Dom pełen dynamitu

Dom pełen dynamitu, reż. Kathryn Bigelow, Netflix 2025.

Film obejrzałem trochę pod wpływem recenzji, trochę ze względu na reżyserkę, autorkę znakomitego The Hurt Locker (W pułapce wojny). Tym razem Bigelow opowiada o ataku nuklearnym na Stany Zjednoczone. Ponieważ nie da się o tym filmie pisać bez spojlerów, postawię konkluzję tutaj, a kto się spojlerów nie boi, może czytać dalej: Film jest z jednej strony łatwy w odbiorze, ale z drugiej bardzo męczący. Nie jest to arcydzieło, ale film z pewnością wart jest obejrzenia.

A teraz będą spojlery.

Radary nagle wykrywają pocisk balistyczny lecący w stronę Stanów Zjednoczonych. Pojedynczy pocisk balistyczny. Nie wiadomo, kto go wystrzelił – satelity przegapiły moment i miejsce odpalenia – ale leci. Początkowo wszyscy liczą na to, że to tylko jakieś ćwiczenia, jakaś demonstracja siły i pocisk wpadnie do oceanu, ale nie wpada. Z analizy trajektorii wynika, że za kilka minut uderzy w Chicago, a że zapewne niesie głowicę jądrową, zginą miliony ludzi. Do 10 milionów. I co władze Stanów Zjednoczonych mają zrobić?! Gdyby tych pocisków leciało wiele, byłoby oczywiste, że Stany dokonają uderzenia odwetowego, ale skoro leci tylko jeden? I na kim wywrzeć odwet, jeśli wywrzeć?

Oczywiście Stany próbują zestrzelić pocisk przeciwrakietą, ale ta zawodzi; później okazuje się, że cały amerykański system bezpieczeństwa antyrakietowego w testach wykazywał się zaledwie 61% skutecznością. Stany mają więcej przeciwrakiet, ale nie odpalają ich, czekając, czy nie nastąpi masowe uderzenie, oszczędzając je na tę ewentualność. Pozostaje tylko czekać. Pocisk uderzy w Chicago za 7 minut.

Prawie cały film to właśnie owe 7 minut, a właściwie mniej więcej 5 z 7.

Rozwój zdarzeń obserwujemy kolejno z kilku poziomów: od Situation Room w Białym Domu, pełniącego funkcje techniczne, poprzez jakieś wyższe dowództwo, NORAD lub BMD, Sekretarza Obrony, aż w końcu prezydenta, z przebitkami na różne amerykańskie jednostki wojskowe na całym świecie. Te same zdarzenia obserwujemy kilka razy, niejako z różnych ujęć. Niby wszystko działa, są procedury, ale pojawia się bałagan, kogoś nie można znaleźć, bohaterowie, których obserwujemy, wciąż wykonują swoje zadania, ale są coraz bardziej przerażeni. Chicago uważa się za stracone, ale żeby nie wywoływać paniki, nikt nie ogłasza żadnego komunikatu czy rozkazu ewakuacji, która i tak nie byłaby możliwa w ciągu kilku minut. Nad wszystkim dominuje cholerna niepewność, co zrobić w przypadku ataku pojedynczą rakietą niewiadomego pochodzenia.

Rosjanie zaklinają się, że to nie ich rakieta i prawie na pewno chińska też nie. Podejrzewa się Koreę Północną, ale pewności nie ma. Najważniejszy dylemat brzmi: odpowiedzieć atakiem odwetowym czy nie, a jeśli tak, to przeciwko komu i jak dużym. Jeśli Stany nie odpowiedzą, ich przeciwnicy mogą uznać, że Ameryka jest słaba i wtedy mogą rozpocząć prawdziwy zmasowany atak, tym straszniejszy, że po uderzeniu w Chicago w kraju i tak zapanuje chaos. Jeśli zaś Stany odpowiedzą i, powiedzmy, wyślą swoje rakiety na Rosję, ta dokona swojego uderzenia odwetowego.

Wojskowy asystent prezydenta przekonuje go do ataku jądrowego na pewien konkretny, pojedynczy cel, ale nie mówi się nam, na jaki i w którym kraju. Prezydent podaje kody umożliwiające użycie amerykańskiej broni jądrowej, jednak film kończy się zanim prezydent wyda rozkaz ataku. A może nie wyda?

Król Stanów Zjednoczonych

Na dzisiejszym spotkaniu z generałami, prezydent Donald Trump powiedział, że jeśli nie dostanie Pokojowej Nagrody Nobla, będzie to „wielka zniewaga” dla Stanów Zjednoczonych.

Dłuższy cytat brzmi tak:

Will you get the Nobel prize? Absolutely not. They’ll give it to some guy that didn’t do a damn thing. They’ll give it to a guy that wrote a book about the mind of Donald Trump and what it took to solve the wars. The Nobel prize will go to a writer. We’ll see what happens, but it would be a big insult to our country. I will tell you I don’t want it, I want the country to get it. It should get it because there’s never been anything like it. Think of it. If this happens — I think it will, I don’t say that lightly — I know more about deals than anybody.

Ostatnie zdanie odnosi się do zaproponowanego przez Trumpa planu pokojowego dla Strefy Gazy.

Powtórzmy, żeby to dobrze zrozumieć: Trump, który od dawna przy różnych okazjach powtarzał, że zasługuje na Nagrodę Nobla, twierdzi dzisiaj, że on nie chce nagrody dla siebie, ale dla całego kraju. A jednocześnie, że jeśli on Nagrody nie dostanie, będzie to zniewaga dla Stanów Zjednoczonych.

Trump powiedział „państwo to ja”.

Amerykanie, którzy tak bardzo chcieli się uchronić przed monarszym despotyzmem, wybrali sobie nie prezydenta, a króla. I najwyraźniej są z tego powodu bardzo szczęśliwi.

Rosyjska potęga imperialna

Pundyci twierdzą, że w wyniku wojny w Ukrainie Rosja nieodwołalnie traci status mocarstwa, stając się wasalem Chin. Chiny są teraz głównym partnerem handlowym Rosji, bez dochodów ze sprzedaży surowców Chinom oraz bez dostaw z Chin dla rosyjskich przedsiębiorstw o znaczeniu wojskowym, a zwłaszcza bez dyplomatycznego wsparcia ze strony Chin, pozycja Rosji byłaby o wiele słabsza, być może może nawet Rosja zmuszona byłaby uznać swoją przegraną. Symboliczną pozycję Rosji świetnie widać było na niedawnym szczycie w Pekinie, gdzie Putin i Kim grzecznie szli ćwierć kroku za Xi, po obu jego stronach, jako sojusznicy najbliżsi, ale jednak podrzędni (reszta zaproszonych przywódców szła w dalszych szeregach).

Zgadzam się, że z dużym prawdopodobieństwem długo-, a nawet średnioterminowo Rosja przestanie być mocarstwem, stając się młodszym partnerem Chin. Ale, po pierwsze, nie natychmiast, po drugie, rosyjscy przywódcy albo tego jeszcze nie wiedzą, albo udają, że nie wiedzą, a po trzecie, od czasów Iwana Srogiego logiką rozwoju Rosji jest imperializm, ekspansja, podporządkowywanie sobie kolejnych terytoriów. Putin powiedział kiedyś, że rozpad ZSRR był największą katastrofą geopolityczną XX wieku. Rosja nie zrezygnuje z planów podporządkowania sobie Ukrainy, gdyż utrata Ukrainy była dla niej gigantycznym ciosem prestiżowym, a poza tym w rosyjskiej paranoi Ukraina mogłaby się stać punktem wyjścia ataku na europejską część Rosji od południa, gdy tymczasem „powinna” być elementem rosyjskiego planu opanowania dojścia do cieśnin tureckich.

Z podobnych powodów zagrożone są też kraje bałtyckie: ich utrata to porażka prestiżowa, a bez nich Rosja nie ma swobody żeglugi po Morzu Bałtyckim.

Pragnienie swobody żeglugi po Bałtyku i Morzu Czarnym oraz możliwość swobodnego wyjścia poza te akweny to spadek po imperialnych marzeniach Piotra Wielkiego.

Rosja krwawi i fizycznie, i gospodarczo, ale ma i jeszcze przez ładnych parę lat będzie miała zasoby, aby Ukrainę niszczyć i próbować ją podporządkować oraz grozić krajom bałtyckim, a także nam. Polski – zapewne – Rosja nie chce opanować, ale „zneutralizować”, sfinladyzować w stronę przeciwną, niż to się Polakom w latach ’80 marzyło.

Rosja natomiast pogodzi się z utratą swoich wpływów w Azji Środkowej i na Kaukazie. Kaukaz był dla Rosji ważny jako alternatywna droga do cieśnin tureckich, ale o ile w XIX wieku Rosji mogło się wydawać, że otomańska Turcja jest do pokonania, to Turcja Erdoğana jest poza zasięgiem Rosji i to akurat Putin i jego doradcy wiedzą. Azja Środkowa była natomiast ważna jako element The Great Game, rywalizacji z Wielką Brytanią o Indie. To już przestało być ważne, a cały region coraz śmielej penetrują Chińczycy, dla których, oprócz pozyskania lokalnych zasobów i szlaków handlowych, oskrzydlenie Indii i Pakistanu od północy jest bardzo ważne.

Rosja ścierpi utratę Azji Środkowej i realnych wpływów na Kaukazie (władza Rosji w Czeczenii czy Dagestanie jest już chyba tylko symboliczna) oraz to, że pół-darmo musi sprzedawać Chinom surowce, o ile w zamian będzie mogła czynić postępy w Europie.

Tak więc choć za jakiś czas okaże się, że mocarstwowy status Rosji wyparował, nie jest to powód, abyśmy się dziś z tego mieli cieszyć. Bo dopiero za jakiś czas, nie dziś, a w międzyczasie Rosja może bardzo zaszkodzić i Ukrainie, i krajom bałtyckim, i Mołdawii, a także nam.

Jeśli chodzi o Chiny, to Rosja będzie robić dobrą minę do złej gry dopóki Chiny nie upomną się o rosyjski Daleki Wschód, utracony przez Chiny w wyniku narzuconych im niesprawiedliwych traktatów pod koniec XIX wieku. Ale to dopiero za kilkadziesiąt lat.

Realne priorytety

W dzisiejszej Wyborczej Mateusz Mazzini publikuje znakomity tekst o narastającym izoloacjonizmie w amerykańskiej administracji. I nie jest to jakiś miękki izolacjonizm, tylko całkowita utrata zainteresowania wszystkim, co nie leży w bezpośrednim interesie Ameryki. Tym bardziej, że Partia Demokratyczna jakieś zainteresowanie światem zewnętrznym wykazywała, a „europejskie wartości”, wszystkie te prawa człowieka, prawa mniejszości, nie mówiąc o takiej abominacji, jak powszechna służba zdrowia, są dla MAGA całkowicie nieamerykańskie.

To, co dzieje się na zewnątrz USA, jest po prostu kontynuacją strategii wymierzonej w krajowych przeciwników. Wszystko w stosunku i posunięciach Trumpa, Vance’a […] wobec Europy stanie się jasne, gdy zrozumiemy, że Unia Europejska jest dla nich po prostu transatlantyckim przedłużeniem Partii Demokratycznej.

Stany powinny się skupić na sobie: all security is homeland security, jak stwierdził Steve Bannon. Tak więc Stany porzucą Tajwan, tym bardziej porzucą Europę, porzucą nawet Bliski Wschód. Wycofają się z rywalizacji z Chinami o wpływy w regionie Indopacyfiku, a więc nie będą już także wspierać Japonii, Korei Południowej czy Australii, przestaną walczyć z terroryzmem, wspierać prawa człowieka, walczyć o postęp demokracji w innych krajach. Na razie to może nie być oczywiste, bo wszystko przesłania chwiejny i kapryśny Donald Trump, który raz mówi jedno, innym razem drugie, jest do tego łasy na pochlebstwa i chciałby, aby wszyscy kupowali jak najwięcej produktów amerykańskiego przemysłu, więc ktoś może mieć nadzieję, że jeśli się Trumpowi przypodoba, ten utrzyma amerykański parasol nad jego krajem. Nic bardziej błędnego, twierdzi Mazzini, bo realne decyzje podejmowane przez Trumpa, bądź ich brak, oznaczają słabnące zaangażowanie Ameryki w sprawy reszty świata.

A poza tym po Trumpie prezydentem zostanie J.D. Vance, izolacjonista najtwardszy z twardych, który już dziś, jak się wydaje, ma znacznie większy wpływ na amerykańską politykę zagraniczną, niż jakikolwiek inny wiceprezydent w przeszłości. Za prezydentury Vance’a USA całkowicie skupią się na sobie i swoim „bliskim otoczeniu” w Ameryce Łacińskiej, a raczej w jej części, od Meksyku po Wenezuelę i Kolumbię. Pustkę po USA wypełnią Chiny, a w Europie Rosja, przy czym jeśli Europa się ogarnie, jakieś szanse na powstrzymanie Rosji istnieją (to już jest uwaga moja, nie Mazziniego).

Postęp amerykańskiego izolacjonizmu to, według Mazziniego, proces nieuchronny. Mamy przechlapane. Nasza cała nadzieja w tym, że Europie, ale tylko działającej wspólnie, uda się powstrzymać Rosję. Jednak stosunki polityczne i gospodarcze z Chinami i Stanami tylko się pogorszą. W szczególności ze strony USA czeka nas „cyfrowa kolonizacja”.

***

Polska polityka, w zestawieniu z globalną zmianą równowagi, nie ma wielkiego znaczenia, ale dla nas oczywiście jest interesująca. W Polsce wciąż są wpływowe prawicowe grupy – PiS, Konfederacja, otoczenie Nawrockiego (moim zdaniem są to trzy różne grupy) – które albo wierzą, że Ameryka obroni nas przed Rosją, albo przynajmniej głośno mówią, że w to wierzą, czyniąc z tej wiary podstawę polskiej polityki zagranicznej. Bo Trump obiecał Nawrockiemu, że nie wycofa amerykańskich wojsk z Polski, ludzie Nawrockiego mają dobre kontakty z ludźmi Trumpa, a polska prawica wierzy w to samo, co MAGA, na granicy kultu cargo. Mazzini:

Przywiązywanie wagi do słów Trumpa […] jest w najlepszym razie naiwnością. […] Jeśli [doradcy Nawrockiego] rzeczywiście ufają Trumpowi, to albo są skrajnie naiwni, albo strasznie niedoinformowani. Co świadczyłoby o niekompetencji, bo przecież nie trzeba mieć głębokich znajomości w Departamencie Stanu, Obrony czy w gabinetach Republikanów, dokumenty, przecieki, raporty są dostępne mniej lub bardziej publicznie. Czy ludzie Nawrockiego tego nie wiedzą, czy to wypierają?

Ani jedno, ani drugie. Największy błąd przy ocenie polskich polityków prawicowych* polega na tym, iż myślimy, że im zależy na dobru Polski. Ach, gdybyż oni tylko zrozumieli, że <coś tam> jest dobre dla Polski, to by na pewno to zrobili! Czemu tego nie rozumieją? Musimy im to wytłumaczyć! Nic podobnego. Politycy PiS, Konfederacji i ci z otoczenia Nawrockiego, to nie są polscy patrioci, niezależnie od tego, co oni sami o sobie mówią. To tylko „gromada chamowatych, spoconych w pogoni za władzą mężczyzn” (© Andrzej Celiński). Jedni chcą tej władzy, żeby się dorobić. Inni, żeby zaleczyć swoje kompleksy i dotkliwe poczucie braku docenienia. Dla jeszcze innych władza jako taka, władza dla samej władzy i wynikające z niej poczucie sprawczości jest jak narkotyk. Reszta natomiast chce wcielać w życie swoje mniej lub bardziej złowieszcze ideologie. Ale patriotów, którym zależałoby na dobru Polski, nie ma tam wcale. Tak więc nieważne, czy Trump rzeczywiście wesprze Polskę, czy tylko tak powiedział i czy oni mu naiwnie wierzą, czy nie. Ważne, że wszyscy oni sądzą, iż głoszenie, że w Ameryce, która przenigdy nie opuści swojego wiernego sojusznika, cała nasza nadzieja, pomoże im w uzyskaniu i utrzymaniu władzy.

Rekapitulując, realnym priorytetem Stanów Zjednoczonych pod obecnym kierownictwem nie jest obrona demokracji, Europy i swoich sojuszników przed innymi potencjalnymi hegemonami, tylko zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego Ameryce, jakkolwiek pokracznie to bezpieczeństwo byłoby rozumiane. Realnym priorytetem polskiej prawicy nie jest dobro Polski, tylko zdobycie i utrzymanie władzy.

*Jak zawsze odróżniam polityków, działaczy, nominatów i medialnych apologetów prawicy od ich wyborców, bo ci rzeczywiście mają prawo ulegać złudzeniom.

Obrzydliwe nic

Władimir Putin podczas wystąpienia kończącego spotkanie w Anchorage:

Wiele razy mówiłem, że naród ukraiński, to naród bratni, co może wydawać się dziwne w obecnych okolicznościach. Więc wszystko to, co dzieje się, jest dla nas tragedią i wielkim bólem, dlatego jesteśmy szczerze zainteresowani, by skończyć z tą sytuacją.

Sadystyczny, masowy morderca mówi, że jest mu przykro, iż jego ofiary cierpią. Ale gdyby go ładnie poprosiły i jeszcze odpowiednio zapłaciły, to może by przestał je mordować. Przynajmniej na jakiś czas. W każdym razie poważnie by się nad tym zastanowił. Pomyśli o tym jutro.

***

Szczyt w Anchorage nie przyniósł żadnych konkretów, choć podobno Putin, ludzki pan, nie domaga się już, aby Ukraina wycofała się z nieokupowanych części obwodów zaporoskiego i chersońskiego, a jedynie z nieokupowanych części Donbasu. Poza tym Putin przynajmniej po części wrócił na dyplomatyczne salony i zyskał kilka kolejnych tygodni, podczas których Stany nie nałożą na Rosję nowych sankcji, nie nałożą sankcji na wielkich partnerów handlowych Rosji i nie zwiększą dostaw uzbrojenia dla Ukrainy, będą za to naciskać na Europę, by odpuściła z tym wspieraniem Ukrainy. Tak to jest, gdy na przeciw otoczonego pochlebcami narcyza-amatora o niezwykle wybujałym ego staje profesjonalista po twardej szkole KGB, wspierany przez równie profesjonalny sztab. I co z tego, że ten drugi jest morderczym paranoikiem?

Napis „pursuing peace” to jakiś ponury żart

Na marginesie, rzadko zwraca się uwagę na to, że jest jedna rzecz, która łączy putinowską Rosję i Stany Trumpa: głęboka niechęć do Unii Europejskiej. Silna i zjednoczona Unia najwyższym wysiłkiem zapewne jest w stanie oprzeć się politycznym i ekonomicznym naciskom Rosji i Stanów (głównie politycznym ze strony Rosji i głównie ekonomicznym ze strony Stanów), ale żadne pojedyncze państwo członkowskie – nawet te najsilniejsze: Francja, Niemcy, UK (już nie w Unii, ale wciąż w Europie) – samodzielnie nie. Dlatego i Putin, i Trump marzą o jak największym osłabieniu, dezintegracji UE.

Ten sentyment łączy zresztą nie tylko Putina i Trumpa, ale także Xi.

 

Ośmiorniczki 2.0

Okazało się, że w jednym z sektorów KPO, HoReCa*, wnioskowano o rzeczy przedstawiane jako luksusowe. PiS robi z tego „największą aferę rządów Tuska”, tworząc przekaz, jakoby jeśli nie całość, to większość środków z KPO została sprzeniewierzona.

PiS bardzo chciałby powtórzyć sukces afery ośmiorniczek, opierając się zresztą na tym samym zespole skojarzeń, co wówczas: PO trwoni pieniądze na obrzydliwy luksus. Bo wnioskodawcy kupili kije golfowe! Sauny! Jachty! Zwykli ludzie z tego nie korzystają, podobnie jak nie jedzą ośmiorniczek, to tylko elity, zdeprawowane i złodziejskie, tak robią. Do tego ośmiorniczki, golf i jachty budzą niejasne skojarzenia z mafią. Trzeba powołać komisję śledczą! Na pohybel!

Tymczasem

  • Sektor HoReCa wpisał do KPO PiS, za PiS także ustalono zasady przyznawania środków
  • Wśród oceniających wnioski na poziomie lokalnym było wiele osób wskazanych przez PiSowskie samorządy, w tym mąż Beaty Szydło. Radny PiS z Ostrowi Mazowieckiej, prowadzący firmę zajmującą się pozyskiwaniem dofinansowania z UE, pisał sporo wniosków o zakup „jachtów”
  • Kije golfowe kupiła wypożyczalnia sprzętu sportowego, saunę chce zainstalować ośrodek wypoczynkowy – a co mieli kupić, tomograf? – a rzekome „jachty” to łodzie, motorowe lub żaglowe, na wynajem dla turystów na Mazurach; podobnie rzecz się ma z innymi „skandalicznymi” zakupami z tego programu
  • Ale najważniejsza jest skala. Wsparcie dla sektora HoReCa to 0,5% procenta całości KPO. Nie ma możliwości, aby na HoReCa wydano środki spoza tej puli. PiS robi larum o to, że wydając 100 zł, być może nieprawidłowo wydano 50 gr.
  • Całość środków KPO to ok. 240 mld zł. 0,5% z tego to 1 mld 200 mln zł. To dużo. Ale fatycznie dotąd wydano z tej puli 10%, czyli 120 mln. Mówimy więc o potencjalnie źle wydanych 5 gr ze 100 zł. Zgroza, zgroza!

Nawiasem mówiąc, 120 mln to akurat tyle, ile ksiądz od salcesonu bezprawnie dostał od Ziobry.

Obecną sytuację od afer z czasów PiS odróżnia także sposób jej rozwiązywania. Rząd nie udaje, że nic się nie stało, ba, domniemane nieprawidłowości zostały wykryte jedynie dzięki temu, że to rząd opublikował wszystkie dane. PiS tymczasem zawsze szedł w zaparte, udawał, że wszystko było w porządku, a krytyka była wyłącznie polityczna, nie merytoryczna. Teraz ruszają kontrole, na których najbardziej zresztą ucierpią przedsiębiorcy, których wnioski są uczciwe. Ucierpią, bo wypłaty dla nich zostaną wstrzymane na długie tygodnie. Ale oczywiście, jakieś błędy, wnioski naciągane, może wręcz przekręty się znajdą. Byłoby wręcz statystycznie nieprawdopodobne, gdyby się nie znalazły.

No i jest prawdą, że bliscy krewni posłów i działaczy Koalicji 15 Października nie powinni byli składać wniosków, nawet jeśli były one w pełni uzasadnione. Nie powinni byli i już. Ze względu na wizerunek całej koalicji. Oczywiście za PiSu krewni PiSowskich posłów hurmem składali wnioski w uruchamianych wówczas projektach i było to jak najbardziej w porządku :-/

Żadnej „afery KPO” więc nie ma, jednak rząd przegrywa, i to boleśnie, na jednym polu: komunikacji, tak zewnętrznej, jak i wewnętrznej. PiS w zasadzie nie potrafi nic, tylko kraść, ale PR i odpowiedzialny za nie aparat analityczny mają znakomity. Obecna koalicja może i umie coś tam, coś tam, ale PR u nich leży. Na dnie, pod metrem mułu. Rząd pozwolił sobie narzucić narrację i dość niezbornie, a przede wszystkim z dużym opóźnieniem na nią odpowiada. Rzecznik rządu jest, a przez pierwsze dni jakoby go nie było. Ministra na urlopie. Poszczególni ministrowie i wiceministrowie mówią rzeczy, jakie im przyjdą do głowy, ale nie bardzo widać w tym jakąś przemyślaną strategię, jakąś kontr-narrację. A PiS swoją kłamliwą narracją wali w koalicję, jak w bęben.

No i jest jeszcze komunikacja wewnętrzna. Donald Tusk zapewne zostawił ministrze Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz dużo swobody w zarządzaniu tym programem, czego ona zazdrośnie strzeże. No i fajnie. Ale Pełczyńska-Nałęcz musiała już dwa tygodnie temu wiedzieć, że jest jakiś problem, a przynajmniej potencjalny problem, skoro zwolniła prezeskę PARP, która obsługiwała wnioski HoReCa. I co, nie poinformowała o tym ani Tuska, ani Szłapki, żeby zawczasu przygotować się na zarzuty stawiane przez PiS?! Lub też poinformowała, ale centrala tego nie ogarnęła? Koalicja demokratyczna chyba wciąż naiwnie wyobraża sobie, że prawda sama się obroni. Wolne żarty. Na dodatek teraz Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i zwolniona prezeska PARP w mediach społecznościowych zwalają winę jedna na drugą. To jest zupełnie nieprofesjonalne.

*HoReCa – Hotel, Restaurant, Catering, branże, które szczególnie mocno ucierpiały na skutek pandemicznego lockdownu.

6 sierpnia

6 sierpnia 2025 mógł być pięknym dniem w historii Polski, ale nie jest, gdyż prezydentem właśnie zostaje kibol, oszust, lichwiarz, domniemany sutener, w dorosłym życiu na potęgę sprzeniewierzający publiczne pieniądze, dumny ze swoich znajomości z gangsterami. Taką przebodli nas ojczyzną, chciałoby się powiedzieć, tak zdecydowali wyborcy. Podobno tak zdecydowali: nie ma pewności, ale jak już wiele razy pisałem, jest bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był wynik wyborów.

Po Karolu Nawrockim, z jego dotychczasową drogą życiową, nie spodziewam się niczego dobrego. Będzie źle. Nie wiem, czy tylko źle, czy bardzo źle, czy wręcz koszmarnie źle – myślę, mam nadzieję, że jednak nie koszmarnie. Ale nic mnie tu nie zaskoczy. Spodziewam się jednak, że Nawrocki kopnie Jarosława Kaczyńskiego w zad, że ten się nogami nakryje. Nie od razu. Może za rok, gdy już okrzepnie na urzędzie. To oczywiście nie będzie oznaczać niczego dobrego dla Polski, ale każda porażka Kaczyńskiego to będzie miód na moje serce. Nadal będzie fatalnie, ale to nie Kaczyński będzie decydował o dalszych losach naszego kraju.

Pewną pociechę czerpię także z faktu, że z urzędu prezydenta odchodzi dr Andrzej Duda. Człowiek tak pozbawiony charyzmy, jakichkolwiek zdolności przywódczych, wyobraźni, autorytetu, żenujący, wręcz groteskowy, przez lata pokornie znoszący upokorzenia ze strony Jarosława Kaczyńskiego, podważający międzynarodową pozycję Polski, destruktor praworządności. Niektórzy go bronią, że Ukraina, że dwukrotnie zawetowane lex Czarnek, że nie pozwolił zniszczyć TVNu. Cóż, w sprawie Ukrainy, gdzie zresztą też bywał chwiejny, zachował po prostu minimum przyzwoitości, lex Czarnek kazała mu zawetować żona, a obronić TVN Amerykanie. Ubrdał sobie, że ma kompetencje monarsze, że jeśli on coś postanowi, to tak jest, choćby prawo stanowiło inaczej, bo on jest jak król. Aż dziw, że nie zabrał się za leczenie skrofułów.

Może po prostu nie wiedział, że może.

Ale ja mu nie życzę źle. Spodziewam się, że obejmie go miłosierdzie zapomnienia. Najdalej za kilka miesięcy ludzie będą jedynie mgliście wspominać, że był jakiś Adrian Duda.

Żyję w kraju

Znajomy zawodowo zajmujący się badaniem migracji skomentował na fb mój poprzedni post. I dzięki temu komentarzowi coś nowego zrozumiałem – mianowicie, dlaczego ten wspominany przeze mnie nudny wiceminister z naciskiem podkreślał, że Niemcy powinni wpierw objąć procedurą readmisji wszystkich nielegalnych imigrantów odsyłanych do Polski.

Znajomy napisał tak:

Niemcy ostatnio nieco zmienili strategię i robią nasze „puszbaki” – nielegalni imigranci nie są przekazywani w ramach readmisji, ale zawracani przy przekraczaniu granicy. Przy czym granica to 30-km pas od granicy. I nie ma żadnych dowodów że tak było… W zeszłym roku zawrócono tak 9 tysięcy, teraz po pół roku jest już 10 tysięcy.

9 tysięcy w zeszłym roku to szacunkowa liczba, którą podawałem poprzednio. Skąd znajomy wziął te 10 tysięcy w pół roku, nie wiem, ale nie przypuszczam, żeby to zmyślił by mnie wprowadzić w błąd.

A, ja, naiwny, myślałem, że te 9 tysięcy to osoby, którym faktycznie niemieccy pogranicznicy odmówili prawa przekroczenia granicy – jest oczywiste, że ludzie tacy po prostu zostają po polskiej stronie. Ale jeśli kogoś zatrzymują już po stronie niemieckiej, w pasie do 30 km od granicy, to Polska oczekuje, że ten ktoś przejdzie procedurę readmisji, co jest zrozumiałe. Równie zrozumiałe jest jednak, że Niemcy tego nie chcą, bo wtedy zapewne okazałoby się, że jakiejś części nie da odesłać do Polski. Tym bardziej, że odkąd Tusk odebrał prawo do składania wniosków azylowych osobom przekraczającym granicę białoruską, Polska będzie twierdzić, że nie musi przyjąć tych osób zgodnie z konwencją dublińską. A poza tym procedura readmisji jest stosunkowo długa i kosztowna. Prościej jest wsadzić tych ludzi do autobusu i wywieźć na polską stronę twierdząc, że oni przecież przybyli z Polski, no bo skąd?

Jeśli niemiecki rząd nie będzie sprawnie odsyłał do Polski migrantów, którzy nielegalnie z Polski przybyli, to antyimigrancka, neofaszystowska AfD, już silna we wschodnich landach, będzie jeszcze bardziej rosnąć w siłę, co zaszkodzi i Niemcom, i Polsce, i Unii Europejskiej.

To rzuca nowe światło na decyzję o przywróceniu polskich kontroli na granicy z Niemcami. Jeśli bowiem niemiecka policja przywiezie autobus randomowych migrantów, polska Straż Graniczna zapyta: a czy ci ludzie są objęci procedurą readmisji? Nie? A czy wobec tego mają wizy uprawniające do wjazdu na teren Polski? Też nie? No to ci państwo do Polski teraz nie mogą wjechać, muszą na razie zostać na terenie Niemiec. Jeśli chcecie się ich pozbyć, to tylko w formalnej procedurze readmisji. Wtedy, rzecz jasna, ich przyjmiemy.

Ormowcy Bąkiewicza by sobie z taką sytuacją nie poradzili, mogli by co najwyżej spróbować pobić tych migrantów, co by pewnie prawackim bojówkarzom dostarczyło trochę zdrowej rozrywki, ale pół-legalnych readmisji by nie powstrzymało. No i pobicie kogoś jest przestępstwem. A zatrzymywanie i przeszukiwanie prywatnych samochodów jest nielegalne i zupełnie niecelowe, dlatego – powtarzam – polska policja powinna te bojówki stanowczo rozpędzić.

Zdaje się, że stosunki polsko-niemieckie w kwestii uchodźców upodobniają się do stosunków francusko-włoskich. Te kraje od lat, choć ze zmiennym natężeniem, toczą głębokie spory o nielegalnych imigrantów, którzy dotarli morzem do Włoch, ale chcą pojechać dalej, do Francji, Holandii, UK, a Francja ich nie chce wpuścić na swoje terytorium. Czasami sytuacja mocno się zaognia i oba rządy wymieniają ostre oświadczenia.

Mój znajomy kończy:

[Mówiąc] po chłopsku: chodzi o przerzucanie gorącego kartofla. Albo w tym wypadku: gorącego manioku/cassavy. Smutne, jak ludzi traktuje się przedmiotowo.

Wiele razy pisałem, że aby zamknąć, a przynajmniej znacznie ograniczyć szlak białoruski, należy dołożyć wszelkich starań, aby osoby, które nielegalnie przekroczyły polsko-białoruską granicę, nie mogły dostać się na Zachód. Póki taka możliwość będzie dość łatwa, póty będą zainteresowani. Jeśli zachodnia granica Polski stanie się (prawie) nieprzepuszczalna, chętnych do skorzystania ze szlaku białoruskiego mocno ubędzie. Z tego punktu widzenia tak niemieckie pół-legalne readmisje, jak i przywrócenie polskich kontroli granicznych, mogą być korzystne. Najważniejsze jest jednak, że wbrew kłamliwej prawackiej propagandzie, Niemcy nie chcą pozbyć się części „swoich” nielegalnych imigrantów, którzy jakoś się do Niemiec dostali innymi drogami, tylko odsyłają do Polski tych, którzy wjechali do Polski i dopiero z Polski do Niemiec.

Decyzja o przywróceniu polskich kontroli granicznych uwiarygadnia kłamliwą, prawacką histerię antyimigrancką i to jest bardzo głupie i szkodliwe. Z drugiej strony, przez zmuszenie – mam nadzieję – Niemiec do przeprowadzania prawidłowej procedury readmisji właśnie zadaje kłam prawackim oskarżeniom, że Niemcy odsyłają do Polski imigrantów, którzy wcale przez Polskę nie przeszli. Jest mi jednak dosyć przykro, że mój (mój?) rząd nie miał odwagi, aby to wytłumaczyć: że Bąkiewicz robi to wszystko dla politycznej hucpy, że Niemcy, odsyłając do Polski migrantów, też nie są do końca fair, że muszą uważać na notowania AfD, że polski rząd twierdzi, że problem migrantów odsyłanych do Polski poza oficjalnymi procedurami jest marginalny, choć najwyraźniej nie jest. Żyję w kraju, w którym…

Granica

PiS, Konfederacja i okolice zorientowali się, że straszenie migrantami bardzo się politycznie opłaca. Teraz straszą nie migrantami z Białorusi, ale migrantami rzekomo masowo wysyłanymi do Polski z Niemiec.

Prawackie media już dawniej pokazywały obcokrajowców legalnie przebywających w Polsce – za Obajtka jeden Orlen sprowadzał ich tysiącami, a wiz rozdanych przez Wawrzyka były setki tysięcy – mówiąc, że to nielegalni imigranci. Ostatnio w Gorzowie Wielkopolskim lokalny PiS straszył „Migranci już w Gorzowie!”, pokazując na filmie członków zespołu muzycznego z Senegalu, którzy całkiem legalnie, na zaproszenie, przyjechali do Gorzowa, by wziąć udział w festiwalu muzycznym. Ale największą podłością popisał się ostatnio europoseł PiS, Dominik „Jenot” Tarczyński, publikując zdjęcia dwu nagich Etiopczyków znalezionych w Lubinie i zapowiadając „wielką deportację”. W rzeczywistości były to ofiary handlu ludźmi.

PiS, Konfa i prawackie media, kłamliwie i cynicznie, tworzą atmosferę zagrożenia. Na tej fali Robert Bąkiewicz, za pieniądze, które otrzymał podczas rządów PiSu, przy medialnym wsparciu wszystkich prawackich mediów i politycznym wsparciu posłów Konfederacji i PiS, zorganizował bojówki, grupy „patriotów”, które „pilnują” granicy, to znaczy usiłują zatrzymywać i przeszukiwać samochody wjeżdżające do Polski z Niemiec, czy tam się jakiś migrant nie ukrywa.

Gdzie jest policja?! Gdy samozwańczy „szeryfowie” (ang. vigilantes) biorą sprawy w swoje ręce, na ogół nie zapowiada to niczego dobrego. Bezkarne bojówki rozzuchwalają się i państwu i jego legalnym służbom z każdą chwilą jest trudniej opanować sytuację. Zatrzymywanie i przeszukiwanie samochodów przez nieuprawnione osoby, zastraszanie osób postronnych, jest niedopuszczalne. Na każde przejście, na którym są „patrioci”, powinna zostać wysłana policja lub Straż Graniczna, a każda próba utrudnienia przejazdu powinna być natychmiast udaremniana. „Patriotów” trzeba spisywać, co bardziej agresywnych zatrzymywać, a gdyby się stawiali, użyć środków przymusu bezpośredniego, jak to się ładnie nazywa.

A co robi rząd? Po pierwsze, zapowiada przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej, co brzmi tak, jakby tam naprawdę płynął duży strumień migrantów i było kogo powstrzymywać. Czyli, cóż, wygląda, jakby to PiS, Konfederacja i Bąkiewicz mieli rację – a przecież to bzdura, którą Tusk swoją decyzją o przywróceniu kontroli jedynie uprawdopodabnia.

Trudno mi sobie wyobrazić nielegalnych migrantów-idiotów, którzy łamiąc prawo, chcieliby się przedostać z bogatych i względnie tolerancyjnych Niemiec, gdzie już żyje duża społeczność imigrancka, do biedniejszej i nietolerancyjnej Polski, gdzie, poza największymi miastami, nie-biali mocno kłują w oczy.

No, chyba że chodzi o readmisję, czyli przekazywanie Polsce osób, które nielegalnie dostały się do Niemiec, a można udowodnić, że przedtem przebywały w Polsce.

Po drugie więc rząd, ustami nawet nie rzecznika – a przecież ponoć już mamy rzecznika rządu! – ale jakiegoś wiceministra, nudno tłumaczy, że liczba readmisji w stosunku do lat poprzednich spadła, jest to kilkaset osób rocznie, a w dodatku blisko połowa z nich to Ukraińcy, którzy mając prawo do pobytu (i pracy, i pomocy społecznej) w Polsce, ale nie w Niemczech, próbowali się tam dostać. Tyle, że nikt tego nie usłyszał. Rząd, rzecznik rządu, powinien to powtarzać bez przerwy. Prawda się sama nie obroni.

Do tego, niestety, dochodzi mniej więcej stała, ale ciemna liczba osób, których Niemcy do siebie z Polski nie wpuścili. Zostali po polskiej stronie granicy i nie są objęci procedurą readmisji, gdyż nigdy nie znaleźli się w Niemczech. Szacuje się, że może chodzić o ~9000 osób rocznie. Liczba jest ciemna, bo nie wiadomo, czy te same osoby nie są liczone kilkakrotnie: nie uda się raz, to próbują drugi i trzeci na innych przejściach granicznych. Jakiejś części z nich zapewne w końcu udaje się dostać do Niemiec, ale reszta zostaje w Polsce, bez środków do życia, bez żadnej pomocy ze strony państwa polskiego, a nawet NGOsów; ba, państwo polskie wręcz nie wie o ich istnieniu, bo przecież oni dostali się do Polski nielegalnie (co stanowi przyczynek do dyskusji o szczelności płotu granicznego). Ponoć zaczyna to być problemem społecznym, tyle że nie w okolicach granicy białoruskiej, ale w miastach zachodniej Polski. Jakby się na to nie patrzeć, to nie są nielegalni migranci, których Niemcy chcą wypchnąć od siebie do Polski. To są ludzie, którzy nielegalnie znaleźli się w Polsce zanim spróbowali się dostać do Niemiec.

Przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej może spowodować, że Polska ich oficjalnie zauważy.

Rekapitulując, Niemcy masowo nie wysyłają swoich nielegalnych imigrantów do Polski. Jest to kłamliwa narracja prawicy. Polski rząd, wprowadzając kontrole na granicy polsko-niemieckiej, niestety, uwiarygadnia tę narrację. Policja powinna z całą surowością rozpędzać „patriotów”, którzy twierdzą, że „pilnują” zachodniej granicy.

Czego się boicie?

Uczciwi nie muszą się niczego obawiać, powtarzał PiS, uchwalając w przyspieszonym tempie swoje ustawy wymierzone w przeciwników, często niekonstytucyjne. Dziś ja powiem przywódcom PiSu: uczciwi nie muszą się niczego obawiać, więc zgódźcie się na powtórne przeliczenie głosów w wyborach prezydenckich.

Ja nadal sądzę, że, jakkolwiek wydawałoby mi się to bolesne, II turę wygrał Nawrocki, choć z mniejszą przewagą, niż to pierwotnie ogłoszono, a powtórne przeliczenie głosów jedynie to potwierdzi. Tym bardziej, że powtórne przeliczenie może pokazać, że ileś tysięcy głosów oddanych na Trzaskowskiego przypisano Nawrockiemu, ale nie wykaże ani głosów sfałszowanych jako nieważne (członek komisji dopisał drugi krzyżyk aby unieważnić głos na Trzaskowskiego), ani głosów nieoddanych dzięki oszukańczej „aplikacji Mateckiego”, ani tym bardziej głosów na Nawrockiego wyłudzonych przy użyciu tej aplikacji. Jeśli nie dojdzie do powtórnego przeliczenia głosów, prawidłowość wyboru Nawrockiego będzie nieustannie kwestionowana, ze szkodą dla niego samego i dla Polski. A jeśli ponowne przeliczenie potwierdzi oficjalny wynik, nawet jeśli przewaga będzie mniejsza, mandat Nawrockiego tylko się wzmocni. Czego więc się boicie?

A, prawda, zapomniałem. Polską wy się zupełnie nie przejmujecie, gdyż nie jesteście patriotami. Ja już dawno temu pisałem, że

Popełniamy błąd zakładając, że PiS chce dobra Polski. W rzeczywistości PiS ma dobro Polski w d… Celem PiSu, jako formacji, jest utrzymanie władzy nad Polską.

Ponowne przeliczenie wszystkich głosów mogłaby nakazać neo-Izba SN. Prezes Manowska mogłaby wyłączyć wszystkich neo-sędziów z neo-Izby i powołać prawidłowy skład SN do orzeczenia ważności wyborów. Wreszcie Andrzej Duda mógłby wycofać swoje weto i podpisać „ustawę incydentalną”, odsuwającą neo-Izbę. Żadne z nich tego nie zrobi. Nie po to PiS powołał neo-Izbę i prezes Manowską, by oni teraz postępowali wbrew jasno wyrażonej woli Jarosława Kaczyńskiego. Żałosnemu Andrzejowi Dudzie chodzi natomiast o swój „monarszy” prestiż, że mianowicie jeśli on kogoś powołał na urząd sędziego, to ta osoba tym samym staje się prawidłowo powołanym i bezstronnym sędzią.

Technicznie rzecz biorąc ponowne przeliczenie głosów, a raczej przejrzenie kart do głosowania, może też zarządzić prokuratura, w celu poszukiwania dowodów na ewentualne przestępstwa przeciwko wyborom. Tyle, że ustalenia prokuratury, formalnie nie mają wpływu na orzeczenie ważności wyborów. Nawet gdyby, dla przykładu, prokuratura stwierdziła, że 200 tysięcy głosów nieprawidłowo przypisano Nawrockiemu (choć taka skala nie wydaje mi się bardzo prawdopodobna), mimo iż powinny były przypaść Trzaskowskiemu, neo-Izba może orzec, że wybory były ważne i wygrał je Nawrocki.

Z wolna rysuje się więc taki scenariusz:

1. Neo-Izba nie zarządza ponownego przeliczenia głosów i orzeka, iż wybory były ważne, a wygrał je Nawrocki.
2. Być może prokuratura zarządza „przejrzenie kart do głosowania” – nie wszystkich, ale w tych komisjach, których dotyczyły dobrze uzasadnione protesty wyborcze.
3. Marszałek Hołownia stwierdza, zgodnie z prawem, że neo-Izba nie jest Sądem Najwyższym i – zwłaszcza, jeśli w wyniku działań prokuratury okaże się, że nieprawidłowości były znaczne – odmawia zwołania Zgromadzenia Narodowego i zaprzysiężenia Nawrockiego. Po zakończeniu kadencji Dudy, funkcję głowy państwa obejmuje Hołownia, podpisuje „ustawę incydentalną” i rozpisuje nowe wybory, a wtedy, niech się dzieje wola Nieba.
4. W tak powtórzonych wyborach Trzaskowski może wygra, może przegra (niestety, obstawiałbym to drugie), ale przede wszystkim wybuchnie anarchia, bardzo szkodliwa dla państwa.

Nie jestem pewien, czy Szymon Hołownia sprosta takiemu zadaniu, bo PiS się z unieważnieniem wyborów nie pogodzi, zdestabilizuje państwo (przypominam, że oni nie są patriotami), a w dodatku jeśli PiS w 2027 wróci do władzy, na pewno będzie chciał postawić Hołownię przed Trybunałem Stanu.

Na koniec, refleksja osobista. Poczułem, że z liczeniem głosów coś może być nie tak słuchając przemówienia Nawrockiego po ogłoszeniu exit polls, gdy przez moment mogło się wydawać, że wygrał Trzaskowski. Otóż Nawrocki powiedział

tej nocy wygramy.

Nie „poczekajcie na wyniki z komisji, a zobaczycie, że wygraliśmy”, tylko że głosowanie już się zakończyło, a my je teraz, w trakcie liczenia, wygramy. Jakby coś wiedział. Hm.