Fideofizyka

Disclaimer: Ten post ma charakter żartobliwy

Zawsze drażniło mnie używanie języka fizyki do „wyjaśniania” zjawisk i pojęć, które nie podlegają opisowi w języku fizyki. Ludzie, czy to aby cynicznie wywrzeć wrażenie na osobach podziwiających nauki ścisłe, czy to w radosnym zapale laików, niekiedy nawet w dobrej wierze, biorą pewne pojęcia z fizyki teoretycznej, które rozumieją co najwyżej powierzchownie, arbitralnie przydają im jakieś dodatkowe znaczenia i łączą je z równie pobieżnie znanymi sobie pojęciami z psychologii i biologii. Stąd biorą się potworki w rodzaju „psychologii kwantowej” i „ezofizyki” (z tym ostatnim terminem dopiero niedawno się zetknąłem) i inne podobne patchworkowe nonsensy. Zgroza.

Wtem! pomyślałem, a czy ja jestem gorszy? Też mógłbym coś takiego zmajstrować. I wymyśliłem, że Bóg jest osobliwością.

Chrześcijański Bóg jest pełen sprzeczności. Nie wiążą go prawa fizyki, czas, klasyczna przyczynowość, nawet zasady logiki, co zresztą jest głównym zarzutem racjonalnych ateistów przeciwko chrześcijańskiej koncepcji Boga. Z drugiej strony fizyka może nie tyle zna, ile umie nazwać stany, w których prawa fizyki załamują się: są to osobliwości. Jest kilka rodzajów osobliwości, ale tutaj interesuje mnie osobliwość początkowa, która zapoczątkowała Wielki Wybuch. (Słowo „zapoczątkowała” też należałoby ująć w cudzysłów.) Linie świata wszystkich cząstek we Wszechświecie rozpoczynają się w tej osobliwości, w której nie było ani czasu, ani przestrzeni, znane prawa fizyki, zależne przecież od czasu i przestrzeni, w niej nie obowiązywały, ale jej własności determinują wszystkie własności Wszechświata. Nie umiemy tej osobliwości opisać, jest to stan matematyczny, który osiągnęlibyśmy cofając się w stronę Wielkiego Wybuchu tak daleko, jak to tylko możliwe, gdybyśmy tylko taką redukcję przeprowadzić umieli (nie umiemy, ale nie ma – chyba? – fundamentalnych powodów, dla których kiedyś nie moglibyśmy tego zrobić).

W tym więc sensie Bóg i osobliwość początkowa są podobni: nie podlegają prawom fizyki, ale determinują wszystko, co się w fizycznym Wszechświecie dzieje. Można więc te obiekty utożsamić: Bóg jest osobliwością początkową Wielkiego Wybuchu.

To jest koncepcja deistyczna, zupełnie taka sama, jak koncepcja Boga-Wielkiego Zegarmistrza z XVIII wieku. Jedyna różnica polega na tym, że zamiast w języku mechaniki precyzyjnej, wyrażamy ją w języku teorii pola.

Jednak Bóg chrześcijański może aktywnie wpływać na bieżące funkcjonowanie Wszechświata, dokonywać w nim zmian, które nazywamy cudami. Czy można to pogodzić z koncepcją Boga-osobliwości? Myślę, że tak. Jacyś zdolni fizycy, w ramach którejś (jeszcze nieistniejącej) kwantowej teorii grawitacji, zapewne sformułują model, w którym stan Wszechświata po Wielkim Wybuchu jest kwantowo splątany z osobliwością początkową; to dałoby się zrobić – jeśli by się dało – zupełnie bez związku z koncepcją Boga-osobliwości. Zmiana stanu osobliwości początkowej natychmiast, momentalnie wpływałaby na stan fragmentu Wszechświata w pewnym elemencie czasoprzestrzeni; byłby to cud kwantowo-grawitacyjny 😉 Tu zapewne można by było podnieść obiekcje wyrażone przez Einsteina, Podolsky’ego i Rosena w słynnym artykule z 1935, że momentalny przekaz informacji kwantowej oznaczałby naruszenie zasady przyczynowości, a więc byłby niezgodny z Teorią Względności. Wykazano, że „normalne” korelacje kwantowe zasady przyczynowości nie naruszają, bo nie da się za ich pomocą przesłać informacji klasycznej. Korelacje kwantowe ze stanem osobliwości początkowej nie naruszałyby przyczynowości albo dlatego, że osobliwość początkowa istnieje poza czasem, albo dlatego, że można byłoby zmienić cały łańcuch przyczynowo-skutkowy stanów prowadzących do tego, który ostatecznie chcemy zmienić.

Ha, no to pójdźmy dalej! Jeśli – jak to przez stulecia robiono – potraktować Biblię jako źródło wiedzy przyrodniczej, natrafimy na zdanie

Jam jest alfa i omega, początek i koniec, mówi Pan, który był, który jest i który przychodzi (Rev 1:8).

Bóg jest zatem nie tylko osobliwością początkową, z której wypływają wszystkie linie świata, ale też osobliwością końcową, do której wszystkie linie świata się zbiegają. Oznacza to, że według Biblii ewolucja Wszechświata zakończy się odwrotnością Wielkiego Wybuchu, czyli Wielkim Zgnieceniem, Big Crunch. Nie będzie żadnej przyspieszającej ekspansji, a więc ani Wielkiego Rozdarcia, Big Rip, ani rozcieńczenia w nieskończonej objętości, co mi odpowiada, bo mnie koncepcja ciemnej energii rozpychającej Wszechświat nie podoba się ze względów estetycznych.

Fraza „który jest” w tym języku oczywiście odnosi się do tego, że Bóg-osobliwość może wpływać na aktualny stan Wszechświata poprzez splątanie kwantowe z osobliwością.

Tak oto mogłaby powstać fideofizyka, fizyka obiektów będących przedmiotem wiary.

No i co? Może by tak opublikować tę koncepcję w Pedagogice Katolickiej lub innym, równie szacownym periodyku naukowym? Ach, jaka szkoda, że nie mam ani na tyle zacięcia filozoficznego, by potraktować to serio, ani tak wielkich cojones, by opublikować to dla żartu, ale z kamienną twarzą. Gdyby ktoś się czepiał, mógłbym, jak prof. Konrad Szaciłowski, którego spotkałem osobiście tylko raz, ale z którym mam wspólnych znajomych, twierdzić, że zrobiłem to, by obnażyć słabości systemu. Jednak nawet jeśli przyjąć wyjaśnienia Szaciłowskiego za dobrą monetę, byłoby to wstydliwie wtórne. Więc chyba jednak nie 😦

Copyright ©2025, P.F.Góra

Wanda Półtawska

W wieku prawie 102 lat zmarła dr Wanda Półtawska, lekarz-psychiatra, w czasie wojny więźniarka Ravensbrück, po wojnie wielka przyjaciółka Karola Wojtyły. Bez wątpienia byli sobie bardzo bliscy, łączyła ich wyjątkowo mocna więź duchowa.

Wanda Półtawska była osobą głęboko religijną i nieprzejednaną przeciwniczką nie tylko aborcji (bez względu na okoliczności), lecz także antykoncepcji. Teraz niektórzy widzą w niej świętą i oczekują szybkiej beatyfikacji, niemalże santa subito, inni ubolewają nad wpływem, jaki – pośrednio – miała wywrzeć na Kościół. Mówi się, że to Wandzie Półtawskiej katolicyzm zawdzięcza kategoryczny zakaz antykoncepcji, ogłoszony przez papieża Pawła VI w encyklice Humanae vitae. Większość z powołanych przez papieża ekspertów skłaniała się do dopuszczenia antykoncepcji w małżeństwach (seks pozamałżeński Kościół potępia tak czy siak), papież jednak posłuchał kard. Wojtyły i to głoszony przez niego całkowity zakaz zawarł w encyklice. Wojtyła zaś pod wpływem Wandy Półtawskiej tylko utwierdzał się w swoich ultrakonserwatywnych poglądach na etykę seksualną.

Wiele osób po tym, co przeżyli i zobaczyli w obozach koncentracyjnych, zwariowało. Jeśli nie zwariowali do tego stopnia, że trzeba ich było umieścić w ośrodku zamkniętym, to nie mogli się pozbierać do końca życia, obozowe myśli i wspomnienia dręczyły ich aż do śmierci, popadali w jakieś straszne obsesje. Zapewne był to pewien szczególny rodzaj PTSD. To jest dobrze opisane w literaturze wspomnieniowej i naukowej. Zupełnie szczerze uważam, że czegoś takiego doświadczyła Wanda Półtawska po przeżyciach w Ravensbrück – u niej objawiło się to zupełnie szaloną fiksacją na punkcie „ochrony życia nienarodzonych”, pewnie dlatego, że nie raz widziała, co hitlerowcy robili z kobietami, w tym z ciężarnymi. A gdy na to nałożyła się głęboka religijność, dostaliśmy, cośmy dostali.

Wesoła zabawa księżowska

Jak donosi Gazeta Wyborcza, grupa księży z Dąbrowy Górniczej w diecezji sosnowieckiej urządziła sobie imprezę, której scenariusz wyglądał mniej więcej tak:

  • Impreza była gejowska, księża-uczestnicy zażywali tabletki na potencję
  • Dla większego funu wynajęto męską prostytutkę
  • Pan prostytutka zasłabł
  • Ktoś spanikował i wezwał pogotowie
  • Reszta towarzystwa zorientowała się, że jeśli na jaw wyjdzie charakter imprezy, może być grubo
  • Wobec czego nie wpuszczono pogotowia
  • Pogotowie wezwało policję
  • Dopiero po przybyciu policji pogotowie mogło udzielić pomocy nieprzytomnemu.

A wszystko za pieniądze bogobojnych wiernych.

[Edit: Z późniejszych doniesień wynika, że zasłabł nie seksworker, ale jeden z księży-uczestników, który wziął za dużo viagry i jeszcze z czymś ją zmieszał. To seksworker wezwał pogotowie, więc księża go wyrzucili, ale seksworker zaczekał i przekonał ratowników, że w mieszkaniu jest nieprzytomny człowiek. Dlatego pogotowie wezwało policję.]

To jest wprost niewiarygodne. Gdyby taka scena znalazła się w jakimś wojowniczo antyklerykalnym filmie, publiczność uznałaby, że autorzy przesadzili, bo takie rzeczy jednak się nie dzieją.

Otóż dzieją się.

Kilkaset lat temu moglibyśmy się spodziewać, że wobec takiego wyuzdania i takiego zakłamania księży, w polskim Kościele pojawi się jakiś Savonarola lub Marcin Luter, nie godzi się bowiem, aby kapłanami Boga byli ludzie tak zdeprawowani, jak ci księża z Dąbrowy Górniczej i reszta towarzystwa, która to toleruje. Kilkaset lat temu kościelni rewolucjoniści zyskiwali posłuch, bo ludziom zależało, aby Bóg był czczony w sposób godny.

Tragedią polskiego Kościoła nie jest to, że księża są zakłamani i zdeprawowani. Tragedią jest to, że żaden Savonarola ani Marcin Luter się nie pojawią, bowiem nikomu nie zależy już na należytym sprawowaniu kultu. Wszystkim – i duchownym, i wiernym, i nie-wiernym – zależy jedynie na tym, aby mieć spokój: spokój wygodnego życia, spokój praktykowania wiary w sposób dotychczasowy, czyli na ogół bez niepotrzebnych odniesień do Boga, ale z zachowaniem licznych tradycyjnych norm i obyczajów, na ogół anachronicznych – lub też spokój nie bycia przymuszanym do takiego życia, ewentualnie spokój wyśmiewania się „ze średniowiecznych bajek” (to błąd, gdyż winno być „ze starożytnych mitów”).

Girolamo Savonarola

***

Czytam, że przełożony tego towarzystwa, biskup sosnowiecki Grzegorz Kaszak, mówił do osób LGBT

nie ściągajcie na nas wszystkich gniewu bożego.

Do własnych księży też to mówił? W ogóle to ciekawe, bo bp Kaszak podobno sam jest gejem, był oskarżany przez innych księży o molestowanie – niczego nie udowodniono – a z całą pewnością był protegowanym i sekretarzem kard. Alfonso Lópeza Trujillo, który rzekomo nie dość, że sam był aktywnym homoseksualistą (choć publicznie homoseksualizm potępiał), miał być seksualnym drapieżcą, skłonnym do przemocy. Byłoby niesłychanie dziwne, gdyby bp Kaszak nie zetknął się z gejowskimi ekscesami w Kościele południowoamerykańskim.

Ostatnio bp Kaszak porównał napór uchodźców do bolszewickiego ataku z 1920.

Nie dziwi nic.

Arybiskupia statystyka

Reportaż Marcina Gutowskiego Franciszkańska 3 i książka Ekke Overbeeka Maxima Culpa dowodzą, że Karol Wojtyła jako arcybiskup metropolita krakowski zajmował się sprawami czterech księży-pedofilów, przy czym o jednym z nich, ks. Sadusiu – tym, którego kard. Wojtyła wysłał do Austrii, zatajając przez kard. Königiem prawdziwy powód zsyłki – nie można z całą pewnością powiedzieć, że był pedofilem. Nie ma wątpliwości, że ks. Saduś był homoseksualistą, który uwodził czy też molestował młodych chłopaków. Ale co to jest młody chłopak? Być może wszystkie ofiary Sadusia przekroczyły obowiązujący w Polsce wiek zgody (15 lat), a nawet wiek zgody wedle obowiązującego wówczas Kodeksu Kanonicznego (16 lat), co by czyniło z Sadusia typka odrażającego, ale nie pedofila w sensie prawnym. Ale pozostała trójka bez wątpliwości była drapieżnymi pedofilami, a kard. Wojtyła radził sobie z nimi tak, jak chyba wszyscy inni biskupi w tamtych czasach, czyli nie radził sobie w ogóle. Właściwie chodziło wyłącznie o ochronę Kościoła przed skandalem, kary, jeśli były wymierzane, były łagodne, kard. Wojtyła, ufając księżom obiecującym poprawę, przenosił ich do innych placówek, gdzie łamiąc dane obietnice mogli kontynuować swój proceder, a o krzywdę i cierpienie ofiar zupełnie nikt się nie troszczył.

Wszystkie ujawnione przypadki pochodzą z materiałów SB, zresztą nie zbieranych przeciwko Wojtyle, ale do szantażowania tych właśnie księży. Duszący się własną hipokryzją PiS grzmi, że materiały przeciwko Wojtyle pochodzą z ubeckich teczek, a więc są niewiarygodne. A na czymże innym opierał się Macierewicz tworzący w 1992 swoją słynną listę lub PiS szkalujący Wałęsę!? Wtedy ubeckie teczki były w porządku (z dokładnością do lojalki Jarosława Kaczyńskiego, która, jako jedyna, została sfałszowana). Materiały o księżach-pedofilach, z którymi miał do czynienia abp Wojtyła, pozostają dziś w zasobach IPN. IPN od lat jest całkowicie kontrolowany przez PiS, niektórzy więc spekulują, że bez zgody władz PiS materiały te nie zostałyby ujawnione dziennikarzom. To PiS, dzisiaj semper fidelis, ogłaszający się największym obrońcą czci papieża JPII, tak naprawdę doprowadził do ujawnienia kompromitujących informacji na jego temat, żeby podzielić i spolaryzować społeczeństwo, ułatwiając sobie grę wyborczą. To byłoby bardzo w duchu PiS, tej obłudnej, zakłamanej i jednej z najbardziej szkodliwych formacji politycznych w całych dziejach Polski.

Mniejsza jednak o to. W całej archidiecezji krakowskiej pracuje ~2000 księży, więc gdyby przyjąć statystyki amerykańskie, ok. 4%, może nieco więcej, duchownych dopuszczało się różnej rangi przestępstw seksualnych wobec nieletnich i powinniśmy się spodziewać ~80 sprawców. A mamy czterech. 20 razy mniej. Gdyby kard. Wojtyła podczas swojej kariery metropolity zetknął się tylko z czterema księżmi-pedofilami, zaledwie 2‰ księży podlegających jego jurysdykcji, jako papież JPII mógł przypuszczać, że tacy przestępcy zdarzają się naprawę rzadko. Bo że się zdarzają, bez wątpienia wiedział. Ale ilu ich było? Ze sprawami ilu pedofilów kard. Wojtyła mógł się zetknąć jako metropolita? Jakiej skali problemu mógł się spodziewać, gdy obejmował władzę nad całym Kościołem?

Niektórzy sprawcy mogli się dobrze kryć, inni wykorzystywali fakt, że ofiary wstydziły się mówić o doznanych krzywdach lub też ich rodziny, pozostając w klerykalnym szacunku wobec księdza, wręcz im tego zabraniały. To, że poznane materiały pochodzą z materiałów SB, może świadczyć tak o tym, że ich obecni dysponenci zdecydowali się ujawnić tylko te, jak i o tym, że SB nie wiedziało o wielu więcej przestępcach: SB bardzo dokładnie starało się inwigilować księży i taki smaczny kąsek, jak pedofilia, zwłaszcza homoseksualna, na pewno zostałby odnotowany w teczce księdza. No, ale bardzo dużo materiałów SB zostało bezpowrotnie zniszczonych na przełomie 1989/90. Tak więc nie wiemy nawet tego, ilu księży-pedofilów z archidiecezji krakowskiej odnotowała SB, tym bardziej zaś, o ilu z nich wiedział kard. Wojtyła. Nie wiemy i być może nigdy się tego nie dowiemy z bezpośrednich źródeł.

Materiały z postępowań kanonicznych przeciwko występnym księżom, jeśli do nich dochodziło, pozostają tajne i niedostępne dla badaczy.

Żeby więc zorientować się, ile wiedział abp. Wojtyła, trzeba by przeprowadzić drobiazgową kwerendę, podobną do tej, jaka pokazana jest w filmie Spotlight. Przeanalizować rokroczne spisy księży archidiecezji z czasów, gdy metropolitą był kard. Wojtyła i wyłapać tych, którzy dziwnie często zmieniali parafie lub też z niewytłumaczalnych powodów pozostawali bez przydziału. A potem spróbować prześledzić losy tych konkretnych księży, postarać się odszukać świadków, może ktoś coś wie, coś pamięta. Oczywiście w niektórych przypadkach okaże się, że ksiądz był zwyczajnie kłótliwy, był alkoholikiem lub malwersantem i dlatego był przenoszony z miejsca na miejsce, albo ciężko chorował i dlatego był bez przydziału, ale na pewno dałoby się wykryć takich, których arcybiskup próbował, w pewnym sensie, ukryć, a na pewno oderwać od dotychczasowego środowiska. No i co z nimi? To mogłoby dać pewne oszacowanie, ile kard. Wojtyła znał takich przypadków ze swojej diecezji.

Ale obecnie tego chyba nie da się zrobić. Abp Marek Jędraszewski postanowił utajnić wszystkie akta personalne księży i chyba te doroczne spisy też.

Jak mówi prawica, gdy ktoś nie ma niczego do ukrycia, to niczego nie ukrywa.

Fizyka a wiara

W świątecznej Gazecie Wyborczej ukazał się dość duży artykuł Marka Abramowicza, astrofizyka, pod dość nieszczęśliwym tytułem Fizyka jest dziś o wiele bliżej uznania istnienia Boga jako aktywnego elementu obiektywnej rzeczywistości.

Każdemu wolno jest szukać uzasadnienia swojej wiary, a komu innemu swojej niewiary, w dokonaniach nauki. Czym innym wszakże jest dowód, czym innym zaś uzasadnienie. Rzecz w tym, że nauka nie dowodzi istnienia Boga ani w ogóle żadnej rzeczywistości nadprzyrodzonej. I w drugą stronę: z nauki nie wynika, że Boga lub innej rzeczywistości nadprzyrodzonej nie ma.

Autor doszukuje się

niemożliwego do zaprzeczenia splątania fizyki z metafizyką

w dokonaniach fizyki współczesnej: względności czasu i przestrzeni, mechaniki kwantowej z nierównościami Bella, splątaniem i teleportacją kwantową, a także astrofizyki i kosmologii. Cóż, pokazuje to, że naiwny, mechanistyczny materializm, charakterystyczny dla fizyki końca XIX wieku, gdy poważni ludzie twierdzili, że w fizyce „wszystko już zostało odkryte”, a później choćby dla myśli stalinowskiej, która w imię tak pojmowanego materializmu sprzeciwiała się mechanice kwantowej i teorii względności, nie ma racji bytu. Fizyka, gdy zaczyna mówić o obiektach bardzo małych lub bardzo dużych i procesach bardzo szybkich lub bardzo powolnych, wykraczających poza nasz „zwykły” obszar poznania, staje się mocno nieintuicyjna. Nasze zmysły, a za nimi nasze narzędzia poznawcze, powstały (lub wyewoluowały, to jest w tym kontekście bez znaczenia) do radzenia sobie z obiektami i procesami jako-tako przystającymi do ludzkiej skali rozmiarów i czasów trwania, od mikrometrów po tysiące kilometrów i od mikrosekund po tysiąclecia. Im bardziej oddalamy się od tej skali w jedną lub w drugą stronę, tym trudniej nam prowadzić pomiary i choć mamy – lub przynajmniej wydaje nam się, że mamy – adekwatny język opisu takich zjawisk, matematykę, uzyskane rezultaty są dla nas trudne do wtłoczenia do codziennej, intuicyjnie dla nas zrozumiałej skali. Wiemy też doskonale, że pewnych zjawisk wciąż nie umiemy ani zmierzyć, ani opisać i domyślamy się, że istnieje gazylion obiektów, o których nawet nie wiemy, że istnieją. We wszystkich tych przypadkach naiwny materializm zawodzi. Mamy nadzieję, że z czasem udoskonalimy nasze teorie naukowe i narzędzia badawcze i kiedyś, choć być może nieprędko, znacząco rozszerzymy dostępny nam obszar poznania. Zarazem wydaje mi się oczywiste, że ludzkość, jak długo by istniała, nie zdoła poznać i zrozumieć wszystkiego. Nie wynika z tego jednak, że musi istnieć jakiś wszechogarniający Bóg. Nie wynika z tego także, że wszechogarniającego Boga nie ma.

Ciekawe, że Abramowicz tylko pobieżnie odnosi się do najpoważniejszej, moim zdaniem, kontrowersji związanej z mechaniką kwantową: koncepcji obserwatora. Rzeczywiście, granica pomiędzy fizyką kwantową a klasyczną, a konkretnie sposób, w jaki obiekty kwantowe przekształcają się we wskazania klasycznych urządzeń pomiarowych, jest źle zdefiniowany. Autor cytuje tu austriackiego fizyka Antona Zeilingera, laureata Nagrody Nobla:

Będziemy się chyba musieli pożegnać z naiwnym realizmem, zgodnie z którym świat istnieje sam z siebie, bez naszego udziału i niezależnie od naszych obserwacji

Skoro obiekty kwantowe dopiero w akcie pomiaru przybierają swoje klasyczne wartości – cząstka zostaje zlokalizowana w jakimś tu, choć przed pomiarem była, w pewnym sensie, wszędzie, kot Schrödingera okazuje się być żywy bądź martwy, choć przed pomiarem nie był ani taki, ani taki (nie, mechanika kwantowa nie twierdzi, że był jednocześnie żywy i martwy), a właściwie w ogóle nie było odrębnego kota – bez obserwatora świat nie może istnieć. Czy to miałoby oznaczać, że bez ludzi cały Wszechświat by nie istniał? Przecież to bzdura, skoro wiemy, że ludzie pojawili się dopiero miliardy lat po powstaniu Wszechświata. Stąd rzekomo miałaby wynikać konieczność istnienia Boga jako „pierwszego obserwatora”. Ot, taka modyfikacja arystotelesowskiej koncepcji pierwszego poruszyciela. Ale to jest fałszywa implikacja. My, ludzkość, po prostu wciąż niedostatecznie dobrze rozumiemy koncepcję pomiaru kwantowego – jest to jeden z tych problemów, które, jak liczymy, kiedyś uda nam się wyjaśnić, choć dziś nam on wciąż umyka. Są już zresztą pierwsze koncepcje teoretyczne, jak choćby teoria dekoherencji. Podobnie zresztą nie rozumiemy samego momentu Wielkiego Wybuchu. Naiwnie interpretuje się go jako akt stworzenia, ale to po prostu jest kolejna rzecz, której jeszcze nie rozumiemy i może kiedyś zrozumiemy. A może nie. Podobnie jak nie wiemy, co dzieje się pod horyzontem zdarzeń czarnej dziury.

Innymi słowy, fizyka wciąż jest – i zapewne zawsze pozostanie – niedoskonała, a im więcej na poziomie formalnym rozumiemy, nawet mogąc to poprzeć eksperymentami, tym bardziej nasze wywiedzione z ludzkiej skali intuicje zawodzą. Ale to niestety, na szczęście, niepotrzebne skreślić, nie dowodzi istnienia Boga.

Marek Abramowicz dość dużo miejsca poświęca temu, że dzięki, jak się wydaje, starannie dobranym wartościom stałych fizycznych,

Wszechświat jest bardzo wyjątkowy, gdyż wyraźnie zdaje się sprzyjać naszemu istnieniu.

Jest to pewna forma zasady antropicznej, o której napiszę oddzielnie.

Autor kończy swój artykuł podając wyniki głosowania na pewnej konferencji fizycznej w Uppsali. Otóż na pytanie: Czy twoim zdaniem istnieją poważne powody na to, by uznać, że Bóg istnieje? trzy czwarte głosujących odpowiedziało twierdząco. No i fajnie. Nie ma w tym niczego dziwnego. Podobnie bowiem jak naiwny materializm jest nie do utrzymania, błędne jest przekonanie, że wiara religijna i „światopogląd naukowy” pozostają w sprzeczności. Światopogląd naukowy wymaga, aby wszystkie obserwowane zjawiska wyjaśniać odwołując się do znanych praw naukowych, a jeśli to się nie udaje, to najpewniej dlatego, że jakichś praw wciąż jeszcze nie znamy lub nie rozumiemy. Jednak postulat, że wszystko potencjalnie da się wyjaśnić w oparciu o prawa naukowe, jest tylko postulatem, założeniem o charakterze filozoficznym, nie zaś prawem naukowym per se. Tym bardziej, że jak napisałem wyżej, zapewne nigdy nie poznamy wszystkich praw naukowych. I nadal nic nie wynika z tego w kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga.

Co wiedział papież?

Ciągle wraca pytanie, czy i co JPII wiedział o seksualnych przestępstwach księży, a jeśli wiedział, czemu to tolerował?Po niedawnym filmie Macieja Gutowskiego, zwłaszcza po wypowiedziach osób, które znały JPII osobiście, kwartalnik Więź baja coś o

na wskroś autentycznym klerykalizmie Karola Wojtyły.

Bo to dobry klerykalizm był. O ile dobrze zrozumiałem, redakcja Więzi sądzi, że JPII uważał kapłaństwo za stan wyróżniony, święty. Kapłaństwo to

niezasłużone i niespodziewane wybranie (dar) do szczególnej roli, służby, do ekskluzywnego świata pomocników Boga

a zatem

każdy przejaw niechęci do duchownego, obarczanie go odpowiedzialnością za czyny niemoralne, a nawet tylko nieadekwatne do pełnionej roli, każda informacja o naruszeniach kościelnej dyscypliny i etycznego porządku w pierwszej kolejności mogły wywoływać [u JPII] dystans do sformułowanego zarzutu i osoby, która ten zarzut formułowała

Słowem, wedle Więzi JPII nie wierzył w oskarżenia księży o przestępstwa seksualne, bo ksiądz jest święty i wybrany, a więc do takich podłych czynów niezdolny. Przecież to jest teologiczna bzdura. Kościół uczy, że wszyscy ludzie są grzeszni, a z historii znamy mnóstwo przykładów księży, biskupów i papieży, którzy dopuszczali się rzeczy strasznych. Wmawianie JPII takiej naiwnej teologii – ksiądz jest święty i do grzechu niezdolny – wręcz uwłacza jego pamięci.

Z pewnością JPII wiedział, że pewna liczba duchownych popełnia przestępstwa seksualne, ale być może nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska. Z tym, że aż do początku lat 2000 nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, ujawniane tu i ówdzie przypadki opinia publiczna traktowała jako zjawiska odosobnione. Możliwe, że sam JPII tak myślał, no, zdarzają się czarne owce, ale to są sporadyczne przypadki, nie rzutujące na obraz Kościoła jako takiego.

Nie chodzi zresztą o to, jak JPII odnosił się do szeregowych księży, a nawet pomniejszych prałatów, ale do kościelnych „grubych ryb”, którzy potem okazali się seksualnymi drapieżcami. Mam na myśli w szczególności kard. Hansa Hermanna Groëra, abp. Juliusza Paetza, kard. Theodore McCarricka, kard. Henryka Gulbinowicza i o. Marciala Maciela Degollado.

Jeśli mowa o czterech pierwszych, to, moim zdaniem, JPII dobrze wiedział, że molestują oni kleryków. Wiedział, bo miał liczne doniesienia od duchownych i, horribile dictu, świeckich z odpowiednich diecezji, a Gulbinowicza i Paetza sam miał okazję wiele lat obserwować. Wiedział, ale tolerował ich zachowanie, dopóki nie stało się ono źródłem publicznego zgorszenia. Być może myślał, że no owszem, nieładnie postępują grzesząc cieleśnie, ale klerycy byli ludźmi pełnoletnimi (za życia JPII nikt wymienionych biskupów nie oskarżał o pedofilię, a było to też na długo przed powstaniem ruchu #metoo, zwracającego uwagę na problem seksualnego wykorzystywania podwładnych przez przełożonych), no więc trudno. Jednocześnie Groër, Paetz, McCarrick i Gulbinowicz byli niezwykle skuteczni jako fundraiserzy i organizatorzy życia kościelnego, głosili poglądy konserwatywne, mieli też bardzo duży wpływ na władze świeckie, korzystny z punktu widzenia Kościoła. Dopóki nie było skandalu, JPII traktował tych biskupów jakby dobrze służyli Kościołowi. Jednak gdy wybuchły skandale – wielkie, publiczne skandale – najpierw z Groërem, potem z Paetzem, JPII usunął ich z urzędów (Groëra poniekąd na raty), ale nie nałożył na nich innych kar kościelnych. McCarricka nawet awansował, bo skandalu jeszcze nie było. O występkach Gulbinowicza dowiedzieliśmy się dopiero wiele lat po śmierci JPII i tuż przed śmiercią samego Gulbinowicza. McCarricka i Gulbinowicza kościelnie ukarał dopiero Franciszek.

[Edit: inna kościelna gruba ryba, kard. Bernard Law – patrz komentarze.]

Nieco inaczej wygląda sprawa Marciala Maciela, chyba najbardziej wyuzdanego przestępcy z nich wszystkich. Był seksualnym potworem-pedofilem, ale był wyjątkowo skuteczny jako fundraiser, a założony przez niego Legion Chrystusa cieszył się z całej masy powołań. W przeciwieństwie do Groëra, Paetza, McCarricka, nie ma udokumentowanych doniesień o tym, że inni duchowni słali alarmistyczne informacje na jego temat do papieża. Maciel, wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, płacił łapówki watykańskim urzędnikom – na przykład to Legion Chrystusa miał sfinansować wystawne przyjęcie wydane przez Stanisława Dziwisza po podniesieniu go do godności biskupa – którzy, zapewne, w podzięce blokowali przynajmniej część niekorzystnych dla Maciela informacji, o ile takie dochodziły, a teraz niczego już nie pamiętają. Podobnie zresztą postępował McCarrick. No i pytanie: ile JPII wiedział o Macielu? Czy wiedział o jego notorycznej pedofilii i ją tolerował? Niestety, tego nie wiemy. Kościół rozpoczął dochodzenie w prawie Marciala Maciela, ale przerwał je po śmierci tego zakonnika, a akta utajnił. Ówcześni współpracownicy JPII, którzy mieli z Macielem regularne kontakty, niczego nie pamiętają – nawet tego, że się z Macielem w ogóle znali.

No i tak 😕 Możemy jedynie spekulować czy JPII wiedział o pedofilii Maciela. Dowodów – ani takich, które mogłyby pogrążyć papieża, ani takich, które mogłyby go oczyścić – brak.

Co ten Franciszek…

Wczoraj papież Franciszek po raz kolejny wypowiedział się o wojnie w Ukrainie.

Myślę o olbrzymim okrucieństwie wobec tak wielu niewinnych, którzy płacą za szaleństwo, szaleństwo po wszystkich stronach, bo wojna to szaleństwo.

No, przypuśćmy, że zgoda.

Tak wiele ukraińskich dzieci i rosyjskich dzieci zostało sierotami. Sieroty nie mają narodowości, straciły ojca lub matkę. Nieważne, czy to Rosjanie, czy Ukraińcy.

Śmierć rodziców to dla małego dziecka straszna trauma i z punktu widzenia dziecka zapewne nie ma znaczenia, jak do niej doszło. Ale zewnętrzny obserwator, a już szczególnie światowy przywódca religijny, przez wielu uważany za autorytet moralny, powinien zauważyć, że jest różnica pomiędzy śmiercią ofiary mordu a śmiercią niedoszłego mordercy, zabitego przez napadniętego w obronie własnej. Że to nie wszystko jedno, czy rodzice jednego dziecka zginęli, gdy ich dom trafiła rakieta, czy ojciec drugiego zginął, gdy jego czołg, uczestniczący w zbrojnej napaści na inny kraj, został zniszczony przez obrońców. Czułostkowość „och, biedne sierotki, nieważne, jak zginęli ich tatusiowie, bo sierotki tak czy siak są biedne” zakłamuje obraz wojny, zamazuje różnicę pomiędzy agresorem a niewinną ofiarą. Tak się nie godzi, Franciszku.

Lecz najgorsze miało dopiero nadejść:

Myślę o biednej dziewczynie, która wyleciała w powietrze przez bombę umieszczoną pod jej siedzeniem w samochodzie w Moskwie. Niewinni za wojnę płacą, niewinni.

Daria Dugina była niewinna?! Ta sama Daria Dugina, która gorliwie wspierała ojca, gdy ten nawoływał, by Ukraińców zabijać, zabijać, zabijać i która publicznie mówiła, że Ukraińcy to są podludzie?! W dodatku śmierć Duginy wygląda raczej na jakieś porachunki KGBowskie, KGBowską prowokację. Ale tu jest coś znacznie gorszego. Czemu papież Franciszek znalazł słowa współczucia dla Duginy, a nie znalazł ich dla dzieci zabitych w zbombardowanym szpitalu położniczym w Mariupolu, dla dzieci zabitych w teatrze w Mariupolu, gdzie usiłowały się schronić, dla kobiet i dzieci gwałconych i zabijanych w Buczy i innych miejscowościach okupowanych przez Rosjan, dla dzieci i dorosłych ginących w ruinach swoich domów ostrzeliwanych rakietami? Nie rozumiem cię, papieżu Franciszku. Jest mi wstyd za ciebie. Jest mi bardzo, bardzo przykro.

Byłem wychowany jako katolik i długie lata czułem się katolikiem – kiepskim, ale jednak katolikiem. Wciąż czuję się chrześcijaninem, wierzącym chrześcijaninem, ale z instytucjonalnym Kościołem Katolickim chcę mieć jak najmniej wspólnego.

P.s. Wiem, że już nie ma KGB, tylko jest FSB. Fi donc!

Kompetencje arcybiskupa

Niedawno minęła dwunasta rocznica katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Z tej okazji Jarosław Kaczyński, zły człowiek, oświadczył, że pod Smoleńskiem doszło do zamachu, a wydobyty z otchłani Antoni Macierewicz ogłosił swój żenująco niekompetentny, kłamliwy i cyniczny „raport”.

Zdaje się, że próba odnowienia religii smoleńskiej spowodowana jest tym, że wojna w Ukrainie nie stała się dla PiSu „politycznym złotem”. Zarazem budżet Polski zbliża się do katastrofy, więc trzeba czymś zająć opinię publiczną. Gdy orkowie Putina pławią się w zbrodniach wojennych, można spróbować przypisać mu każdą inną niegodziwość, nawet taką, której nie popełnił.

Do narracji o zamachu włączył się metropolita krakowski, abp Marek Jędraszewski, jedna z najbardziej złowrogich twarzy polskiego Kościoła. Z okazji rozpoczęcia Wielkiego Tygodnia mówił o „kłamstwie smoleńskim”. Jędraszewski jest pewien, że doszło do zamachu, gdyż

nikt o zdrowym rozsądku nie uwierzy, że brzoza jest w stanie oderwać skrzydło wielkiego samolotu, to raczej ona powinna być ścięta, bo nikt nie jest w stanie uwierzyć, że właśnie wtedy jakimś sposobem zostały zawieszone najbardziej podstawowe prawa fizyki.

Fizyka jest nauką doświadczalną. Ksiądz arcybiskup zechce się dowiedzieć, że w lipcu 1963 amerykańska FAA przeprowadziła eksperyment z udziałem prawdziwego samolotu, żeby zbadać jego destrukcję przy zderzeniach z przeszkodami terenowymi. Użyto DC-7, podobnego rozmiarami do Tu-154. Rozpędzono go i skierowano na przeszkody, jakby w wyniku nieudanego lądowania. Jedną z przeszkód był drewniany słup telegraficzny o średnicy 12 cali, o który samolot zawadził skrzydłem. Słup odciął kawałek skrzydła, a odcięty kawałek odfrunął w górę i w bok. Widać to na filmie. Prędkość DC-7 159 węzłów, prędkość Tupolewa przy zderzeniu z brzozą 167 węzłów, średnica brzozy 30-40 cm, czyli 12-16 cali, miejsce uderzenia skrzydła praktycznie identyczne.

Przewielebny ksiądz arcybiskup oraz moi rozmaici znajomi z wykształceniem ścisłym, nawet z doktoratami, mogą sobie swoje heheszki z „pancernej brzozy” wsadzić tam, gdzie się domyślają.

Przy tej samej okazji abp Jędraszewski pozwolił sobie na stwierdzenie, że

godzina katastrofy w Smoleńsku wpisuje się w godzinę śmierci Jezusa.

Śmierć każdego człowieka wpisuje się w śmierć Jezusa, ale nadawanie specjalnego znaczenia ofiarom tragicznej katastrofy, zrównywanie ich śmierci ze śmiercią Jezusa, jest świętokradztwem

Moim zdaniem ks. prof. dr hab. Marek Jędraszewski jako biskup to pomyłka. Za to jego profesura jest w porządku: ponoć był bardzo kompetentnym komentatorem dzieł Emmanuela Levinasa, ale po otrzymaniu sakry biskupiej przestał się zajmować filozofią, ograniczając się do okazjonalnego komentowania Kpinomira. No, ale skoro Jędraszewski jest biskupem, pewnie można go słuchać w kwestiach religijnych, choć na ten temat wypowiada się raczej rzadko. Znacznie więcej mówi o kwestiach społecznych i moralności, choć jego nauki mają niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, religią miłości, miłosierdzia i współczucia, a są raczej manifestacją poglądów głęboko konserwatywnych, patriarchalnych i etnocentrycznych. Natomiast o fizyce niech się abp Jędraszewski, z łaski swojej, nie wypowiada, gdyż nie ma o niej bladego pojęcia i sam stanowi jawny dowód, jak nisko w Polsce upadła edukacja publiczna.

***

Jednak jest dzisiaj coś, z czego można się cieszyć. Oto russkij wojennyj korabl – tak, ten sam – trafiony ukraińskimi rakietami, poszedł tam, gdzie jego miejsce.

Nolite timere

Rozpoczynając przemówienie w Warszawie, prezydent Joe Biden przywołał wezwanie Nie lękajcie się!, wypowiedziane przez papieża Jana Pawła II na mszy inaugurującej jego pontyfikat w październiku 1978.

Nie ma nic dziwnego w tym, że katolik Biden, występując w trudnych czasach w kraju (nominalnie) katolickim, kurtuazyjnie nawiązuje do słów papieża pochodzącego z tego kraju. Co prawda JPII nie jest już w Polsce powszechnie uważany za autorytet i źródło narodowej dumy, może za wyjątkiem kręgów mocno kościelnych, deklaratywnie prawicowych, a także dla osób starszych, choć i ci raczej traktują go jako totem niż źródło nauk moralnych. Dla młodzieży postać JPII jest niemalże obca i choć w szkole, do której uczęszczali, papież wyzierał z każdego kąta, podobno więcej o nim wiedzą z cenzopapów, niż z jakichś rzetelnych źródeł. Osoby centrowe 40+ jakoś tam JPII doceniają, choć są świadome wagi stawianych mu zarzutów w sprawie tolerowania i tuszowania kościelnych skandali obyczajowych, a dla lewicy młodej i nieco starszej nawiązanie do papieża jest wręcz kamieniem obrazy. Wszyscy się jednak zgadzają, że prezydent Biden zacytował papieża-Polaka.

Chyba nikt nie zwrócił uwagi, że JPII sam cytował Ewangelię. Nie lękajcie się to słowa, jakimi anioł zwrócił się do pasterzy przerażonych znakami, jakie miały towarzyszyć narodzinom Jezusa (Łk 2:10). Dzieją się rzeczy wielkie, zachodzą wielkie zmiany, być może nie będzie już tak, jak dawniej, ale należy pokładać ufność w Bożej opatrzności, powie człowiek wierzący. A niewierzący może zaufać światu, który nie jest aż tak zły, jak się uważa, może liczyć na pomoc przyjaciół i stronników. W przypadku narodzin Jezusa – no, wiadomo, w przypadku pontyfikatu JPII – pierwszy nie-Włoch na tronie papieskim od 455 lat, od Klemensa VII do Jana Pawła I. Dzisiaj Putin kwestionuje powojenny porządek w Europie i straszy świat nuklearną zagładą, ale nie lękajmy się: jesteśmy w silnych sojuszach militarnych (NATO) i politycznych (UE) i wspólnie skutecznie przeciwstawimy się złu.

I ja tak chciałbym odczytywać słowa prezydenta Bidena.

Prezydent Biden na Zamku Królewskim w Warszawie

Zgorszenie

Pisałem niedawno o biskupie Janie Szkodoniu. Otóż dzisiaj ogłoszono decyzję dotyczącą tego biskupa. Cytuję in extenso:

Działając na podstawie obowiązujących przepisów prawa kanonicznego, Stolica Apostolska – w następstwie formalnego zgłoszenia – przeprowadziła proces karno-administracyjny dotyczący rzekomego wykorzystania seksualnego osoby małoletniej przez bp. Jana Szkodonia.
Po dokładnej analizie zebranych materiałów dowodowych i po przesłuchaniu powołanych świadków, wina bp. Jana Szkodonia nie została udowodniona (non constat).
W toku postępowania stwierdzono natomiast nierozważne zachowanie bp. Jana Szkodonia wobec małoletniej, polegające na przyjmowaniu jej w prywatnym mieszkaniu bez obecności jej rodziców, pozostających od lat w znajomości z biskupem.
W związku z powyższym, bp. Janowi Szkodoniowi została wymierzona pokuta, polegająca na trzymiesięcznych rekolekcjach zamkniętych, poświęconych na refleksję i modlitwę. Biorąc pod uwagę, że od lutego 2020 r. bp Jan Szkodoń przebywał w odosobnieniu, należy stwierdzić, że powyższą pokutę już odbył.
Akta procesu karno-administracyjnego zostały przekazane do Stolicy Apostolskiej. Na forum kanonicznym sprawę należy uznać za zakończoną, a dekret karny za prawomocny. Osoby zainteresowane zostały odpowiednio poinformowane o zakończeniu procesu kanonicznego.

Napiszę wprost: Ta haniebna decyzja jest źródłem publicznego zgorszenia. Kpicie sobie, klechy, z moralności, z ludzkich uczuć i z samej Ewangelii. Jeśli z tego powodu ktoś odwróci się od ziemskiej instytucji, jaką jest Kościół Katolicki, ja powiem: I słusznie!

A jeśli sól zwietrzeje […], na nic się więcej nie przyda, jeno aby była precz wyrzucona i podeptana przez ludzi (Mt 5:13).

P.s. Don Stanislao, którego badano pod kątem postępowania jako arcybiskupa metropolity krakowskiego, nie w związku z tym, co wcześniej robił w Watykanie, podobno też się wywinie.