych działań władzy. Oczywiście parlament, który stracił już nawet pozory podmiotowości i bycia demokratyczną reprezentacją wyborców, zmiany te szybciutko uchwali. Fi donc!

Nadal będę tu komentował PiSowskie bezprawia, aberracje i proces niszczenia Polski, ale coraz bliższe jest mi stanowisko komentatora yellow_tiger, który powiada, że przestaje się przejmować, bierze popcorn i piwo i tylko będzie się przyglądać, jak PiSowska Polska zmierza ku nieuchronnej katastrofie. 

Bo zmierza. Kłopot w tym, że gdy się zawali, szczątki spadną nam wszystkim na łeb. 

New Yorker cartoon

Aktualne kryteria

Jak informuje Gazeta Wyborcza, dr hab. Krystyna Pawłowicz, znana posłanka PiS i członek KRS (legalnie wybrana przez Sejm), dość bezwstydnie stosuje nowe standardy przy nominowaniu kandydatów na stanowiska sędziowskie.

Oto przesłuchując kandydatów na stanowisko asesora Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, pani Pawłowicz zadawała kandydatom pytanie „czy pani sędzia Gersdorf jest pierwszym prezesem SN”. Pozytywną rekomendację dostała tylko osoba, która powiedziała, że nie. Kandydaci, którzy uchylili się od odpowiedzi, przepadli.

Przepadali też kandydaci, którzy 

byli w Brukseli na zaproszenie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie i spotkali się z członkami komisji ds. swobód obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego. Listę ujawniły prorządowe media.

Jak powiedziała pani Pawłowicz,

Nie po to była reforma, żeby takie osoby najbezczelniej teraz składały zgłoszenia.

Przewodniczący KRS, sędzia Leszek Mazur, kazał skserować dostarczoną przez Pawłowicz listę i rozdać ją członkom KRS.

Jeżeli to jest prawda, to pani Pawłowicz otwarcie przyznała, co było celem PiSowskiej „reformy” sądów: w doborze sędziów nowa KRS będzie kierować się kryteriami politycznymi. No i tyle można powiedzieć o tym, jak PiSowska KRS strzeże niezależności sędziów od wpływów politycznych. I o trójpodziale władzy. Wszystko w zgodzie z głoszoną przez Jarosława Kaczyńskiego bolszewicką zasadą jednolitej władzy państwowej.

Mam nadzieję, że osoby, które głosowały na PiS, są dumne ze swoich przedstawicieli.

P.s. Sędzia Mazur za swoje zachowanie – jaskrawe sprzeniewierzenie się konstytucyjnemu nakazowi, by KRS stała na straży niezawisłości sędziowskiej – stanie kiedyś przed sądem dyscyplinarnym i, mam nadzieję, zostanie wydalony ze stanu sędziowskiego.

Poseł Krystyna Pawłowicz w trakcie plenarnego posiedzenia Sejmu

Wokół ustawy – 3. I po ustawie

W zeszłym tygodniu PiS odwołał wprowadzone w styczniu przepisy ustawy o IPN, przewidujące odpowiedzialność karną za pomawianie Narodu Polskiego o udział w Holokauście itd.

Ustawę odwołano w ultra-PiSowskim stylu: Rano jeszcze nikt nic nie wiedział, a po ośmiu godzinach nowelizacja przeszła przez Sejm, Senat i długopis dr. Dudy. Opozycja nie protestowała ze względu na meritum dokonywanej zmiany, ale oczywiście cała „procedura” nie miała nic wspólnego ani z rzetelną legislacją, ani z Regulaminem Sejmu.

Niektóre przepisy zostały: nadal będzie można pociągać rzekomych kłamców i oszczerców do odpowiedzialności cywilnej, nie odwołano też przepisów skierowanych przeciwko Ukraińcom. Te odpowiedzialności karnej odwołano pod wpływem fali krytyki, jaka spadła na Polskę z całego świata, głównie z Izraela i Stanów Zjednoczonych, przy czym Polskę krytykowali nie tylko indywidualni ludzie czy organizacje, ale także najwyżsi przywódcy polityczni tych krajów.

PiS, który z początku buńczucznie zapowiadał, że się nie ugnie, że ustawa o IPN jest dobra, że nie ma potrzeby zmieniać w niej nawet przecinka i że żadna zagranica nie będzie nam pisać ustaw, musiał się z tego rakiem wycofać. Stefan Niesiołowski złośliwie komentował, że to pewnie dlatego, że premier Morawiecki bał się, że go nie zaproszą na przyjęcie z okazji 4 lipca do ambasady amerykańskiej. Ja myślę, że powód był poważniejszy: Za kilka dni Donald Trump ma się spotkać z Władimirem Putinem i cholera wie, co nieobliczalny Trump Putinowi obieca. Trzeba więc było jak najszybciej choć trochę udobruchać Amerykę, żeby Trump nie pamiętał, że jest na Polskę wściekły, tylko że Polska mu ustąpiła.

Przy okazji premierzy Morawiecki i Netanjahu ogłosili jednobrzmiące deklaracje, które nie mówią niczego konkretnego, ale można uznać, że w wersji werbalnej podtrzymują oficjalny polski punkt widzenia: w czasie wojny polski rząd na uchodźstwie, polskie Państwo Podziemne i indywidualni Polacy starali się pomagać Żydom, jak mogli, chociaż

niektórzy ludzie – niezależnie od pochodzenia, wyznania czy światopoglądu – ujawnili swe najciemniejsze oblicze.

Tutaj można przeczytać pełny tekst deklaracji premierów.

PiS strasznie jest z tej deklaracji dumny a w Izraelu, Ameryce i innych krajach dobrze rozumieją, że Netanjahu zgodził się na taki tekst ze względów politycznych: potrzebne jest mu poparcie Polski i pozostałych krajów V4, bo zachodnia Europa stara się go ignorować.

I na tym by się skończyło, gdyby nieszczęśni PiSowcy nie ulegli pokusie puszenia się swoim, pożal się Boże, sukcesem: Mianowicie, zależna od PiSu fundacja zamieściła tekst deklaracji w czołowych dziennikach Europy i Ameryki jako ogłoszenie płatne. Także w Izraelu, po hebrajsku. No i się zaczęło! Nie tylko skrajna prawica, ale i środowiska umiarkowane, poczuły się deklaracją oburzone. Jakiś prawicowy koalicjant Nenanjahu wzywa do natychmiastowego wycofania się z tej deklaracji. Yair Lapid, główny przeciwnik polityczny obecnego premiera, ciska gromy. Nawet niezwykle przychylny Polsce Szewach Weiss powiedział

This document contains a few sentences that are correct, and the rest is either vague or false.

Z kolei Instytut Yad Vashem oświadczył, że deklaracja

contains a series of very problematic statements that violate existing historical knowledge accepted in the field.

A wystarczyło, żeby PiS miał trochę większe rozeznanie odnośnie do żydowskiej pamięci Holocaustu i pamięci o postawie zwykłych Polaków w czasie wojny. I nie drażnił tamtejszej wrażliwości. Nawet jeśli – jeśli! – oskarżenia wobec Polaków są w jakimś stopniu przesadzone. 

Ze zmianą ustawy związana jest jeszcze jedna historia: Okazuje się, że nowelizacja poprzedzona była tajnymi negocjacjami pomiędzy Polską a Izraelem, które odbywały się w Wiedniu i w Tel Avivie, w siedzibie Mossadu. Najpierw ujawnił to pewien izraelski dziennikarz, potem powtórzyli inni. Polski rząd oficjalnie milczy, ale nikt nie ma wątpliwości, że do takich negocjacji-konsultacji doszło. 

Początkowo mówiono, że Polskę reprezentował szef służb specjalnych, minister Mariusz Kamiński, potem, że PiSowscy europosłowie Tomasz Poręba i Ryszard Legutko.

Na ten temat szaleje polska opozycja: Oto polskie ustawy jednak pisze zagranica, i to nawet nie obcy rząd, ale obce służby specjalne. Mossad. Opozycji niezręcznie jest podkreślać rolę Izraela, ale dla równowagi dla twardego elektoratu PiSu udział tego państwa musi być trudny do zniesienia.

A ja na to powiem, żeby nie przesadzać. Oczywiście, że tekst wspólnej deklaracji premierów musiał być negocjowany, uzgodniony i tym pewnie zajmowali się Legutko i Poręba. Zachowując poufność, bo cała sprawa była poufna, być może żeby nie wzbudzać wściekłości suwerena. Sama nowelizacja była bardzo prosta – usuwa się ten i ten artykuł – i tu żadne „pisanie ustawy” nie było potrzebne. Natomiast ktoś – być może Mariusz Kamiński – zapewne spotykał się z Mossadem, ale nie w kwestii ustawy lub deklaracji, ale w sprawach współpracy polskich i izraelskich służb. A to, że konsultacje dotyczyły ustawy, to tylko „legenda”, jaką dorobiono, aby ukryć prawdziwy cel spotkania.

Logo Mossadu

Sądy w Rzeczypospolitej

Godło Rzeczypospolitej PolskiejPiS i dr Andrzej Duda twierdzą, że dziś o północy I prezes Sądu Najwyższego, prof. Małgorzata Gersdorf, a wraz z nią mniej więcej 1/3 sędziów SN, przejdą w stan spoczynku. Prof. Gersdorf, sędziowie SN i większość prawników polskich twierdzą, że pozostają oni czynnymi sędziami SN. Polsce grozi chaos prawny.

Dlaczego PiS chce usunąć sędziów z Sądu Najwyższego? Aby przejąć kontrolę nad sądami. Kontrolę nad sądami chce zaś przejąć dlatego, żeby zastraszyć sędziów, aby wydawali wyroki po myśli PiSu.

Niezależność sędziowską chroni konstytucja. PiS wymyślił więc, że wyśle sędziów SN na przymusową emeryturę, znowelizował więc w grudniu ustawę o Sądzie Najwyższym, obniżając wiek emerytalny sędziów SN z 70 do 65 lat. PiS powołuje się przy tym na przepis Art. 180 ust. 4 Konstytucji:

Ustawa określa granicę wieku, po osiągnięciu której sędziowie przechodzą w stan spoczynku.

Tyle tylko, że Konstytucję należy czytać całościowo, systemowo, jak mówią prawnicy, nie zaś brać każdy przepis z osobna, jak chce tego PiS. 

Otóż Art. 180 ust. 1 Konstytucji stwierdza, że

Sędziowie są nieusuwalni.

Jeśli czytać oba zacytowane ustępy Konstytucji łącznie, widać, że obniżać wiek emerytalny można tylko dla nowopowoływanych sędziów. Urzędujący sędziowie mają prawo do orzekania (co najmniej) do osiągnięcia wieku emerytalnego, jaki obowiązywał w chwili ich powołania. Gdyby bowiem zgodzić się z PiSem, że poprzez manipulowanie wiekiem emerytalnym sędziów można wysłać na emeryturę wbrew ich woli, oznaczałoby to danie ustawodawcy możliwość usuwania sędziów, w sprzeczności z Art. 180 ust. 1 Konstytucji.

Pierwszą Prezes SN chroni dodatkowo Art. 183 ust. 3 Konstytucji:

Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego.

Tu już po prostu nie może być żadnych wątpliwości: Małgorzata Gersdorf pozostaje Pierwszym Prezesem SN do zakończenia kadencji, na którą została powołana, czyli do wiosny 2020.

PiS, próbując usunąć prezes Gersdorf i innych sędziów SN, uchwalił przepis jaskrawie sprzeczny z Konstytucją. Ponieważ Art. 8 Konstytucji stwierdza, że

  1. Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.
  2. Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej.

przepisy stojące w sprzeczności z jasno wyartykułowanymi normami konstytucyjnymi należy zignorować: Art. 180 ust 1. i Art. 183 ust. 3 Konstytucji, stosowane bezpośrednio, oznaczają, że PiS i pan Duda mogą sobie mówić, co chcą, ale sędziowie SN pozostają sędziami a Pierwsza Prezes – Pierwszą Prezes. 

Niestety, PiS zapewne będzie zachowywał się tak, jakby Pierwsza Prezes i sędziowie SN przeszli w stan spoczynku i to właśnie doprowadzi do chaosu prawnego.

Pozostaje jeszcze kilka spraw szczegółowych.

Dlaczego opozycja lub sam Sąd Najwyższy, uznając PiSowską nowelizację ustawy o SN za niekonstytucyjną, nie zaskarżyły jej do TK?

Po pierwsze, można powiedzieć, że sprzeczność ustawy z Konstytucją jest tak oczywista, że nie trzeba TK, aby ją stwierdzić. Po drugie i ważniejsze, w Polsce nie ma już Trybunału Konstytucyjnego. Jest tylko jego atrapa, posłusznie realizująca wolę partii rządzącej. W TK zasiadają dublerzy, wybrani przez PiS na już prawidłowo obsadzone miejsca sędziowskie. Nawet wśród prawidłowo wybranych przez PiS sędziów są osoby, które nie spełniają konstytucyjnego (Art. 194 ust. 1) wymogu posiadania „wyróżniającej się wiedzy prawniczej”, o osobach pokroju sędziego Andrzeja Zielonackiego – uciekł pod immunitet sędziego TK przed postępowaniem dyscyplinarnym przed Izbą Adwokacką; był oskarżony o to, że brał od klientów pieniądze i nie podejmował żadnych czynności w ich sprawach, prywatnie zaś angażował się w kampanie PiSu – nie wspominając. Za prezesa TK uchodzi Julia Przyłębska, ale rządzi tam dubler – a więc nie sędzia! – Muszyński, nazywający się wiceprezesem TK arogant, który otwarcie przyznał się do manipulowania składami orzekającymi tak, aby większość w nich mieli wybrani przez PiS sędziowie (i dublerzy), a wyroki zapadały po myśli PiS.

Ponieważ wszyscy widzą, że obecny TK jest niewiarygodny, wpływa tam coraz mniej skarg, a niektóre są wręcz wycofywane.

Czy wobec PiSowskiej nowelizacji ustawy o SN nie obowiązuje domniemanie konstytucyjności?

Moim zdaniem, nie. Jak napisałem, niekonstytucyjność ustawy jest oczywista (PiS używał tego argumentu wobec nowelizacji ustawy o TK  uchwalonej pod koniec rządów PO – kto mieczem wojuje…). Co jednak ważniejsze, domniemanie konstytucyjności opiera się na założeniu szczególnej staranności ze strony ustawodawcy: Ustawodawca starannie rozważył wszystkie argumenty, wysłuchał wszystkich opinii i argumentów krytycznych, przekonywająco je odparł, dobrze się zastanowił nad projektem i skoro uchwalił, co uchwalił, można założyć, że zapewne przyjęte prawo jest zgodne z Konstytucją. Tego w żaden sposób nie można powiedzieć o PiSowskich ustawach sądowych, gdzie w Sejmie i Senacie ignorowano wszystkie głosy krytyczne, łącznie z krytyką autorstwa biur legislacyjnych Sejmu i Senatu, nie dopuszczano opozycji do głosu, nie dopuszczano do głosu ekspertów, poprawki opozycji odrzucano blokowo, wreszcie głosowano nad poprawkami rządowymi, których na godzinę przed głosowaniem nie znali nawet przewodniczący komisji. Sposób procedowania ustaw sądowych z całą pewnością nie cechował się szczególną starannością, nie można więc domniemywać, że przyjęte prawo zapewne jest zgodne z Konstytucją.

Dlaczego prezes Gersdorf nie poprosiła prezydenta o możliwość orzekania do końca kadencji?

PiSowska nowelizacja dawała taką możliwość: Sędziowie SN, którzy ukończyli 65 lat, mogli poprosić prezydenta o pozwolenie na orzekanie do ukończenia 70 lat. PiS i prezydent chyba zakładali, że Małgorzata Gersdorf i inni sędziowie o to poproszą, prezydent ich próśb wysłucha i nie dojdzie do niekonstytucyjnego usunięcia sędziów i przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN. Jednak prezes Gersdorf i część  sędziów SN (fakt, nie wszyscy) zagrożonych przymusową emeryturą nie złożyli takiej prośby w terminie, zapewne uznając, że samo złożenie prośby logicznie dopuszcza odpowiedź negatywną, co prowadziłoby do niekonstytucyjnych skutków. A skoro uchwalony przez PiS przepis stoi w sprzeczności z Konstytucją, której jasne przepisy mają pierwszeństwo, prośby składać nie trzeba.

Moim zdaniem, prezes Gersdorf postąpiła słusznie.

Dlaczego dr Duda nie wydał postanowienia?

Art. 39 znowelizowanej przez PiS ustawy o Sądzie Najwyższym stwierdza, że 

Datę przejścia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku albo przeniesienia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku stwierdza Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.

Jeszcze wczoraj przedstawiciele Kancelarii Prezydenta buńczucznie zapowiadali, że dr Duda wyda postanowienie odsyłające prezes Gersdorf na emeryturę. Dzisiaj Andrzej Duda zmienił zdanie: on i jego urzędnicy twierdzą, że prezes Gersdorf przechodzi na emeryturę z mocy prawa i żadnego postanowienia prezydenta nie trzeba, tym bardziej, że dr Duda powiedział pani prezes Gersdorf, że od jutra będzie ona na emeryturze. 

Nic podobnego. Na takim poziomie, w odniesieniu do najwyższych, opisanych w Konstytucji urzędów, nic nie może być na gębę. Art. 144 ust. 1 stwierdza, że 

Prezydent Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, wydaje akty urzędowe.

Akt urzędowy musi mieć formę pisemną. Co więcej, następny przepis Konstytucji – Art. 144 ust 2. – wymaga, aby taki akt miał kontrasygnatę premiera:

Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swojej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem.

Jak widać, PiSowska ustawa wymaga od prezydenta stwierdzenia, że Pierwsza Prezes SN (i inni sędziowie) przechodzą w stan spoczynku. Stwierdzenie to musi mieć formę aktu urzędowego (Art. 144 ust. 1 Konstytucji), który dla swojej ważności wymaga podpisu premiera (Art. 144 ust 2.). Nie da się jednak podpisać decyzji wyrażonej ustnie.

Dlaczego dr Duda zmienił zdanie i postanowił aktu urzędowego nie wydawać? Otóż moim zdaniem dr Duda, równie odważny, co niezłomny, w ostatniej chwili zorientował się, że podpisany akt urzędowy, w sposób oczywisty gwałcący Art. 180 ust. 1 i Art. 183 ust. 3 Konstytucji, stanowiłby w przyszłości dowód w postępowaniu przed Trybunałem Stanu. Niezłomny dr Duda wolał więc złamać własną (!) ustawę o SN niż dostarczyć przeciwko sobie dowodów. Ale postępowania przez Trybunałem Stanu pan Duda i tak, mam nadzieję, nie uniknie.

I choć moim zdaniem decydująca była odwaga pana Dudy, możliwe jest wszakże, że dr Duda dowiedział się, że nie uzyska kontrasygnaty premiera Mateusza Morawieckiego. Plotka głosi, że Morawiecki dogadał się z Fransem Timmermansem, iż Polska jednak zdecyduje się na ustępstwa wobec Komisji Europejskiej, wycofując się z najbardziej niekonstytucyjnych przepisów ustawy o SN; dlatego rzekomo Komisja Europejska do ostatniej chwili czekała ze wszczęciem postępowania przeciwko Polsce przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podpis Morawieckiego na niekonstytucyjnym akcie odsyłającym sędziów na emeryturę oczywiście niweczyłby te (hipotetyczne) nieformalne ustalenia.

Tak czy siak, brak prezydenckiego aktu urzędowego pozwala pani prezes Gersdorf i pozostałym sędziom twierdzić, że nawet w myśl PiSowskiej ustawy o SN nie zostali oni odesłani w stan spoczynku.

Ustawa 2.0

Na Uniwersytecie Warszawskim trwa protest przeciwko reformie nauki, przygotowanej przez wicepremiera Jarosława Gowina, który swoją reformę nazywa „Konstytucją dla nauki” lub „Ustawą 2.0”. Wcześniej protesty, choć bez strajków okupacyjnych, odbywały się w innych miastach, na przykład w Białymstoku. Protestujący twierdzą, że proponowana przez Gowina reforma zaszkodzi nauce, doprowadzi do upadku mniejszych uczelni, odda uczelnie pod niczym nieskrępowaną władzę rektorów i upolityczni uczelnie; ten ostatni zarzut jest, moim zdaniem, chybiony.

Komentowałem już gdzie indziej i wiele razy, ale chętnie powtórzę: Merytoryczna zawartość ustawy – czy pomoże ona, czy też wręcz przeciwnie, zaszkodzi, polskiej nauce i szkolnictwu wyższemu –  nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko wola polityczna i dlatego nie komentuję tu szczegółowych rozwiązań (niektóre uważam za fatalne, niektóre za akceptowalne). Dla Gowina uchwalenie tej ustawy to sprawa honoru, nawet gotów był na publiczne upokorzenie „głosował, ale nie klaskał”, byle tylko nie narazić się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kaczyński, którego treść ustawy nic a nic nie obchodzi, doszedł do wniosku, że tych kilku-kilkunastu Gowinowych posłów i zachowanie wizerunku „zjednoczonej prawicy” są ważniejsze, niż protesty skądinąd w większości przychylnych PiSowi uczelni regionalnych i przedstawicieli wydziałów humanistycznych. Protesty idące ze środowisk otwarcie propisowskich, w tym uczelnianych związków zawodowych, były zresztą stonowane i głównie szły w kierunku wykazania, że projekt Gowina sprzeniewierza się ideałom PiSu, a Gowin to liberał i krypto-Platforma.

Za PRLu uczelnie regionalne miały kształcić kadry – nauczycieli, inżynierów, urzędników – na potrzeby lokalnego rynku, ale bardziej elitarne kierunki – prawo, medycyna, także „wysoka” humanistyka oraz prestiżowe kierunki techniczne i ścisłe – zarezerwowane były dla wielkich miast. (Pewnie dlatego, że władzom wydawało się, że w ten sposób łatwiej będzie je kontrolować.) Po ’89 to się zmieniło, nauka i edukacja wyższa zdekoncentrowały się i zdemokratyzowały, o wiele więcej osób studiuje, powstały nowe uczelnie, niektóre ośrodki regionalne zyskały znaczenie ponadlokalne. Otóż reforma Gowina, choć nikt nie mówi tego wprost, ma na celu przywrócenie modelu PRLowskiego: liczba studentów ma się zmniejszyć, małe ośrodki, o ile jakimś cudem nie doszlusują do europejskiego poziomu, mają jedynie kształcić na potrzeby lokalne, natomiast nauka – jeśli się da, to na przyzwoitym poziomie – i kształcenie elitarne mają być skoncentrowane w kilku ośrodkach metropolitalnych. 

I choć rzeczywiście można w tym upatrywać naiwny neoliberalizm, jest to raczej ideologiczny powrót do modelu gomułkowsko-gierkowskiego, co w zasadzie powinnno się PiSowi podobać.

Ale się nie podoba. Jednak Kaczyński postanowił zignorować wszelkie protesty i kazał głosować za ustawą w brzmieniu Gowina, zakładając, że Polska prowincjonalna i nieszczęsna propisowska profesura i tak zagłosują na PiS, no bo na kogóż innego mieliby głosować? A protesty ze środowisk niepisowskich łatwo odrzucić jako „polityczne”.

I wszystko było pięknie, wola mocy Kaczyńskiego tryumfowała, ale cóż za pech, Kaczyńskiego rozbolało „kolano” i zniknął. Ustawa miała być szybciutko uchwalona w maju, ale skrócono posiedzenie Sejmu, wewnątrzpisowscy przeciwnicy zaczęli podnosić głowy, dr Duda wpadł na pomysł, że może zyska jakąś popularność wśród uczelni regionalnych przedstawiając się jako obrońca ich interesów, dopuszczono do publicznych protestów i sprawa się sypie. Gowin zgłasza poprawki, potem poprawki do poprawek, teraz zapowiada poprawki trzeciego rzędu, nikt (!) chyba nie orientuje się w aktualnym kształcie projektu i naprawdę nie wiadomo, co z tego wyniknie. Jeśli Kaczyński wyleczy sobie „kolano”, to jakoś to ogranie, chyba że będzie miał inne priorytety, ale jeśli ból „kolana” będzie się przedłużał, to diabli wiedzą, co będzie. Sejm albo coś uchwali – ale w jakim brzmieniu? – po czym zaczną się analogiczne korowody w Senacie, albo odłoży ad calendas graecas. Do oficjalnego odrzucenia ustawy ze względów prestiżowych nie dopuszczą.

Gowin cały czas będzie robił dobrą minę, no chyba że ból „kolana” przedłuży się ponad wszelką miarę, bo wtedy reszta PiSu zacznie Gowina otwarcie kontestować. Wówczas Gowin spróbuje coś ugrać z Adrianem. Taki sojusz dwu krakowskich doktorów nam się szykuje.

Jarosław Gowin po głosowaniu nad ustawą o SN

Jarosław Gowin głosował za ustawami sądowymi, ale nie klaskał.

Efekt Józefa

ImhotepBiblijny patriarcha Józef, podstępnie sprzedany w niewolę do Egiptu, słynął ze swej umiejętności interpretowania snów. Zinterpretował też sen dręczący faraona: o siedmiu tłustych krowach pożartych przez siedem krów chudych, które wyszły z wód Nilu. Józef zrozumiał (Rdz. 41:25-36), że sen ten zapowiadał siedem lat urodzaju, po których miało nastąpić siedem lat nieurodzaju i głodu. Faraon mianował Józefa swoim wezyrem, ten zaś kazał w latach urodzaju gromadzić zapasy, które pozwoliły Egipcjanom przetrwać lata głodu, które rzeczywiście nadeszły. Winter is coming, czy komuś coś to mówi?

W starożytności zbiory w Egipcie zależały od corocznych wylewów Nilu. Wysoki wylew oznaczał znaczne użyźnienie i nawodnienie pól, a więc obfite zbiory. Niski wylew, przeciwnie, oznaczał suszę, nieurodzaj i widmo głodu.

Wylewy Nilu zależą od opadów w Etiopii, w dorzeczu Nilu Błękitnego. Poziom opadów z kolei zależy od bardzo wielu złożonych i wzajemnie na siebie wpływających zjawisk meteorologicznych i klimatycznych, których do dziś nie w pełni rozumiemy. Możemy przyjąć, że poziom corocznych opadów na etiopskich wyżynach, a zatem poziom wylewów Nilu, a zatem obfitość zbiorów, są zjawiskami losowymi. W „prawdziwie losowym” ciągu zdarzeń spodziewamy się jednak, że poprzednie zdarzenia znikomo wpływają na następne: po roku obfitego wylewu równie dobrze może nastąpić kolejny obfity wylew, co i wylew niski. Tak jednak nie jest: Po wysokim wylewie raczej następuje kolejny wysoki wylew, po wylewie niskim – raczej kolejny niski, po czym po kilku latach sytuacja gwałtownie się zmienia. We współczesnym języku mówimy, że w ciągu wylewów Nilu występują długoczasowe korelacje. Po kilku latach obfitości występuje kilka lat nieurodzaju, po czym znów kilka lat obfitości i tak dalej. Biblijna opowieść o Józefie dowodzi, że już w starożytności ludzie byli świadomi tego faktu, a był on dla nich tak ważny, że postanowili zapisać go w literackiej formie w swojej świętej księdze.

Jeśli dokonamy kilku (poważnych!) uproszczeń matematycznych i ograniczymy się do ciągów losowych, mogących jedynie przybierać wartości (-1,+1) – lub „niski wylew” i „wysoki wylew” –  środkowa krzywa na poniższym rysunku odpowiada „prawdziwie losowemu” brakowi korelacji: po liczbie +1 może z równym prawdopodobieństwem wystąpić tak +1, jak i -1, i na odwrót. Nie ma długoczasowych zależności, choć oczywiście zdarzają się pewne sekwencje kolejnych wysokich, bądź niskich, wylewów. 

Ciągi losowe o różnych wykładnikach Hursta

Najniższa krzywa obrazuje „efekt Józefa” (termin ten wprowadził Benoit Mandelbrot, urodzony w Polsce, ale pracujący we Francji i Stanach Zjednoczonych matematyk, twórca teorii fraktali): Ciąg ma tendencję do utrzymywania takiej samej wartości przez dłuższy czas. Z kolei krzywa najwyższa opisuje sytuację odwrotną: ciąg ma tendencję do zmieniania wartości na przeciwną w każdym kroku, dlatego też bardzo rzadkie są sytuacje, w których taka sama wartość utrzymuje się przez dwa kroki lub dłużej; tego typu ciągi losowe nazywa się niekiedy szumem błękitnym.

Przesuńmy się w czasie o jakieś 3500 lat. W połowie XX wieku brytyjski hydrolog, Howard Hurst, pracował nad projektem Wielkiej Tamy w Asuanie. Egipt postanowił przegrodzić Nil potężną tamą, aby mieć stałe źródło wody, a jeszcze energię elektryczną, której szybko rozwijający się kraj bardzo potrzebował. Rzecz w tym, że nie można było zbudować tamy ani zbyt niskiej, bo obfity wylew by ją przelał, powodując katastrofę, ani zbyt wysokiej, bo jej budowa byłaby bardzo kosztowna i ciągnęłaby się dłużej, niż Egipt mógł sobie na to pozwolić. Tama powinna też utrzymać zapas wód do wykorzystania w roku niskich opadów. Pożądana wysokość tamy zależała od spodziewanych najwyższych wód Nilu. Tylko jak oszacować, a co ważniejsze, przewidzieć wysokość wylewu rok do roku?

Hurst posłużył się historycznymi danymi o corocznych poziomach Nilu, pieczołowicie gromadzonymi w średniowieczu przez arabskich władców Egiptu. Okazało się, że wykazują one długoczasowe korelacje, zupełnie jak w biblijnej opowieści o Józefie. Hurst opracował matematyczny model tego zjawiska, a także wprowadził parametr – zwany dziś wykładnikiem Hursta – stanowiący jego ilościową miarę, przybierający wartości z przedziału (0,1). Wykładnik Hursta H=0.5 odpowiada „prawdziwie losowemu” ciągowi bez żadnych zależności czasowych (środkowa krzywa powyżej). Wykładnik Hursta H>0.5 odpowiada „efektowi Józefa” (najniższa krzywa na rysunku powyżej, H=0.85). Wykładnik Hursta H mniejszy od 0.5 odpowiada przypadkowi, w którym ciąg losowy ma tendencję do zmiany wartości na przeciwną w każdym kroku (najwyższa krzywa na rysunku powyżej, H=0.15).

Nile minima

Dane, z których korzystał Howard Hurst: Najniższe poziomy Nilu w latach 622-1281. H≈0,72.

Wyposażony w tę wiedzę, Hurst mógł zaproponować najbardziej odpowiednią i bezpieczną wysokość tamy w Asuanie.

Później okazało się, że tego typu długoczasowe zależności dotyczą nie tylko wylewów Nilu, ale też zjawisk hydrologicznych w innych rzekach i zbiornikach wodnych (na przykład dzienne przepływy wody w Warcie tworzą ciąg o H≈0,84 – Radziejewski i Kundzewicz, 1997), w ilości plam słonecznych, w układach słoi (rocznych przyrostów) drzew, w ruchu ulicznym, telekomunikacyjnym i internetowym, w falach mózgowych, w pewnych procesach ekonomicznych i finansowych, a także w jeszcze innych sytuacjach. Procesy losowe prowadzące do występowania długoczasowych korelacji nazywane są szumami fraktalnymi. Badanie takich procesów i ich wpływu na wiele zjawisk jest ważnym zagadnieniem leżącym gdzieś na styku matematyki stosowanej, fizyki i różnych nauk szczegółowych. 

Nie wiemy, czy patriarcha Józef rzeczywiście istniał – niektórzy utożsamiają go z Imhotepem, wezyrem Egiptu, lekarzem i budowniczym piramidy schodkowej faraona Dżesera- ale jego opisana w Biblii historia uczy nas dwóch rzeczy: Po pierwsze, już w głębokiej starożytności ludzie zdawali sobie sprawę z istnienia długoczasowych korelacji w ważnych zjawiskach przyrodniczych. Po drugie, że w latach prosperity należy oszczędzać, aby przygotować się na nadchodzące lata niedostatku. Pod tym względem Józef wykazał się wyjątkową przezornością, przeciwną do „naturalnej” skłonności wielu ludzi – a nawet całych państw! – aby cieszyć się z dzisiejszego dostatku i nie martwić się, co będzie w przyszłości, gdy, na przykład, światowa koniunktura gospodarcza się odwróci lub wystąpią nieoczekiwane zakłócenia. To bardzo krótkowzroczna, wręcz niebezpieczna polityka. Biblia, poprzez przykład patriarchy Józefa, uczy nas, że nie tak powinniśmy postępować.