Demise profesora Rońdy

Nie komentowałem ostatnich wpadek ekspertów zespołu Macierewicza, bo i po co? Koń iaki jest każdy widzi. Dziś jednak stało się coś zdumiewającego: oto profesor Jacek Rońda, jeden z ekspertów zespołu parlamentarnego, przyznał – zresztą z bardzo zadowoloną z siebie miną – że publicznie kłamał w sprawie przyczyn katastrofy.

Jacek Rońda w TV Trwam

Jacek Rońda przyznał, że w publicznej dyskusji na temat przyczyn katastrofy stwierdził, że piloci nie zeszli poniżej wysokości 100 m, chociaż wiedział, że zeszli. Dalej przyznał, że powoływał się na jakiś dokument z Rosji, choć wiedział, że „nic [istotnego] w nim nie było”. Zrobił to, żeby uzyskać chwilową przewagę polemiczną w dyskusji – gdyż, jak tłumaczył później w prawicowych mediach, 

nie mógł pozostawiać bez odpowiedzi takich zagrywek i prowokacji

– a także po to, aby podważyć ustalenia komisji Millera – tylko dlatego, że były to ustalenia komisji Millera.

Można rzec, iż nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Od dawna uważam, że ludzie lansującyhipotezę zamachu – nie ich słuchacze spośród szerokiej publiczności, ale ci, którzy hipotezę zamachu nagłaśniają i firmują własnymi nazwiskami i autorytetem – są albo szaleni, albo cyniczni. Jacek Rońda okazuje się należeć do tej drugiej grupy. Fi donc!, chciałoby się zakrzyknąć. Przeciwnicy hipotezy zamachu zyskali kolejny, potężny argument.

Ja jednak uważam, że stało się coś bardzo złego. Jacek Rońda jest profesorem, zresztą posiadającym w swojej dziedzinie godny szacunku dorobek. Rońda, choć w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem daleko wykroczył poza swój obszar kompetencji (nie jest nim ani lotnictwo, ani badanie przyczyn wypadków lotniczych), podpierał się swoją profesurą. To dlatego, że Rońda jest profesorem, Macierewicz się na niego powoływał. To dlatego, że Rońda jest profesorem, ludzie ufali jego kompetencjom. I choć rektorzy AGH i PW słusznie oświadczyli, że 

publiczne głoszenie przez naukowców tez niezwiązanych z ich działalnością badawczą nie może być podpierane autorytetem uczelni, na których pracują

za wszystkimi publicznymi wypowiedziami Jacka Rońdy w sprawie Smoleńska zdawał się stać autorytet całej nauki. I oto okazuje się, że profesor Rońda w tej sprawie publicznie kłamał. 

Posłużę się następującą analogią: Kościół powołany jest do udzielania duchowego wsparcia i pouczeń moralnych wiernym. I dlatego, choć większość księży stara się służyć Bogu i ludziom najlepiej, jak umieją, ksiądz-przestępca, na przykład ksiądz-pedofil, bardzo szkodzi wizerunkowi Kościoła, gdyż swymi przestępstwami godzi w samą istotę działalności Kościoła. Lekarze mają pomagać chorym, więc choć większość robi to z dużym poświęceniem, lekarz-łapownik bardzo szkodzi obrazowi swojego środowiska, gdyż przedkładając własne niezasłużone korzyści nad dobro chorego, godzi w istotę swojego zawodu. Naukowcy mają poznawać świat i głosić podbudowaną naukowo wiedzę o świecie, więc choć większość stara się to robić (niekiedy się myląc, ale uczciwie myląc), naukowiec, który publicznie kłamie podpierając się autorytetem nauki, w sprawie, w której mieni się być ekspertem, sprzeniewierza się samej istocie swojego zawodu i szkodzi reputacji nauki.

To właśnie zrobił dziś prof. Jacek Rońda: Nie tylko ośmieszył siebie i zdezawuował zespół Macierewicza, ale też podważył społeczny odbiór całej nauki. Skoro wybitny profesor szanowanej uczelni może kłamać w tak ważnej sprawe, i to kłamać podpierając się autorytetem nauki, to pewnie reszta podobnie robi… Taki morał gotowa jest z tego wyciągnąć zdezorientowana publiczność, ktora na naukę, jej dokonania i dalsze potrzeby, ale też jej demonstrowany elitaryzm, już od dawna patrzy się z dużą podejrzliwością.

Mam nadzieję, że jesteśmy świadkami końca publicznej kariery prof. Jacka Rońdy. Ale budownictwem lądowym i termodynamiką spalania niech się nadal zajmuje, jeśli go to wciąż interesuje. Na tym się chyba zna.

Być doktorantem

Bodaj najczęściej odwiedzanym wpisem na tym blogu jest Po co doktorat. Argumentuję tam, że celem studiów doktoranckich jest zrobienie doktoratu i prowadzenie badań naukowych. Doktorat, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie poprawia pozycji na pozaakademickim rynku pracy. Jeśli więc ktoś nie zamierza się zajmować nauką, nie powinien się na studia doktoranckie wybierać.

Nie wycofuję się z tamtych słów. Pisałem je jednak do osób stojących przed wyborem: normalna praca czy studia doktoranckie. Teraz jednak o normalną pracę jest trudno. Jednocześnie wyraźnie rośnie popularność studiów doktoranckich, choć szanse na znalezienie pracy w instytucjach naukowych i akademickich są jeszcze mniejsze, niż dawniej. Zjawisko zauważyła już i prasa (także tutaj), i bardziej specjalistyczne opracowania. Jednak popularność studiów doktoranckich może wydawać się dziwna, skoro oznaczają one dodatkowe, niekiedy znaczne, obowiązki, zaledwie 20% doktorantów otrzymuje jakiekolwiek, zazwyczaj niskie, stypendia (choć z rzadka pojawiają się programy, które płacą doktorantom całkiem wysokie stypendia, na ogół z grantów zewnętrznych lub funduszy europejskich), a doktorat w niewielkim tylko stopniu zwiększa szanse posiadacza na znalezienie pracy adekwatnej do kwalifikacji. Czymże więc można ową popularność wytłumaczyć?

Zacznijmy od wykresu przedstawiającego wzrost liczby doktorantów w Polsce:

Liczba doktorantów i doktoratów w Polsce

Rysunek ten, opracowany w oparciu o dane GUS, świadczy, iż zainteresowanie studiami doktoranckimi jest mocno związane z sytuacją gospodarczą, a co za tym idzie, z sytuacją na rynku pracy. Liczba doktorantów szybko rosła, ale wzrost ten wyhamował w pierwszej połowie lat 2000, gdy panowała dobra koniunktura gospodarcza, wzmocniona dodatkowo absorpcją funduszy unijnych. Liczba doktorantów zaczęła nawet spadać, osiągając lokalne minimum w roku 2007. Jednak po wybuchu światowego kryzysu finansowego, gdy firmy zaczęły mniej chętnie zatrudniać nowych pracowników, zwłaszcza na normalnych umowach o pracę, liczba doktorantów zaczęła jeszcze szybciej wzrastać. W roku 2011/12 było już w Polsce ponad 40 tysięcy doktorantów. 

Rekapitulując, jeśli łatwo można znaleźć normalną pracę, liczba doktorantów nie rośnie. Jeśli o pracę jest trudno, liczba doktorantów rośnie.

Czym jednak przyciągają studia doktoranckie, jeśli nie stypendiami?

Po pierwsze, będąc doktorantem, zachowuje się większość uprawnień studenckich: prawo do zniżek, prawo do ubiegania się o pomoc materialną i wreszcie rzecz niesłychanie ważną, choć często niedocenianą: ubezpieczenie zdrowotne. Trzeba jednak pamiętać, że z punktu widzenia ZUS doktoranci różnią się pod jednym ważnym względem od zwykłych studentów. Mianowicie, pracodawca zatrudniający doktoranta na podstawie umowy-zlecenia, musi za niego odprowadzać składki ZUSowskie – zdrowotne i na ubezpieczenie społeczne. Zatrudniając w ten sposób studenta, nie musi. W każdym bądź razie doktorant (uczestnik studiów doktoranckich) nie musi obawiać się, że choroba będzie oznaczać finansową katastrofę. 

Po drugie, bycie doktorantem oznacza posiadanie dość wysokiego statusu społecznego, co z tego, że zupełnie nieadekwatnego i do statusu materialnego, i do pozycji w hierarchii akademickiej. Znacznie milej jest powiedzieć „robię doktorat z komunikacji społecznej” niż „jestem recepcjonistką na umowie śmieciowej”, nawet jeśli oba te zdania są jednocześnie prawdziwe.

Po trzecie, cóż, część absolwentów studiów magisterskich wciąż żywi całkowicie błędne przekonanie, że doktorat wzmocni ich pozycję na rynku pracy. Nie, nie wzmocni. Uczelnie ze swej strony zachęcają absolwentów do podejmowania studiów doktoranckich, gdyż na każdego doktoranta otrzymują dotację z Ministerstwa, a znacznie tańsi od asystentów doktoranci i załatwiają część dydaktyki, i podejmują liczne czynności administracyjno-organizacyjne, i wreszcie prowadzą badania naukowe, przyczyniające się do wzrostu prestiżu i zatrudniających ich wydziałów, i ich bezpośrednich opiekunów naukowych. Co w tym wszystkim najgorsze, niektóre uczelnie wprost oszukują osoby rozważające podjęcie studiów doktoranckich, mamiąc ich fałszywymi obietnicami stałego zatrudnienia na uczelni lub w instytucie naukowym po uzyskaniu doktoratu. Owszem, jeden na kilku (kilkunastu?) młodych doktorów taką pracę w końcu dostaje, ale większość może się tylko obejść smakiem.

Po czwarte, tym nielicznym, którzy naprawdę chcieliby zająć się pracą naukową, studia doktoranckie dają świetną po temu okazję. Umożliwiają one także udział w konkursach grantowych, a więc zdobywanie pieniędzy na badania, co może także obejmować dodatkowe wynagrodzenie dla doktoranta.

Studia doktoranckie są zatem kotwicą, zabezpieczeniem przed niepewnością kolejnych umów śmieciowych: choć (na ogół) nie płacą i (na ogół) wymagają, jeśli wszystko inne zawiedzie, zostanę przynajmniej z ubezpieczeniem zdrowotnym, robiąc dobrą minę do złej gry. I to, plus błędne przekonanie o wartości doktoratu na rynku pracy, stanowi o popularności studiów doktoranckich.

Zauważmy na koniec, że tylko niewielka część doktorantów zostaje w końcu doktorami. Ponieważ studia doktoranckie trwają zazwyczaj cztery lata, w Polsce co roku powinno być nadawane mniej więcej dwa razy więcej doktoratów, niż faktycznie jest. Biorąc pod uwagę, że część doktoratów wciąż powstaje „z wolnej stopy”, oraz że według GUS ponad jedna czwarta doktoratów nadawana jest w naukach medycznych – a w medycynie, w przeciwieństwie do większości innych dziedzin, doktorat uważany jest za podniesienie kwalifikacji zawodowych, ponadto szczególnie wielu lekarzy doktoryzuje się poza formalnymi strukturami studiów doktoranckich – mniej niż połowa doktorantów kończy swoje studia obroną doktoratu. Z innych szacunków wynika, że tylko 30% uczestników studiów doktoranckich uzyskuje stopień naukowy. Przypuszczam, że większość owych „niedokończonych doktorantów” to osoby, które w końcu zdobyły normalną pracę i zabezpieczenie w postaci studiów doktoranckich przestało im być potrzebne.

Zagraniczni recenzenci

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawiane są polskiej nauce, jest to, iż zamyka się ona przed kontaktami z zagranicą. Dużo jest w tym prawdy, zwłaszcza w dziedzinach, w których „lokalność” tematyki stanowi niekiedy alibi dla uprawiania nauki na niskim poziomie. Wielu idzie jednak dalej, próbując wykpić to, że nawet laureat nagrody Nobla, jeśli nie ma polskiej habilitacji, nie może zostać recenzentem polskiego doktoratu – polski doktorat to coś tak niesłychanie prestiżowego, że zwykły Nobel mu nie dorówna. Ostatnio zarzut ten padł na tym blogu i został powtórzony na blogu Kulczyckiego.

Otóż zarzut ten jest nieprawdziwy. Zagraniczni uczeni, nieposiadający polskiej habilitacji lub polskiego tytułu naukowego, mogą być promotorami, a także recenzentami polskich doktoratów i habilitacji.

W obecnym stanie prawnym mówi o tym Art. 20 ust. 8 Ustawy o stopniach naukowych etc:

Promotorem w przewodzie doktorskim oraz recenzentem rozprawy doktorskiej lub członkiem komisji habilitacyjnej może być osoba będąca pracownikiem zagranicznej szkoły wyższej lub instytucji naukowej, niespełniająca wymogów określonych w ust. 6, jeżeli rada jednostki organizacyjnej przeprowadzająca przewód doktorski lub, w przypadku postępowania habilitacyjnego, rada jednostki organizacyjnej, o której mowa w art. 18a ust. 2 lub 3 lub Centralna Komisja, uzna, że osoba ta jest wybitnym znawcą problematyki, której dotyczy rozprawa doktorska lub postępowanie habilitacyjne.

Jak widać, wymagane jest uznanie za „wybitnego znawcę”, ale w tym nie ma niczego nadzwyczajnego. Także przy powoływaniu całkowicie polskich profesorów doktorów habilitowanych na promotorów czy recenzentów, Rada Wydziału/Rada Naukowa głosuje nad powołaniem takiej osoby, a więc stwierdza, że jest ona wystarczająco kompetentna do promowania lub recenzowania tej konkretnej pracy. Jak widać, na potrzeby promowania i recenzowania doktoratów, a także uczestniczenia w komisjach habilitacyjnych, ustawodawca całkowicie zrównał uczonych zagranicznych z polskimi samodzielnymi pracownikami naukowymi.

Odpowiedni przepis istnieje od 2003. Poprzednia ustawa, z roku 1990, bezwzględnie wymagała od promotora i recenzenta posiadania polskiej habilitacji lub tytułu naukowego. Opisana na blogu prof. Hamana historia miała miejsce w ostatnich miesiącach działania starej ustawy.

Natomiast zagraniczni „wybitni znawcy”, nawet nobliści, nie mogą recenzować polskich wniosków profesorskich. Tytuł naukowy, nadawany uroczyście przez głowę państwa, jest bowiem odpowiednikiem szlachectwa, więc tylko szlachta może w tym brać udział.

Tak więc przepis pozwalający zagranicznym uczonym na promowanie i recenzowanie doktoratów w Polsce istnieje, ale jest słabo znany i rzadko wykorzystywany. Warto istnienie tego przepisu uświadamiać jak największej liczbie osób. Oczywiście w praktyce może on odnosić się do dyscyplin o charakterze „międzynarodowym”, takich jak nauki ścisłe, przyrodnicze, część nauk społecznych. Jednak i w tych dyscyplinach nie spodziewam się wysypu recenzentów zagranicznych. Po pierwsze, jakoś nie widzę tabunów uczonych zagranicznych, którzy garnęliby się do recenzowania doktoratów akurat w Polsce. Po drugie, promowanie doktoratów i pisanie recenzji są ważnymi etapami w polskiej karierze naukowej, zwłaszcza po ostatniej zmianie przepisów. Trudno się spodziewać, że możliwość napisania recenzji zostanie „zmarnowana” na uczonego zagranicznego, podczas gdy mogłaby być wykorzystana przez kogoś z Polski, kto myśli o ubieganiu się o tytuł profesora. Koncepcja, że na recenzentów bierzemy zawsze najlepszych specjalistów, bez zwracania uwagi na ich obywatelstwo i afiliacje, jest piękna i pożądana ze względu na dobro nauki, ale cokolwiek naiwna i idealistyczna… 

O nauce na koniec roku

Pod koniec 2012 w Gazecie Wyborczej ukazało się kilka ważnych tekstów już to poświęconych nauce, już to mimochodem dotykających kwestii nauki.

Zacznijmy od dwu felietonów z Gazety Świątecznej z 29-30 grudnia. Witold Gadomski w Najtrudniejszym polskim roku pisze:

Przez ostatnie pięć lat nie rozwiązaliśmy żadnego problemu strukturalnego obniżającego potencjalny wzrost gospodarczy. Mamy powszechną edukację wyższą na niskim poziomie i niedostosowaną do potrzeb rynku, niski poziom innowacyjności, źle funkcjonującą i wrogą przedsiębiorcom administrację, gasnący wzrost demograficzny, ogromne fundusze publiczne wpadające do „czarnych dziur” […], fatalną infrastrukturę […], system podatkowy zniechęcający do podejmowania pracy i działania na własny rachunek.

Nie bardzo rozumiem czego Gadomski chce od systemu podatkowego – chyba tego, że jest przesadnie skomplikowany, zwłaszcza jeśli chodzi o VAT. Natomiast przedsiębiorcy mogą korzystać z dobrodziejstw podatku liniowego (i dobrze!). Ja w katalogu Gadomskiego wyróżniam źle funkcjonującą i wrogą administrację, bo to jest – moim zdaniem – kolosalna bariera; pisałem zresztą o tym osobno. O innowacyjności napiszę kiedy indziej. Istotne jest, że dla Gadomskiego edukacja wyższa powszechna, ale na niskim poziomie zalicza się do obciążeń, nie do zalet. Też tak uważam. Powtarzam wszakże, że taki stan rzeczy jest tolerowany, ba, konserwowany przez państwo, gdyż służy do ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich.

Inaczej widzi to piszący obok Adam Leszczyński. W artykule Polacy, sklejmy się pisze:

Kiedy zaczynałem studia w pierwszej połowie lat 90., studiowało tylko 10 procent moich rówieśników. Teraz studiuje co drugi młody Polak, często za własne pieniądze. To gigantyczna prywatna i publiczna inwestycja, z której mamy święte prawo być dumni, nawet jeśli ta edukacja nie zawsze była najwyższych lotów.

Otóż nie. Byle jaka edukacja, pozór edukacji, nie jest inwestycją, a może rodzić – i rodzi – frustrację wśród absolwentów. Jak to, tyle się uczyłem, tyle za to zapłaciłem, a teraz Tesco lub zmywak u Turka w Birmingham?! No tak, bo to nie były – i nigdy nie miały być – studia dobre. Miały być łatwe, a ich celem nie była wiedza, ale dyplom. I taka właśnie okazuje się rynkowa wartość tego dyplomu.

Ważniejsza jest jednak inna myśl Leszczyńskiego:

Nasi politycy, kiedy dziś mówią o inwestycjach, mają na myśli przede wszystkim drogi, mosty i budynki […]. Obserwuję ten ponury mechanizm na przykładzie nauki polskiej, o której reformowaniu piszę. Wiele uczelni postawiło nowe, imponujące budynki i wybudowało wielkie nowoczesne laboratoria badawcze. Idea, że ludziom, którzy w nich pracują, należą się godziwe warunki pracy, została jednak wyparta przez przekonanie, że wydajność lepiej wymusić przystawionym do głowy ekonomicznym pistoletem. Zamiast podwyżek pensji naukowcy dostali kontrakty terminowe, które odebrały im pewność zatrudnienia (dziś to już norma w polskiej nauce).

Wiele osób – choć dalece nie wszystkie – dyskutujące o kondycji polskiej nauki zgadza się, że bez zwiększenia finansowania nie tylko infrastruktury naukowej, ale także samych badaczy polska nauka będzie się raczej zwijać niż rozwijać. Też jestem tego zdania. Zarazem jestem przeciw blankietowym podwyżkom dla wszystkich: Dodatkowe środki na badania oraz dodatkowe wynagrodzenie za prowadzenie badań powinni otrzymywać ci, którzy faktycznie robią coś wartościowego. Najlepszym sposobem takiego finansowania są granty. Ale i tu trzeba uważać.

Tej właśnie kwestii poświęcony jest list otwarty prof. Adama Płaźnika do minister Barbary Kudryckiej. Autorowi nie podoba się, że Polska dość gwałtownie przestawia się na granty jako podstawowy sposób finansowania nauki. Prof. Płaźnik uważa, że w system grantowy powinniśmy wchodzić miękko, z początkowym success ratio rzędu 90% (sic!) i docelowym rzędu 50-60%. Efektywnie oznaczałoby to, że każde badania, które ktoś zaproponuje, powinny być finansowane. To jest oczywisty absurd. Żaden kraj na świecie – może za wyjątkiem małych, ale bajecznie bogatych sułtanatów naftowych – nie może, nie mógł i nie będzie mógł sobie pozwolić na finansowanie wszystkiego. Nauka stała się dziedziną w zasadzie masową, w Polsce formalnie zajmują się nią dziesiątki tysięcy ludzi. Niektóre z tych badań są na dobrym poziomie, inne na przyzwoitym, jeszcze inne są, co tu dużo mówić, wtórne, kiepskie i niepotrzebne. Państwa nie stać na sfinansowanie wszystkiego, a finansować tych kiepskich po prostu nie warto. System grantowy nie jest doskonały (nobody’s perfect), można i trzeba poprawiać rozwiązania szczegółowe, ale co do zasady, od grantów nie uciekniemy.

Jednak Płaźnik podnosi kilka bardzo zasadnych punktów szczegółowych.

  • System grantowy został przeniesiony z krajów zachodnich, głównie anglosaskich, ale tam jest tylko częścią całego systemu finansowania nauki. Cała reszta pozostała bez zmian i dlatego system grantowy u nas wydaje się być dalece niewydolny.
    • Oprócz systemu rządowego, tam – głównie w Ameryce – jest cała masa prywatnych źródeł finansowania, programów badawczych, milionerów-dobroczyńców i różnych fundacji; to ostatnie jest szczególnie istotne w dziedzinie badań biomedycznych. Są naukowe fundusze finansujące badania nowatorskie, obarczone sporym ryzykiem, których wynik nie jest z góry znany, podczas gdy polski grantodawca w zasadzie oczekuje gwarancji sukcesu.
    • Jest przemysł, który część (to prawda: coraz mniejszą) badań finansuje, dostarcza inspiracji, kupuje pewne odkrycia, których nawet nie zamawiał, ale uważa je za korzystne, niekiedy zleca naukowcom wykonanie jakichś badań, pomiarów, a przede wszystkim zatrudnia absolwentów. Duże firmy wciąż mają własne działy R&D i prowadzą badania, co prawda nie o charakterze podstawowym, jak dawniej, ale aplikacyjnym.
    • Całkowity poziom finansowania badań naukowych jest na Zachodzie znacznie wyższy, niż w Polsce. Ba, samo finansowanie ze źródeł publicznych jest wyższe!
    • Zachodnie systemy grantowe są znacznie mniej zbiurokratyzowane, niż w Polsce, procedura przyznawania i rozliczania grantów jest znacznie bardziej przyjazna. Administracja uczelniana jest pomocna, nie zaś wroga.
    • W Polsce nie ma w zasadzie grantów „na kontynuację”, co jest szczególnie bolesne, gdy w ramach grantu kupowana lub wytwarzana jest kosztowna aparatura lub jest zatrudniany wykwalifikowany personel techniczny.
  • W Polsce spore wydatki na płace są bardzo źle widziane we wnioskach grantowych. Tymczasem granty powinny pozwalać na zatrudnianie – co najmniej – postdoków i personelu technicznego na kilka lat, za odpowiednie pensje.
  • Z kręgów NCN wciąż płyną sygnały, że najlepiej byłoby, gdyby granty nie przewidywały żadnych wynagrodzeń, a już w szczególności wynagrodzeń kierowników i głównych wykonawców. Tymczasem podstawowe pensje w nauce są w Polsce niskie i ludzie szukają dodatkowych dochodów. Lepiej, żeby badacze zarabiali na prowadzonych badaniach, niż na płatnej dydaktyce lub na chałturach. Na Zachodzie P.I. nie otrzymuje z grantu wynagrodzenia jeżeli jego podstawowe miejsce pracy zapewnia mu odpowiednio wysoką pensję.

Adam Płaźnik nie ma jednak racji protestując przeciwko osobnej puli na granty dla „młodych”. Od dawna narzekało się, że niskie pensje podstawowe, kiepskie warunki pracy i ogólnie kiepskie możliwości zniechęcały młodych do podejmowania pracy naukowej. Jeśli ktoś tylko miał możliwości znalezienia „normalnej” pracy, szedł tam, a nie zostawał na uczelni. W niektórych dyscyplinach, takich co bardziej rynkowych, już teraz brakuje kandydatów na młodych adiunktów lub też o stanowiska takie ubiega się drugi, trzeci garnitur kandydatów, których rynek nie chciał. Żeby więc zachęcić młodych ludzi do podejmowania pracy naukowej, a zarazem żeby finansowo premiować nie wszystkich-młodych, ale tylko młodych-naukowo aktywnych, stworzono im specjalną ścieżkę finansowania – w konkursie ogólnym mieliby mniejsze szanse w starciu z badaczami bardziej doświadczonymi – dzięki której i mogą dostać więcej na rękę, i mogą prowadzić ciekawsze i bardziej niezależne badania. Ja uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby same pensje podstawowe i warunki pracy zachęcały najzdolniejszych do zostawania w nauce – ze świadomością, że pewne firmy rynkowe i tak będą płacić więcej, ale za cenę mniejszego komfortu psychicznego, bardziej stresującej pracy etc etc – no, ale najwyraźniej tak się nie da. Warunki brzegowe, czyli w tym wypadku sytuacja finansowa, na to nie pozwalają. Wydzielona pula grantów dla młodych jest więc jakąś protezą, ale i tak lepsze to, niż nic, gdyż w przeciwnym razie za kilkanaście-dwadzieścia lat uczelniom groziłaby całkowita katastrofa.  

Płaźnik niesłusznie też atakuje habilitację, popadając przy tym w wewnętrzną sprzeczność:

Utrzymywanie habilitacji jest żenującym przeżytkiem, XIX-wiecznym anachronizmem (podobnie belwederskie profesury). Upierając się przy tym, ośmieszamy się w oczach światowej opinii. Chociaż, ostatnio, wysyp tzw. profesur uczelnianych (np. dr hab. prof. UW) skutecznie dewaluuje tytuł naukowy.

Profesury uczelniane są czymś wyraźnie niższej rangi, niż tytuł naukowy (profesura belwederska), więc go nie dewaluują. A gdyby nie habilitacja, która wciąż stanowi jakąś barierę, małe i słabe uczelnie swobodnie czyniłyby profesorami także słabych i naukowo nieaktywnych doktorów.

Pomyłką ze strony Płaźnika jest też zestawianie sytuacji nauki z sytuacją służby zdrowia. Owszem, NFZ można wiele zarzucać, ale to są jednak zupełnie inne grupy zagadnień. Dziwna jest wreszcie obrona JBR, których poziom naukowy uchodzi na ogół za słaby.

Tuż po nowym roku pojawiła się odpowiedź minister Barbary Kudryckiej. Pani minister serwuje co prawda sporo urzędniczego żargonu i oficjalnego optymizmu, ale muszę przyznać, że jej odpowiedź jest i tak na dość wysokim poziomie, jak na ministerialne standardy. Po części zapewne dlatego, że prof. Płaźnik, domagając się 90% success ratio teraz i 60% docelowo, wystawił się na wyjątkowo łatwy strzał.

Niech konkluzją tego długiego wpisu będzie inny cytat z artykułu Adama Leszczyńskiego:

Na pytanie: w co inwestować w czasie kryzysu, odpowiadam: w ludzi. […] Potrzebujemy innej inwestycji w ludzi: w zaufanie – do siebie wzajemnie, do instytucji i do przyszłości. Bez tego Polska nigdy nie stanie się krajem bogatym i przyjaznym […]

Przy innej okazji odniosę się też do artykułu Andrzeja Lubowskiego.

Pozorna erudycja

W dyskusjach nad szkolnictwem wszystkich szczebli, edukacją, nieustannie powraca teza, że nie trzeba zmuszać uczniów do zapamiętywania faktów, dat, autorów, tekstów, bo przecież wszystko można znaleźć w Internecie i jeśli komuś coś będzie potrzebne, bez trudu to sobie wyszuka. Erudycyjny model wykształcenia stał się obiektem kpin, najważniejsze są bowiem umiejętności. Tym niemniej fajnie jest czasem błysnąć erudycją, o czym będzie za chwilę. Nie neguję, że oczekiwanie, iż ludzie mają zapamiętywać wszystko, jak sawanci, jest nierozsądne; sam swego czasu pomstowałem na wymaganie, abym pamiętał rozmaite dane z tabel Małego Rocznika Statystycznego. Coś jednak trzeba wiedzieć, bo jeśli się tego nie wie, to nie wie się nawet, że coś innego można (lub trzeba) wyszukać, że dana informacja jest potrzebna. Brakuje kontekstu i niezbędnej podbudowy wszelkiej dalszej wiedzy. Bardzo trudno jest zdefiniować co wobec tego wiedzieć trzeba – i ja się nie podejmę próby określenia takiego minimum – ale sytuacja, w której można nie wiedzieć prawie nic, oznacza, że informacja co prawda jest potencjalnie dostępna, ale nikt nie będzie wiedział jak z niej skorzystać. I po co. I że w ogóle warto.

Piszę o tym po lekturze wywiadu Piotra Najsztuba z Robertem Gwiazdowskim w najnowszym Wprost (tekst nie jest jeszcze dostępny w sieci). Otóż Gwiazdowski mówi tak:

Sektor finansowy stał się synonimem rynku. Nie interesuje nas, co się dzieje na rynku kartofli […] natomiast sektorem finansowym maję się interesować wszyscy. A jak mówił pan Papkin, „zważ proporcjum, mocium panie” [podkreślenie moje – pfg], niestety, na te proporcje nie zważaliśmy i z symbiozy doszliśmy do stanu, niestety, pasożytnictwa.

Gwiazdowski najwyraźniej chce się pokazać jako człowiek kulturalny, znający literaturę, nie jakiś zimny technokrata. Odwołuje się do Zemsty, a więc do kanonu lektur szkolnych, który znać powinni wszyscy absolwenci liceów (obecnie gimnazjów). Cóż, dobre i to. Gwiazdowski pamięta, że trzeba zachowywać odpowiednie proporcje, że zgrabny cytat jest u Fredry, a jak u Fredry, to chyba Papkin (to jedyna osoba, którą się „z imienia” z Zemsty pamięta?), a „proporcja” miała dziwną końcówkę. Kłopot w tym, że i cytat, i atrybucja są błędne.

Oto Akt I, Scena 1 Zemsty. Cześnik zastanawia się, czy starać się o rękę Klary, czy Podstoliny i skłania się ku tej drugiej, tym bardziej, że sam już jest niemłody:

Jeszczeć młoda jest i ona,
Ależ wdowa – doświadczona,
Zna proporcją, mocium panie,
I nie każe fircykować,
Po kulikach balansować.

Gwiazdowski nie sprawdził cytatu. Najsztub nie sprawdził cytatu. Redakcja Wprost nie sprawdziła cytatu. Po co, skoro wszyscy wiedzą, o co chodzi? A kto powiedział, że cytat ma być poprawny? Cóż to za dziwaczne wymaganie?! Ale teraz, gdy „zważ proporcjum” juz się pojawiło w druku, a wkrótce pojawi się w internecie, stanie się źródłem wiedzy dla wielu następców.

Brak wiedzy, niewiedza o tym braku i brak poczucia, że wiedzę, fakty należy weryfikować, rodzi pseudo-wiedzę, wiedzę pozorną, nieprawdziwą. Tak, jak pozorna i nieprawdziwa jest erudycja, która w ten sposób odnosi się do cytatów.

Wszystkim adwokatom podejścia „nie trzeba nic zapamiętywać, skoro wszystko można sprawdzić”, dedykuję następującą parafrazę Parmenidesa, Jose Ortegi y Gasseta, Stanisława Lema i pewnie wielu innych:

  • Po pierwsze, nikt niczego nie sprawdza.
  • Po drugie, jeśli sprawdza, to nie weryfikuje źródeł.
  • Po trzecie, jeśli sprawdza i weryfikuje, to i tak nie umie tego wykorzystać. 

Mieczysław Grydzewski, ha, ten to wszystko sprawdzał! A nie miał internetu. 

Przyszłość szkolnictwa wyższego

Kilka dni temu Gazeta Wyborcza opublikowała grafikę ilustrującą zmiany bezrobocia wśród młodych ludzi w Polsce:

ilu młodych nie ma pracy w Polsce

Fakt, że mamy 428 tysięcy młodych bezrobotnych – z innych danych, innych metod liczenia wynika, że może ich być jeszcze więcej, zobacz tu i tu – w znacznym stopniu wyjaśnia opłakany stan szkolnictwa wyższego w Polsce: setki tysięcy osób studiuje kierunki uchodzące za „łatwe”, po których szanse na znalezienie pracy są znikome, a państwo marnuje w ten sposób zasoby, które być może z większym pożytkiem mogłyby być wykorzystane gdzie indziej.

Prof. Wojciech Cellary, członek Rady Informatyzacji, w artykule mającym być obroną umowy ACTA – któremu zresztą nie można całkowicie odmówić racji, jest bowiem sprzeczność pomiędzy wyrażanym przez niektórych uczestników protestów pragnieniem darmowego dostępu do wszystkich treści wytwarzanych przez innych a chęcią nawet skromnego zarabiania na wytworach własnego intelektu – pisze tak:

Na rynku wiedzy tylko wiedza użyteczna może uzyskać takie uznanie konsumentów, aby byli skłonni za nią zapłacić.

I dalej, pisząc o studentach niezwykle popularnych w Polsce studiów pedagogicznych, Cellary zauważa:

Gołym okiem widać, że nie będzie dla nich miejsca na rynku pracy, więc albo podejmą pracę niezgodną z ich wykształceniem, często poniżej ich ambicji i aspiracji zawodowych, albo zasilą szeregi klikających bezrobotnych.

Dlaczego młodzi ludzie studiują takie nieperspektywiczne kierunki? Po pierwsze, jak już wyjaśniałem w moim dawnym wpisie, to się na krótką metę opłaca. Po drugie, szkoła średnia kiepsko przygotowuje ich do podjęcia bardziej wymagających studiów. Po trzecie, nawet dokument rządowy przyznaje:

Gwałtowny rozwój szkolnictwa wyższego spowodował, ze formalny dokument potwierdzający wykształcenie na poziomie wyższym stał się warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym do osiągnięcia sukcesu na rynku pracy. Efektem tego zjawiska stało się nieproporcjonalnie szerokie rozbudowanie segmentu kierunków humanistycznych oraz społecznych, które zasadniczo uznawane są za mniej pracochłonne i absorbujące dla studentów.

Po czwarte, wróćmy do problemu bezrobocia. Nawet jeśli żaden rząd tego nie zaplanował, masowe studia na „łatwych” kierunkach stały się formą ukrywania bezrobocia wśród absolwentów szkół średnich. Rząd, modyfikując algorytm finansowania studiów, mógłby w ciągu kilku lat ograniczyć masowe, często na niskim poziomie i zupełnie nieperspektywiczne studia, ale tego nie zrobi: Z punktu widzenia rządu lepiej jest mieć setki tysięcy młodych ludzi na pseudo-studiach niż w kolejce w pośredniaku i zapaskudzone statystyki.

I dlatego kolejne rządy jeszcze nie raz będą się chwalić rosnącymi wskaźnikami scholaryzacji, wdrażając jednocześnie kosztowne i niezbyt skuteczne programy aktywizacji zawodowej absolwentów szkół de nomine wyższych.

Szablon owcy

Wielkim tematem polskiej polityki stała się suwerenność. Dla suwerenności ważny jest nasz hymn, Mazurek Dąbrowskiego. Polskie dzieci uczą się go w szkole podstawowej.

Kilka dni temu na Facebooku ktoś zamieścił zdjęcie wypracowania pewnej uczennicy IV klasy. Dzieci musiały z pamięci napisać tekst Mazurka. Tej dziewczynce nie wyszło to najlepiej:

 Jak dziecko słyszy Mazurek Dąbrowskiego

Zakładam, że to jest prawdziwa klasówka, nie jakiś żart perfidnego internauty. Najważniejszy fragment brzmi

Gdy nam owca szablon wzieła
my go odbierzeny

Na pierwszy rzut oka kwalifikuje się to jako „humor zeszytów szkolnych”. Dostrzegam tu jednak dwa całkiem ważne zjawiska.

Po pierwsze, jak fatalnie nasze dzieci są uczone! Tekstu hymnu uczyły się ze słuchu, nigdy nie widzaiły pisanego tekstu, nigdy nikty nie kazał im tego porządnie wyrecytować. Tekst hymnu powinien być ważny i dla mieszkańców Polski, i dla polskiej szkoły, a nauczany jest ze skutkiem, jak wyżej. Dzieci uczyły się tego, bo było w programie. Nikt – ani nauczyciel(ka), ani rodzice – nie rozmawiał z tą uczennicą na temat hymnu, nie starał się wytłumaczyć, co te słowa oznaczają.

Co prowadzi mnie do drugiej obserwacji. Dla dziesięcioletniego dziecka polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku słowo „szabla” jest nieznane, znacznie bliższe i bardziej naturalne jest słowo „szablon”. „Obca przemoc” z niczym się nie kojarzy, znacznie bliższa dziecięcemu umysłowi jest owca. Jest to co prawda owca-złodziejka, zabierająca nam szablon – obraz cokolwiek abstrakcyjny, ale dorośli wymyślają najdziwniejsze bzdury, których dzieci nie rozumieją – my jednak szablon jej odbierzemy. Owca jest więc czarnym charakterem hymnu, ale skazanym na ostateczną klęskę, bo my się jej nie damy! Jednak i owca, i akt odzyskania utraconej własności są elementami rzeczywistości pokojowej, niemilitarnej, non violence.

O ile pierwsza z tych obserwacji napawa mnie smutkiem, o tyle druga nastraja mnie pogodnie. Wolałbym co prawda, żeby dzieci jednocześnie znały tekst hymnu i nie żyły w kulcie odwojowywania strat od obcej przemocy, ale to, że szabla, idea walki za wolność naszą i waszą, nie są już od kołyski nieodzownymi składowymi polskości, napawa otuchą.

A prezesa Kaczyńskiego, gdyby znał tę historię, pewnie by żółć zalała.

P.s. W chwili, gdy to piszę, obrazek został udostępniony na Facebooku już 1587 razy.

Jan Komeniusz i Ken Wilson

W Gazecie Świątecznej ukazał się wywiad, którego Ken Wilson udzielił Alicji i Piotrowi Pacewiczom. Wilson otrzymał Nagrodę Nobla za odkrycie grupy renormalizacji, obecnie jednego z najważniejszych narzędzi fizyki teoretycznej, po czym zajął się czymś, co sam uważa za rzecz trudniejszą: reformowaniem edukacji. W listopadzie byłem na spotkaniu z Wilsonem w PAU i nawet planowałem coś na temat jego poglądów napisać, ale nie znalazłem czasu. Teraz jest dobra okazja, żeby do tego powrócić.

Wilson powiada, że kształt współczesnej szkoły zawdzięczamy Janowi Komeniuszowi, który (cytaty za wywiadem z Gazety)

stworzył model szkoły, jaki obowiązuje do dziś. Podstawowa edukacja dla wszystkich, szkoły utrzymywane przez państwo, podręczniki dla każdego dziecka, programy nauczania takie same dla każdego. Przedmioty. Lekcje. Przerwy.

Było to możliwe dzięki temu, iż na początku XVII wieku wynalazek druku tak bardzo się upowszechnił, iż książki stały się łatwo dostępne. Każda klasa, później każde dziecko mogło mieć własny podręcznik, taki sam, jak wszystkie inne dzieci, mogło więc przystępować do takich samych sprawdzianów, egzaminów, testów. Ten system, który, co do zasady, nie zmienił się od czasów Komeniusza, 

przypomina taśmę produkcyjną: uczniowie jadą po niej jeden za drugim, w tym samym tempie, a szkoła wkłada im do głowy kolejne porcje wiedzy, każdemu to samo.

Wilson powiada, że

To trzeba zmienić. […] Szkoła jeszcze nie wie, że nie wystarczą drobne naprawy.

Powołując się na idee Petera Druckera, Wilson mówi dalej, iż

nie można zakładać, że będzie się szło w tym samym kierunku przez długi czas. Dobra organizacja skupia się nie tylko na tym, jak lepiej robić to, co robi, ale także na tym, co trzeba przestać robić.

Ma się to odnosić także do szkoły. I znów w duchu Druckera, Wilson mówi, że szkoła ma wykorzystywać silne strony każdego ucznia, wydobywać to, co w nim najlepsze. Tak, jak narzędziem dla reformy Komeniusza był druk, narzędziem dla reform Wilsona ma być Internet i inne media elektroniczne, dzięki którym każdemu uczniowi będzie można dać inne materiały, postawić inne zadania. W długiej perspektywie, powiada Wilson, w ten sposób ludzkość być może „porzuci szkołę”.

Nie umiem ocenić poglądów Kena Wilsona. Boję się wszakże, że Wilson myśli o tych, którzy chcą się uczyć lub których łatwo przekonać, że nauka (zdobywanie wiedzy) jest wartościowa. Myślę tak dlatego, że innymi ideami, na które Wilson się powołuje, nieobecnymi w wywiadzie dla Gazety, są deliberate practice, opisana przez Ericssona, Krampego i Tesch-Romera w kanonicznej publikacji z 1993, oraz pojęcie flow, wprowadzone przez Mihaly Csikszentmihalyi’ego w 1990. No dobrze, a co z tymi, którzy nie mają tak silnej wewnętrznej motywacji do nauki?

Poglądy Wilsona na edukację są warte zapamiętania i rozważenia. Boję się wszakże, iż Piotr Pacewicz (patrz mój niedawny wpis, a także kolejny komentarz Pacewicza i wątpliwej autentyczności list maturzystki, który znalazł się nawet na stronie głównej portalu Gazety) będzie chciał je wykorzystać instrumentalnie, do zakwestionowania obowiązkowej matury z matematyki, czy też szerzej, do zakwestionowania tego, iż od ludzi aspirujących do studiów wyższych można wymagać pewnej wspólnej wiedzy ogólnej. Teraz modnie i politycznie poprawnie jest twierdzić, że nie ma żadnego wspólnego kodu kulturowego, a obowiązkowa matura z matematyki to opresja i arbitralne narzucanie uczniom jakichś wydumanych standardów przez szkołę – ale akurat u erudyty Wilsona tego nie można wyczytać. Tym, którzy Kena Wilsona chcieliby użyć do wyeliminowania obowiązkowej matematyki, przypominam, iż dla niego punktem wyjścia była

walka z analfabetyzmem naukowym.

Matura Pacewicza

W tym roku co czwarty uczeń oblał maturę. „Zdać maturę” oznaczało przy tym otrzymanie przynajmniej 30% z każdego z trzech przedmiotów obowiązkowych: języka polskiego, matematyki i języka obcego. Do zdania matury z polskiego wystarczała umiejetność przeczytania ze zrozumieniem tekstu z popularnego tygodnika, na matematyce wystarczyło rozwiązać 18 prościutkich zadań za jeden punkt, do czego naprawdę wystarcza wiedza na poziomie gimnazjum. Jeżeli ktoś nie osiągnął tego poziomu, to wstyd. Taka osoba nie ma dostatecznych kwalifikacji, aby podjąć studia.

Czołowy komentator Gazety Wyborczej, Piotr Pacewicz, jest innego zdania. Pacewicz, ni mniej, ni więcej, postuluje, aby 

wyeliminować próg, wykluczyć szekspirowskie „zdać albo nie zdać”.

Pacewicz nie twierdzi, że skoro aż 25% arbiturientów oblało (zresztą nierówno – w liceach zdało 86%, rzeź była w liceach zawodowych i w szkołach dla dorosłych), coś trzeba zrobić z nauczaniem na poziomie średnim. Pacewicz po prostu nie uważa za słuszne, aby każdy maturzysta legitymował się minimalną wiedzą z języka polskiego, języka obcego i matematyki. Pacewicz sądzi, że wystarcza odpowiednio dobry wynik z przedmiotów wymaganych na studiach. Cała reszta nie powinna się liczyć.

Jest to propozycja straszna. Wyeliminowanie matematyki jako przedmiotu obowiązkowego na maturze spowodowało w ciągu jednego pokolenia spustoszenia w edukacji matematycznej i przyrodniczej. Matematyki uczyli się tylko ci nieliczni, którzy wybierali się na studia ścisłe lub techniczne. Gdybyśmy posłuchali Pacewicza, usankcjonowalibyśmy także i to, że młodzież nie czyta. Po co czytać, skoro wynik matury z polskiego się nie liczy? Wykreowalibyśmy wielką grupę uczniów, ktorzy ani nie czytają, ani nie uczą się matematyki, gdyż na różnych pedagogikach i zarządzaniach w turystyce wystarcza WOS i geografia (najczęściej wybierane przedmioty maturalne). Wobec znanych trendów demograficznych, różne prywatne szkoły wyższe, przysłowiowe WSPCz, aby utrzymać się na rynku będą brały każdego, kto się rusza. Tych z zerem z polskiego i z zerem z matematyki też.

Jest ponurą ironią losu, iż Gazeta, piórem swojego znanego publicysty, wzywa do tego samego, co kiedyś chciał wprowadzić minister Giertych i co tak bardzo zostało oprotestowane, także przez Gazetę. Ach, nie, przepraszam pana Romana Giertycha, on był bardziej wymagający: Giertych żądał, aby średni wynik z przedmiotów obowiązkowych wynosił co najmniej 30%. Piotr Pacewicz nie oczekuje nawet tego. 10% z polskiego, 8% z matematyki, 7% z angielskiego i 25% z WOS, a na pewno znajdzie się szkoła wyższa, która z otwartymi ramionami przyjmie takiego kandydata, a później, za stosowną opłatą, wystawi mu dyplom licencjata, a może nawet magistra.

Piotrowi Pacewiczowi nie chodzi o to, żeby polskie szkoły lepiej uczyły. Piotrowi Pacewiczowi zależy na tym, aby więcej polskich uczniów miało dyplom. Tylko po co komu taki dyplom? Powiedzmy uczciwie: Nie każdy musi zdać maturę. Nie każdy powinien zdawać maturę. Nie każdy powinien iść na studia. Ale tym, którzy maturę chcą zdawać i chcą iść na studia, polska szkoła powinna to ułatwiać – ucząc ich dobrze i na wysokim poziomie. To jest bez wątpienia trudne. Łatwiej zadekretować, iż dyplom należy się każdemu.

Portret rektora we wnętrzu

Jeśli wierzyć internetowi, Uniwersytet Wrocławski żyje wielką aferą. Zaczęło się od portretu ustępującego rektora, prof. Leszka Pacholskiego, który zawisnąć ma w galerii portretów rektorów w sali senatu Uniwersytetu. Nie w gronostajach, ale w koszuli z krótkimi rękawami, z rektorską togą przewieszoną przez ramię. Wywołało to wielkie poruszenie. Jedni mówili, że portret świetny (mnie się bardzo podoba), inni, że to despekt i zniewaga dla Uniwersytetu. Od portretu dyskutanci przeszli do oceniania samych rządów prof. Pacholskiego – musiał ustąpić po pierwszej kadencji, niewybrany na drugą – i kondycji samej uczelni. Inni wreszcie uznają cały spór za zastępczy i gorszący.

Szczególnie głośno zabrzmiał artykuł dr. Andrzeja Dybczyńskiego, w którym ogłosił się uniwersyteckim baronem i poddał swoją uczelnię totalnej krytyce.

…określił system funkcjonowania naszego Uniwersytetu jako mieszankę feudalizmu, kapitalizmu i socjalizmu. Mieszankę najgorszych cech każdego z tych systemów. Uczelnia utrwala feudalną zależność młodszych pracowników naukowych od pracowników samodzielnych, nie oferuje jednak opieki seniora nad wasalem. Oczekuje się kapitalistycznej wydajności przy zachowaniu socjalistycznych wynagrodzeń. Konserwuje się socjalistyczne wzorce biurokratyczne, jednocześnie likwidując socjalistyczne przywileje socjalne (z trwałością zatrudnienia na czele).

Funkcjonujemy pod kloszem, utrzymywanym przez rodziców naszych studentów. Marnotrawimy pieniądze liczone w dziesiątkach milionów złotych i użalamy się nad sobą, żyjąc zastępczymi tematami i w głębi duszy nie wierząc już chyba w żadną z wartości, które lata temu, gdy opuszczaliśmy licea, kojarzyły nam się ze słowem „Uniwersytet”. Na uczelnianych bankietach przepychamy się do stołów jak wygłodniała paryska tłuszcza. Z fałszywym uśmiechem mijamy na Hali Targowej lekceważących swoje obowiązki pracowników administracji. Za cóż ich winić, skoro sami lekceważymy zajęcia, a studenci śmieją się z naszych pożółkłych kartek z dwudziestoletnimi konspektami wykładów? Dla wygody bądź z politycznej kalkulacji przymykamy oczy na nieprawidłowości przy wyborach do samorządu studenckiego, demoralizując dzieciaki, których rodzice naiwnie wierzą, że trafiły one pod skrzydła elity tego kraju. Rozpisujemy grafik, by zmusić się do chodzenia na oficjalne akademickie uroczystości, bo przecież czas nam pochłania załatwianie naszych małych interesików.

(Zauważmy, że Andrzej „baron” Dybczyński postrzega funkcję uniwersytetu wyłącznie w kategoriach edukacyjnych i elitotwórczych. O badaniach naukowych nie ma mowy.)

…my nie chcemy zmian. Nasz system jest doskonały. Mamy świetnie funkcjonujące mechanizmy samooczyszczania środowiska. Wszystkie brudy skutecznie pierzemy wewnątrz, na zewnątrz chroniąc dobre imię uczelni. Nasze problemy to jakiś portret lub nazwa jakiejś sali. Debaty, które rozpalają nasze emocje, dotyczą kształtu orła w uniwersyteckim godle, malowania wizerunków profesorów na uniwersyteckim ogrodzeniu czy różnicy między słowem parametr i kryterium przy tworzeniu systemu oceny pracowników.

Rektorowi Pacholskiemu, informatykowi, też się dostało:

Rektor Pacholski próbował, z polityczną ślepotą godną informatyka i menedżerską nieudolnością godną profesora zmienić elementy tego do gruntu chorego systemu[…] jego pomysły były po prostu złe, lansowany – podobno – przez niego „anglosaski model szkolnictwa wyższego” zakończył się totalną klapą, czego najlepszym przykładem jest dramatyczna sytuacja tego szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, najlepsze uczelnie świata wcale nie funkcjonują w sposób, który usiłuje się nam wmówić, zaś przede wszystkim funkcjonują w innym niż nasze środowisku zewnętrznym.

Atak i zarazem spowiedź Dybczyńskiego zostały w mediach przyjęte bardzo przychylnie (zobacz na przykład tutaj). Że rewolucjonista, który ryzykując nawet własną karierę ośmielił się wyjawić wstydliwą prawdę. Pewien komentator wyjaśnia jednak, że

Pacholski chciał wprowadzić na całym Uniwersytecie system, który jest na Wydziale Mat&Inf (oraz na paru innych ścisłych wydziałach), tzn. system oceny pracowników, zwalnianie nieaktywnych naukowo, zatrudnianie w ramach konkursów. Niestety wydziały humanistyczne na to się nie zgodziły, bo mają dużo studentów i pracę naukową w dupie [podkreślenie moje – pfg], w przeciwieństwie do wydziałów ścisłych. Te z kolei mają problem z naborem, nawet pomimo studiów zamawianych, mnóstwa grantów, dodatków do pensji za publikacje. Nastąpił konflikt interesów.

Nie jest przy tym jasne, czy posada samego doktora Dybczyńskiego nie jest zagrożona wobec mizerii jego dorobku naukowego i czasu, jaki upłynął od jego zatrudnienia. Być może chroni go fakt, że jest wicedyrektorem instytutu i zegar mu nie tyka z racji wypełniania obowiązków administracyjnych, być może jednak wie, że i tak będzie musiał z uczelni odejść. A skoro tak, chce to zrobić with a bang, not with a whimper.

Bardzo mi to przypomina casus Marka Migalskiego.