Hieny

Nie chce mi się nawet pisać, że wprowadzanie zmian do kodeksu wyborczego w pośpiechu, z zaskoczenia, w środku nocy, na mniej niż dwa miesiące przed wyborami, w sytuacji, gdy wprowadzane rozwiązania są kompletnie nieprzygotowane, jest złamaniem Konstytucji, Regulaminu Sejmu i dobrych obyczajów. Nie spełnia żadnych standardów rzetelnej legislacji. Doklejanie ich do – dziurawych, kiepskich, ale jednak lepszych, niż żadnych – zabezpieczeń mających uchronić ogół pracujących i całą gospodarkę przed potworną katastrofą i szantażowanie w ten sposób opozycji, jest niemoralne. Przede wszystkim pokazuje to, że prawdziwym, najważniejszym celem Kaczyńskiego i PiS nie jest żadne przeciwdziałanie epidemii i jej strasznym skutkom gospodarczym i społecznym, ale utrzymanie władzy.

Skądinąd ułatwienie głosowania korespondencyjnego i głosowania przez pełnomocnika to byłyby dobre zmiany, gdyby były dobrze przygotowane od strony organizacyjnej i gdyby można był zaufać organom państwa, które mają je przeprowadzać. A organom państwa PiSowskiego zaufać nie sposób, zwłaszcza gdy wymieniono całą PKW, gdy Trybunał Konstytucyjny stał się atrapą, gdy trwa zamach na SN, który ma orzec o ważności wyborów, gdy władza kompromituje się na zwykłym poziomie technicznym, organizując system zdalnego głosowania w Sejmie.  PiS kilka lat temu wręcz histerycznie protestował przeciwko podobnym zmianom, argumentując, że tak oddane głosy można sfałszować. A dziś? Kto będzie sprawdzał prawidłowość tak przeprowadzanego procesu wyborczego? Kto będzie dostarczał pakiety wyborcze osobom na kwarantannie i w domowej izolacji, z których część z pewnością będzie chora, a potem te głosy odbierał? Liczył? Ile dodatkowych zachorowań, a może i ofiar śmiertelnych, to pochłonie? Nieważne! Byle PiS zachował władzę. Po trupach do celu.

Andrzejowi Dudzie najwyraźniej to nie przeszkadza. Może po prostu nie rozumie co się dzieje? To nie jest zbyt bystry i rozgarnięty człowiek. Gdyby jednak zachował jakieś resztki przyzwoitości, podpisałby tę ustawę ze względu na rozwiązania choć jako-tako chroniące pracowników i gospodarkę, po czym natychmiast ogłosił, że rezygnuje z udziału wyborach. Że wycofuje swoją kandydaturę. To byłoby zachowanie honorowe, no, ale jakoś na to nie liczę.

Jarosława Kaczyńskiego, złego człowieka, cała ta sytuacja najwyraźniej cieszy. On czerpie satysfakcję z krzywdzenia innych ludzi.

Wiem, że to co piszę, nie ma wielkiego znaczenia, ale muszę powiedzieć to wprost, nawet wiedząc, że wpływ moich słów na rzeczywistość będzie znikomo mały:

Jarosławie Kaczyński! Elżbieto Witek! Ryszardzie Terlecki! Mateuszu Morawiecki! Jarosławie Gowinie! Wszystkie posłanki i wszyscy posłowie PiS, którzyście uczestniczyli w uchwalaniu tej uzurpacji – hańba wam! Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla waszych działań. Jesteście podli. Jesteście zaślepieni. Jesteście egoistycznymi, pazernymi hienami, obojętnymi na los innych ludzi. Jesteście zakałą tej ziemi. Czuję do was pogardę i fizyczne obrzydzenie.

Mam nadzieję, że hieny (hyaeninae) się nie obrażą.

90963895_2917635131626472_827468266103373824_n

Sedewakantyzm

Galopujący Major zastanawia się, czy upór Kaczyńskiego, aby przeprowadzić wybory prezydenckie w maju, to nie „podpucha”. Mianowicie, opozycja argumentując – jak najbardziej zasadnie – że w maju wyborów przeprowadzić się nie da, a w każdym razie nie powinno, nie krytykuje rządu, że ani Polska nie była do kryzysu przygotowana, ani działania rządu już po wybuchu epidemii nie wyglądają na jakoś szczególnie skuteczne, więc władza może robiąc coś tam, coś tam, pławić się w sukcesie „silni-zwarci-gotowi” i pokazywać, że władza robi, a opozycja „politykuje”. Więc gdy w końcu Kaczyński łaskawie odwoła wybory, PiS będzie sobie długo i spokojnie rządził na mocy przepisów stanu wyjątkowego, a opozycja będzie skompromitowana.

Otóż nie wydaje mi się, aby taki był cunning plan Kaczyńskiego, który nie jest i nigdy nie był żadnym „genialnym strategiem”, a jedynie oportunistą, sprawnie wykorzystującym nadarzające się okazje i bezwzględnym menadżerem swojej formacji politycznej. Z tego względu znacznie bardziej skłaniam się do drugiej hipotezy Majora, że wybory jednak się odbędą, gdyż wybory w czasie epidemii to być może jedyna szansa Dudy. TVPiS pokazuje go nieustannie i chwali, a on sam udaje, że z epidemią walczy, choć formalnie i faktycznie ma do powiedzenia znacznie mniej, niż rząd, też zresztą niezbyt kompetentny. Z sondażu dla Gazety Wyborczej wynika, że w tej sytuacji Duda może wygrać w pierwszej turze. Przestraszony wirusem wielkomiejski elektorat nie pójdzie do głosowania, na popierającej Dudę prowincji frekwencja też spadnie w porównaniu z kilkoma ostatnimi wyborami, ale będzie na tyle duża, że Duda wygra. Przy frekwencji rzędu 30%, więc jego mandat będzie bardzo słaby, ale tym akurat Kaczyński się nie przejmuje.

Galopujący Major przewiduje, że PiS nie zrobi na 10 maja urlopu od kwarantanny, ale pod koniec kwietnia ogłosi, że epidemia się skończyła. Istotnie, ponoć są prognozy (ale czort wie, na ile wiarygodne) przewidujące, że pod koniec kwietnia liczba przypadków COVID-19 w Polsce się wysyci. Nie będzie to oznaczać, że epidemia ustąpiła, wirus nadal będzie obecny w populacji, nadal będą chorzy i umierający, ale rząd – więc PiS, więc Duda – ogłosi sukces.

Tymczasem o wpływie wyborów na epidemię świadczą choćby dane z Bawarii: Tam 15 marca odbyły się wybory lokalne i okazało się, że po tygodniu liczba nowych przypadków w Bawarii wyraźnie wzrosła ponad tempo narastania w innych landach (Dzień po wyborach ogłoszono, że druga tura odbędzie się jedynie korespondencyjnie.) Spodziewam się, że po 10 maja w Polsce pojawią się liczni nowi chorzy i wśród wyborców, i wśród członków komisji, ale PiS zupełnie się tym nie przejmie. Po trupach do celu, jak mówiono blisko dziesięć lat temu.

Na razie Andrzej Duda jest kiepskim prezydentem. Bardzo słabym, kompletnie niesamodzielnym, dość żenującym jako człowiek, bez żadnych, ale to dosłownie żadnych zasług dla Polski, sprzeniewierzającym się konstytucji, najsłabszym prezydentem, jakiego Polska kiedykolwiek miała – ale jest prezydentem. Jeśli wygra 10 maja w takim stylu, jak wyżej, zostanę sedewakantystą i będę Andrzeja Dudę traktował jak uzurpatora.

Andrzej Duda

Strach w czasie zarazy

Europa i Polska drżą przed pandemią koronawirusa. Wiadomo, że konsekwencje epidemii nie będą tylko zdrowotne, że jej wpływ na gospodarkę będzie o wiele, wiele bardziej poważny, niż to się w pierwszej chwili wydawało, jednak dziś najbardziej natarczywym pytaniem jest czy wirusa należy się bać ze względów zdrowotnych?

Tak. Nie. To zależy. Nie wiadomo. A skoro nie wiadomo, to lepiej się bać. Bać, zachować ostrożność, zabezpieczać siebie i innych, ale nie panikować.

W liczbach bezwzględnych na razie nie jest źle. Weźmy Włochy. Od początku wybuchu epidemii na COVID-19 zmarło tam prawie tysiąc trzysta osób. To dużo – o prawie tysiąc trzysta za dużo – ale z drugiej strony we Włoszech codziennie, ze wszystkich przyczyn łącznie (choroby układu krążenia, choroby nowotworowe, wszystkie inne choroby, wypadki i inne zdarzenia nagłe), umiera ponad 1700 osób. Mamy więc we Włoszech wzrost umieralności istotny, ale nie katastrofalny. Jakkolwiek cynicznie mogłoby to zabrzmieć, dodatkowe zgony spowodowane przez wirus, choć smutne i niepotrzebne, gdyby miały utrzymać się na obecnym poziomie, nie doprowadziłyby do załamania się państwa.

Jednak częstość zgonów będzie rosnąć, rosnąć też będzie liczba osób wymagających opieki medycznej. Na razie nowych przypadków przybywa w tempie wykładniczym. Ten wzrost kiedyś się wysyci, ale nie wiadomo, na jakim poziomie. Epidemia kiedyś ustąpi, ale nie wiadomo, kiedy. Zbyt słabo jeszcze znamy ten wirus, żeby coś wiarygodnie przewidywać.

Na świecie wciąż istnieją też inne choroby zakaźne, którymi niezbyt się przejmujemy, choć gruźlica zabija rocznie 1,6 mln osób, a malaria 1,2 mln. Koronawirusa się boimy, bo jest nowy, nieznany, nie bardzo rozumiemy jego dynamikę, nie wiemy, jak szybko mutuje, a przede wszystkim nie możemy się otrząsnąć z szoku, że coś takiego przytrafiło się nam w bogatej, sytej, bezpiecznej Europie i mimo wszelkich zdobyczy naukowych i dobrodziejstw cywilizacyjnych, którymi dysponujemy, nie umiemy sobie z tą chorobą poradzić.

Niektórzy eksperci szacują, że zakażeniu koronawirusem może ulec nawet 70% populacji. Większość przejdzie chorobę łagodnie lub z miernym natężeniem objawów, ale 15% chorych wymagać będzie pomocy medycznej, a – przyjmując oszacowania WHO odnośnie do śmiertelności – 1% chorych umrze. Weźmy teraz dane dla Polski. 38 mln x 0.7 x 0.01 ≈ 260 tysięcy. Ponieważ na najcięższą postać choroby zapadają najczęściej osoby o układzie odpornościowym osłabionym z racji wieku lub współistniejących ciężkich chorób i część z nich zapewne i tak by umarła, koronawirus może oznaczać dla Polski ∼ 200 tysięcy dodatkowych zgonów. To bardzo dużo, to 50% rocznej umieralności ze wszystkich innych przyczyn łącznie, ale to nie oznacza katastrofy populacyjnej.

Przyjrzyjmy się jednak liczbie osób, które mogą wymagać pomocy medycznej. 38 mln x 0.7 x 0.15 ≈ 4 mln! Tak wielka liczba dodatkowych chorych, gdyby miała się pojawić w okresie kilku tygodni, a nawet kilku miesięcy, oznaczałaby katastrofę i kompletne załamanie się systemu opieki zdrowotnej. Nie tylko chorzy na COVID-19 nie mogliby doczekać się pomocy. COVID-19 nie oznacza, że ludzie przestaną mieć zawały serca, udary, zatrucia czy inne stany wymagające pilnej pomocy. Jeśli służba zdrowia załamie się na skutek koronawirusa, umieralność z powodu innych chorób drastycznie wzrośnie. Ludzie zaczną umierać nie tylko na COVID-19, ale, pośrednio, z powodu COVID-19.

Najlepiej więc byłoby powstrzymać rozwój epidemii, ale ponieważ nie ma na nią szczepionki, jest to praktycznie niemożliwe. Wirus w naszej populacji pozostanie, przynajmniej na jakiś czas. To, na co można liczyć, to na spowolnienie postępu choroby, aby nowych przypadków przybywało raczej wolniej, niż szybciej, aby nie przekroczyć zdolności służby zdrowia do radzenia sobie z rosnącą liczbą chorych.

Polska przyjęła model „włoski” powstrzymywania postępu epidemii poprzez ograniczenie kontaktów społecznych. Dobra strona tego rozwiązania jest taka, że robimy to na wcześniejszym etapie epidemii, niż Włosi, więc możemy czerpać z ich doświadczeń, uczyć się na ich błędach. Tam dopuszczono, aby przez pierwsze dni koronawirus swobodnie hulał. My chyba wiemy, że kontakty społeczne naprawdę należy ograniczyć. Zła strona jest taka, że całkowicie kontaktów społecznych wyeliminować się po prostu nie da, a każde ich istotne ograniczenie niesie negatywne skutki gospodarcze i społeczne (przykład: zamknięcie szkół, korzystne z punktu widzenia powstrzymywania epidemii, spowodowało, że w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie liczba dostępnego personelu medycznego z dnia na dzień spadła o 10%, gdyż ludzie zostali w domu, aby opiekować się małymi dziećmi niemogącymi pójść do szkół czy przedszkoli). Trzeba bardzo uważać, żeby izolacja i ograniczenie kontaktów nie przekroczyły punktu, w którym ich negatywne konsekwencje przeważą nad dobrem płynącym ze spowolnienia epidemii.

System społeczny załamie się i zredukuje nas do upiornego poziomu upadłej post-cywilizacji, znanego z licznych dystopii, jeśli przestaną być zapewniane najważniejsze usługi społeczne. Musi działać zaopatrzenie w energię elektryczną, wodę i paliwo, muszą działać służby bezpieczeństwa publicznego (policja, Straż Pożarna, ratownictwo medyczne i techniczne), służba zdrowia, produkcja i dystrybucja żywności, dostawy gazu. Trzeba wywozić śmieci. Ja dodałbym jeszcze komunikację, głównie telekomy i internet. Żeby państwo mogło funkcjonować, musi przetrwać też system bankowy, przepływy pieniężne. Ale żeby to wszystko działało, działać muszą i inne służby: komunikacja miejska, żeby ludzie mogli dojechać do pracy, firmy wytwarzające komponenty i części potrzebne wszystkim pozostałym, służby utrzymania ruchu, transport.

Nie, wojsko, policja i inne służby państwowe tego wszystkiego nie zapewnią. Albo to, co jest, będzie przyzwoicie działać, albo nie będzie niczego.

A gdy epidemia się skończy, będziemy musieli uporać się ze skutkami kryzysu gospodarczego, który ona wywoła. Ważne, żeby gospodarka zupełnie się nie załamała, bo nie będzie czego zbierać.

Tak więc powinniśmy spowolnić przebieg epidemii – spowolnić jak się da, może uda się doczekać pojawienia się szczepionki lub skutecznych terapii, wtedy uchronimy wiele osób przed zakażeniem, a przede wszystkim nie przekroczymy zdolności służby zdrowia do radzenia sobie ze zwiększoną liczbą chorych – oraz nie dopuścić do załamania się struktur społecznych. Nie łudźmy się: bez skutecznej szczepionki całkowicie powstrzymać epidemii się nie da, bo nie da się całkowicie wyeliminować kontaktów społecznych. Choroba stale będzie się tliła. Znaczące spowolnienie przebiegu epidemii to i tak będzie duży sukces, a zarazem najlepsze, na co możemy liczyć.

Dlatego popularne ostatnio wezwania „Zamknijcie wszystko!” uważam za wysoce szkodliwe, wręcz niebezpieczne.

Czy Polska jest dobrze przygotowana na epidemię? Niestety, nie, a tym bardziej nie na jej skutki gospodarcze. Ale to inny temat.

Koronawirus to nie Czarna Śmierć, która zmiotła 1/3 ludności Europy. Jeśli nie jesteś w podeszłym wieku ani nie jesteś obciążony jakąś inną chorobą, raczej nie musisz się obawiać bezpośrednich skutków epidemii COVID-19 dla swojego zdrowia. Możesz się martwić o los swoich starszych, chorych, osłabionych krewnych. Dlatego powinieneś znacznie ograniczyć kontakty społeczne – przede wszystkim wyeliminować niepotrzebne wyjścia z domu. Pamiętaj, że jeśli nie jesteś w grupie ryzyka, ograniczenie to ma chronić nie tyle ciebie, ile innych przed tobą, żebyś im nieświadomie nie przekazał wirusa. Możesz się niepokoić nieuniknionymi skutkami gospodarczymi, i tymi bezpośrednimi (wiele osób już teraz raptem straciło pracę i pozostało praktycznie bez środków do życia, wielu firmom, od tych zajmujących się transportem, do kawiarni i restauracji, grozi bankructwo), i tymi odłożonych w czasie. Trzeba zrobić co w ludzkiej mocy, żeby nie załamały się podstawowe usługi i elementarna spójność społeczna.

Kościół w czasach zarazy

Kościół powinien znacznie bardziej aktywnie włączyć się w przeciwdziałanie epidemii. Na razie abp Gądecki wezwał do zwiększenia liczby niedzielnych mszy, co zostało powszechnie skrytykowane, zapewne dlatego, że nie zrozumiano intencji arcybiskupa (inna rzecz, że arcybiskup nie zadbał o szczególnie jasną formę przekazu). Przede wszystkim nie sądzę, aby zawieszenie odprawiania mszy miało być dobrym posunięciem: Polska jest krajem dość religijnym, ludzie w poczuciu zagrożenia tradycyjnie zwracają się do Boga, więc gdyby nie mogli iść na mszę, poczuliby się opuszczeni przez Kościół i pozbawieni boskiej opieki. Wiele osób odebrałoby to jako dodatkową udrękę, a ludzi nie powinno się krzywdzić. Co więcej, mogłoby obniżyć morale, a w mechanizmie sprzężenia zwrotnego osłabić odporność, zwłaszcza grup, które z racji wieku są jednocześnie bardziej religijne i bardziej narażone na ciężki przebieg COVID-19. Należy natomiast zmniejszyć ryzyko, że uczestnicy nabożeństwa przekażą sobie wirusa. Jeśli będzie więcej mszy niedzielnych – pomysł abp. Gądeckiego – to przy mniej więcej stałej liczbie dominicantes na mszach będzie mniejszy tłok, łatwiej będzie zachować bezpieczną odległość od innych i szanse na przekazanie wirusa zmaleją. Ale to za mało.

  • Należy natychmiast odwołać rekolekcje, pielgrzymki, msze na specjalną okazję i wszelkie inne masowe zgromadzenia religijne (będzie problem na Wielkanoc 😦 – minimalne zalecenie to rezygnacja z całowania krzyża w Wielki Piątek). Można rozważyć odwołanie mszy i nabożeństw w dni powszednie.
  • Msze niedzielne powinny być krótkie, bez kazań, długich śpiewów i rozbudowanych form liturgicznych. Na znak solidarności Kościół powinien zrezygnować ze zbierania „tacy” w czasie trwania zagrożenia epidemią.
  • Powinno się usilnie nakłaniać ludzi do rezygnacji z urządzania hucznych ślubów, chrzcin, Pierwszych Komunii – jak najmniej uczestników obrzędów religijnych, zalecenie, aby nie organizować po tym wesel i przyjęć. W zasadzie Kościół mógłby sam zawiesić uroczyste chrzty, a Pierwszą Komunię i  bierzmowanie dla aktualnych roczników przenieść na przyszły rok. Moratorium na śluby – do rozważenia.
  • Nie sposób zrezygnować z pogrzebów, ale też powinno się zalecać, aby mocno ograniczać liczbę żałobników i nie organizować styp. Trudno. Pamięć zmarłego można będzie uczcić, gdy sytuacja wróci do normy.
  • Komunia święta tylko do rąk. Księża powinni to bezdyskusyjnie praktykować i krótko tłumaczyć wiernym, dlaczego.
  • Przekazywanie znaku pokoju na odległość, przez skinienie głową. Księża powinni o tym przypominać przed każdą mszą.
  • Wreszcie Kościół – nie tylko władze i media, ale także Kościół – powinien wyraźnie powiedzieć, że jeśli kichasz, kaszlesz, masz gorączkę, źle się czujesz, albo jeśli w twoim domu jest ktoś taki, nie musisz, a wręcz nie powinieneś iść na niedzielną mszę! Nie powinieneś, gdyż będzie to realizacją przykazania miłości bliźniego. Jeśli narazisz kogoś na zarażenie wiedząc, że możesz zarażać, zgrzeszysz przeciwko Piątemu Przykazaniu Nie zabijaj.  Jeśli boisz się, że możesz kogoś zarazić i zrezygnujesz z udziału mszy, nie zgrzeszysz, zwłaszcza jeśli wysłuchasz transmisji radiowej lub telewizyjnej.

To powinien zrobić Kościół. Ale do tego trzeba mieć cojones, odwagę wyjścia poza utarte koleiny i elementarną wrażliwość. Nie wiem, czy polski Kościół temu sprosta.