Hiacynt

Hiacynt, reż. Piotr Domalewski, 2021, a przy okazji
Rysa, serial polski, 2021

W kultowej scenie „Rejsu” Marka Piwowskiego (czy któraś scena tego filmu nie jest kultowa?) Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz szydzą z polskich filmów, w tym z tej sceny, którą właśnie grają 🙂 Czego by nie powiedzieć o ówczesnych polskich filmach, było słychać, co aktorzy mówią. Współczesne polskie produkcje łączy, jak mi się wydaje, to, że nie słychać. Aktorzy coś niewyraźnie mamroczą, mówią przez zasznurowane usta, nosują, słowem, dramat. Do tego jeszcze zdarza się złe ustawienie poziomu dźwięków tła do tekstu wypowiadanego przez aktorów i wtedy nie słychać już kompletnie nic. O, jeśli jakąś rolę gra aktor starszego pokolenia, jak Zbigniew Zamachowski w „Rysie”, zrozumieć można wszystko, nawet jeśli aktor jest ustawiony tyłem albo znajduje się w jakiejś nienaturalnej pozycji. A młodych aktorów bardzo trudno jest zrozumieć. Czy ich nikt już nie uczy dykcji?!

Spojlery!

Dostępny na Netfliksie „Hiacynt” opowiada, jak w latach ’80 młody, dobry milicjant (postać na kształt żelaznego wilka) odkrywa lawendową mafię na szczytach SB i swoją gejowską tożsamość. W PRLu w latach 1985-87 prowadzono akcję masowej inwigilacji środowisk homoseksualnych, zapewne głównie po to, aby zdobyć materiały obciążające „figurantów”, umożliwić ich szantaż i pozyskanie jako Tajnych Współpracowników. W filmie TW nie inwigiluje jednak swojego środowiska, ale dostarcza młodych studentów na gejowskie orgie z udziałem wierchuszki SB. Aby zatrzeć ślady, superzabójca, niemalże jak Specjalista (Asset) z filmów o Jasonie Bourne, zabija kolejnych uczestników orgii; dochodzenie w tej sprawie stanowi kryminalną osnowę filmu. Proszę się nie martwić, w finałowej scenie nasz dobry milicjant zabija Specjalistę.

Najlepszymi fragmentami filmu jest obraz imprez schyłkowego PRLu: oficjalnej milicyjnej (ówczesne przeboje „Daj mi tę noc” i coś Beaty Kozidrak śpiewa z offu wokalistka jak z weselnej kapeli – poprawnie i całkowicie płasko) oraz prywatki w bloku (w tle „Chcę ci powiedzieć coś” Maanamu – no naprawdę, czy potrzebna jest taka dosłowność?).

Jest zresztą w filmie ciekawa aluzja do współczesności: Oto Specjalista zabija w więzieniu jakiegoś nieszczęsnego geja, którego milicja chce wrobić w zabójstwa, pozorując, że w biały dzień powiesił się w celi. Strażnik niczego nie zauważył, bo akurat wyszedł na siku. To jest nawiązanie do smutnej historii boksera Dawida Kosteckiego.

Za to serial „Rysa” opowiada dziwaczną historię współczesną, kręcącą się wokół mafii pedofilskiej ulokowanej – a jakże! – w dowództwie policji i innych kręgach władzy. Scenariusz jest chaotyczny, pełen dziur i niekonsekwencji, a przede wszystkim zupełnie nieprawdopodobny: Oto okazuje się, że komisarzem policji jest kobieta nie pamiętająca swojej przeszłości sprzed kilkunastu lat, swojego ówczesnego ciężkiego nałogu narkotykowego i odwyku, nadal paląca marihuanę, regularnie kontaktująca się z podejrzanymi dealerami i mająca tajemniczego przyjaciela, który od pierwszej sceny wygląda co najmniej na szpiega. I ktoś taki miał przejść weryfikację, żeby zostać komisarzem policji? Proszę nie żartować. A, może dlatego, że ta pani ma jeszcze być ikoną feminizmu.

W dodatku, jak napisałem, trzeba się mocno natężać, żeby w ogóle zrozumieć, co aktorzy mówią.

Okazuje się, że „Rysa” jest ekranizacją pierwszej części trylogii autorstwa Igora Brejdyganta. Teraz któraś stacja nadaje właśnie część drugą, ale nie będę się męczył oglądaniem.

„Hiacynta” zresztą też, w gruncie rzeczy, nie polecam.

Giorgio Parisi

Tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki przyznano za przełomowy wkład w zrozumienie układów złożonych. Otrzymali ją Syukuro Manabe i Klaus Hasselmann (po 1/4) za fizyczne modelowanie klimatu Ziemi, ilościowe określanie jego zmienności i wiarygodne przewidywanie globalnego ocieplenia oraz Giorgio Parisi (1/2) za odkrycie wzajemnego wpływu nieporządku i fluktuacji w układach fizycznych od skali atomowej do planetarnej. Część klimatyczna zapewne budzi większe zainteresowanie, ale ją komentowano już gdzie indziej i ja nie mam tu nic do dodania. Ale Giorgio Parisi, a, to co innego!

Giorgio Parisi zajmuje się tak wieloma obszarami fizyki teoretycznej, że czuję się w miarę kompetentny do wypowiadania się tylko o części z nich, zupełnie pomijając jego wkład w teorię cząstek elementarnych.

Nagroda Nobla dla Giorgio Parisiego to wielka radość dla osób zaangażowanych we współczesną fizykę statystyczną.

Uważa się, że fizyka daje informację pewną: przy takich a takich warunkach stanie się to a to. Jednak w układach złożonych, obejmujących olbrzymie ilości składników, których nie sposób śledzić indywidualnie, fizyka musi ograniczyć się do przewidywania, jakie jest prawdopodobieństwo, że stanie się to a to. Trzeba bowiem uwzględniać szum, zaburzenia losowe, przypadkowe fluktuacje, czyli odchylenia od średniej, pochodzące od licznych nieobserwowalnych stopni swobody. Tradycyjnie uważało się, że zaburzenia losowe mają wyłącznie charakter destruktywny – niszczą powstające struktury, zniekształcają przekazywane sygnały. Okazuje się, że to nieprawda: w niektórych układach nieliniowych obecność szumu może prowadzić do jakościowo nowych zjawisk.

Jedna z wielkich prac Giorgio Parisiego w tym zakresie dotyczyła rezonansu stochastycznego [1]. Otóż ludzie próbowali zrozumieć, dlaczego zlodowacenia na półkuli północnej pojawiały się dość regularnie, co mniej więcej sto tysięcy lat. Okazało się, że na skutek naturalnych zjawisk astronomicznych, oś obrotu Ziemi zmienia swoje nachylenie – o niewielki kąt, ale z takim właśnie okresem, jak zlodowacenia. Jednak szczegółowe obliczenia pokazały, że nie prowadzi to do zmian nasłonecznienia Ziemi mogących wywołać zlodowacenia. Parisi i współpracownicy postanowili uwzględnić zjawiska losowe, takie jak wybuchy wulkanów, wpływające na zmianę albedo Ziemi. Udowodnili, że połączenie tych dwu zjawisk prowadzi do okresowego przerzucania klimatu Ziemi od stanu bez zlodowacenia do stanu ze zlodowaceniem. Co więcej, istnieje pewne optymalne natężenie zjawisk losowych (przypadkowych zmian albedo Ziemi), powodujące, że wpływ astronomicznego procesu okresowego (zmiana nachylenia osi Ziemi) jest najmocniej widoczny. Zjawisko to nazwano rezonansem stochastycznym. Dziś rezonans stochastyczny używany jest nie tylko do wyjaśniania zjawisk klimatycznych (oprócz epok lodowcowych, także zjawiska El Niño), lecz również do zrozumienia pewnych fundamentalnych reakcji biochemicznych, detekcji sygnałów podprogowych, a wreszcie w terapii pewnych schorzeń neurologicznych.

Inna słynna praca Parisiego [2] dotyczyła ewolucji powierzchni w obecności zaburzeń losowych. Nawet pod nieobecność zaburzeń losowych problem jest wysoce skomplikowany, opisywany przez układ nieliniowych równań różniczkowych, a autorom, dzięki zastosowaniu grupy renormalizacji, udało się znaleźć wykładniki krytyczne dla modelu stochastycznego. Ten model ma znaczenie i w mikrobiologii, można bowiem w ten sposób opisywać rozwój kolonii bakterii, i w fizyce nanomateriałów, gdzie kluczowe jest zrozumienie, jak powstają mikroskopowe powierzchnie, których chcielibyśmy użyć do budowy superczułych nano-detektorów, w opisie powstawania struktur fraktalnych, a sama klasa uniwersalności KPZ pojawia się, jak królik z kapelusza, w przeróżnych miejscach stochastycznej teorii pola. Dzięki teorii skalowania i grupie renormalizacji wyjściowy model pozwala w spójnym języku opisać zjawiska zachodzące w wielu skalach, od rozmiarów mikroskopowych aż po astronomiczne.

Każda z tych prac z osobna przyniosła autorom wielką sławę, a Giorgio Parisi jest przecież także gigantem teorii szkieł spinowych! Szkła spinowe to pewne nieuporządkowane układy magnetyczne i, co ciekawe, są pojęciowym prekursorem sieci neuronowych, używanych dziś w uczeniu maszynowym – można więc powiedzieć, że Giorgio Parisi pośrednio wniósł wkład i do tej dyscypliny. Matematyczne modele szkieł spinowych są kluczowe w wielu działach fizyki teoretycznej. Wreszcie szkła spinowe, przez pewne podobieństwa formalne, są powiązane ze zwykłymi szkłami, od których zresztą biorą nazwę, a zrozumienie natury przejścia szklistego do dziś jest dalekie od doskonałości. W największym artykule przeglądowym z tej dziedziny prace Parisiego są cytowane bodaj 50 razy.

Parisi zajmował się ponadto teorią obliczeń Monte Carlo, analizą i modelowaniem ruchu stad ptaków, a ostatnio analizowaniem przebiegu epidemii COVID-19.

[1] Stochastic Resonance in Climatic Change, R Benzi, G Parisi, A Sutera, A Vulpiani, Tellus 34, 10, 1982
[2] Dynamic scaling of growing interfaces, M Kardar, G Parisi, YC Zhang, Physical Review Letters 56, 889, 1986

Widzialna ciemność

Zdjęcie dziewczynki, wobec której polska Straż Graniczna zastosowała „procedurę z rozporządzenia” – to znaczy po wielu dniach tułaczki, wywiozła ją do lasu na granicy polsko-białoruskiej. Bez jedzenia, bez picia, gdy temperatury spadają do +5oC.

Rozporządzenie MSW nakazujące push-backi jest nielegalne, niezgodne i z polskim prawem, i z przyjętymi przez Polskę konwencjami międzynarodowymi. Nawiasem mówiąc, pewna publicystka Polityki napisała, że wobec oficerów w Katyniu też zastosowano „procedurę z rozporządzenia”.

To zdjęcie niech będzie naszym, Polaków, wyrzutem sumienia. Oto, co nasz kraj robi z dziećmi. Nasz kraj!

A zdjęcie z koniem niech będzie symbolem podłości i moralnej degeneracji obecnej władzy.

Tymczasem w Polsce

Na granicy polsko-białoruskiej umierają ludzie. Nie „nielegalni imigranci”, nie pionki w jakiejś strategicznej grze Łukaszenki z Polską czy Putina z Unią Europejską, ale ludzie. Ludzie.

Media ujawniają monstrualną skalę nepotyzmu i kolesiostwa, wręcz mafijnych powiązań, jakimi złodzieje z PiS opletli Polskę.

A minister Mariusz Kamiński, przestępca skazany za nadużywanie uprawnień, ułaskawiony później przez Andrzeja Dudę, robi konferencję prasową, na której pokazuje zdjęcia, rzekomo pochodzące z telefonów komórkowych migrantów, mające dowodzić, że migranci ci są terrorystami, wyszkolonymi w Rosji agentami, pedofilami i zoofilami. Wszystko na raz.

Jest oczywiście całkowicie zrozumiałe, że osoby pragnące nielegalnie przedostać się do Unii Europejskiej zabierają ze sobą dowody świadczące o ich udziale w egzekucjach, o przebytym szkoleniu bojowym i agenturalnym, o skłonnościach pedofilskich i zoofilnych. Każdy na ich miejscu by tak zrobił. Nie budzi to najmniejszych wątpliwości.

Otóż:

  • minister Mariusz Kamiński jest osobą kompletnie niewiarygodną. Nie wierzę w ani jedno jego słowo. Jest to przestępca, kłamca, a co najgorsze, fanatyk.
  • nie ma żadnego sposobu, aby zweryfikować słowa Mariusza Kamińskiego, w szczególności aby sprawdzić, czy pokazane dziś zdjęcia rzeczywiście pochodzą z telefonów komórkowych migrantów
  • nawet jeśli te zdjęcia pochodzą z telefonów komórkowych migrantów, na jakiej podstawie polskie służby uzyskały do nich dostęp?
  • nawet jeśli te zdjęcia pochodzą z telefonów komórkowych migrantów, ujawnianie ich bez zgody sądu stanowi przestępstwo. Mogę prosić o podanie sygnatury?

Mariuszu Kamiński, Mariuszu Błaszczaku i ty, nieszczęsny generale Tomaszu Praga, komendancie główny Straży Granicznej: jesteście plugawi i odrażający. Jesteście zakałą tego narodu. W dodatku macie nas wszystkich za idiotów. Rzygać mi się chce na samą myśl o was.

Edit, 28 września: Jak podaje OKO Press, zdjęcie mężczyzny z kozą, w które z taką lubością wpatrują się konstytucyjni ministrowie rządu RP, pochodzi z jakiegoś starego filmu pornograficznego. Tyle na temat wiarygodności ministrów Kamińskiego i Błaszczaka. Jest taka, jak zawsze twierdziłem, że jest: nie ma jej wcale.

Migranci

Gdy patrzę na zdjęcia z Usnarza, odczuwam żal, wstyd, złość, wściekłość. Ale to, co się tam dzieje, to tylko bardzo drobny element znacznie większej i złożonej sytuacji. Z polskiej perspektywy trzeba na nią spojrzeć co najmniej z trzech stron:

1. Nieszczęsnych ludzi, którzy obecnie koczują na granicy, trzeba natychmiast przewieźć do jakiegoś polskiego ośrodka, ogrzać, nakarmić, wyleczyć, zadbać o nich, o kota też, i przyjąć od nich wnioski azylowe. W czasie rozpatrywania wniosków należy ich nadal trzymać w jakimś ośrodku, ale traktując po ludzku. Dalsze dręczenie tych ludzi przez zmuszanie ich do trwania w tym obozowisku jest moralnie nieakceptowalne. A gdy już się te wnioski rozpatrzy, ci, którym zostanie przyznany azyl, zostaną lub przeniosą się dalej na Zachód, resztę trzeba będzie odesłać. Będą z tym niezłe korowody, ale i tak bledną przy skandalu, jakim jest trzymanie ludzi w upodleniu, na jakiejś kępie błota.

Podobnie, ze względów moralnych, należy postawić przed sądem i, mam nadzieję, skazać dowódców i ich politycznych mocodawców, którzy wysłali żołnierzy (?) do maltretowania tych ludzi, do łamania prawa polskiego i międzynarodowego. Dodatkowo dowódców i ich zwierzchników należy ukarać za posługiwanie się żołnierzami (?) w mundurach bez dystynkcji i oznaczeń, poruszających się pojazdami bez numerów rejestracyjnych. Toż to nie są żołnierze, tylko jakieś zielone ludziki, jak u Putina! Zastanawiam się, czy ktoś tam u Błaszczaka świadomie postanowił naśladować Putina, czy to jest tylko podobny typ myślenia?

Tymczasem historię ludzi z Usnarza, gdy już znajdą się otoczeni jaką-taką opieką w polskim ośrodku, ale z nikłymi perspektywami przedostania się do bogatszych krajów Europy, należy rozpowszechniać na Bliskim i Środkowym Wschodzie za pomocą naszych kanałów dyplomatycznych. A, prawda, Polska dzięki dobrej zmianie, nie ma kanałów dyplomatycznych. Zapomniałem 😦

2. Trzeba wszakże pamiętać, że problem Usnarza stworzył Łukaszenka. Wściekły za nałożenie sankcji na Białoruś, robi na swoją miarę to, co swego czasu robił Erdoğan: szantażuje Europę, sprowadzając uchodźców. Białoruski dyktator zapewne liczy na to, że Unia się ugnie i cofnie sankcje, w zamian za co Łukaszenka przestanie organizować kosztowne „wycieczki na Białoruś” dla mieszkańców Bagdadu. Nie można mu ustąpić. Tych nieszczęśników, którzy obecnie koczują na granicy, należy wpuścić ze względów humanitarnych, ale na przyszłość granicę polsko-białoruską, będącą fragmentem zewnętrznej granicy Unii, należy uszczelnić. Zasieki z drutu kolczastego, jakkolwiek źle się one kojarzą, mogą się okazać niezbędne. I to porządne zasieki, nie ten szajs postawiony przez PiSowskie zielone ludziki przy pomocy kija od miotły, który rozpadł się następnego dnia. Trzeba będzie zadbać o przejścia dla zwierząt i takie tam, ale unijna zasada jest jasna: zewnętrzne granice UE mają być szczelne.

I trzeba też jasno powiedzieć, że mimo wszystkich zasieków, wart, kamer monitoringu, granica polsko-białoruska nie będzie całkowicie szczelna. Skoro, jak informują białoruscy dziennikarze, Białorusini mogą robić „śluzę” – na polecenie wyższego oficera białoruski patrol graniczny na chwilę opuszcza posterunek, a wtedy migranci przekraczają granicę – prędzej czy później jakiś Aleś ze strony białoruskiej dogada się z jakimś Olkiem ze strony polskiej i powstanie śluza symetryczna. Grupki migrantów będą mogły przekraczać granicę. Nie będą to wielkie tłumy, ale też pełnej izolacji nie będzie. Jedyna nadzieja, że Łukaszenka, przekonawszy się, że Unia nie ma zamiaru mu ustąpić, znudzi się i przestanie organizować lotnicze transporty na Białoruś. Ale to trochę potrwa.

Nawiasem mówiąc, dziś pojawili się polscy aktywiści, niszczący zasieki Błaszczaka. Myślę, że rozumiem szlachetne intencje tych osób, ale to zachowanie jest zwyczajnie głupie. Unia Europejska wymaga ochrony swoich granic zewnętrznych przed niekontrolowanym przepływem migrantów, zupełnie podobnie jak wymaga przestrzegania praworządności, zachowania standardów sanitarnych przy produkcji żywności i stosowania się do unijnych zaleceń w całym mnóstwie obszarów gospodarki. Prawda bowiem jest taka: my, Europejczycy, bardzo współczujemy ludziom tonącym w morzu czy gnijącym w błocie podczas próby nielegalnego dostania się do Unii Europejskiej, i tym, których widzimy, chcemy pomóc, ale niekontrolowanego napływu migrantów sobie po prostu nie życzymy.

3. Co prowadzi mnie do obserwacji, że to, co dziś się dzieje na granicy polsko-białoruskiej, może być nikłym przedsmakiem tego, co nas być może czeka w przyszłości. Sytuacja na Bliskim Wschodzie już jest tragiczna, a przecież może się jeszcze pogorszyć czy to z powodów politycznych, czy z uwagi na zmiany klimatyczne. Afryka cieszy się największym przyrostem naturalnym ze wszystkich kontynentów, ale sytuacja wojskowo-polityczna, ekonomiczna i klimatyczna krajów afrykańskich, zwłaszcza w Afryce Subsaharyjskiej, mówiąc eufemistycznie, nie ułatwia życia młodym pokoleniom, liczonym w miliony. Dziesiątki, setki milionów. Nie ma dla nich pracy, ziemi, perspektyw, nawet z żywnością i wodą też bywa kiepsko. Z punktu widzenia Afrykańczyka, Jemeńczyka czy Afgańczyka dowolny kraj europejski jawi się jako kraina spokoju i obfitości. Mamy sytuację silnej nierównowagi. W jednych częściach świata ludziom żyje się bardzo źle, a w innych całkiem dobrze. Na na razie to jakoś trwa, ale niech warunki tam się jeszcze pogorszą, a stamtąd tutaj ruszy wędrówka ludów tak wielka, jakiej świat jeszcze nie widział. Pewnie, nie wszyscy dojdą, bo im zabraknie sił, zasobów i determinacji, ale nie można wykluczyć, że pewnego dnia u granic Europy – na granicy polsko-białoruskiej też – stanie kilka milionów migrantów. Nie potencjalnych migrantów, żyjących w kiepskich warunkach w obozach dla uchodźców i snujących nieokreślone plany migracji do Europy, ale migrantów aktywnych, żądających od Europy, by wpuściła ich natychmiast.

I co my, Europejczycy, z tym zrobimy?

Nie mam pojęcia co mielibyśmy zrobić. Ale co tam ja! Nikt z europejskich przywódców nie ma.

Żołnierze (?), przy pomocy miotły, stawiają płot Błaszczaka

Błąd kardynalny

Bartosz T. Wieliński w GW ostrzega, że Kaczyński poświęca bezpieczeństwo Polski dla władzy. Rozumowanie jest dość proste: skoro amerykańscy senatorowie z obu partii w liście otwartym przestrzegają, że przyjęcie Lex TVN

może mieć negatywne konsekwencje dla kwestii obronności, biznesu i stosunków handlowych. Apelujemy do polskiego rządu o wstrzymanie się przed podjęciem jakichkolwiek decyzji, które mogłyby wpłynąć na nasze długotrwałe relacje

to pewnie senatorowie wiedzą, co mówią, a upór Kaczyńskiego będzie miał negatywne konsekwencje dla Polski: Brak widoków na poważne amerykańskie inwestycje w Polsce, całkowite marginalizowanie przez amerykańską administrację stanowiska Polski w jakichś przyszłych negocjacjach handlowych czy politycznych, zredukowanie amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium Polski, brak koniecznej, wymaganej prawem zgody Senatu na zakup przez Polskę nowoczesnego uzbrojenia produkcji amerykańskiej, znacznie mniejszą skłonność do okazania Polsce pomocy, gdyby – Boże, uchowaj – okazała się ona niezbędna. Wieliński apeluje więc do Kaczyńskiego: Opamiętaj się, chłopie, bo szkodzisz Polsce!

Wieliński milcząco przyjmuje założenie, że Kaczyńskiemu i pozostałym przywódcom PiS zależy na dobru Polski. Że PiS i Kaczyński chcą, aby Polska się rozwijała, była bezpieczna, a ludziom tutaj żyło się raczej lepiej, niż gorzej. Wieliński jest pewien, że Kaczyński i jego współpracownicy inaczej, niż on, jego zdaniem, błędnie rozumieją dobro Polski, co może wynikać z wielu powodów, takich jak inne założenia, brak rozeznania czy błędna ocena sytuacji. Pisze więc:

Prezes PiS uznał, że w sprawie przejęcia TVN Amerykanie będą musieli dać mu wolną rękę, bo Polska jest ważnym, strategicznie położonym krajem. Bez Polski nie da się bronić wschodniej flanki NATO, gdzie zresztą USA zainwestowały mnóstwo pieniędzy. Dlatego – według Kaczyńskiego – Ameryka musi się z Polską liczyć. Geopolityka jest ważniejsza niż jakaś telewizja.

Jeśli prezes PiS zrozumie, że jego kalkulacje były błędne, że rola Polski we „wschodniej flance NATO” jest dla Ameryki dalece mniej ważna, niż ochrona amerykańskich inwestycji, a przede wszystkim deklarowane wartości, w tym wolność mediów – bo gdyby Stany od tego odstąpiły, utraciłyby jakąś cząstkę międzynarodowej wiarygodności – to odpuści, przestanie forsować Lex TVN, gdyż trwając w uporze, może zaszkodzić Polsce.

To samo założenie, że PiSowi zależy na dobru Polski, czynią politycy w Sejmie, publicyści i analitycy w mediach, wreszcie zwykli ludzie nad kuflem piwa lub talerzem zupy. Ach, gdyby tylko PiS zrozumiał, że dobro Polski pojmuje opacznie, poszedł by po rozum do głowy i choć trochę zmienił swoją politykę.

I co? I nic. Jak grochem o ścianę.

Moim zdaniem założenie, że Jarosławowi Kaczyńskiemu, panu Zbyszkowi i innym przywódcom PiS zależy na dobru Polski, jest całkowicie błędne. Im zależy jedynie na władzy. Na tym, żeby było tak, jak oni chcą. Bez żadnych ograniczeń. Żeby ich słowo stawało się ciałem. Żeby mieli błogie poczucie sprawowania całkowitej kontroli. Licznym PiSowcom ulokowanym (nieco) niżej w piramidzie władzy zależy też na pieniądzach (im niżej w piramidzie, tym pieniądze bardziej się liczą) i osobistym prestiżu, wreszcie innym, żeby było tak, jak postanowił ich guru, któremu kiedyś zawierzyli, a teraz boją się mu przeciwstawić. To, co stanie się z Polską i jej mieszkańcami, jest dla nich niemalże bez znaczenia. Polska wraz ze swoimi obywatelami potrzebni są do tego, aby dać władzę Kaczyńskiemu i całej reszcie, a także materialne profity tym, którym one się po prostu należą. Kaczyński i reszta przywódców PiS uważają zresztą Polaków za ludzi raczej głupich: część wystarczy przekupić doraźnymi korzyściami, innych zastraszyć i cześć. Wystarczy. A jaki naprawdę będzie los Polski w perspektywie dalszej, niż najbliższych wyborów, guzik ich obchodzi. Ci nieliczni bardziej przyzwoici pewnie myślą, że „jakoś to będzie”, inni nie myślą nawet tego.

Jeśli więc w sprawie koncesji dla TVN Kaczyński uznał, że dla zachowania władzy musi zniszczyć tę stację, to będzie ją próbował zniszczyć bez względu na międzynarodowe reperkusje. Nie wiem, czy Kaczyński rozumie, że wejście w konflikt z Ameryką zaszkodzi Polsce, jestem natomiast pewien, że konsekwencje takiego konfliktu nic a nic go nie obchodzą.

Tłumaczenie Jarosławowi Kaczyńskiemu i pozostałym przywódcom PiS, że szkodzą Polsce, nie ma najmniejszego sensu. Ich Polska nie obchodzi. Należy to natomiast tłumaczyć „miękkim” zwolennikom PiS, ludziom wahającym się oraz niezdecydowanym by wziąć udział w wyborach. Odsunięcie PiS od władzy jest teraz największym, najważniejszym zadaniem, jakie stoi przed naszym krajem.

1 sierpnia

Moja mama zawsze mocno przeżywała rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Było to związane z jej osobistymi wspomnieniami. Nie, nie była warszawianką. W chwili wybuchu Powstania miała 14 lat i mieszkała u swej babki w Radomyślu nad Sanem, zajętym już wtedy przez Sowietów. Radomyśl przez kilka miesięcy był sowieckim miasteczkiem wojskowym, wojengorodem, ale z głośników zawieszonych na słupach słychać było audycje Radia Londyn. Takie czasy. A w radio w kółko jęk, zawodzenie: Warszawa walczy, Warszawa płonie, Warszawa ginie! I Chorał, upiorny Chorał Ujejskiego. Lokalni AKowcy, wzywani przez Sowietów, zbierali się, by ruszyć na odsiecz Warszawie; na szczęście oddział dowodzony przez mojego ukochanego Wujka Leszka, w którym służyło jeszcze dwóch innych moich wujów, w porę dowiedział się o losie innego oddziału – po stawieniu się na miejscu zbiórki, wszyscy zostali aresztowani przez Sowietów i wywiezieni Bóg wie, gdzie – więc nie wpadli w pułapkę, a Wujek Leszek oddział rozwiązał.

Na mamie to doświadczenie, jej osobista recepcja Powstania, zrobiła wstrząsające wrażenie. By uczcić pamięć Powstania, za PRLu kilkakrotnie jeździła do Warszawy specjalnie po to, by 1 sierpnia być na Powązkach. Oczywiście nie było tam żadnych władz, ale byli ludzie: dość jeszcze liczni powstańcy, zwykli warszawiacy i ci, którzy jak moja mama, specjalnie przyjechali na tę okazję.

Tak byłem wychowany. A jeszcze byłem harcerzem z tego odłamu, który kultywował, wręcz czcił pamięć o Szarych Szeregach. Kamienie na szaniec, przeczytane z jakiegoś tuż-powojennego wydania, znałem praktycznie na pamięć. Ale potem przeczytałem – z biblioteki Wujka Leszka – Pamiętniki żołnierzy baonu Zośka, gdzie znacznie więcej, niż heroizmu i opisu bohaterskich walk z Niemcami, było potworności i rozpaczy. I coś mi zaczęło nie pasować.

A potem przeczytałem więcej. Przeczytałem i starałem się to przemyśleć.

Powstańcom Warszawskim – żołnierzom, sanitariuszkom, łącznikom, ale także cywilom, którzy zmuszeni byli przejść przez to piekło – należy się cześć i szacunek: za ich bohaterstwo, poświęcenie, odwagę, determinację, a także za ich śmierć, cierpienia, rany, przerażenie, rozpacz. Wieczna cześć i szacunek. Jednak samo Powstanie Warszawskie było naszą największą klęską w XX wieku, zupełną, niepowetowaną katastrofą. Śmierć dwustu tysięcy ludzi, śmierć miasta z jego zabytkami, dokumentami, archiwami, zasobami, infrastrukturą, ze wszystkim. Symboliczna zagłada naszej stolicy. Niepotrzebna śmierć ludzi, bezsensowna zagłada miasta. Jedna z naszych największych tragedii narodowych, być może największa, o długotrwałych konsekwencjach porównywalnych, czy ja wiem, do Konfederacji Barskiej, z której, nie wiedzieć czemu, też jesteśmy dumni, lub do najazdu tatarskiego z 1241, do którego, o dziwo, wcale żeśmy się nie przyczynili.

***

Anna Świrszczyńska, Niech liczą trupy

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy

Anna Świrszczyńska, sanitariuszka AK, poetka

Praca dla nauczycieli

Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ z dumą podkreśla, że jest jedyną instytucją na południe od Warszawy i na wschód od Wrocławia kształcącą nauczycieli fizyki. Przez ładnych parę lat, z racji pełnionych funkcji, przyglądałem się z bliska jak to kształcenie wygląda.

Kształcenie nauczycieli fizyki odbywa się w ramach studiów II stopnia. Jest to specjalizacja dodatkowa, którą zainteresowani studenci robią równolegle z jedną z podstawowych specjalizacji. W ten sposób absolwent uzyskuje pełne wykształcenie magisterskie z fizyki oraz uprawnienia do nauczania fizyki (i przyrody). Tak wykształcona osoba jest pełnoprawnym fizykiem, a jednocześnie jest w pełni przygotowana do wykonywania zawodu nauczyciela. Przedmioty „ogólnopedagogiczne” realizowane są w Studium Pedagogicznym UJ, natomiast przedmioty związane z dydaktyką fizyki na WFAIS UJ. Dzięki przyjęciu korzystnych dla studentów interpretacji Regulaminu Studiów, nie oznacza to dwa razy większego obciążenia studentów, a tylko obciążenie większe o jakieś 50%.

Blok pedagogiczny mogą także realizować doktoranci.

Co roku znajduje się jakaś pasjonatka lub pasjonat, na ogół dobrzy studenci, którzy za swoją misję życiową poczytują sobie powrót do swojego niewielkiego miasta i objęcie posady nauczyciela fizyki w tamtejszym liceum. I tak właśnie robią. Poza tym specjalizację tę wybierają studenci, którzy chcą sobie poszerzyć możliwości na rynku pracy. W zasadzie nie planują zostać nauczycielami, ale mając taką formalną możliwość, czują się bezpieczniej.

Niestety, co roku liczba kandydatów na tę specjalizację spada, tak że obecnie trudno jest zapewnić minimalną liczbę osób potrzebną do uruchomienia specjalizacji. O ile mi wiadomo, podobna sytuacja panuje na pozostałych wydziałach ścisłych i przyrodniczych UJ kształcących nauczycieli. Zawód nauczyciela staje się kompletnie nieatrakcyjny dla absolwentów wyższych uczelni. Nawet taki sobie absolwent matematyki, fizyki, astronomii, chemii, biologii czy geografii, o absolwentach informatyki nie wspominając, może przebierać w o wiele lepszych ofertach pracy, no, chyba że z powodów życiowych musi po studiach wrócić do swojej małej miejscowości. (Ten, kto musi wrócić i z braku czegoś innego zostanie nauczycielem, będzie o wiele gorszy od tego, kto chce.)

Drugą stroną medalu jest narastająca ilość ofert pracy dla nauczycieli, głównie „przedmiotowców”, z nikłymi szansami na ich zapełnienie. Na stronie Kuratorium Oświaty w Krakowie jest blisko 1600 ofert, w tym 70 dla nauczycieli fizyki. Podobnie jest w całym kraju. Dariusz Chętkowski, autor BelferBloga Polityki, też o tym pisze, dodając, że zgłaszający się do pracy kombinatorzy (popracuje miesiąc, potem pójdzie na długotrwałe zwolnienie, a tak naprawdę szuka czegoś lepszego), którzy dotąd byli odprawiani z kwitkiem, teraz są przyjmowani.

Skąd się to bierze? Moim zdaniem, powody są trzy.

  1. Haniebnie niskie zarobki. Obecnie nauczyciel stażysta, magister z przygotowaniem pedagogicznym – czyli na przykład absolwent sekcji nauczycielskiej na fizyce UJ – może otrzymać 2949 zł brutto. Po roku pracy, gdy awansuje na nauczyciela kontraktowego, dostanie 3034 zł brutto. Są to wynagrodzenia w okolicach pensji minimalnej, która wynosi 2800 zł, a od 1 stycznia 2022 wyniesie 3000 zł brutto. Taka skala zarobków jest dla nauczycieli wręcz obraźliwa.
  2. Bardzo niski i wciąż spadający społeczny prestiż zawodu nauczyciela. Kiedyś nauczyciele byli szanowani, dzisiaj są pomiatani. Bardzo dobrze było to widać przy okazji strajku nauczycieli, który praktycznie nie doczekał się żadnego społecznego poparcia i zrozumienia. Na to u wielu osób nakłada się wypalenie zawodowe i frustracja spowodowana zdalnym nauczaniem w warunkach epidemicznych. W konsekwencji nie tylko absolwenci nie chcą podejmować pracy nauczyciela, ale wielu nauczycieli wręcz rezygnuje z tej pracy, co dodatkowo pogłębia problem wakatów.
  3. Powyższe dwie przyczyny łatwo wskazują wszyscy, którzy piszą o polskiej szkole. Jest jednak przyczyna trzecia: konsekwencje katastrofalnej, pod każdym względem niszczycielskiej „deformy” edukacji przeprowadzonej przez PiS. PiS zlikwidował gimnazja, więc w szkołach podstawowych pojawiły się przedmioty, których przez lata w nich nie było: fizyka, chemia, biologia, geografia. W wymiarze jednej godziny tygodniowo w klasach VII i VIII. Szkoły w małych miejscowościach są niewielkie i nauczycielowi fizyki (chemii, biologii, geografii) oferują… cztery godziny lekcyjne w tygodniu. Albo tylko dwie. Albo, ho, ho, całe sześć! Żeby nauczyciel mógł uskładać cały etat, musiałby podjąć pracę w kilku szkołach, stając się nauczycielem objazdowym. To z punktu widzenia nauczyciela podnosi koszty pracy (dojazdy!) i czyni ją bardzo uciążliwą. W dużym mieście, gdzie jest wiele szkół i działa komunikacja publiczna, być może byłoby to do zniesienia, ale w małych miejscowościach to jest zupełna katastrofa.

Oczywiście nikt nie znajdzie nauczyciela fizyki na cztery godziny w szkole podstawowej w Tłuczani w powiecie wadowickim. Dyrektor albo ubłaga jakiegoś emerytowanego nauczyciela, żeby wziął te kilka godzin w tygodniu, albo powierzy fizykę nauczycielowi innego przedmiotu – powiedzmy geografii lub chemii. Podobnie będzie z innymi przedmiotami, a zwłaszcza z informatyką. To bardzo pogorszy jakość nauczania i drastycznie zmniejszy szanse na sukces edukacyjny tych dzieci. Albo przedmiot pozostanie formalnie nieobsadzony i różni nauczyciele będą brali zastępstwa, żeby przeprowadzić kilka lekcji. Na przykład katecheta. Jak sądzę, minister Czarnek z Lublina zgodzi się, że ugruntowane cnoty i właściwe życie rodzinne są ważniejsze od jakiejś tam informatyki czy fizyki.

Dzieci z rodzin o dużym kapitale kulturowym, z większych miast, jakoś sobie poradzą. Pozostali – nie. Jakim cudem?! Premier Mateusz Morawiecki baja o cywilizacyjnym doganianiu Zachodu, lewicujący publicyści zżymają się, że polski sukces potransformacyjny oparty był głównie o tanią siłę roboczą, tymczasem PiS, niszcząc edukację, zaprzepaszcza nasze szanse na awans cywilizacyjny. Społeczeństwo mentalnie tkwiące w świecie sprzed stu lat, źle wykształcone, archaiczne, nienowoczesne, nie będzie miało do zaoferowania nic poza tanią siłą roboczą, a i to wystarczy tylko na raczej krótki czas. Niestety, znaczna część naszych współobywateli tego nie dostrzega, gdyż nie docenia znaczenia edukacji. Uważają oni, że celem szkoły jest to, aby małe dzieci były „zaopiekowane”, większe zaś powinny otrzymać świadectwo na tyle dobre, aby mogły trafić do wybranej szkoły wyższego stopnia. To, czego – i czy czegokolwiek – się po drodze nauczą, jest w zasadzie zaniedbywalne.

dr Witold Zawadzki, pracownik naukowy WFAIS UJ i nauczyciel w V LO w Krakowie

Zgorszenie

Pisałem niedawno o biskupie Janie Szkodoniu. Otóż dzisiaj ogłoszono decyzję dotyczącą tego biskupa. Cytuję in extenso:

Działając na podstawie obowiązujących przepisów prawa kanonicznego, Stolica Apostolska – w następstwie formalnego zgłoszenia – przeprowadziła proces karno-administracyjny dotyczący rzekomego wykorzystania seksualnego osoby małoletniej przez bp. Jana Szkodonia.
Po dokładnej analizie zebranych materiałów dowodowych i po przesłuchaniu powołanych świadków, wina bp. Jana Szkodonia nie została udowodniona (non constat).
W toku postępowania stwierdzono natomiast nierozważne zachowanie bp. Jana Szkodonia wobec małoletniej, polegające na przyjmowaniu jej w prywatnym mieszkaniu bez obecności jej rodziców, pozostających od lat w znajomości z biskupem.
W związku z powyższym, bp. Janowi Szkodoniowi została wymierzona pokuta, polegająca na trzymiesięcznych rekolekcjach zamkniętych, poświęconych na refleksję i modlitwę. Biorąc pod uwagę, że od lutego 2020 r. bp Jan Szkodoń przebywał w odosobnieniu, należy stwierdzić, że powyższą pokutę już odbył.
Akta procesu karno-administracyjnego zostały przekazane do Stolicy Apostolskiej. Na forum kanonicznym sprawę należy uznać za zakończoną, a dekret karny za prawomocny. Osoby zainteresowane zostały odpowiednio poinformowane o zakończeniu procesu kanonicznego.

Napiszę wprost: Ta haniebna decyzja jest źródłem publicznego zgorszenia. Kpicie sobie, klechy, z moralności, z ludzkich uczuć i z samej Ewangelii. Jeśli z tego powodu ktoś odwróci się od ziemskiej instytucji, jaką jest Kościół Katolicki, ja powiem: I słusznie!

A jeśli sól zwietrzeje […], na nic się więcej nie przyda, jeno aby była precz wyrzucona i podeptana przez ludzi (Mt 5:13).

P.s. Don Stanislao, którego badano pod kątem postępowania jako arcybiskupa metropolity krakowskiego, nie w związku z tym, co wcześniej robił w Watykanie, podobno też się wywinie.

Wirtschaft

W połowie maja oddano do użytku nowy blok w Elektrowni Turów. Działał tylko miesiąc, w trybie awaryjnym, z wyłączoną automatyką. Jak twierdzi Gazeta Wyborcza, nowy blok nie działa, gdyż nie jest dostosowany do jakości węgla z kopalni Turów. Innymi słowy, nowy blok został źle zaprojektowany.

Budowę nowego bloku energetycznego w Turowie planowano bodaj od 2014. Budowę rozpoczęto w 2016, ale we wrześniu tego roku w kopani doszło do poważnego osunięcia ziemi, na skutek czego jakość węgla znacznie się pogorszyła. Nie wiem, dlaczego, ale to PGE zatrudnia inżynierów górników i inżynierów energetyków, o stadach menedżerów nie wspominając, żeby wiedzieli. Ówczesny poseł PO, Andrzej Czerwiński, złożył nawet interpelację, w której pytał, czy osuwisko nie zagraża planom budowy nowego bloku energetycznego, ale otrzymał odpowiedź, że pod tym względem wszystko jest w porządku. Z doniesień Wyborczej wynika jednak, że nie. Jakość węgla spadła. Kontynuowanie budowy według projektu opartego na starych parametrach węgla oznaczało czystą stratę.

Jeśli wierzyć Wyborczej, sytuacja ma się, jak następuje: Obecny rząd powiada, że walczy o suwerenność energetyczną Polski, o miejsca pracy dla polskich górników, o dumę i godność Narodu, bo nie będzie TSUE pluł nam w twarz, Pepiki ze swoimi szkodami środowiskowymi niech się schowają, a w ogóle oni to robią z zazdrości. Rząd więc przedłużył kopalni koncesję, podobno łamiąc przy tym przepisy unijne, a państwowa PGE zbudowała wielki blok energetyczny za 4.5 mld. Po czym w 2021 okazało się, że nowy blok nie działa i być może działać nie będzie, bo jakość węgla jest nie ta, co trzeba. Aha, ponieważ jednak ten złej jakości węgiel tam sypano, gwarancję diabli wzięli. Brawo, oni.

Był czas na wstrzymanie budowy i przeprojektowanie, to by na pewno dużo kosztowało i opóźniło budowę, jednak straty byłyby mniejsze, niż wynikające z wybudowania strukturalnie wadliwego bloku. Ale nie, my się do błędu nie przyznamy, cele kwartalne budowy zrealizujemy, premie zainkasujemy, a potem jakoś to będzie. 

W zestawieniu z tromtadracją i suwerennościowym zadęciem rządu jest to wszystko tak żałosne, że aż śmieszne, choć jest to śmiech przez łzy.

Tymczasem PGE wyjaśnia, że

postój bloku nr 7 został zaplanowany i uzgodniony z wykonawcą przed przejęciem bloku do eksploatacji przez Elektrownie Turów

jednakże

podczas przeglądu wykonawca poinformował Elektrownię Turów o konieczności zwiększenia zakresu prac w obszarze elektrofiltra oraz młynów węglowych,

a są to te elementy, które rzekomo nie działają z uwagi na gorszą jakość węgla.

Coś więc jest nie w porządku z tymi urządzeniami. Pytanie, jak bardzo. Czy nie będą działać, jak twierdzi Wyborcza, czy też tylko wymagają przeglądu, kalibracji, jakichś poprawek – choć w większym zakresie, niż się spodziewano – jak chce PGE.

Mam nadzieję, że to PGE ma rację i nowy blok po powtórnym uruchomieniu będzie pracował osiągając parametry co najmniej zbliżone do zakładanych w projekcie. Jeśli PGE ma rację, chętnie publicznie wyrażę z tego powodu radość. Bo jeśli nie, to będziemy mieli 4,5 mld utopione w błocie i wstyd na pół Europy. Choć wstyd powinien spaść wyłącznie na PiSowskich ministrów i ich nominatów w PGE, w rzeczywistości spadnie na całą Polskę.