Migranci

Gdy patrzę na zdjęcia z Usnarza, odczuwam żal, wstyd, złość, wściekłość. Ale to, co się tam dzieje, to tylko bardzo drobny element znacznie większej i złożonej sytuacji. Z polskiej perspektywy trzeba na nią spojrzeć co najmniej z trzech stron:

1. Nieszczęsnych ludzi, którzy obecnie koczują na granicy, trzeba natychmiast przewieźć do jakiegoś polskiego ośrodka, ogrzać, nakarmić, wyleczyć, zadbać o nich, o kota też, i przyjąć od nich wnioski azylowe. W czasie rozpatrywania wniosków należy ich nadal trzymać w jakimś ośrodku, ale traktując po ludzku. Dalsze dręczenie tych ludzi przez zmuszanie ich do trwania w tym obozowisku jest moralnie nieakceptowalne. A gdy już się te wnioski rozpatrzy, ci, którym zostanie przyznany azyl, zostaną lub przeniosą się dalej na Zachód, resztę trzeba będzie odesłać. Będą z tym niezłe korowody, ale i tak bledną przy skandalu, jakim jest trzymanie ludzi w upodleniu, na jakiejś kępie błota.

Podobnie, ze względów moralnych, należy postawić przed sądem i, mam nadzieję, skazać dowódców i ich politycznych mocodawców, którzy wysłali żołnierzy (?) do maltretowania tych ludzi, do łamania prawa polskiego i międzynarodowego. Dodatkowo dowódców i ich zwierzchników należy ukarać za posługiwanie się żołnierzami (?) w mundurach bez dystynkcji i oznaczeń, poruszających się pojazdami bez numerów rejestracyjnych. Toż to nie są żołnierze, tylko jakieś zielone ludziki, jak u Putina! Zastanawiam się, czy ktoś tam u Błaszczaka świadomie postanowił naśladować Putina, czy to jest tylko podobny typ myślenia?

Tymczasem historię ludzi z Usnarza, gdy już znajdą się otoczeni jaką-taką opieką w polskim ośrodku, ale z nikłymi perspektywami przedostania się do bogatszych krajów Europy, należy rozpowszechniać na Bliskim i Środkowym Wschodzie za pomocą naszych kanałów dyplomatycznych. A, prawda, Polska dzięki dobrej zmianie, nie ma kanałów dyplomatycznych. Zapomniałem 😦

2. Trzeba wszakże pamiętać, że problem Usnarza stworzył Łukaszenka. Wściekły za nałożenie sankcji na Białoruś, robi na swoją miarę to, co swego czasu robił Erdoğan: szantażuje Europę, sprowadzając uchodźców. Białoruski dyktator zapewne liczy na to, że Unia się ugnie i cofnie sankcje, w zamian za co Łukaszenka przestanie organizować kosztowne „wycieczki na Białoruś” dla mieszkańców Bagdadu. Nie można mu ustąpić. Tych nieszczęśników, którzy obecnie koczują na granicy, należy wpuścić ze względów humanitarnych, ale na przyszłość granicę polsko-białoruską, będącą fragmentem zewnętrznej granicy Unii, należy uszczelnić. Zasieki z drutu kolczastego, jakkolwiek źle się one kojarzą, mogą się okazać niezbędne. I to porządne zasieki, nie ten szajs postawiony przez PiSowskie zielone ludziki przy pomocy kija od miotły, który rozpadł się następnego dnia. Trzeba będzie zadbać o przejścia dla zwierząt i takie tam, ale unijna zasada jest jasna: zewnętrzne granice UE mają być szczelne.

I trzeba też jasno powiedzieć, że mimo wszystkich zasieków, wart, kamer monitoringu, granica polsko-białoruska nie będzie całkowicie szczelna. Skoro, jak informują białoruscy dziennikarze, Białorusini mogą robić „śluzę” – na polecenie wyższego oficera białoruski patrol graniczny na chwilę opuszcza posterunek, a wtedy migranci przekraczają granicę – prędzej czy później jakiś Aleś ze strony białoruskiej dogada się z jakimś Olkiem ze strony polskiej i powstanie śluza symetryczna. Grupki migrantów będą mogły przekraczać granicę. Nie będą to wielkie tłumy, ale też pełnej izolacji nie będzie. Jedyna nadzieja, że Łukaszenka, przekonawszy się, że Unia nie ma zamiaru mu ustąpić, znudzi się i przestanie organizować lotnicze transporty na Białoruś. Ale to trochę potrwa.

Nawiasem mówiąc, dziś pojawili się polscy aktywiści, niszczący zasieki Błaszczaka. Myślę, że rozumiem szlachetne intencje tych osób, ale to zachowanie jest zwyczajnie głupie. Unia Europejska wymaga ochrony swoich granic zewnętrznych przed niekontrolowanym przepływem migrantów, zupełnie podobnie jak wymaga przestrzegania praworządności, zachowania standardów sanitarnych przy produkcji żywności i stosowania się do unijnych zaleceń w całym mnóstwie obszarów gospodarki. Prawda bowiem jest taka: my, Europejczycy, bardzo współczujemy ludziom tonącym w morzu czy gnijącym w błocie podczas próby nielegalnego dostania się do Unii Europejskiej, i tym, których widzimy, chcemy pomóc, ale niekontrolowanego napływu migrantów sobie po prostu nie życzymy.

3. Co prowadzi mnie do obserwacji, że to, co dziś się dzieje na granicy polsko-białoruskiej, może być nikłym przedsmakiem tego, co nas być może czeka w przyszłości. Sytuacja na Bliskim Wschodzie już jest tragiczna, a przecież może się jeszcze pogorszyć czy to z powodów politycznych, czy z uwagi na zmiany klimatyczne. Afryka cieszy się największym przyrostem naturalnym ze wszystkich kontynentów, ale sytuacja wojskowo-polityczna, ekonomiczna i klimatyczna krajów afrykańskich, zwłaszcza w Afryce Subsaharyjskiej, mówiąc eufemistycznie, nie ułatwia życia młodym pokoleniom, liczonym w miliony. Dziesiątki, setki milionów. Nie ma dla nich pracy, ziemi, perspektyw, nawet z żywnością i wodą też bywa kiepsko. Z punktu widzenia Afrykańczyka, Jemeńczyka czy Afgańczyka dowolny kraj europejski jawi się jako kraina spokoju i obfitości. Mamy sytuację silnej nierównowagi. W jednych częściach świata ludziom żyje się bardzo źle, a w innych całkiem dobrze. Na na razie to jakoś trwa, ale niech warunki tam się jeszcze pogorszą, a stamtąd tutaj ruszy wędrówka ludów tak wielka, jakiej świat jeszcze nie widział. Pewnie, nie wszyscy dojdą, bo im zabraknie sił, zasobów i determinacji, ale nie można wykluczyć, że pewnego dnia u granic Europy – na granicy polsko-białoruskiej też – stanie kilka milionów migrantów. Nie potencjalnych migrantów, żyjących w kiepskich warunkach w obozach dla uchodźców i snujących nieokreślone plany migracji do Europy, ale migrantów aktywnych, żądających od Europy, by wpuściła ich natychmiast.

I co my, Europejczycy, z tym zrobimy?

Nie mam pojęcia co mielibyśmy zrobić. Ale co tam ja! Nikt z europejskich przywódców nie ma.

Żołnierze (?), przy pomocy miotły, stawiają płot Błaszczaka

Błąd kardynalny

Bartosz T. Wieliński w GW ostrzega, że Kaczyński poświęca bezpieczeństwo Polski dla władzy. Rozumowanie jest dość proste: skoro amerykańscy senatorowie z obu partii w liście otwartym przestrzegają, że przyjęcie Lex TVN

może mieć negatywne konsekwencje dla kwestii obronności, biznesu i stosunków handlowych. Apelujemy do polskiego rządu o wstrzymanie się przed podjęciem jakichkolwiek decyzji, które mogłyby wpłynąć na nasze długotrwałe relacje

to pewnie senatorowie wiedzą, co mówią, a upór Kaczyńskiego będzie miał negatywne konsekwencje dla Polski: Brak widoków na poważne amerykańskie inwestycje w Polsce, całkowite marginalizowanie przez amerykańską administrację stanowiska Polski w jakichś przyszłych negocjacjach handlowych czy politycznych, zredukowanie amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium Polski, brak koniecznej, wymaganej prawem zgody Senatu na zakup przez Polskę nowoczesnego uzbrojenia produkcji amerykańskiej, znacznie mniejszą skłonność do okazania Polsce pomocy, gdyby – Boże, uchowaj – okazała się ona niezbędna. Wieliński apeluje więc do Kaczyńskiego: Opamiętaj się, chłopie, bo szkodzisz Polsce!

Wieliński milcząco przyjmuje założenie, że Kaczyńskiemu i pozostałym przywódcom PiS zależy na dobru Polski. Że PiS i Kaczyński chcą, aby Polska się rozwijała, była bezpieczna, a ludziom tutaj żyło się raczej lepiej, niż gorzej. Wieliński jest pewien, że Kaczyński i jego współpracownicy inaczej, niż on, jego zdaniem, błędnie rozumieją dobro Polski, co może wynikać z wielu powodów, takich jak inne założenia, brak rozeznania czy błędna ocena sytuacji. Pisze więc:

Prezes PiS uznał, że w sprawie przejęcia TVN Amerykanie będą musieli dać mu wolną rękę, bo Polska jest ważnym, strategicznie położonym krajem. Bez Polski nie da się bronić wschodniej flanki NATO, gdzie zresztą USA zainwestowały mnóstwo pieniędzy. Dlatego – według Kaczyńskiego – Ameryka musi się z Polską liczyć. Geopolityka jest ważniejsza niż jakaś telewizja.

Jeśli prezes PiS zrozumie, że jego kalkulacje były błędne, że rola Polski we „wschodniej flance NATO” jest dla Ameryki dalece mniej ważna, niż ochrona amerykańskich inwestycji, a przede wszystkim deklarowane wartości, w tym wolność mediów – bo gdyby Stany od tego odstąpiły, utraciłyby jakąś cząstkę międzynarodowej wiarygodności – to odpuści, przestanie forsować Lex TVN, gdyż trwając w uporze, może zaszkodzić Polsce.

To samo założenie, że PiSowi zależy na dobru Polski, czynią politycy w Sejmie, publicyści i analitycy w mediach, wreszcie zwykli ludzie nad kuflem piwa lub talerzem zupy. Ach, gdyby tylko PiS zrozumiał, że dobro Polski pojmuje opacznie, poszedł by po rozum do głowy i choć trochę zmienił swoją politykę.

I co? I nic. Jak grochem o ścianę.

Moim zdaniem założenie, że Jarosławowi Kaczyńskiemu, panu Zbyszkowi i innym przywódcom PiS zależy na dobru Polski, jest całkowicie błędne. Im zależy jedynie na władzy. Na tym, żeby było tak, jak oni chcą. Bez żadnych ograniczeń. Żeby ich słowo stawało się ciałem. Żeby mieli błogie poczucie sprawowania całkowitej kontroli. Licznym PiSowcom ulokowanym (nieco) niżej w piramidzie władzy zależy też na pieniądzach (im niżej w piramidzie, tym pieniądze bardziej się liczą) i osobistym prestiżu, wreszcie innym, żeby było tak, jak postanowił ich guru, któremu kiedyś zawierzyli, a teraz boją się mu przeciwstawić. To, co stanie się z Polską i jej mieszkańcami, jest dla nich niemalże bez znaczenia. Polska wraz ze swoimi obywatelami potrzebni są do tego, aby dać władzę Kaczyńskiemu i całej reszcie, a także materialne profity tym, którym one się po prostu należą. Kaczyński i reszta przywódców PiS uważają zresztą Polaków za ludzi raczej głupich: część wystarczy przekupić doraźnymi korzyściami, innych zastraszyć i cześć. Wystarczy. A jaki naprawdę będzie los Polski w perspektywie dalszej, niż najbliższych wyborów, guzik ich obchodzi. Ci nieliczni bardziej przyzwoici pewnie myślą, że „jakoś to będzie”, inni nie myślą nawet tego.

Jeśli więc w sprawie koncesji dla TVN Kaczyński uznał, że dla zachowania władzy musi zniszczyć tę stację, to będzie ją próbował zniszczyć bez względu na międzynarodowe reperkusje. Nie wiem, czy Kaczyński rozumie, że wejście w konflikt z Ameryką zaszkodzi Polsce, jestem natomiast pewien, że konsekwencje takiego konfliktu nic a nic go nie obchodzą.

Tłumaczenie Jarosławowi Kaczyńskiemu i pozostałym przywódcom PiS, że szkodzą Polsce, nie ma najmniejszego sensu. Ich Polska nie obchodzi. Należy to natomiast tłumaczyć „miękkim” zwolennikom PiS, ludziom wahającym się oraz niezdecydowanym by wziąć udział w wyborach. Odsunięcie PiS od władzy jest teraz największym, najważniejszym zadaniem, jakie stoi przed naszym krajem.

1 sierpnia

Moja mama zawsze mocno przeżywała rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Było to związane z jej osobistymi wspomnieniami. Nie, nie była warszawianką. W chwili wybuchu Powstania miała 14 lat i mieszkała u swej babki w Radomyślu nad Sanem, zajętym już wtedy przez Sowietów. Radomyśl przez kilka miesięcy był sowieckim miasteczkiem wojskowym, wojengorodem, ale z głośników zawieszonych na słupach słychać było audycje Radia Londyn. Takie czasy. A w radio w kółko jęk, zawodzenie: Warszawa walczy, Warszawa płonie, Warszawa ginie! I Chorał, upiorny Chorał Ujejskiego. Lokalni AKowcy, wzywani przez Sowietów, zbierali się, by ruszyć na odsiecz Warszawie; na szczęście oddział dowodzony przez mojego ukochanego Wujka Leszka, w którym służyło jeszcze dwóch innych moich wujów, w porę dowiedział się o losie innego oddziału – po stawieniu się na miejscu zbiórki, wszyscy zostali aresztowani przez Sowietów i wywiezieni Bóg wie, gdzie – więc nie wpadli w pułapkę, a Wujek Leszek oddział rozwiązał.

Na mamie to doświadczenie, jej osobista recepcja Powstania, zrobiła wstrząsające wrażenie. By uczcić pamięć Powstania, za PRLu kilkakrotnie jeździła do Warszawy specjalnie po to, by 1 sierpnia być na Powązkach. Oczywiście nie było tam żadnych władz, ale byli ludzie: dość jeszcze liczni powstańcy, zwykli warszawiacy i ci, którzy jak moja mama, specjalnie przyjechali na tę okazję.

Tak byłem wychowany. A jeszcze byłem harcerzem z tego odłamu, który kultywował, wręcz czcił pamięć o Szarych Szeregach. Kamienie na szaniec, przeczytane z jakiegoś tuż-powojennego wydania, znałem praktycznie na pamięć. Ale potem przeczytałem – z biblioteki Wujka Leszka – Pamiętniki żołnierzy baonu Zośka, gdzie znacznie więcej, niż heroizmu i opisu bohaterskich walk z Niemcami, było potworności i rozpaczy. I coś mi zaczęło nie pasować.

A potem przeczytałem więcej. Przeczytałem i starałem się to przemyśleć.

Powstańcom Warszawskim – żołnierzom, sanitariuszkom, łącznikom, ale także cywilom, którzy zmuszeni byli przejść przez to piekło – należy się cześć i szacunek: za ich bohaterstwo, poświęcenie, odwagę, determinację, a także za ich śmierć, cierpienia, rany, przerażenie, rozpacz. Wieczna cześć i szacunek. Jednak samo Powstanie Warszawskie było naszą największą klęską w XX wieku, zupełną, niepowetowaną katastrofą. Śmierć dwustu tysięcy ludzi, śmierć miasta z jego zabytkami, dokumentami, archiwami, zasobami, infrastrukturą, ze wszystkim. Symboliczna zagłada naszej stolicy. Niepotrzebna śmierć ludzi, bezsensowna zagłada miasta. Jedna z naszych największych tragedii narodowych, być może największa, o długotrwałych konsekwencjach porównywalnych, czy ja wiem, do Konfederacji Barskiej, z której, nie wiedzieć czemu, też jesteśmy dumni, lub do najazdu tatarskiego z 1241, do którego, o dziwo, wcale żeśmy się nie przyczynili.

***

Anna Świrszczyńska, Niech liczą trupy

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy

Anna Świrszczyńska, sanitariuszka AK, poetka

Praca dla nauczycieli

Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ z dumą podkreśla, że jest jedyną instytucją na południe od Warszawy i na wschód od Wrocławia kształcącą nauczycieli fizyki. Przez ładnych parę lat, z racji pełnionych funkcji, przyglądałem się z bliska jak to kształcenie wygląda.

Kształcenie nauczycieli fizyki odbywa się w ramach studiów II stopnia. Jest to specjalizacja dodatkowa, którą zainteresowani studenci robią równolegle z jedną z podstawowych specjalizacji. W ten sposób absolwent uzyskuje pełne wykształcenie magisterskie z fizyki oraz uprawnienia do nauczania fizyki (i przyrody). Tak wykształcona osoba jest pełnoprawnym fizykiem, a jednocześnie jest w pełni przygotowana do wykonywania zawodu nauczyciela. Przedmioty „ogólnopedagogiczne” realizowane są w Studium Pedagogicznym UJ, natomiast przedmioty związane z dydaktyką fizyki na WFAIS UJ. Dzięki przyjęciu korzystnych dla studentów interpretacji Regulaminu Studiów, nie oznacza to dwa razy większego obciążenia studentów, a tylko obciążenie większe o jakieś 50%.

Blok pedagogiczny mogą także realizować doktoranci.

Co roku znajduje się jakaś pasjonatka lub pasjonat, na ogół dobrzy studenci, którzy za swoją misję życiową poczytują sobie powrót do swojego niewielkiego miasta i objęcie posady nauczyciela fizyki w tamtejszym liceum. I tak właśnie robią. Poza tym specjalizację tę wybierają studenci, którzy chcą sobie poszerzyć możliwości na rynku pracy. W zasadzie nie planują zostać nauczycielami, ale mając taką formalną możliwość, czują się bezpieczniej.

Niestety, co roku liczba kandydatów na tę specjalizację spada, tak że obecnie trudno jest zapewnić minimalną liczbę osób potrzebną do uruchomienia specjalizacji. O ile mi wiadomo, podobna sytuacja panuje na pozostałych wydziałach ścisłych i przyrodniczych UJ kształcących nauczycieli. Zawód nauczyciela staje się kompletnie nieatrakcyjny dla absolwentów wyższych uczelni. Nawet taki sobie absolwent matematyki, fizyki, astronomii, chemii, biologii czy geografii, o absolwentach informatyki nie wspominając, może przebierać w o wiele lepszych ofertach pracy, no, chyba że z powodów życiowych musi po studiach wrócić do swojej małej miejscowości. (Ten, kto musi wrócić i z braku czegoś innego zostanie nauczycielem, będzie o wiele gorszy od tego, kto chce.)

Drugą stroną medalu jest narastająca ilość ofert pracy dla nauczycieli, głównie „przedmiotowców”, z nikłymi szansami na ich zapełnienie. Na stronie Kuratorium Oświaty w Krakowie jest blisko 1600 ofert, w tym 70 dla nauczycieli fizyki. Podobnie jest w całym kraju. Dariusz Chętkowski, autor BelferBloga Polityki, też o tym pisze, dodając, że zgłaszający się do pracy kombinatorzy (popracuje miesiąc, potem pójdzie na długotrwałe zwolnienie, a tak naprawdę szuka czegoś lepszego), którzy dotąd byli odprawiani z kwitkiem, teraz są przyjmowani.

Skąd się to bierze? Moim zdaniem, powody są trzy.

  1. Haniebnie niskie zarobki. Obecnie nauczyciel stażysta, magister z przygotowaniem pedagogicznym – czyli na przykład absolwent sekcji nauczycielskiej na fizyce UJ – może otrzymać 2949 zł brutto. Po roku pracy, gdy awansuje na nauczyciela kontraktowego, dostanie 3034 zł brutto. Są to wynagrodzenia w okolicach pensji minimalnej, która wynosi 2800 zł, a od 1 stycznia 2022 wyniesie 3000 zł brutto. Taka skala zarobków jest dla nauczycieli wręcz obraźliwa.
  2. Bardzo niski i wciąż spadający społeczny prestiż zawodu nauczyciela. Kiedyś nauczyciele byli szanowani, dzisiaj są pomiatani. Bardzo dobrze było to widać przy okazji strajku nauczycieli, który praktycznie nie doczekał się żadnego społecznego poparcia i zrozumienia. Na to u wielu osób nakłada się wypalenie zawodowe i frustracja spowodowana zdalnym nauczaniem w warunkach epidemicznych. W konsekwencji nie tylko absolwenci nie chcą podejmować pracy nauczyciela, ale wielu nauczycieli wręcz rezygnuje z tej pracy, co dodatkowo pogłębia problem wakatów.
  3. Powyższe dwie przyczyny łatwo wskazują wszyscy, którzy piszą o polskiej szkole. Jest jednak przyczyna trzecia: konsekwencje katastrofalnej, pod każdym względem niszczycielskiej „deformy” edukacji przeprowadzonej przez PiS. PiS zlikwidował gimnazja, więc w szkołach podstawowych pojawiły się przedmioty, których przez lata w nich nie było: fizyka, chemia, biologia, geografia. W wymiarze jednej godziny tygodniowo w klasach VII i VIII. Szkoły w małych miejscowościach są niewielkie i nauczycielowi fizyki (chemii, biologii, geografii) oferują… cztery godziny lekcyjne w tygodniu. Albo tylko dwie. Albo, ho, ho, całe sześć! Żeby nauczyciel mógł uskładać cały etat, musiałby podjąć pracę w kilku szkołach, stając się nauczycielem objazdowym. To z punktu widzenia nauczyciela podnosi koszty pracy (dojazdy!) i czyni ją bardzo uciążliwą. W dużym mieście, gdzie jest wiele szkół i działa komunikacja publiczna, być może byłoby to do zniesienia, ale w małych miejscowościach to jest zupełna katastrofa.

Oczywiście nikt nie znajdzie nauczyciela fizyki na cztery godziny w szkole podstawowej w Tłuczani w powiecie wadowickim. Dyrektor albo ubłaga jakiegoś emerytowanego nauczyciela, żeby wziął te kilka godzin w tygodniu, albo powierzy fizykę nauczycielowi innego przedmiotu – powiedzmy geografii lub chemii. Podobnie będzie z innymi przedmiotami, a zwłaszcza z informatyką. To bardzo pogorszy jakość nauczania i drastycznie zmniejszy szanse na sukces edukacyjny tych dzieci. Albo przedmiot pozostanie formalnie nieobsadzony i różni nauczyciele będą brali zastępstwa, żeby przeprowadzić kilka lekcji. Na przykład katecheta. Jak sądzę, minister Czarnek z Lublina zgodzi się, że ugruntowane cnoty i właściwe życie rodzinne są ważniejsze od jakiejś tam informatyki czy fizyki.

Dzieci z rodzin o dużym kapitale kulturowym, z większych miast, jakoś sobie poradzą. Pozostali – nie. Jakim cudem?! Premier Mateusz Morawiecki baja o cywilizacyjnym doganianiu Zachodu, lewicujący publicyści zżymają się, że polski sukces potransformacyjny oparty był głównie o tanią siłę roboczą, tymczasem PiS, niszcząc edukację, zaprzepaszcza nasze szanse na awans cywilizacyjny. Społeczeństwo mentalnie tkwiące w świecie sprzed stu lat, źle wykształcone, archaiczne, nienowoczesne, nie będzie miało do zaoferowania nic poza tanią siłą roboczą, a i to wystarczy tylko na raczej krótki czas. Niestety, znaczna część naszych współobywateli tego nie dostrzega, gdyż nie docenia znaczenia edukacji. Uważają oni, że celem szkoły jest to, aby małe dzieci były „zaopiekowane”, większe zaś powinny otrzymać świadectwo na tyle dobre, aby mogły trafić do wybranej szkoły wyższego stopnia. To, czego – i czy czegokolwiek – się po drodze nauczą, jest w zasadzie zaniedbywalne.

dr Witold Zawadzki, pracownik naukowy WFAIS UJ i nauczyciel w V LO w Krakowie

Zgorszenie

Pisałem niedawno o biskupie Janie Szkodoniu. Otóż dzisiaj ogłoszono decyzję dotyczącą tego biskupa. Cytuję in extenso:

Działając na podstawie obowiązujących przepisów prawa kanonicznego, Stolica Apostolska – w następstwie formalnego zgłoszenia – przeprowadziła proces karno-administracyjny dotyczący rzekomego wykorzystania seksualnego osoby małoletniej przez bp. Jana Szkodonia.
Po dokładnej analizie zebranych materiałów dowodowych i po przesłuchaniu powołanych świadków, wina bp. Jana Szkodonia nie została udowodniona (non constat).
W toku postępowania stwierdzono natomiast nierozważne zachowanie bp. Jana Szkodonia wobec małoletniej, polegające na przyjmowaniu jej w prywatnym mieszkaniu bez obecności jej rodziców, pozostających od lat w znajomości z biskupem.
W związku z powyższym, bp. Janowi Szkodoniowi została wymierzona pokuta, polegająca na trzymiesięcznych rekolekcjach zamkniętych, poświęconych na refleksję i modlitwę. Biorąc pod uwagę, że od lutego 2020 r. bp Jan Szkodoń przebywał w odosobnieniu, należy stwierdzić, że powyższą pokutę już odbył.
Akta procesu karno-administracyjnego zostały przekazane do Stolicy Apostolskiej. Na forum kanonicznym sprawę należy uznać za zakończoną, a dekret karny za prawomocny. Osoby zainteresowane zostały odpowiednio poinformowane o zakończeniu procesu kanonicznego.

Napiszę wprost: Ta haniebna decyzja jest źródłem publicznego zgorszenia. Kpicie sobie, klechy, z moralności, z ludzkich uczuć i z samej Ewangelii. Jeśli z tego powodu ktoś odwróci się od ziemskiej instytucji, jaką jest Kościół Katolicki, ja powiem: I słusznie!

A jeśli sól zwietrzeje […], na nic się więcej nie przyda, jeno aby była precz wyrzucona i podeptana przez ludzi (Mt 5:13).

P.s. Don Stanislao, którego badano pod kątem postępowania jako arcybiskupa metropolity krakowskiego, nie w związku z tym, co wcześniej robił w Watykanie, podobno też się wywinie.

Wirtschaft

W połowie maja oddano do użytku nowy blok w Elektrowni Turów. Działał tylko miesiąc, w trybie awaryjnym, z wyłączoną automatyką. Jak twierdzi Gazeta Wyborcza, nowy blok nie działa, gdyż nie jest dostosowany do jakości węgla z kopalni Turów. Innymi słowy, nowy blok został źle zaprojektowany.

Budowę nowego bloku energetycznego w Turowie planowano bodaj od 2014. Budowę rozpoczęto w 2016, ale we wrześniu tego roku w kopani doszło do poważnego osunięcia ziemi, na skutek czego jakość węgla znacznie się pogorszyła. Nie wiem, dlaczego, ale to PGE zatrudnia inżynierów górników i inżynierów energetyków, o stadach menedżerów nie wspominając, żeby wiedzieli. Ówczesny poseł PO, Andrzej Czerwiński, złożył nawet interpelację, w której pytał, czy osuwisko nie zagraża planom budowy nowego bloku energetycznego, ale otrzymał odpowiedź, że pod tym względem wszystko jest w porządku. Z doniesień Wyborczej wynika jednak, że nie. Jakość węgla spadła. Kontynuowanie budowy według projektu opartego na starych parametrach węgla oznaczało czystą stratę.

Jeśli wierzyć Wyborczej, sytuacja ma się, jak następuje: Obecny rząd powiada, że walczy o suwerenność energetyczną Polski, o miejsca pracy dla polskich górników, o dumę i godność Narodu, bo nie będzie TSUE pluł nam w twarz, Pepiki ze swoimi szkodami środowiskowymi niech się schowają, a w ogóle oni to robią z zazdrości. Rząd więc przedłużył kopalni koncesję, podobno łamiąc przy tym przepisy unijne, a państwowa PGE zbudowała wielki blok energetyczny za 4.5 mld. Po czym w 2021 okazało się, że nowy blok nie działa i być może działać nie będzie, bo jakość węgla jest nie ta, co trzeba. Aha, ponieważ jednak ten złej jakości węgiel tam sypano, gwarancję diabli wzięli. Brawo, oni.

Był czas na wstrzymanie budowy i przeprojektowanie, to by na pewno dużo kosztowało i opóźniło budowę, jednak straty byłyby mniejsze, niż wynikające z wybudowania strukturalnie wadliwego bloku. Ale nie, my się do błędu nie przyznamy, cele kwartalne budowy zrealizujemy, premie zainkasujemy, a potem jakoś to będzie. 

W zestawieniu z tromtadracją i suwerennościowym zadęciem rządu jest to wszystko tak żałosne, że aż śmieszne, choć jest to śmiech przez łzy.

Tymczasem PGE wyjaśnia, że

postój bloku nr 7 został zaplanowany i uzgodniony z wykonawcą przed przejęciem bloku do eksploatacji przez Elektrownie Turów

jednakże

podczas przeglądu wykonawca poinformował Elektrownię Turów o konieczności zwiększenia zakresu prac w obszarze elektrofiltra oraz młynów węglowych,

a są to te elementy, które rzekomo nie działają z uwagi na gorszą jakość węgla.

Coś więc jest nie w porządku z tymi urządzeniami. Pytanie, jak bardzo. Czy nie będą działać, jak twierdzi Wyborcza, czy też tylko wymagają przeglądu, kalibracji, jakichś poprawek – choć w większym zakresie, niż się spodziewano – jak chce PGE.

Mam nadzieję, że to PGE ma rację i nowy blok po powtórnym uruchomieniu będzie pracował osiągając parametry co najmniej zbliżone do zakładanych w projekcie. Jeśli PGE ma rację, chętnie publicznie wyrażę z tego powodu radość. Bo jeśli nie, to będziemy mieli 4,5 mld utopione w błocie i wstyd na pół Europy. Choć wstyd powinien spaść wyłącznie na PiSowskich ministrów i ich nominatów w PGE, w rzeczywistości spadnie na całą Polskę.

TSUE a sprawa polska

Trybunał Konstytucyjny* odroczył dziś wydanie wyroku w sprawie nadrzędności polskiej Konstytucji nad prawem unijnym. Polska Konstytucja jest niewątpliwie nadrzędna nad prawem unijnym w tym sensie, że zgodnie z Konstytucją Polska zaakceptowała traktat akcesyjny i zgodnie z Konstytucją może go wypowiedzieć. Chodzi o to, czy wydane w Polsce akty prawne niższego rzędu mają mieć pierwszeństwo nad prawem unijnym i czy prawo unijne można interpretować w duchu dowolnej interpretacji Konstytucji. A tak konkretnie chodzi o to, czy Polska ma obowiązek stosowania się do wyroków TSUE.
*A raczej „Trybunał Konstytucyjny”, obradujący pod przewodnictwem mgr Julii „Wolfgangowej” Przyłębskiej.

Dzisiejsze odroczenie jest, moim zdanim, ściśle związane z tym, że dzisiaj Mateusz Morawiecki ma rozmawiać z przewodniczącą Komisji Europejskiej, Ursulą von der Leyen. Trybunał Konstytucyjny wyda swój niezależny 🙂 wyrok w zależności od przebiegu tej rozmowy.

Gdyby Trybunał Konstytucyjny orzekł, że Polska do orzeczeń TSUE stosować się nie musi, Komisja Europejska może uznać, że w Polsce nie są przestrzegane zasady praworządności, o jakich mowa przy utworzeniu Funduszu Odbudowy. Gdyby bowiem w przyszłości, w jakiejś hipotetycznej sprawie, TSUE orzekł, że jakieś środki z Funduszu Odbudowy zostały wydane niezgodnie z prawem, Polska zaś z góry by zastrzegła, że takiego wyroku nie uzna, oznaczałoby to, że Unia Europejska traci kontrolę prawną nad wydawaniem środków pochodzących od europejskich podatników. A skoro tak, to polski rząd mógłby z kamienną twarzą zwyczajnie rozdać te pieniądze swoim kuzynom, oligarchom i poplecznikom, a Komisji Europejskiej nic do tego!

Komisja Europejska nie może się na to zgodzić. Jeśli Ursula von der Leyen jasno oświadczy, że skoro Polska nie chce przestrzegać europejskich zasad praworządności, to z Funduszu Odbudowy nie dostanie ani centa, wtedy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej być może uzna, że wyroków TSUE jednak musimy przestrzegać. Jeśli przewodnicząca Komisji Europejskiej będzie kluczyć i nie będzie stanowcza wobec Mateusza Morawieckiego – może ta Polska tylko tak straszy na potrzeby polityki wewnętrznej, ale gdy przyjdzie co do czego, to jednak wyrok TSUE wykona – wtedy odkrycie towarzyskie Jarosława Kaczyńskiego wyda taki wyrok, jaki Kaczyńskiemu się spodoba.

Orzeczenie, że Polska nie musi realizować wyroków TSUE, byłoby milowym krokiem na drodze do Polexitu. A raczej – do Wypierpolu.

Tabu

W ostatnich miesiącach papież ukarał ośmiu polskich biskupów za chronienie przed odpowiedzialnością podległych sobie księży-pedofilów. Są to

kard. †Henryk Gulbinowicz
abp Sławoj Leszek Głódź
bp Edward Janiak
bp Kazimierz Ryczan
bp Jan Tyrawa
bp Zbigniew Kiernikowski
bp Stefan Regmunt
abp Wiktor Skworc

Do tego trzeba doliczyć głośne sprawy sprzed kilku lat:

abp †Juliusz Paetz
abp †Józef Wesołowski

…a także biskupów, w sprawie których dochodzenia wciąż trwają. Słyszałem o trzech:

bp Jan Szkodoń
abp Stanisław Wielgus
kard. Stanisław Dziwisz

Pomińmy Wesołowskiego, Paetza i Skworca. Pozostali otrzymali kary w ludzkim wymiarze dosyć łagodne: zakaz publicznego sprawowania obrzędów religijnych na terenie swoich (byłych) diecezji, zakaz przebywania na terenie tych diecezji (nie dotyczyło to Gulbinowicza z uwagi na jego stan zdrowia), zakaz uczestniczenia w pracach Konferencji Episkopatu Polski i nakaz wpłacenia bliżej nieokreślonych kwot na rzecz kościelnych fundacji wspierających ofiary molestowania seksualnego.

Skworc natomiast próbuje ucieczki do przodu. Po niekorzystnym dla niego wyniku wewnątrzkościelnego dochodzenia, ale przed formalnym ogłoszeniem kary, sam zrezygnował z ważnych funkcji w KEP, zobowiązał się do wpłacenia jakichś kwot na rzecz ofiar oraz poprosił o wyznaczenie arcybiskupa-koadiutora, co dla urzędującego metropolity musi być upokarzające.

Lewicowa opinia publiczna zżyma się na łagodność tych kar. Do więzienia, do więzienia, a najlepiej do więzienia o chlebie i wodzie, krzyczy lewa strona internetu. Nie mogę się powstrzymać od uwagi, że jest to sentyment wyraźnie post-katolicki: To średniowieczni kaznodzieje epatowali wiernych opisami mąk piekielnych i opowiadali, jak to duszom zbawionych przyjemność sprawia oglądanie cierpień potępionych; po Reformacji zostało to raczej przy Kościele Katolickim, nie u protestantów. Stąd też żal, że ktoś ukarany cierpi nie dość dotkliwie.

Zgoda, w wymiarze ludzkim kary nie są dotkliwe, zwłaszcza dla kogoś tak bogatego, jak arcybiskup senior generał sołtys Głódź. Jednak w wymiarze symbolicznym jest to przełom! W Polsce biskup był dotąd nie-ty-kal-ny! Wraz z sakrą otrzymywał nadludzką mądrość, nieograniczoną władzę nad swoją diecezją, dożywotnie zaproszenie w charakterze najbardziej szanownego gościa na wszystkie uroczystości kościelne i państwowe na swoim terenie i pozycję, której nikt nie śmiał zakwestionować. Najłagodniejsza krytyka biskupa była niedopuszczalna, była tabu, był traktowana jak bezbożny atak na samego Jezusa Chrystusa. Klerykalizm w najwyższym natężeniu. Gdy przemawia biskup, nawet Chrystus milczy, miano mówić klerykom w którymś seminarium. A tu zonk! Okazuje się, że biskup może postępować źle, niegodnie, tak, że Kościół nie jest w stanie tego tolerować. Uwierzcie mi, to jest olbrzymi przełom. Myślę, że za parę lat wszyscy będą to uważać za rzecz zupełnie naturalną – biskup to biskup, lokalny zwierzchnik religijny, taka praca, ale pod każdym innym względem zwykły człowiek – ale dzisiaj ściągnięcie na ziemię polskich biskupów, bytujących u stóp Boga wyżej, niż aniołowie, to jest bardzo ważne wydarzenie.

Gulbinowicz, Głódź, Regmunt i Ryczan zostali ukarani, gdy byli już na emeryturze, Gulbinowicz dosłownie na łożu śmierci, pozostałych poproszono, aby złożyli rezygnacje. Kościół karze biskupów dopiero wtedy, gdy ich zachowanie doprowadza do niedającego się opanować skandalu – tak się przynajmniej dotąd wydawało. Jednak sprawy Kiernikowskiego, Regmunta i Tyrawy, choć w swojej materii nie odbiegały od pozostałych, nie były aż tak bardzo nagłośnione, więc „dawny” (w rzeczywistości całkiem niedawny) Kościół mógłby myśleć o ich zatuszowaniu, przeczekaniu, a przynajmniej dotrwaniu do nieodległego czasu, gdy Kiernikowski i Tyrawa z racji wieku odejdą na emeryturę. A jednak nie. Dalsze trwanie tych biskupów na urzędzie instytucjonalny Kościół uznał za niegodne i szkodliwe dla swojego wizerunku.

Ciekawe z tego punktu widzenia będą losy biskupa Szkodonia. To postać chyba najmniej znana ze wszystkich tu wymienionych, biskup pomocniczy krakowski, jeszcze z czasów kard. Macharskiego. Bp Jan Szkodoń nie jest oskarżany o to, że ukrywał księży-molestatorów, ale że sam był molestatorem, mianowicie przez szereg lat uprawiał seks z pewną dziewczyną od czasów, gdy była niepełnoletnia, aż do jej czasów studenckich. Szkodoń był przyjacielem rodziców tej kobiety, którzy nie widzieli nic dziwnego w tym, że biskup wydzwania do niej o najdziwniejszych porach dnia i nocy i zamyka się z nią na długie godziny w pokoju. Przeciwnie, zdawali się być z tego dumni.

Bp Szkodoń powtórzył aż za dobrze znany schemat: mężczyzna o wysokiej pozycji społecznej wykorzystuje młodą, trochę naiwną, ale przede wszystkim bezbronną kobietę, a potem zostawia ją samą. Ten wzorzec wszedł nawet do kultury: w literaturze anglosaskiej jest to Tess of the d’Urbervilles Thomasa Hardy’ego, u nas na nim oparte jest libretto Halki. Uwiedzenie i porzucenie budzi współczucie dla ofiary i niechęć, gniew wobec sprawcy. Gniew, ale nie odrazę czy przerażenie, zwłaszcza gdy ofiara jest tylko jedna. Co innego, gdy jest cały szereg ofiar.

Odrazę i przerażenie budzi bowiem seksualne drapieżnictwo: masowe wykorzystywanie kolejnych i kolejnych ofiar, traktowanych całkowicie przedmiotowo, zwłaszcza jeśli ofiarami są dzieci. Wściekłość budzą osoby chroniące takich sprawców, utwierdzające ich w poczuciu bezkarności oraz faktycznie ułatwiające kolejne napaści, bo do tego sprowadzało się przesuwanie księży-pedofilów do innych parafii, gdzie nieświadomi sytuacji ludzie podchodzili do nowego księdza z ufnością. Szkodoń „tylko” molestował jedną dziewczynę i w tym aspekcie jego sprawa różni się od spraw ostatnio ukaranych biskupów.

Osoba pokrzywdzona przez Szkodonia złożyła doniesienie do prokuratury, ta jednak w 2019 uznała, że sprawa się przedawniła, ale że przytoczone przez pokrzywdzoną okoliczności bardzo uprawdopodabniają, iż do zarzucanych Szkodoniowi przestępstw doszło. W 2020 okazało się, że przeciwko Szkodoniowi toczy się dochodzenie wewnątrzkościelne. Bp Szkodoń rzecz jasna oświadczył, że jest niewinny, ale że tymczasowo rezygnuje z pełnienia funkcji biskupich. Znikł z diecezji krakowskiej, mieszkał w jakimś klasztorze, parę tygodni temu nawet się mówiło, że może zostanie oczyszczony z zarzutów, ale teraz podobno ze względu na stan zdrowia zamieszkał w domu księży emerytów. No i ciekawe, czy w imię klerykalnej wyrozumiałości Kościół mu daruje, czy jednak go ukarze, choćby symbolicznie. Zakaz publicznego sprawowania funkcji biskupich, wpłata na rzecz ofiar itd. Myślę, że i ze względu na uczucia ofiary, i z uwagi na publiczne poczucie moralności, i wreszcie ze względu na wiarygodność Kościoła, jakąś karę należałoby na Jana Szkodonia nałożyć. No, zobaczymy.

Płoną kościoły

Płoną kościoły w Kanadzie.

Przede wszystkim chcę powiedzieć, że bardzo mi z tego powodu smutno. Nie tylko dlatego, że jestem chrześcijaninem. Świątyń nigdy nie powinno się niszczyć. Nawet jeśli są to obce świątynie. Nawet jeśli są to świątynie religii, do której czujemy niechęć.

Jednak skąd ta fala podpaleń? Trzeba się cofnąć ponad sto lat wstecz. Ówczesne władze Kanady, traktujące rdzenną ludność jak podludzi, postanowiły ich „cywilizować” poprzez przymusową „edukację” dzieci. Stworzono więc cały system residential schools, jak byśmy dziś powiedzieli, zamkniętych szkół z internatami, do których wysyłano dzieci Pierwszych Narodów. Szkół tych było kilkadziesiąt, rozsianych po całej Kanadzie. Od końca XIX wieku do roku 1969 prowadził je Kościół (a właściwie Kościoły – 60% katolicy, 40% protestanci różnych denominacji). To nie była żadna tajemnica, wszyscy o tych szkołach wiedzieli, a przynajmniej mogli wiedzieć, a cel, jakim była przymusowa asymilacja dzieci w głównej kulturze kanadyjskiej, był uznawany za słuszny. W 1969 zarząd nad szkołami przejął kanadyjski rząd federalny, stopniowo je likwidując lub oddając w zarząd społecznościom rdzennym – stosunek europejskich Kanadyjczyków do ludności rdzennej zaczął się zmieniać – ale i po 1969 w części szkół na jakiś czas pozostał stary personel i stare obyczaje. W ostatnich tygodniach na terenach trzech byłych szkół katolickich odkryto nieoznaczone groby łącznie ponad tysiąca dzieci, pochodzące z okresu, gdy pełną odpowiedzialność za ośrodki ponosił Kościół. Odkrycie grobów wzbudziło wielki gniew tak społeczności rdzennych, jak i europejskich Kanadyjczyków, a podpalenia kościołów są zapewne jego przejawem. Przy okazji obalono też lub pochlapano czerwoną farbą kilka pomników; pomników mi nie żal.

Los dzieci uwięzionych w ośrodkach szkolnych dla ludności rdzennej był straszny. Ich kontakty z rodzinami były bardzo ograniczone, niekiedy wręcz do zera. Ponieważ głównym celem tych ośrodków było wyrwanie dzieci z ich rodzimej kultury, „zabicie w dziecku Indianina”, karano za posługiwanie się ojczystym językiem lub praktykowanie jakichkolwiek obrzędów czy zwyczajów właściwych dla ich ludów. Karano za próby ucieczki. Oczywiście karano również za zwykłe przewinienia. Kary cielesne były bardzo surowe, wręcz okrutne, wymyślne, upokarzające. Dochodziło też do przemocy seksualnej, ale to nie ona dominowała. Największą opresją było wyrwanie ze swojego środowiska, uwięzienie i poczucie całkowitej bezradności, prowadzące do utraty poczucia własnej wartości, własnego języka i własnej kultury. Taki był cel.

Nadużyciem jest jednak stwierdzenie, jakim szafuje lewicowy internet, że odkryto groby zamordowanych dzieci. Zapewne większość zmarła na skutek braku opieki i złych warunków, w jakich przebywały. Ośrodki były źle wyposażone, niedogrzewane zimą, ze złymi warunkami sanitarnymi, kiepskim wyżywieniem. Część z ośrodków była przeludniona. Szalały choroby, w tym gruźlica, a kto by się tam kłopotał chorobą jakiegoś indiańskiego dziecka i wydawał pieniądze na jego leczenie? Śmiertelność musiała być duża, ale trudno się nawet doliczyć ile dzieci zniknęło z ewidencji, czyli najprawdopodobniej zmarło, gdyż dokumentacja była kiepsko prowadzona. Działająca w latach 2008-15 Komisja Prawdy i Pojednania, mająca na celu ujawnienie prawdy o zamkniętych ośrodkach dla dzieci ludności rdzennej, szacuje, że zniknęło około 6,000 dzieci spośród 150,000, jakie łącznie, przez te wszystkie lata, w nich przebywało.

Pamiętajmy jednak, że to nie Kościół był pomysłodawcą utworzenia tych ośrodków. To nie księża wyłapywali dzieci w rezerwatach i wysyłali je do szkół. Ta rasistowska polityka była dziełem rasistowskiego rządu Kanady, a Kościół – tak samo rasistowski, jak społeczeństwo, z którego wyrastał – tylko gorliwie, bez najmniejszych skrupułów, wręcz w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku ją realizował, dokładając od siebie nieco indywidualnego okrucieństwa. Kościół nie robił zresztą niczego nowego: Przez setki lat Kościół był instrumentalny w wynaradawianiu i eksploatacji, kulturowym ludobójstwie ludów tubylczych, których ziemie umyślili sobie zająć biali kolonizatorzy, oczywiście twierdząc, że chodziło jedynie o ewangelizację, ucywilizowanie i troskę o zbawienie dusz nieszczęsnych tubylców. A Kanada była państwem kolonialnym. Także okrucieństwo ze strony duchownych wobec ludności rdzennej było zapewne czymś powszednim, tylko że świadectwa się nie zachowały. Te z Kanady się zachowały, bo działo się to stosunkowo niedawno, a europejscy Kanadyjczycy zmienili w międzyczasie swój stosunek do ludności rdzennej, przynajmniej powierzchownie. Otwarte okazywanie rasizmu stało się passe.

Jedyną osobliwością wydarzeń kanadyjskich jest, że nie mówimy o tym, co się działo w XVI czy XVII wieku na ziemiach zwanych dziś Ameryką Łacińską czy w XIX wieku w Kongu, ale w XX wieku, niemalże współcześnie, w kraju należącym do rdzenia euroatlantyckiego świata, w społeczeństwie, które chce się widzieć jako cywilizowane i bardzo tolerancyjne. Dlatego dzisiejsi Kanadyjczycy wypierają rasizm swoich nieodległych przodków, ich odpowiedzialność za system szkół rezydencjalnych i za to, co się w nich działo. Domagając się specjalnych przeprosin od papieża Franciszka wygłoszonych na kanadyjskiej ziemi – mimo że kanadyjski episkopat i zakony, które niegdyś prowadziły te szkoły, już przepraszały, Benedykt XVI w Watykanie wyraził swój smutek i żal a katolicy spoza Kanady nie odpowiadają za to, co się tam działo – krzyczą „to nie my, to zły Kościół”.

Smutne jest to, że polityka władz Kanady okazała się skuteczna. Większość z licznych języków rdzennych mieszkańców nie przetrwa najbliższych lat, gdyż mówi nimi tylko kilkoro staruszków. Nie przekazali ich swoim dzieciom, bo te były zamknięte w ośrodkach szkolnych.

Kościół Katolicki ma dużo obrzydliwych zaszłości historycznych, ale dzisiejsi katolicy nie ponoszą winy za to, co ich współbracia kiedyś robili. Z drugiej strony niezwykle mnie drażni, gdy księża utrzymują, iż Kościół zawsze bronił sprawiedliwości, życia, praw rodziny etc, bo to jest straszna bzdura. Jednak podpalanie kościołów w dzisiejszej Kanadzie jest bolesne i bezcelowe. Nie naprawi wyrządzonych krzywd, a godzi w ludzi, którzy sami są niewinni. Parafianie ze spalonych kościołów ponoszą podobną odpowiedzialność za potworności, jakie miały miejsca w ośrodkach dla indiańskich dzieci i za samo istnienie tych ośrodków, co dzisiejsi zachodni Europejczycy za kolonializm, dzisiejsi Amerykanie za niewolnictwo czy dzisiejsi Polacy za los chłopów pańszczyźnianych. Wszyscy tak czy inaczej czerpiemy z tego ponurego dziedzictwa, nie ponosząc jednak osobistej odpowiedzialności za to, co się wtedy działo. Jeśli już kogoś symbolicznie karać, to instytucje będące następcami dawnych oprawców. Dlatego niezbyt mnie dziwi obalenie pomnika królowej Wiktorii czy pochlapanie farbą pomników JPII, bo choć sami nie odpowiadali za działalność tych szkół, stanowią symbole instytucji, które je stworzyły i prowadziły, Imperium Brytyjskiego i Kościoła Katolickiego.

Tymczasem jednak w części polskiego lewicowego internetu większa jest radość ze spalonych kościołów, niż smutek z powodu śmierci tamtych dzieci.

Płonący kościół w Morinville, Alberta, 30 czerwca 2021

Wór złota

Wszyscy politycy i publicyści piszący o środkach z europejskiego Funduszu Odbudowy jak mantrę powtarzają, że to dobrze, iż Polska te pieniądze otrzyma. Zdaje się, że nikt nawet nie śmie mieć tutaj nawet cienia wątpliwości, w tym politycy Platformy Obywatelskiej, którzy wstrzymali się w głosowaniu nad ratyfikacją FO.

Ja nie jestem politykiem ani znanym publicystą. Jestem polskim wyborcą i polskim podatnikiem i publicznie, choć raczej wobec wąskiego grona, powiem, co myślę: Jeśli pozbawiony jakiejkolwiek realnej kontroli PiS środki z Funduszu Odbudowy zmarnuje, przekształci w swój budżet wyborczy, przeznaczy na chybione inwestycje, a resztę rozkradnie legion jego działaczy i ich niewydarzonych krewnych na państwowych posadach, Polska równie dobrze mogłaby ich nie dostać. I może byłoby lepiej, gdyby nie dostała.

Zwolennicy przyjęcia środków z Funduszu Odbudowy, czyli praktycznie wszyscy, powiadają, że nawet jeśli PiS wyda te pieniądze źle i nieodpowiedzialnie, to jednak zostaną one w Polsce, rozkręcą rynek, stworzą miejsca pracy, zniwelują nierówności, zbuduje się za nie rzeczy, które będą istnieć długo po odejściu PiSu. Nie będzie więc źle, choć oczywiście szkoda, że pod rządami PiSu znaczna część tych pieniędzy zostanie wydana głupio.

Nie jestem tego pewien. Może być jeszcze gorzej. Jeśli do kraju w krótkim czasie napływają znaczne środki zewnętrzne, ich nieprzemyślane wydawanie może zrujnować gospodarkę. Daron Acemoglu i James A. Robinson analizują to na przykładach historycznych w swojej wybitnej książce Why Nations Fail. Ale mamy całkiem współczesne przykłady, w których raptowny przypływ środków zewnętrznych w postaci olbrzymich pieniędzy z UE lub środków pozyskanych przez emisję denominowanych w euro obligacji, doprowadził dwa kraje do potężnego kryzysu. Mam na myśli Grecję i Hiszpanię.

Grecy środki z UE przejedli. Kolejne rządy kupowały sobie w ten sposób poparcie. Sfera budżetowa rozrosła się niepomiernie. Greków nagle zaczęło być stać na kupowanie dóbr importowanych, więc lokalna gospodarka upadła: po co uprawiać pomidory czy produkować AGD, skoro taniej jest jedno i drugie kupić za granicą? Albo po co rozwijać taką produkcję przemysłową lub rolną, która jest naprawdę potrzebna, skoro można celować w działania wynagradzane dotacjami i zarobić na tym jeszcze więcej? Póki się dało, rząd grecki stosował sztuczki księgowe lub wręcz fałszował statystyki, by ukryć fatalną sytuację budżetu. Do tego Grecja realizowała kosztowne programy zbrojeniowe (flota na wypadek konfliktu z Turcją, formalnym sojusznikiem z NATO), więc łatwo pożyczane pieniądze szybko przepływały do zachodnioeuropejskich stoczni, a odsetki trzeba było płacić. W efekcie gospodarka załamała się, ale ponieważ Grecja była w strefie euro i lokalny kryzys mógł zainfekować pozostałe kraje, bogata europejska Północ tym się zainteresowała. Narzucono Grecji program naprawczy, forsowny i bardzo uciążliwy dla obywateli, ale nie zostawiono jej samej.

Hiszpanie z kolei postawili na rozwój infrastruktury. Zbudowali wspaniałą sieć autostrad, liczne nowoczesne lotniska i cały szereg imponujących budynków publicznych. Ale po autostradach nikt nie jeździ, więc kolejne odcinki są zamykane, nie ma pieniędzy na utrzymanie i remonty tego, co działa, na nowe lotniska nikt nie lata, a utrzymanie ich i tych wszystkich gmachów publicznych kosztuje krocie. Dusi to gospodarkę. Łatwo jest zbudować, zwłaszcza nie za swoje, utrzymać – znacznie trudniej, bo na to dotacji już nie ma. Za to napływ środków z zewnątrz przyczynił się do napompowania bańki na rynku nieruchomości, która kiedyś pękła z hukiem. Teraz Hiszpania potrzebuje środków z Funduszu Odbudowy znacznie bardziej, niż Polska.

Do tego i w Grecji, i w Hiszpanii swoje dołożyła korupcja.

Obawiam się, że Polska pod rządami PiS, wydając środki z Funduszu Odbudowy, twórczo zaadaptuje rozwiązanie greckie i hiszpańskie: korupcję, rozdawnictwo, kupowanie poparcia politycznego, patologiczny rozrost budżetówki, inwestycje infrastrukturalne bez zastanawiania się nad ich przydatnością i przyszłymi kosztami utrzymania. Do tego, jak sądzę, Polska może dołożyć coś od siebie, mianowicie megainwestycje rujnujące środowisko, jak tama na Wiśle, trasy kolejowe do CPK prowadzone przez obszary cenne przyrodniczo czy kolejna gigantyczna odkrywka. A mamy też poczynione wobec Trumpa zobowiązania odnośnie do kontraktów zbrojeniowych.

Jeśli olbrzymie środki z Funduszu Odbudowy zostaną wydane bezmyślnie, głupio, w perspektywie doraźnego efektu politycznego i w celu zaspokojenia manii wielkości rządzących, to z kosztów nie wygrzebiemy się przez całe lata, a raczej dziesięciolecia, a straty środowiskowe mogą być nieodwracalne. Wydawanie tak dużych pieniędzy musi być przemyślane, zaplanowane i kontrolowane, bo inaczej możemy wpaść w poważne tarapaty. A wtedy, ponieważ nie jesteśmy w strefie euro – do której w przewidywalnym czasie nie wejdziemy, po pierwsze z powodów politycznych, a po drugie dlatego, że coraz dalej nam do spełnienia warunków – nam nikt nie pomoże.

Polska zgodziła się na ratyfikację Funduszu Odbudowy, co było słuszne z punktu widzenia solidarności europejskiej, jednak nie zobowiązała się do przyjęcia tych funduszy, zwłaszcza w części pożyczkowej. Więc może jednak lepiej nie…?