PiS, jego funkcjonariusze, partyjni nominaci do spółek skarbu państwa, Misiewicze, córki leśniczego i całe zastępy lokalnych działaczy i ich niezbyt udanych krewnych upchniętych na rozmaitych stanowiskach, kradnie o wiele bardziej, niż Platforma, o czym już zresztą pisałem. PiS robi to w rękawiczkach, zachowując pozory legalności, zresztą nie tylko wypłacając pensje i nagrody swojakom, ale także wyprowadzając pieniądze z przedsiębiorstw państwowych i przeznaczając je na partyjne kampanie, dotując liczne przedsiębiorstwa toruńskiego dyrektora – w zamian za poparcie zasłuchanych w pana dyrektora religijnych wyborców – i sprzyjające sobie fundacje i organizacje, pozbawiając środków te pożyteczne NGOsy, które się PiSowi nie podobają ze względów ideologicznych. Od czasu do czasu pojawiają się oskarżenia wprost kryminalne, jak te o wyłudzaniu funduszy europejskich przez partię pana Zbyszka czy o wyprowadzaniu środków z wrocławskiego oddziału PCK.
Symbolem PiSowskiej pazerności stał się krzyk pani Beaty Szydło, że te pieniądze im się po prostu należały – im, czyli ministrom i wiceministrom w jej rządzie.
Oskarżenia PiSu o pazerność i futrowanie z publicznych pieniędzy swoich działaczy mocno tę partię dotykają. Dlatego na początek oficjalnej kampanii wyborczej do samorządów Koalicja Obywatelska wystąpiła z efektowną kampanią billboardową

w wariantach: „a wszystko drożeje”, „a prąd drogi jak nigdy”, „a ludzi nie stać na leki”.
Już następnego dnia PiS odpowiedział swoim hasłem
PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom
Platforma złośliwie odpowiada, że chyba swoim dzieciom i wskazuje liczne przypadki dzieci znanych członków PiSu zatrudnionych przez ten rząd i różne jego agendy na wysokopłatnych stanowiskach.
Warto jednak na to PiSowskie hasło odpowiedzieć merytorycznie.
Łatwo zgadnąć, że odwołuje się ono do dwu programów, które PiS uznaje za swój największy sukces: 500+ i uszczelnienie VATu. PiSowska narracja głosi, że rząd nie pozwala mafii VATowskiej okradać Polski, a zdobyte w ten sposób pieniądze przeznacza na dzieci.
Czy PiS daje miliony dzieciom?
Program 500+ z całą pewnością nie spełnił swojego deklarowanego celu, czyli nie doprowadził do wzrostu liczby urodzeń, ale PiS już o tym celu nie wspomina. Zamiast tego PiS podkreśla, że 500+ praktycznie wyeliminował skrajne ubóstwo wśród dzieci. To prawda, ale ten cel można było osiągnąć za mniej więcej 10% środków przeznaczanych na 500+. 90% trafia do rodzin, które sobie ekonomicznie radzą – lepiej lub gorzej, ale sobie radzą; oczywiście dodatkowymi pieniędzmi od państwa nie pogardzą. Dzieci też na tym korzystają – bardzo łatwo o anegdotyczne przykłady, w których dzięki 500+ rodziców wreszcie stać na opłacenie dzieciom wymarzonych zajęć pozalekcyjnych, ale równie łatwo o równie anegdotyczne przykłady, w których 500+ jest przepijane – ale głównie korzystają dorośli z „klasy aspirującej”, a ich dzieci tylko pośrednio, częściowo. (Rodziny zamożne wpływów z 500+ praktycznie nie dostrzegają.) A przy tym PiS z niezrozumiałych powodów wykluczył z programu jedyne dzieci samotnych rodziców, głównie samotnych matek, przekraczających próg dochodowy dosłownie o kilka złotych. Samotna matka jednego dziecka zarabiająca najniższą pensję krajową już ten próg przekracza. A jej dziecko naprawdę zasługiwałoby na wsparcie.
W dodatku za PiSu znacznie podniesiono ceny niektórych leków, w tym leków dla dzieci po przeszczepach, oraz zmniejszono refundację niektórych środków dla dzieci niepełnosprawnych; w ogóle o świadczeniach dla niepełnosprawnych nie ma co wspominać. Wycofano darmowe podręczniki. Opodatkowano niektóre usługi dotąd z podatku zwolnione (na przykład kolonie), przez co stały się one efektywnie droższe i niektórych rodziców przestało być na nie stać. Podwyżki cen żywności, wody, prądu także pośrednio dotykają dzieci.
PiS wydaje z budżetu gigantyczne środki i twierdzi, że są one „na dzieci”, a w rzeczywistości tylko z części tych środków korzystają dzieci. W dodatku PiS jedną ręką daje, a drugą zabiera.
Czy uszczelnianie VAT wystarcza?
Podatek VAT jest jednym z głównych źródeł dochodów państwa. W 2017 wpływy z tego podatku były o 40 mld wyższe, niż w 2015. To dużo, ale tylko część z tego wzrostu pochodzi z uszczelniania VAT: samo Ministerstwo Finansów przyznaje, że wpływy z uszczelniania VAT wyniosły niecałe 18 mld, a więc nieco poniżej połowy całego wzrostu. Niezależni ekonomiści są bardziej ostrożni i szacują, że wpływy z uszczelnienia wyniosły od 1/4 do 1/3 wzrostu. Większość wzrostu zawdzięczamy bardzo dobrej koniunkturze gospodarczej, nie będącej zasługą PiSu. A jeszcze trzeba pamiętać, że „wpływy z uszczelnienia” obejmują nie tylko efekty zapobiegania mafijnym wyłudzeniom, ale także sytuacje, w których przedsiębiorca, zwłaszcza niewielki, miał prawo do uczciwego zwrotu podatku VAT, ale się o niego nie ubiegał, nie chcąc narażać się na uciążliwe kontrole i inne szykany ze strony aparatu skarbowego. Takie przypadki opisywano.
Weźmy jednak ministerialne 18 mld wpływów z uszczelniania VAT za dobrą monetę. Koszt programu 500+ wyniósł w 2017 ok. 25 mld. To znaczy, że uszczelnianie VAT nie wystarczyło, rząd musiał do 500+ dołożyć z innych wpływów co najmniej 7 mld, zapewne więcej. W tym roku koszt może być jeszcze większy, a dojdzie też 1,5 mld za 300+ (wyprawki szkolne), a więc rząd do programów „dla dzieci” będzie musiał dołożyć jeszcze więcej.
Spójrzmy na to z innej strony. Jako się rzekło, w 2017 koszt programu 500+ wyniósł 25 mld. Tyle samo wyniósł deficyt budżetowy. Można więc skrótowo powiedzieć, że gdyby nie źle ukierunkowany, o wątpliwej skuteczności społecznej program 500+, Polska w 2017 nie miałaby deficytu budżetowego, co poprawiłoby sytuację finansową naszego państwa. Ale tak się nie stało. Dług zaciągnięty do sfinansowania deficytu, głównie w postaci obligacji sprzedawanych za granicą, trzeba będzie kiedyś spłacić. Z odsetkami.
Nawiasem mówiąc, w naszej sytuacji niski deficyt budżetowy uzyskany przez rząd PiS nie jest wyłącznie powodem do radości. Niski deficyt wynika bowiem nie tylko ze zwiększonych wpływów, ale i ze zmniejszonych wydatków, głównie wydatków inwestycyjnych. Inwestycje robi się z nadzieją na to, że kiedyś się zwrócą, a nawet przyniosą zysk. Dotowanie bieżącej konsumpcji, a tym jest z ekonomicznego punktu widzenia program 500+, żadnych długofalowych zysków nie przynosi.
Podsumowując, PiSowskie programy „na dzieci” tylko w części trafiają do dzieci, a do sfinansowania tych programów nie wystarczają wpływy wynikające z zapobiegania przestępczym wyłudzeniom podatków. Długofalowo pozytywne skutki społeczne tych programów są wątpliwe, a ich efekt ekonomiczny – żaden.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.