Realne priorytety

W dzisiejszej Wyborczej Mateusz Mazzini publikuje znakomity tekst o narastającym izoloacjonizmie w amerykańskiej administracji. I nie jest to jakiś miękki izolacjonizm, tylko całkowita utrata zainteresowania wszystkim, co nie leży w bezpośrednim interesie Ameryki. Tym bardziej, że Partia Demokratyczna jakieś zainteresowanie światem zewnętrznym wykazywała, a „europejskie wartości”, wszystkie te prawa człowieka, prawa mniejszości, nie mówiąc o takiej abominacji, jak powszechna służba zdrowia, są dla MAGA całkowicie nieamerykańskie.

To, co dzieje się na zewnątrz USA, jest po prostu kontynuacją strategii wymierzonej w krajowych przeciwników. Wszystko w stosunku i posunięciach Trumpa, Vance’a […] wobec Europy stanie się jasne, gdy zrozumiemy, że Unia Europejska jest dla nich po prostu transatlantyckim przedłużeniem Partii Demokratycznej.

Stany powinny się skupić na sobie: all security is homeland security, jak stwierdził Steve Bannon. Tak więc Stany porzucą Tajwan, tym bardziej porzucą Europę, porzucą nawet Bliski Wschód. Wycofają się z rywalizacji z Chinami o wpływy w regionie Indopacyfiku, a więc nie będą już także wspierać Japonii, Korei Południowej czy Australii, przestaną walczyć z terroryzmem, wspierać prawa człowieka, walczyć o postęp demokracji w innych krajach. Na razie to może nie być oczywiste, bo wszystko przesłania chwiejny i kapryśny Donald Trump, który raz mówi jedno, innym razem drugie, jest do tego łasy na pochlebstwa i chciałby, aby wszyscy kupowali jak najwięcej produktów amerykańskiego przemysłu, więc ktoś może mieć nadzieję, że jeśli się Trumpowi przypodoba, ten utrzyma amerykański parasol nad jego krajem. Nic bardziej błędnego, twierdzi Mazzini, bo realne decyzje podejmowane przez Trumpa, bądź ich brak, oznaczają słabnące zaangażowanie Ameryki w sprawy reszty świata.

A poza tym po Trumpie prezydentem zostanie J.D. Vance, izolacjonista najtwardszy z twardych, który już dziś, jak się wydaje, ma znacznie większy wpływ na amerykańską politykę zagraniczną, niż jakikolwiek inny wiceprezydent w przeszłości. Za prezydentury Vance’a USA całkowicie skupią się na sobie i swoim „bliskim otoczeniu” w Ameryce Łacińskiej, a raczej w jej części, od Meksyku po Wenezuelę i Kolumbię. Pustkę po USA wypełnią Chiny, a w Europie Rosja, przy czym jeśli Europa się ogarnie, jakieś szanse na powstrzymanie Rosji istnieją (to już jest uwaga moja, nie Mazziniego).

Postęp amerykańskiego izolacjonizmu to, według Mazziniego, proces nieuchronny. Mamy przechlapane. Nasza cała nadzieja w tym, że Europie, ale tylko działającej wspólnie, uda się powstrzymać Rosję. Jednak stosunki polityczne i gospodarcze z Chinami i Stanami tylko się pogorszą. W szczególności ze strony USA czeka nas „cyfrowa kolonizacja”.

***

Polska polityka, w zestawieniu z globalną zmianą równowagi, nie ma wielkiego znaczenia, ale dla nas oczywiście jest interesująca. W Polsce wciąż są wpływowe prawicowe grupy – PiS, Konfederacja, otoczenie Nawrockiego (moim zdaniem są to trzy różne grupy) – które albo wierzą, że Ameryka obroni nas przed Rosją, albo przynajmniej głośno mówią, że w to wierzą, czyniąc z tej wiary podstawę polskiej polityki zagranicznej. Bo Trump obiecał Nawrockiemu, że nie wycofa amerykańskich wojsk z Polski, ludzie Nawrockiego mają dobre kontakty z ludźmi Trumpa, a polska prawica wierzy w to samo, co MAGA, na granicy kultu cargo. Mazzini:

Przywiązywanie wagi do słów Trumpa […] jest w najlepszym razie naiwnością. […] Jeśli [doradcy Nawrockiego] rzeczywiście ufają Trumpowi, to albo są skrajnie naiwni, albo strasznie niedoinformowani. Co świadczyłoby o niekompetencji, bo przecież nie trzeba mieć głębokich znajomości w Departamencie Stanu, Obrony czy w gabinetach Republikanów, dokumenty, przecieki, raporty są dostępne mniej lub bardziej publicznie. Czy ludzie Nawrockiego tego nie wiedzą, czy to wypierają?

Ani jedno, ani drugie. Największy błąd przy ocenie polskich polityków prawicowych* polega na tym, iż myślimy, że im zależy na dobru Polski. Ach, gdybyż oni tylko zrozumieli, że <coś tam> jest dobre dla Polski, to by na pewno to zrobili! Czemu tego nie rozumieją? Musimy im to wytłumaczyć! Nic podobnego. Politycy PiS, Konfederacji i ci z otoczenia Nawrockiego, to nie są polscy patrioci, niezależnie od tego, co oni sami o sobie mówią. To tylko „gromada chamowatych, spoconych w pogoni za władzą mężczyzn” (© Andrzej Celiński). Jedni chcą tej władzy, żeby się dorobić. Inni, żeby zaleczyć swoje kompleksy i dotkliwe poczucie braku docenienia. Dla jeszcze innych władza jako taka, władza dla samej władzy i wynikające z niej poczucie sprawczości jest jak narkotyk. Reszta natomiast chce wcielać w życie swoje mniej lub bardziej złowieszcze ideologie. Ale patriotów, którym zależałoby na dobru Polski, nie ma tam wcale. Tak więc nieważne, czy Trump rzeczywiście wesprze Polskę, czy tylko tak powiedział i czy oni mu naiwnie wierzą, czy nie. Ważne, że wszyscy oni sądzą, iż głoszenie, że w Ameryce, która przenigdy nie opuści swojego wiernego sojusznika, cała nasza nadzieja, pomoże im w uzyskaniu i utrzymaniu władzy.

Rekapitulując, realnym priorytetem Stanów Zjednoczonych pod obecnym kierownictwem nie jest obrona demokracji, Europy i swoich sojuszników przed innymi potencjalnymi hegemonami, tylko zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego Ameryce, jakkolwiek pokracznie to bezpieczeństwo byłoby rozumiane. Realnym priorytetem polskiej prawicy nie jest dobro Polski, tylko zdobycie i utrzymanie władzy.

*Jak zawsze odróżniam polityków, działaczy, nominatów i medialnych apologetów prawicy od ich wyborców, bo ci rzeczywiście mają prawo ulegać złudzeniom.

Obrzydliwe nic

Władimir Putin podczas wystąpienia kończącego spotkanie w Anchorage:

Wiele razy mówiłem, że naród ukraiński, to naród bratni, co może wydawać się dziwne w obecnych okolicznościach. Więc wszystko to, co dzieje się, jest dla nas tragedią i wielkim bólem, dlatego jesteśmy szczerze zainteresowani, by skończyć z tą sytuacją.

Sadystyczny, masowy morderca mówi, że jest mu przykro, iż jego ofiary cierpią. Ale gdyby go ładnie poprosiły i jeszcze odpowiednio zapłaciły, to może by przestał je mordować. Przynajmniej na jakiś czas. W każdym razie poważnie by się nad tym zastanowił. Pomyśli o tym jutro.

***

Szczyt w Anchorage nie przyniósł żadnych konkretów, choć podobno Putin, ludzki pan, nie domaga się już, aby Ukraina wycofała się z nieokupowanych części obwodów zaporoskiego i chersońskiego, a jedynie z nieokupowanych części Donbasu. Poza tym Putin przynajmniej po części wrócił na dyplomatyczne salony i zyskał kilka kolejnych tygodni, podczas których Stany nie nałożą na Rosję nowych sankcji, nie nałożą sankcji na wielkich partnerów handlowych Rosji i nie zwiększą dostaw uzbrojenia dla Ukrainy, będą za to naciskać na Europę, by odpuściła z tym wspieraniem Ukrainy. Tak to jest, gdy na przeciw otoczonego pochlebcami narcyza-amatora o niezwykle wybujałym ego staje profesjonalista po twardej szkole KGB, wspierany przez równie profesjonalny sztab. I co z tego, że ten drugi jest morderczym paranoikiem?

Napis „pursuing peace” to jakiś ponury żart

Na marginesie, rzadko zwraca się uwagę na to, że jest jedna rzecz, która łączy putinowską Rosję i Stany Trumpa: głęboka niechęć do Unii Europejskiej. Silna i zjednoczona Unia najwyższym wysiłkiem zapewne jest w stanie oprzeć się politycznym i ekonomicznym naciskom Rosji i Stanów (głównie politycznym ze strony Rosji i głównie ekonomicznym ze strony Stanów), ale żadne pojedyncze państwo członkowskie – nawet te najsilniejsze: Francja, Niemcy, UK (już nie w Unii, ale wciąż w Europie) – samodzielnie nie. Dlatego i Putin, i Trump marzą o jak największym osłabieniu, dezintegracji UE.

Ten sentyment łączy zresztą nie tylko Putina i Trumpa, ale także Xi.

 

Ośmiorniczki 2.0

Okazało się, że w jednym z sektorów KPO, HoReCa*, wnioskowano o rzeczy przedstawiane jako luksusowe. PiS robi z tego „największą aferę rządów Tuska”, tworząc przekaz, jakoby jeśli nie całość, to większość środków z KPO została sprzeniewierzona.

PiS bardzo chciałby powtórzyć sukces afery ośmiorniczek, opierając się zresztą na tym samym zespole skojarzeń, co wówczas: PO trwoni pieniądze na obrzydliwy luksus. Bo wnioskodawcy kupili kije golfowe! Sauny! Jachty! Zwykli ludzie z tego nie korzystają, podobnie jak nie jedzą ośmiorniczek, to tylko elity, zdeprawowane i złodziejskie, tak robią. Do tego ośmiorniczki, golf i jachty budzą niejasne skojarzenia z mafią. Trzeba powołać komisję śledczą! Na pohybel!

Tymczasem

  • Sektor HoReCa wpisał do KPO PiS, za PiS także ustalono zasady przyznawania środków
  • Wśród oceniających wnioski na poziomie lokalnym było wiele osób wskazanych przez PiSowskie samorządy, w tym mąż Beaty Szydło. Radny PiS z Ostrowi Mazowieckiej, prowadzący firmę zajmującą się pozyskiwaniem dofinansowania z UE, pisał sporo wniosków o zakup „jachtów”
  • Kije golfowe kupiła wypożyczalnia sprzętu sportowego, saunę chce zainstalować ośrodek wypoczynkowy – a co mieli kupić, tomograf? – a rzekome „jachty” to łodzie, motorowe lub żaglowe, na wynajem dla turystów na Mazurach; podobnie rzecz się ma z innymi „skandalicznymi” zakupami z tego programu
  • Ale najważniejsza jest skala. Wsparcie dla sektora HoReCa to 0,5% procenta całości KPO. Nie ma możliwości, aby na HoReCa wydano środki spoza tej puli. PiS robi larum o to, że wydając 100 zł, być może nieprawidłowo wydano 50 gr.
  • Całość środków KPO to ok. 240 mld zł. 0,5% z tego to 1 mld 200 mln zł. To dużo. Ale fatycznie dotąd wydano z tej puli 10%, czyli 120 mln. Mówimy więc o potencjalnie źle wydanych 5 gr ze 100 zł. Zgroza, zgroza!

Nawiasem mówiąc, 120 mln to akurat tyle, ile ksiądz od salcesonu bezprawnie dostał od Ziobry.

Obecną sytuację od afer z czasów PiS odróżnia także sposób jej rozwiązywania. Rząd nie udaje, że nic się nie stało, ba, domniemane nieprawidłowości zostały wykryte jedynie dzięki temu, że to rząd opublikował wszystkie dane. PiS tymczasem zawsze szedł w zaparte, udawał, że wszystko było w porządku, a krytyka była wyłącznie polityczna, nie merytoryczna. Teraz ruszają kontrole, na których najbardziej zresztą ucierpią przedsiębiorcy, których wnioski są uczciwe. Ucierpią, bo wypłaty dla nich zostaną wstrzymane na długie tygodnie. Ale oczywiście, jakieś błędy, wnioski naciągane, może wręcz przekręty się znajdą. Byłoby wręcz statystycznie nieprawdopodobne, gdyby się nie znalazły.

No i jest prawdą, że bliscy krewni posłów i działaczy Koalicji 15 Października nie powinni byli składać wniosków, nawet jeśli były one w pełni uzasadnione. Nie powinni byli i już. Ze względu na wizerunek całej koalicji. Oczywiście za PiSu krewni PiSowskich posłów hurmem składali wnioski w uruchamianych wówczas projektach i było to jak najbardziej w porządku :-/

Żadnej „afery KPO” więc nie ma, jednak rząd przegrywa, i to boleśnie, na jednym polu: komunikacji, tak zewnętrznej, jak i wewnętrznej. PiS w zasadzie nie potrafi nic, tylko kraść, ale PR i odpowiedzialny za nie aparat analityczny mają znakomity. Obecna koalicja może i umie coś tam, coś tam, ale PR u nich leży. Na dnie, pod metrem mułu. Rząd pozwolił sobie narzucić narrację i dość niezbornie, a przede wszystkim z dużym opóźnieniem na nią odpowiada. Rzecznik rządu jest, a przez pierwsze dni jakoby go nie było. Ministra na urlopie. Poszczególni ministrowie i wiceministrowie mówią rzeczy, jakie im przyjdą do głowy, ale nie bardzo widać w tym jakąś przemyślaną strategię, jakąś kontr-narrację. A PiS swoją kłamliwą narracją wali w koalicję, jak w bęben.

No i jest jeszcze komunikacja wewnętrzna. Donald Tusk zapewne zostawił ministrze Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz dużo swobody w zarządzaniu tym programem, czego ona zazdrośnie strzeże. No i fajnie. Ale Pełczyńska-Nałęcz musiała już dwa tygodnie temu wiedzieć, że jest jakiś problem, a przynajmniej potencjalny problem, skoro zwolniła prezeskę PARP, która obsługiwała wnioski HoReCa. I co, nie poinformowała o tym ani Tuska, ani Szłapki, żeby zawczasu przygotować się na zarzuty stawiane przez PiS?! Lub też poinformowała, ale centrala tego nie ogarnęła? Koalicja demokratyczna chyba wciąż naiwnie wyobraża sobie, że prawda sama się obroni. Wolne żarty. Na dodatek teraz Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i zwolniona prezeska PARP w mediach społecznościowych zwalają winę jedna na drugą. To jest zupełnie nieprofesjonalne.

*HoReCa – Hotel, Restaurant, Catering, branże, które szczególnie mocno ucierpiały na skutek pandemicznego lockdownu.

6 sierpnia

6 sierpnia 2025 mógł być pięknym dniem w historii Polski, ale nie jest, gdyż prezydentem właśnie zostaje kibol, oszust, lichwiarz, domniemany sutener, w dorosłym życiu na potęgę sprzeniewierzający publiczne pieniądze, dumny ze swoich znajomości z gangsterami. Taką przebodli nas ojczyzną, chciałoby się powiedzieć, tak zdecydowali wyborcy. Podobno tak zdecydowali: nie ma pewności, ale jak już wiele razy pisałem, jest bardzo prawdopodobne, że taki właśnie był wynik wyborów.

Po Karolu Nawrockim, z jego dotychczasową drogą życiową, nie spodziewam się niczego dobrego. Będzie źle. Nie wiem, czy tylko źle, czy bardzo źle, czy wręcz koszmarnie źle – myślę, mam nadzieję, że jednak nie koszmarnie. Ale nic mnie tu nie zaskoczy. Spodziewam się jednak, że Nawrocki kopnie Jarosława Kaczyńskiego w zad, że ten się nogami nakryje. Nie od razu. Może za rok, gdy już okrzepnie na urzędzie. To oczywiście nie będzie oznaczać niczego dobrego dla Polski, ale każda porażka Kaczyńskiego to będzie miód na moje serce. Nadal będzie fatalnie, ale to nie Kaczyński będzie decydował o dalszych losach naszego kraju.

Pewną pociechę czerpię także z faktu, że z urzędu prezydenta odchodzi dr Andrzej Duda. Człowiek tak pozbawiony charyzmy, jakichkolwiek zdolności przywódczych, wyobraźni, autorytetu, żenujący, wręcz groteskowy, przez lata pokornie znoszący upokorzenia ze strony Jarosława Kaczyńskiego, podważający międzynarodową pozycję Polski, destruktor praworządności. Niektórzy go bronią, że Ukraina, że dwukrotnie zawetowane lex Czarnek, że nie pozwolił zniszczyć TVNu. Cóż, w sprawie Ukrainy, gdzie zresztą też bywał chwiejny, zachował po prostu minimum przyzwoitości, lex Czarnek kazała mu zawetować żona, a obronić TVN Amerykanie. Ubrdał sobie, że ma kompetencje monarsze, że jeśli on coś postanowi, to tak jest, choćby prawo stanowiło inaczej, bo on jest jak król. Aż dziw, że nie zabrał się za leczenie skrofułów.

Może po prostu nie wiedział, że może.

Ale ja mu nie życzę źle. Spodziewam się, że obejmie go miłosierdzie zapomnienia. Najdalej za kilka miesięcy ludzie będą jedynie mgliście wspominać, że był jakiś Adrian Duda.

Żyję w kraju

Znajomy zawodowo zajmujący się badaniem migracji skomentował na fb mój poprzedni post. I dzięki temu komentarzowi coś nowego zrozumiałem – mianowicie, dlaczego ten wspominany przeze mnie nudny wiceminister z naciskiem podkreślał, że Niemcy powinni wpierw objąć procedurą readmisji wszystkich nielegalnych imigrantów odsyłanych do Polski.

Znajomy napisał tak:

Niemcy ostatnio nieco zmienili strategię i robią nasze „puszbaki” – nielegalni imigranci nie są przekazywani w ramach readmisji, ale zawracani przy przekraczaniu granicy. Przy czym granica to 30-km pas od granicy. I nie ma żadnych dowodów że tak było… W zeszłym roku zawrócono tak 9 tysięcy, teraz po pół roku jest już 10 tysięcy.

9 tysięcy w zeszłym roku to szacunkowa liczba, którą podawałem poprzednio. Skąd znajomy wziął te 10 tysięcy w pół roku, nie wiem, ale nie przypuszczam, żeby to zmyślił by mnie wprowadzić w błąd.

A, ja, naiwny, myślałem, że te 9 tysięcy to osoby, którym faktycznie niemieccy pogranicznicy odmówili prawa przekroczenia granicy – jest oczywiste, że ludzie tacy po prostu zostają po polskiej stronie. Ale jeśli kogoś zatrzymują już po stronie niemieckiej, w pasie do 30 km od granicy, to Polska oczekuje, że ten ktoś przejdzie procedurę readmisji, co jest zrozumiałe. Równie zrozumiałe jest jednak, że Niemcy tego nie chcą, bo wtedy zapewne okazałoby się, że jakiejś części nie da odesłać do Polski. Tym bardziej, że odkąd Tusk odebrał prawo do składania wniosków azylowych osobom przekraczającym granicę białoruską, Polska będzie twierdzić, że nie musi przyjąć tych osób zgodnie z konwencją dublińską. A poza tym procedura readmisji jest stosunkowo długa i kosztowna. Prościej jest wsadzić tych ludzi do autobusu i wywieźć na polską stronę twierdząc, że oni przecież przybyli z Polski, no bo skąd?

Jeśli niemiecki rząd nie będzie sprawnie odsyłał do Polski migrantów, którzy nielegalnie z Polski przybyli, to antyimigrancka, neofaszystowska AfD, już silna we wschodnich landach, będzie jeszcze bardziej rosnąć w siłę, co zaszkodzi i Niemcom, i Polsce, i Unii Europejskiej.

To rzuca nowe światło na decyzję o przywróceniu polskich kontroli na granicy z Niemcami. Jeśli bowiem niemiecka policja przywiezie autobus randomowych migrantów, polska Straż Graniczna zapyta: a czy ci ludzie są objęci procedurą readmisji? Nie? A czy wobec tego mają wizy uprawniające do wjazdu na teren Polski? Też nie? No to ci państwo do Polski teraz nie mogą wjechać, muszą na razie zostać na terenie Niemiec. Jeśli chcecie się ich pozbyć, to tylko w formalnej procedurze readmisji. Wtedy, rzecz jasna, ich przyjmiemy.

Ormowcy Bąkiewicza by sobie z taką sytuacją nie poradzili, mogli by co najwyżej spróbować pobić tych migrantów, co by pewnie prawackim bojówkarzom dostarczyło trochę zdrowej rozrywki, ale pół-legalnych readmisji by nie powstrzymało. No i pobicie kogoś jest przestępstwem. A zatrzymywanie i przeszukiwanie prywatnych samochodów jest nielegalne i zupełnie niecelowe, dlatego – powtarzam – polska policja powinna te bojówki stanowczo rozpędzić.

Zdaje się, że stosunki polsko-niemieckie w kwestii uchodźców upodobniają się do stosunków francusko-włoskich. Te kraje od lat, choć ze zmiennym natężeniem, toczą głębokie spory o nielegalnych imigrantów, którzy dotarli morzem do Włoch, ale chcą pojechać dalej, do Francji, Holandii, UK, a Francja ich nie chce wpuścić na swoje terytorium. Czasami sytuacja mocno się zaognia i oba rządy wymieniają ostre oświadczenia.

Mój znajomy kończy:

[Mówiąc] po chłopsku: chodzi o przerzucanie gorącego kartofla. Albo w tym wypadku: gorącego manioku/cassavy. Smutne, jak ludzi traktuje się przedmiotowo.

Wiele razy pisałem, że aby zamknąć, a przynajmniej znacznie ograniczyć szlak białoruski, należy dołożyć wszelkich starań, aby osoby, które nielegalnie przekroczyły polsko-białoruską granicę, nie mogły dostać się na Zachód. Póki taka możliwość będzie dość łatwa, póty będą zainteresowani. Jeśli zachodnia granica Polski stanie się (prawie) nieprzepuszczalna, chętnych do skorzystania ze szlaku białoruskiego mocno ubędzie. Z tego punktu widzenia tak niemieckie pół-legalne readmisje, jak i przywrócenie polskich kontroli granicznych, mogą być korzystne. Najważniejsze jest jednak, że wbrew kłamliwej prawackiej propagandzie, Niemcy nie chcą pozbyć się części „swoich” nielegalnych imigrantów, którzy jakoś się do Niemiec dostali innymi drogami, tylko odsyłają do Polski tych, którzy wjechali do Polski i dopiero z Polski do Niemiec.

Decyzja o przywróceniu polskich kontroli granicznych uwiarygadnia kłamliwą, prawacką histerię antyimigrancką i to jest bardzo głupie i szkodliwe. Z drugiej strony, przez zmuszenie – mam nadzieję – Niemiec do przeprowadzania prawidłowej procedury readmisji właśnie zadaje kłam prawackim oskarżeniom, że Niemcy odsyłają do Polski imigrantów, którzy wcale przez Polskę nie przeszli. Jest mi jednak dosyć przykro, że mój (mój?) rząd nie miał odwagi, aby to wytłumaczyć: że Bąkiewicz robi to wszystko dla politycznej hucpy, że Niemcy, odsyłając do Polski migrantów, też nie są do końca fair, że muszą uważać na notowania AfD, że polski rząd twierdzi, że problem migrantów odsyłanych do Polski poza oficjalnymi procedurami jest marginalny, choć najwyraźniej nie jest. Żyję w kraju, w którym…

Granica

PiS, Konfederacja i okolice zorientowali się, że straszenie migrantami bardzo się politycznie opłaca. Teraz straszą nie migrantami z Białorusi, ale migrantami rzekomo masowo wysyłanymi do Polski z Niemiec.

Prawackie media już dawniej pokazywały obcokrajowców legalnie przebywających w Polsce – za Obajtka jeden Orlen sprowadzał ich tysiącami, a wiz rozdanych przez Wawrzyka były setki tysięcy – mówiąc, że to nielegalni imigranci. Ostatnio w Gorzowie Wielkopolskim lokalny PiS straszył „Migranci już w Gorzowie!”, pokazując na filmie członków zespołu muzycznego z Senegalu, którzy całkiem legalnie, na zaproszenie, przyjechali do Gorzowa, by wziąć udział w festiwalu muzycznym. Ale największą podłością popisał się ostatnio europoseł PiS, Dominik „Jenot” Tarczyński, publikując zdjęcia dwu nagich Etiopczyków znalezionych w Lubinie i zapowiadając „wielką deportację”. W rzeczywistości były to ofiary handlu ludźmi.

PiS, Konfa i prawackie media, kłamliwie i cynicznie, tworzą atmosferę zagrożenia. Na tej fali Robert Bąkiewicz, za pieniądze, które otrzymał podczas rządów PiSu, przy medialnym wsparciu wszystkich prawackich mediów i politycznym wsparciu posłów Konfederacji i PiS, zorganizował bojówki, grupy „patriotów”, które „pilnują” granicy, to znaczy usiłują zatrzymywać i przeszukiwać samochody wjeżdżające do Polski z Niemiec, czy tam się jakiś migrant nie ukrywa.

Gdzie jest policja?! Gdy samozwańczy „szeryfowie” (ang. vigilantes) biorą sprawy w swoje ręce, na ogół nie zapowiada to niczego dobrego. Bezkarne bojówki rozzuchwalają się i państwu i jego legalnym służbom z każdą chwilą jest trudniej opanować sytuację. Zatrzymywanie i przeszukiwanie samochodów przez nieuprawnione osoby, zastraszanie osób postronnych, jest niedopuszczalne. Na każde przejście, na którym są „patrioci”, powinna zostać wysłana policja lub Straż Graniczna, a każda próba utrudnienia przejazdu powinna być natychmiast udaremniana. „Patriotów” trzeba spisywać, co bardziej agresywnych zatrzymywać, a gdyby się stawiali, użyć środków przymusu bezpośredniego, jak to się ładnie nazywa.

A co robi rząd? Po pierwsze, zapowiada przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej, co brzmi tak, jakby tam naprawdę płynął duży strumień migrantów i było kogo powstrzymywać. Czyli, cóż, wygląda, jakby to PiS, Konfederacja i Bąkiewicz mieli rację – a przecież to bzdura, którą Tusk swoją decyzją o przywróceniu kontroli jedynie uprawdopodabnia.

Trudno mi sobie wyobrazić nielegalnych migrantów-idiotów, którzy łamiąc prawo, chcieliby się przedostać z bogatych i względnie tolerancyjnych Niemiec, gdzie już żyje duża społeczność imigrancka, do biedniejszej i nietolerancyjnej Polski, gdzie, poza największymi miastami, nie-biali mocno kłują w oczy.

No, chyba że chodzi o readmisję, czyli przekazywanie Polsce osób, które nielegalnie dostały się do Niemiec, a można udowodnić, że przedtem przebywały w Polsce.

Po drugie więc rząd, ustami nawet nie rzecznika – a przecież ponoć już mamy rzecznika rządu! – ale jakiegoś wiceministra, nudno tłumaczy, że liczba readmisji w stosunku do lat poprzednich spadła, jest to kilkaset osób rocznie, a w dodatku blisko połowa z nich to Ukraińcy, którzy mając prawo do pobytu (i pracy, i pomocy społecznej) w Polsce, ale nie w Niemczech, próbowali się tam dostać. Tyle, że nikt tego nie usłyszał. Rząd, rzecznik rządu, powinien to powtarzać bez przerwy. Prawda się sama nie obroni.

Do tego, niestety, dochodzi mniej więcej stała, ale ciemna liczba osób, których Niemcy do siebie z Polski nie wpuścili. Zostali po polskiej stronie granicy i nie są objęci procedurą readmisji, gdyż nigdy nie znaleźli się w Niemczech. Szacuje się, że może chodzić o ~9000 osób rocznie. Liczba jest ciemna, bo nie wiadomo, czy te same osoby nie są liczone kilkakrotnie: nie uda się raz, to próbują drugi i trzeci na innych przejściach granicznych. Jakiejś części z nich zapewne w końcu udaje się dostać do Niemiec, ale reszta zostaje w Polsce, bez środków do życia, bez żadnej pomocy ze strony państwa polskiego, a nawet NGOsów; ba, państwo polskie wręcz nie wie o ich istnieniu, bo przecież oni dostali się do Polski nielegalnie (co stanowi przyczynek do dyskusji o szczelności płotu granicznego). Ponoć zaczyna to być problemem społecznym, tyle że nie w okolicach granicy białoruskiej, ale w miastach zachodniej Polski. Jakby się na to nie patrzeć, to nie są nielegalni migranci, których Niemcy chcą wypchnąć od siebie do Polski. To są ludzie, którzy nielegalnie znaleźli się w Polsce zanim spróbowali się dostać do Niemiec.

Przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej może spowodować, że Polska ich oficjalnie zauważy.

Rekapitulując, Niemcy masowo nie wysyłają swoich nielegalnych imigrantów do Polski. Jest to kłamliwa narracja prawicy. Polski rząd, wprowadzając kontrole na granicy polsko-niemieckiej, niestety, uwiarygadnia tę narrację. Policja powinna z całą surowością rozpędzać „patriotów”, którzy twierdzą, że „pilnują” zachodniej granicy.

Czego się boicie?

Uczciwi nie muszą się niczego obawiać, powtarzał PiS, uchwalając w przyspieszonym tempie swoje ustawy wymierzone w przeciwników, często niekonstytucyjne. Dziś ja powiem przywódcom PiSu: uczciwi nie muszą się niczego obawiać, więc zgódźcie się na powtórne przeliczenie głosów w wyborach prezydenckich.

Ja nadal sądzę, że, jakkolwiek wydawałoby mi się to bolesne, II turę wygrał Nawrocki, choć z mniejszą przewagą, niż to pierwotnie ogłoszono, a powtórne przeliczenie głosów jedynie to potwierdzi. Tym bardziej, że powtórne przeliczenie może pokazać, że ileś tysięcy głosów oddanych na Trzaskowskiego przypisano Nawrockiemu, ale nie wykaże ani głosów sfałszowanych jako nieważne (członek komisji dopisał drugi krzyżyk aby unieważnić głos na Trzaskowskiego), ani głosów nieoddanych dzięki oszukańczej „aplikacji Mateckiego”, ani tym bardziej głosów na Nawrockiego wyłudzonych przy użyciu tej aplikacji. Jeśli nie dojdzie do powtórnego przeliczenia głosów, prawidłowość wyboru Nawrockiego będzie nieustannie kwestionowana, ze szkodą dla niego samego i dla Polski. A jeśli ponowne przeliczenie potwierdzi oficjalny wynik, nawet jeśli przewaga będzie mniejsza, mandat Nawrockiego tylko się wzmocni. Czego więc się boicie?

A, prawda, zapomniałem. Polską wy się zupełnie nie przejmujecie, gdyż nie jesteście patriotami. Ja już dawno temu pisałem, że

Popełniamy błąd zakładając, że PiS chce dobra Polski. W rzeczywistości PiS ma dobro Polski w d… Celem PiSu, jako formacji, jest utrzymanie władzy nad Polską.

Ponowne przeliczenie wszystkich głosów mogłaby nakazać neo-Izba SN. Prezes Manowska mogłaby wyłączyć wszystkich neo-sędziów z neo-Izby i powołać prawidłowy skład SN do orzeczenia ważności wyborów. Wreszcie Andrzej Duda mógłby wycofać swoje weto i podpisać „ustawę incydentalną”, odsuwającą neo-Izbę. Żadne z nich tego nie zrobi. Nie po to PiS powołał neo-Izbę i prezes Manowską, by oni teraz postępowali wbrew jasno wyrażonej woli Jarosława Kaczyńskiego. Żałosnemu Andrzejowi Dudzie chodzi natomiast o swój „monarszy” prestiż, że mianowicie jeśli on kogoś powołał na urząd sędziego, to ta osoba tym samym staje się prawidłowo powołanym i bezstronnym sędzią.

Technicznie rzecz biorąc ponowne przeliczenie głosów, a raczej przejrzenie kart do głosowania, może też zarządzić prokuratura, w celu poszukiwania dowodów na ewentualne przestępstwa przeciwko wyborom. Tyle, że ustalenia prokuratury, formalnie nie mają wpływu na orzeczenie ważności wyborów. Nawet gdyby, dla przykładu, prokuratura stwierdziła, że 200 tysięcy głosów nieprawidłowo przypisano Nawrockiemu (choć taka skala nie wydaje mi się bardzo prawdopodobna), mimo iż powinny były przypaść Trzaskowskiemu, neo-Izba może orzec, że wybory były ważne i wygrał je Nawrocki.

Z wolna rysuje się więc taki scenariusz:

1. Neo-Izba nie zarządza ponownego przeliczenia głosów i orzeka, iż wybory były ważne, a wygrał je Nawrocki.
2. Być może prokuratura zarządza „przejrzenie kart do głosowania” – nie wszystkich, ale w tych komisjach, których dotyczyły dobrze uzasadnione protesty wyborcze.
3. Marszałek Hołownia stwierdza, zgodnie z prawem, że neo-Izba nie jest Sądem Najwyższym i – zwłaszcza, jeśli w wyniku działań prokuratury okaże się, że nieprawidłowości były znaczne – odmawia zwołania Zgromadzenia Narodowego i zaprzysiężenia Nawrockiego. Po zakończeniu kadencji Dudy, funkcję głowy państwa obejmuje Hołownia, podpisuje „ustawę incydentalną” i rozpisuje nowe wybory, a wtedy, niech się dzieje wola Nieba.
4. W tak powtórzonych wyborach Trzaskowski może wygra, może przegra (niestety, obstawiałbym to drugie), ale przede wszystkim wybuchnie anarchia, bardzo szkodliwa dla państwa.

Nie jestem pewien, czy Szymon Hołownia sprosta takiemu zadaniu, bo PiS się z unieważnieniem wyborów nie pogodzi, zdestabilizuje państwo (przypominam, że oni nie są patriotami), a w dodatku jeśli PiS w 2027 wróci do władzy, na pewno będzie chciał postawić Hołownię przed Trybunałem Stanu.

Na koniec, refleksja osobista. Poczułem, że z liczeniem głosów coś może być nie tak słuchając przemówienia Nawrockiego po ogłoszeniu exit polls, gdy przez moment mogło się wydawać, że wygrał Trzaskowski. Otóż Nawrocki powiedział

tej nocy wygramy.

Nie „poczekajcie na wyniki z komisji, a zobaczycie, że wygraliśmy”, tylko że głosowanie już się zakończyło, a my je teraz, w trakcie liczenia, wygramy. Jakby coś wiedział. Hm.

PiS, Platforma i granica białoruska

Pewien znajomy matematyk, w ramach powyborczych rozliczeń, twierdzi, że Platforma w sprawie granicy białoruskiej wypada po prostu trochę gorzej niż PiS. Naprawdę?

Łukaszenka, w porozumieniu z Putinem, zaczął traktować migrantów jako broń w celu zdestabilizowania Polski i całego Zachodu. W tym celu specjalnie sprowadza kandydatów na migrantów, mamiąc ich perspektywą łatwego przedostania się na teren UE.

Co zrobił PiS? Postawił płot za 1.5 mld, bez przetargu, więc kto miał zarobić, ten zarobił, ale za to dziurawy. Nieskuteczny, o czym świadczą dane niemieckie, wedle których do Niemiec z terenu Polski przechodziło miesięcznie ~4000 nielegalnych migrantów (zapewne jakaś część z nich przeszła z Białorusi nie do Polski, ale do Litwy, a dalej to już Unia). Ale PiS wręcz chełpił się liczbą „udaremnionych prób nielegalnego przekroczenia granicy” i szykanami wobec organizacji humanitarnych, starającym się nieść pomoc migrantom. PiS zawsze dużo więcej mówi, niż robi. Lecz pushbacki były nieskuteczne, o czym wiele razy pisałem: ludzi zawracano raz, drugi, piąty, ale w końcu im się udawało i stąd te 4000. Nie mam dowodów, ale jestem przekonany, że skuteczne „nielegalne przekroczenia granicy” były możliwe w mechanizmie korupcyjnym, tylko nie wiem, na jakim szczeblu. Jeśli to prawda, pushbacki były środkiem przeciwko klientom, którzy nie chcieli płacić.

A po co PiS do ochrony granicy przed nielegalnymi migrantami wysłał w pełni wyposażone dwie brygady zmechanizowane, zupełnie jak Orban do ochrony granicy Węgier z Zakarpaciem po wybuchu wojny, wie jeden mec. Giertych, ale nikt mu nie uwierzył. Błaszczak i reszta uwielbiali się fotografować na tle płotu, Kamiński i Wąsik próbowali zochydzić imigrantów za pomocą materiałów zoofilskich, za to funkcjonariuszom i żołnierzom pilnującym granicy brakowało elementarnego wyposażenia.

Za Platformy płot uszczelniono i wprowadzono nadzór elektroniczny, ale pojawiły akty agresji ze strony migrantów, a zapewne raczej wmieszanych w nich kryminalistów i białoruskich agentów. I liczba „nielegalnych prób”, i liczba pushbacków spadła, choć nie do zera, o czym świadczy wciąż niezerowy strumień migrantów z Polski do Niemiec. Zapewne cena, jaką przemytnikom ludzi muszą zapłacić nieszczęśnicy, którzy utknęli w Białorusi, wzrosła.

Tak naprawdę kontrowersyjna jest jedynie sprawa azylu. Pominę tu fakt, że prawo do azylu powstało w innych czasach i dla ochrony innych osób, więc dziś jest w swojej formie anachroniczne, lecz zgodnie z konwencjami międzynarodowymi obowiązuje. Koniecznie muszę jednak podkreślić, że olbrzymia większość nielegalnych migrantów ani przez chwilę nie planowała pozostać w Polsce, a wniosek azylowy był dla nich deską ratunku na wypadek złapania przez polskie służby lub gdy po kolejnych pushbackach znaleźli się w bardzo złym stanie zdrowia.

No więc za PiSu, owszem, wnioski azylowe teoretycznie można było składać, ale strona polska ich nie przyjmowała. Pogranicznicy i żołnierze pilnujący granicy ich „nie słyszeli”, „nie widzieli” lub „nie rozumieli”. Za PiSu zabierano nawet migrantów z ośrodków, do których się przy pomocy organizacji humanitarnych dostali, w tym chorych i dzieci, i wywożono ich do Białorusi. Za PiSu Polska wobec napływu nielegalnych migrantów z Białorusi była jednocześnie nieskuteczna, okrutna i pełna hipokryzji. Platforma zawiesiła prawo do składania wniosków azylowych na granicy z Białorusią, poza grupami „wrażliwymi” (chorzy, kobiety w ciąży, dzieci), więc Polska przynajmniej stała się mniej obłudna. Jednocześnie, ponieważ po uszczelnieniu płotu spadła liczba „nielegalnych prób” i pushbacków, także okrucieństwo wobec migrantów zmalało.

Jeśli chodzi o same wnioski azylowe, to chyba już o tym pisałem: Wniosek azylowy jest formą udania się pod opiekę państwa polskiego. Jeśli ktoś chce to zrobić, powinien to zrobić legalnie, to znaczy na oficjalnym przejściu granicznym i taka możliwość powinna zostać utrzymana. Jeśli ktoś jednak chce się dostać do Polski nielegalnie, poza przejściami granicznymi, starannie unikając kontaktu z polskimi służbami, to znaczy, że tak naprawdę nie chce opieki ze strony Polski, więc prawo do złożenia wniosku azylowego w przypadku niepowodzenia nie powinno im przysługiwać.

A ponieważ część „nielegalnych prób” jednak jest skuteczna, ludzie, którzy się do Polski dostali, powinni być zatrzymywani i osadzani w ośrodkach dla imigrantów, po czym powinna zostać podjęta próba ich deportacji. No, chyba że zdecydują się pozostać w Polsce – dotyczy to zwłaszcza rodzin z małymi dziećmi. Należy jednak ze wszech miar zadbać o to, aby nie mogli przedostać się na Zachód. Moim zdaniem tylko to, nie pushbacki, mogłoby sprawić, że kanał przerzutowy z Białorusi przez Polskę na Zachód stanie się mniej drożny. Bo póki będzie drożny, póty znajdą się chętni do skorzystania.

Wątpliwości i prawdziwa pułapka

Wybór Karola Nawrockiego na prezydenta odebrałem jako policzek. Taki typ odpowiada większości moich współobywateli?! To jest nie tylko katastrofa polityczna, ale wręcz moralna. Jakoś próbuję się z tą myślą oswoić i zrozumieć, dlaczego tak się stało, patrz mój poprzedni wpis, ale nie jest mi łatwo.

Ale czy na pewno typ odpowiada większości wyborców? Pojawiają się liczne doniesienia o cudach nad urną – w komisjach, w których w I turze wygrywał Trzaskowski, w II wygrał Nawrocki i to nie tylko przejmując wszystkie głosy pozostałych kandydatów, ale też część głosów Trzaskowskiego. Kilkoro przewodniczących przyznało, że omyłkowo w protokołach przypisali głosy na Trzaskowskiego Nawrockiemu i na odwrót, ciekawa rzecz, zawsze tam, gdzie w rzeczywistości to Trzaskowski wygrał. Bardzo znacznie wzrosła liczba głosów nieważnych, z dwoma krzyżykami; jeśli to członek komisji, popełniając tym samym przestępstwo, dopisał krzyżyk drugiemu kandydatowi, unieważnił tym samym prawidłowo oddany głos na tego pierwszego. Wreszcie dziwna i nielegalna z punktu widzenia Kodeksu Wyborczego aplikacja miała służyć członkom komisji do uniemożliwiania oddania głosów osobom z zaświadczeniem o prawie do głosowania, ba, ponieważ te zaświadczenia im odbierano, ale karty do głosowania nie wydawano, taki członek komisji mógł potem zagłosować, jak chciał, podszywając się pod oszukanego wyborcę.

Banieczka szacuje, ile głosów mógł w ten sposób Trzaskowski stracić, a Nawrocki oszukańczo zyskać. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy? To oburzające, ale nie wpłynie na ostateczny wynik wyborów. Oczywiście jeśli zarzuty się potwierdzą a sprawcy zostaną wykryci, należy ich bardzo dotkliwie ukarać. Nie po to, aby odwrócić wynik, ale po to, żeby na przyszłość jeden z drugim wiedział, że fałszerstwa wyborcze to bardzo poważne przestępstwo.

Pojawiają się jednak głosy, że fałszerstw mogło być tak dużo, że wpłynęły na wynik wyborów – przecież było „na żyletki”, Nawrocki wygrał z Trzaskowskim ledwie o 370 tysięcy głosów. Część przeciwników Nawrockiego coraz głośniej domaga się ponownego przeliczenia głosów, dziwiąc się przy tym, że i rząd, i główne media antypisowskie mówią, że wszystko wskazuje na to, że wynik wyborów, rozumiany nie w sensie liczby głosów na tego i tamtego kandydata, ale jako binarny wybór Nawrocki vs Trzaskowski, został ustalony prawidłowo. I ja się z tym zgadzam. Jeśli na światło dzienne nie wypłyną jakieś masowe, nie budzące wątpliwości fałszerstwa, wyraźnie ponad to, co już teraz wiemy, muszę się zgodzić, że wybory, jakkolwiek byłoby to przykre, wygrał Karol Nawrocki.

Ostatecznie o ponownym przeliczeniu głosów, a nawet o unieważnieniu wyborów, zdecydować musi Sąd Najwyższy. Jeśli neo-Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych orzeknie ważność wyborów, marszałek Hołownia może stwierdzić, że ta neo-Izba nie jest Sądem Najwyższym i czekać na orzeczenie prawdziwego SN, którego się nie doczeka. Hołownia może wówczas nie zwołać Zgromadzenia Narodowego w celu zaprzysiężenia Nawrockiego, a gdy kadencja Dudy 6 sierpnia zakończy się, objąć funkcję głowy państwa i rozpisać nowe wybory. Tylko że to spowoduje całkowitą anarchię, bo znaczna część naszych współobywateli powie, że wybory zostały im ukradzione. Nie będą uznawać decyzji Hołowni jako głowy państwa, nie uznają wyboru nowego prezydenta, jeśli nie będzie to Nawrocki – a nie wiadomo, czy on do ponownych wyborów stanie. Zapewne nie, bo przyznanie, że Hołownia mógł legalnie rozpisać nowe wybory będzie oznaczało, że mógł nie uznać orzeczenia neo-Izby, a to by kwestionowało cały sens PiSowskiej „reformy wymiaru sprawiedliwości”. A jeśli Nawrocki, choć to wątpliwe, do tak powtórzonych wyborów by stanął, to Trzaskowski przegra jeszcze bardziej dotkliwie, bo ludzie się wkurzą, że Platforma nie umie przyznać się do porażki.

[Edit 1 lipca] Nie, Hołownia nie będzie mógł rozpisać nowych wyborów, bo nie będzie orzeczenia o nieważności tych, które się odbyły. Hołownia będzie mógł jedynie wycofać weto Dudy i podpisać ustawę incydentalną, tak, aby orzeczeniem o ważności wyborów mógł się zająć prawidłowy skład SN. Hołownia będzie jeszcze mógł mianować Bilewicza profesorem, a Klicha i Schnepfa ambasadorami. Więcej nie da rady. Ale do wybuchu anarchii dojdzie tak czy siak.

Słowem, zapanuje chaos. Część obywateli będzie uznawać za głowę państwa Nawrockiego, część kogoś innego. Może nawet dojść do jakichś gwałtownych demonstracji i protestów. Bardzo małą pociechą będzie konstatacja, że winę za to ponosi Duda, który zawetował ustawę incydentalną, odbierającą neo-Izbie prawo do orzekania o ważności wyborów.

Najbardziej z anarchii w Polsce cieszyć będzie się Rosja.

Powiem wprost: Prezydent o bardzo nieciekawej przeszłości, podejrzanych powiązaniach, ze znikomymi kompetencjami, realizujący mściwy plan Jarosława Kaczyńskiego, ale powszechnie uznawany za wybranego prawidłowo, choć jego rzeczywista przewaga była zapewne mniejsza, niż to oficjalnie ogłoszono, jest tysiąc razy lepszy dla Polski niż stan, w którym mamy prezydenta i antyprezydenta, obaj są kontestowani przez bardzo duże grupy wyborców, nie ma powszechnej zgody, który z nich jest prawomocny i władny do podejmowania decyzji wiążących dla państwa. Dla dobra państwa lepiej zgodzić się na złego prezydenta, nawet niezbyt prawidłowo wybranego, niż zafundować Polsce prawny chaos, przy którym obecne zamieszanie z neosędziami to byłaby kaszka z mlekiem.

Ale prawdziwą pułapką zastawioną na Koalicję 15 października byłoby, gdyby neo-Izba nie uznała ważności wyborów. Bo wtedy jest klops. Jeśli sejmowa większość zgodzi się z tym orzeczeniem, de facto uzna tę neo-Izbę, a więc i jej poprzednie orzeczenia, w tym to nakazujące wypłacenie dotacji PiSowi, a tak naprawdę uzna wszystkich neo-sędziów. Problem czyszczenia sądownictwa z PiSowskich szkodników zniknie, umrze śmiercią tragiczną, no, ale pojawi się szansa odwrócenia wstydliwych – i zapowiadających bardzo przykre skutki – wyników II tury. Ale z anarchią w bonusie.

Jeśli sejmowa większość orzeczenia neo-Izby o nieważności wyborów nie uzna, to zachodzą dwie możliwości. Po pierwsze, może stwierdzić, że wybory prezydenckie są objęte domniemaniem ważności (co jest wątpliwe, sytuacja z wyborami prezydenckimi jest inna, niż z parlamentarnymi), więc marszałek Hołownia zwoła Zgromadzenie Narodowe i zaprzysięże Nawrockiego. Nawrockiego! Wtedy PiS będzie miał problem, czy protestować przeciwko zignorowaniu neo-Izby, czy cieszyć się z Nawrockiego. Po drugie, podobnie jak wyżej, Hołownia może stwierdzić, że neo-Izba nie jest sądem, więc będzie czekał, aż o ważności wyborów orzeknie Sąd Najwyższy, który tego nie zrobi. A dalej jak poprzednio, Hołownia obejmie urząd głowy państwa i rozpisze nowe wybory, a w kraju zapanuje anarchia.

Spodziewam się, że neo-Izba uzna ważność wyboru Nawrockiego, Hołownia stwierdzi, że choć neo-Izba nie jest Sądem Najwyższym, wybory objęte są domniemaniem ważności, a SN ważności wyborów nie zakwestionował. Marszałek Sejmu zwoła Zgromadzenie Narodowe i Nawrocki zostanie zaprzysiężony. Mimo całej obrzydliwości prezydenta-elekta i wątpliwości wobec prawidłowego zliczenia głosów, stanie się tak dla dobra Polski. Ale gdybym był neo-Izbą i naprawdę chciał zaszkodzić obecnej koalicji rządzącej, a przy okazji zadbać o własne interesy, to chyba bym wyników II tury nie uznał.

Pomyliłem się

Do końca miałem nadzieję, że Rafał Trzaskowski wygra. O włos, na żyletki, o kilkadziesiąt tysięcy głosów, ale wygra. Pomyliłem się. Czego nie wziąłem pod uwagę? Co ważniejsze, czego sztab Trzaskowskiego nie wziął pod uwagę?

1. Natężenia emocji antyplatformerskich, a zwłaszcza antytuskowych. Oczywiście wiadomo było, że one są obecne, ale myślałem, że ograniczają się do rdzeniowych, „religijnych” wyborców PiSu i skrajnych narodowców. Okazało się, że są one silniejsze. Nawrocki bardzo umiejętnie sklejał Trzaskowskiego z Tuskiem, mówił o Trzaskowskim jako o wiceprzewodniczącym PO i zastępcy Tuska. To zadziałało.

Co Trzaskowski mógł zrobić? Gdy tylko stanął do wyborów – i to już do wewnętrznych wyborów w Platformie – powinien był z funkcji wiceprzewodniczącego Platformy zrezygnować, startować jako szeregowy członek PO. To może odrobinę odwróciło by od niego antyplatformerski sentyment. A może i nie, już się nie dowiemy. W każdym razie sztab Trzaskowskiego powinien był tę emocję rozpoznać i jakoś spróbować jej przeciwdziałać. Nic takiego nie zrobiono.

(Jeśli mowa o emocjach antytuskowych, to Donald Tusk powinien był do końca trzymać się z dala od kampanii. Na marszu powinien być, przemówienie mógł wygłosić, ale wywiady, jakich udzielał po pierwszej turze i jego tweety, były niedźwiedzią przysługą dla Trzaskowskiego. Tym bardziej, że sprawiały wrażenie, że Tusk jest po prostu przerażony.)

2. Ludzie nie lubią elit, zwłaszcza warszawskich. Rafał Trzaskowski zaś jest wręcz ikonicznym przedstawicielem warszawskich elit. Oczywiście nie mógł się wyrzec swojego pochodzenia, wykształcenia, ogłady, kontaktów międzynarodowych i znajomości języków, ale nie powinien był podkreślać swojej warszawskości. A on przy każdej okazji mówił „w Warszawie otwieramy żłobki”, „w Warszawie zdobyliśmy miliony z KPO na służbę zdrowia”, „w Warszawie dbamy o komunikację publiczną”, w Warszawie to, w Warszawie tamto. Trzaskowskiemu chodziło o podkreślenie, że ma doświadczenie w zarządzaniu wielkim miastem, że jest skuteczny, więc z zarządzaniem państwem też sobie poradzi. Ale ludzie słyszeli tylko „w Warszawie”. A „Warszawa to nie cała Polska”, gość z Warszawy nie będzie nam mówił, jak żyć.

No i na „sportowe” zaczepki Nawrockiego absolutnie nie powinien był odpowiadać wykonując ćwiczenia w drogich sportowych ciuchach. Taki strój też głównie podkreślał elitaryzm.

3. Lewica krytykowała Trzaskowskiego za „zwrot na prawo” i w stronę prowincji, a ja uważam, że to było dobre posunięcie: Polska jest znacznie bardziej konserwatywna, niż to się lewicowo-liberalnej banieczce wydawało, a wybory w Polsce wygrywa się poza wielkimi miastami. Tak więc pomysł był dobry, ale z jakichś powodów źle wykonany. „Zwrot na prawo” zauważyła tylko lewica, która się o to zezłościła, a grupy, do których był skierowany, nie. Stąd, między innymi, mniejsze, niż to sztabowcy zakładali, przepływy od Mentzena, a także przegrana w większości małych miast i gmin. Nawet tych, które Trzaskowski w czasie kampanii odwiedził. W dużych miastach, pomimo „zwrotu na prawo”, Trzaskowski wygrał.

4. Przeciwko Trzaskowskiemu działało też rozczarowanie do rządu, połączone z nieracjonalną postawą wyborców. Chcieli ukarać rząd Tuska za to, że nie doprowadził do liberalizacji aborcji i nie rozliczył PiSowców, więc wybrali faceta, który prawo antyaborcyjne raczej zaostrzy, a skazanych PiSowców uniewinni. Na to Trzaskowski niewiele mógł poradzić (ale Tusk, wiele miesięcy temu, tak). Przeciwko Trzaskowskiemu działał też sztab leniwych kotów, uważających, że zwycięstwo – cytując klasyczkę – im się po prostu należało, więc nie trzeba się było starać. Monstrualną wpadką sztabu była debata w Końskich, od której zaczął się wyraźny spadek notowań Trzaskowskiego. Uczciwie byłoby dodać, że duży udział miał w tym Hołownia.

5. I na koniec – choć może powinno to być na początku – Rafałowi Trzaskowskiemu zabrakło pozytywnej opowieści o Polsce pod jego rządami, opowieści, która mogłaby sprawić, że głosowanie na niego byłoby przyjemnością, a nie mniej lub bardziej przykrym obowiązkiem. Postaram się o tym napisać osobno.

Pixabay