Plan B

PiS w sondażach ma już dziewięciopunktową przewagę nad Platformą. PiS pławi się w samozachwycie. Platforma bezradnie spogląda na Tuska. Tusk nie wie, co robić.

Komentatorzy podkreślają, że to nie tyle PiSowi rośnie, ile Platformie spada. Wskazują też na liczne, mniejsze i większe, błędy Tuska i Platformy: niespełnione obietnice, zaniechanie reform, „filozofię ciepłej wody w kranie”, unikanie ważnych tematów, kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych, majstrowanie przy OFE, arogancję i hipokryzję, wyczerpanie się potencjału strachu przez powrotem PiSu, odpychanie od siebie „naturalnych” zwolenników, ogólne wrażenie, że państwo kiepsko działa, a jednocześnie jest nieprzychylne obywatelom.

A mnie się wydaje, że zrozumiałem, na czym polegał podstawowy błąd Donalda Tuska.

Zacznijmy od diagnozy problemu. Najważniejszymi problemami, z jakimi boryka się Polska, a zatem rząd, a zatem Platforma, są groźba załamania się budżetu i rosnące bezrobocie. Gdyby one znikły, znacząco poprawiłyby się nastroje społeczne i z wszystkimi innymi problemami, większymi i mniejszymi, można byłoby próbować sobie radzić. Załamaniu się budżetu można było zapobiegać radykalnie reformując finanse państwa, przede wszystkim system emerytalny: tnąc wszelkie przywileje emerytalne i zmieniając system rentowy. Tego jednak Tusk nie zrobił, gdyż chciał uniknąć „bolesnych reform”. Bolesne reformy mają bowiem to do siebie, że bolą od razu, a ich pozytywne skutki dają się odczuć dopiero po jakimś czasie, zawsze też pozostaje grupa, która więcej traci, niż zyskuje. Jednak gdyby system świadczeń społecznych zreformowano tak, aby nie były potrzebne gigantyczne dotacje z budżetu państwa (które teraz próbuje się zastąpić częściową nacjonalizacją OFE), obecnie nie groziłoby załamanie się budżetu. Pośrednio mogłoby to też pozytywnie wpłynąć na rynek pracy: możliwość poluzowania śruby fiskalnej, zmniejszenie kosztów pracy, zachęciłyby do tworzenia miejsc pracy. Nic takiego jednak się nie stało.

Nawiasem mówiąc, chęć unikania „bolesnych reform” tłumaczy, przynajmniej częściowo, także i kunktatorstwo w sprawach światopoglądowych. Takie lub inne rozwiązanie sprawy in vitro, związków partnerskich, funduszu kościelnego etc jednym by się spodobało (przy czym na pewno byliby tacy, którzy chcieliby jeszcze dalej idących zmian, a więc oni też nie byliby w pełni zadowoleni), innym nie. A Tusk chciałby się podobać wszystkim, nikogo nie chciałby do siebie zrażać – a tak się rządzić nie da. Tym bardziej, że Tusk i tak liczne grupy do siebie zraża, w dodatku całkiem głupio i niepotrzebnie, mianowicie wtedy, gdy albo zachowuje się jak autokrata, albo gdy mówi językiem PiS, albo jedno i drugie.

Wracając do głównego nurtu, widzimy, że Tusk prawie żadnych reform systemowych nie przeprowadził. Dlaczego? Otóż premier Tusk liczył na koniec kryzysu, na poprawę koniunktury gospodarczej. Gdyby kryzys się skończył, wzrósłby eksport i inwestycje bezpośrednie, bezrobocie by spadło a wpływy budżetowe by wzrosły. Podstawowe problemy rozwiązałyby się „same”, bez specjalnego wysiłku ze strony rządu, „bolesne reformy” okazałby się niepotrzebne – przynajmniej na krótką metę, w kilkuletniej perspektywie dokończenia tej i odbycia następnej kadencji. Trzeba bowiem pamiętać, że systemowi emerytalnemu i tak groziłoby załamanie, a znaczna część bezrobocia jest skutkiem okoliczności zewnętrznych, na które już uprzednio wskazywałem: globalizacji i postępu technicznego, także dominacji rynków finansowych nad realną gospodarką.

Ale kryzys się nie skończył. Trwa sobie w najlepsze, nawet jeżeli wydaje się, że obecnie nie przeżywamy jakiejś ostrej fazy. Gdyby nawet, cudownym zrządzeniem losu, miał się skończyć teraz, Polska przed wyborami raczej nie zdążyłaby odczuć pozytywnych skutków pobudzenia gospodarczego: tu zawsze jest pewne opóźnienie czasowe. Skoro więc na czas nie przeprowadzono reform, kryzys zaś się nie skończył, potrzebny byłby plan B. A Donald Tusk go nie ma. Nigdy nie miał.

P.s. PiS najprawdopodobniej wygra przyszłe wybory parlamentarne. Miejmy nadzieję, że kryzys jednak się skończy i w Polsce nastąpi wyraźny wzrost gospodarczy. Złagodzi on gospodarcze skutki groźnych anty-reform, jakie już zapowiada PiS. W przeciwnym wypadku – niech nas Ręka Boska broni… 

Dodaj komentarz