Vivica triumphans

Misteria Paschalia, 31 marca – Vivica Genaux i Europa Galante, dyrygował Fabio Biondi.

Bohaterów było dwoje: Europa Galante wykonująca utwory instrumentalne Vivaldiego i Geminianiego oraz Vivica Genaux w popisowych ariach Haendla, a na bis Hassego i Vivaldiego.

Zaczęło się dziwnie nijako. Pierwsze numery orkiestrowe ładne i dobrze zagrane, ale nic ponadto. Pierwsze dwie arie – z Rinalda – zaśpiewane bardzo poprawnie, ale dość cicho (oszczędzała głos?), artystycznie nic nadzwyczajnego. Trzecia, aria Bradamante Vorrei vendicarmi z Alciny, wypadła o wiele lepiej – może, jak pisze Dorota Szwarcman, temat zemsty szczególnie jej odpowiada. A po przerwie było jeszcze lepiej.

Orkiestra zaczęła od Follii Geminianiego, którą wykonała bardzo dobrze. Ja do Folii – nie tej konkretnie, ale do tematu muzycznego, więc pisanego przez jedno „l” – mam stosunek szczególny. Wiele lat temu mój przyjaciel Grześ miał nagranie Folii Marina Marais. Słuchaliśmy tego bez przerwy i, jak sądzę, było jednym z dwu powodów, dla których zainteresowałem się muzyką barokową. Potem był jeszcze koncert na lutnię i violę d’amore Vivaldiego – zamiast violi były skrzypce Fabia Biondiego, zresztą bardzo dobrego w tej partii solowej (Biondi znowu w muszce!), a publiczność, cóż, znów klaskała w nieodpowiednich momentach, i to dwukrotnie.

Vivica zaś rozgrzała się i rozśpiewała, dając zupełnie nieprawdopodobny popis swoich umiejętności technicznych. Nie da się tak szybko poruszać mięśniami twarzy. Teraz już nie oszczędzała głosu, a i artystycznie wypadła lepiej, niż w części pierwszej. Drugim bisem była aria Agitata da due venti. Vivica Genaux śpiewała to z wyraźnym zadowoleniem, ze świadomością, że publiczność ją uwielbia. Kto wie, może na swoim wielkim recitalu trzy lata temu wykonała to jeszcze lepiej, ale wczoraj tą arią też rzuciła publiczność na kolana. Przypominam mój niegdysiejszy wpis na temat Agitata.

Vivica Genaux osiągnęła, jak przypuszczam, absolutne mistrzostwo w technice śpiewu barokowego. Pod tym względem nikt nie jest w stanie jej dorównać. Artystycznie bywa różnie: nigdy nie jest źle, ale czasami jej wykonania są cudownie piękne, czasami jednak tylko porażająco doskonałe, lecz zimne. Głównym punktem drugiej części wczorajszego koncertu była aria Tu giurasti z Il trionfo… Händla. Konferansjer mówił, że stanowi to klamrę spinającą pierwszy i ostatni koncert tegorocznych Misteriów. Ja widzę to inaczej. W zeszłym roku Vivica zaśpiewała „arię o Furiach” w Juditha triumphans, a później tę samą arię śpiewała Julia Lezhneva w swoim końcowym recitalu. I nieco mnie rozczarowała. W tym roku było na odwrót: to Lezhneva pierwsza zaśpiewała Tu giurasti, a Vivica Genaux śpiewała ją jako druga. Pod względem technicznym wykonanie Viviki było absolutnie niedoścignione, a i artystycznie zupełnie dobre. Jednak, choć może to głupie i nieracjonalne, wykonanie Lezhniewej bardziej mi się podobało…

Misteria Paschalia, 3 kwietnia

Drugiego dnia Misteriów kolejne oratorium: Juditha triumphans devicta Holofernis barbarie Antonia Vivaldiego. Grała Accademia Bizantina, dyrygował Ottavio Dantone. To nietypowe oratorium: ponoć jedyne w dorobku Vivaldiego, rzadko grywane. Fabuła opowiada historię biblijną, więc formalnie jest to oratorium, utwór religijny, choć libretto bardziej pasuje do opery: Judyta uwodzi dowódcę wrogiej armii, Holofernesa (jemu się wydaje, że to on ją uwodzi), po to, aby go zamordować. Postacie mówią i o Apollu, i o Furiach, a więc o tematach niezbyt biblijnych. Podkreślona jest też więź – jakieś podteksty? – łącząca Judytę i jej służącą, Abrę. Od strony muzycznej Judyta też w żadnym razie nie jest konfesyjna, tylko operowa. Są tam sceny bitewne, z kotłami i trąbkami, są wygrywane na klarnecie turkawki, ale całość jest bardzo delikatna i bardzo w stylu Vivaldiego. Orkiestra grała bardzo dobrze, Ottavio Dantone tym razem nie udawał, tylko naprawdę dyrygował od klawesynu.

Śpiewająca Judytę Josè Maria Lo Monaco ma piękną, aksamitną barwę głosu. Niestety, głos ma raczej cichy, więc trudno jej niekiedy akompaniować. W cichych, lirycznych ariach – na przykład tej z akompaniamentem lutni oraz skrzypiec i altówek grających pizzicato – brzmiała świetnie, ale w kilku innych orkiestra ją zagłuszała. To była właściwie największa, a może jedyna, wada tego koncertu. Pozostałe solistki – bo tym razem mieliśmy same głosy żeńskie – też bardzo dobre. Początkowo niezbyt podobała mi się Maria Hinojosa Montenegro w partii Abry, ale po chórze kończącym pierwszą część – a jest to właściwie dialog chóru z sopranem – całkiem się do niej przekonałem.

Chór zresztą pozytywnie mnie zaskoczył. Śpiewał Capella Cracoviensis Vocal Ensemble, więc byłem pełen obaw. Jak się okazało, niesłusznie.

Najbardziej ciekaw byłem występu Viviki Genaux. Vivica w ciągu ostatnich kilku lat zrobiła z Vivaldim rzeczy wielkie – z Vivaldim i z Fabio Biondim. Jak sprawdzi się w Judycie, w dużej roli, z inną orkiestrą i pod inną batutą? Otóż sprawdziła się znakomicie. Błyszczała najjaśniej, ale nie zdominowała pozostałych solistek, bo tak dobry, tak równy jest cały tekst muzyczny i całość tak dobrze poprowadzona. Aria z drugiej części, Armatae face, et anguibus, w której Vagaus, służący Holofernesa, wzywa Furie, aby pomściły śmierć jego pana, była wspaniałym popisem Viviki i jej niebywałych umiejętności wokalnych, najpotężniejszym fragmentem całego oratorium.

Wyśmienity koncert.

Uzupełnienie. A tu są turkawki  i solo na chalumeau, pra-klarnecie, czyli aria Veni, veni  – ta sama orkiestra, ten sam dyrygent, ale inna śpiewaczka.

Opera Rara, 19 stycznia

Antonio Vivaldi, Catone in Utica, grał zespół Modo Antiquo, dyrygował Federico Maria Sardelli, człowiek o wyglądzie wystudiowanym.

Federico Maria Sardelli

Muzyka pierwszego aktu tej opery nie zachowała się do naszych czasów, wystawiane są więc tylko akty drugi i trzeci. Fabuła, o dziwo, nie jest przesadnie skomplikowana i odwołuje się nie do mitologii, ale do wydarzeń historycznych, co prawda dość swobodnie potraktowanych. Oto Katon Młodszy, broniąc wartości republikańskich, przeciwstawia się dążącemu do jedynowładztwa Cezarowi. Sytuację komplikuje to, że córka Katona kocha się z wzajemnością w Cezarze. Cezar tryumfuje, ale wbrew ówczesnym obyczajom, pozostawia szlachetnego Katona przy życiu (w rzeczywistości Katon po klęsce popełnił samobójstwo).

Opera – czyżby z uwagi na swój dydaktyczno-historyczny charakter? – zdominowana jest przez recytatywy. Arii jest niewiele a wczorajsze wykonania były nierówne. Magnus Staveland (Katon), a już zwłaszcza Sonia Prina (Marcja) byli znakomici. Ciekawy był Paolo Lopez śpiewający partię Cezara. Cóż to za pomysł, cóż za kompozytorska perwersja, żeby Cezarem był kontratenor?! Paolo Lopez bardzo dobrze śpiewał partie wysokie, mnie się wszakże wydawało, że gorzej wychodziły mu te fragmenty, w których musiał śpiewać niższe rejestry. Inni jednak Lopeza bardzo chwalą. To, jak koszmarnie trudne arie pisał Vivaldi, wyraźnie było wczoraj słychać w partii Emilii. Otóż śpiewająca tę rolę Loriana Castellano, śpiewaczka przecież bardzo dobra, zaśpiewała poprawnie – ale nic więcej. Nieszczęściem dla wszystkich śpiewaczek podejmujących się tej roli, obie arie Emilii, Come in vano il mare irato oraz Nella foresta leone invitto, nagrała Vivica Genaux na Fajerwerkach (przypominam, że po koncercie Viviki uroczyście odwołałem wszystkie moje krytyczne uwagi o tej płycie). No i cóż, to jest po prostu inna jakość. Inna liga. Wykonania Viviki Genaux są po prostu nieporównywalne z czymkolwiek innym.

Lorianie Castellano niewątpliwie przeszkadzało to, że orkiestra ją momentami zagłuszała. Bardzo byłem ciekaw Modo Antiquo, zespołu, którego dotąd nie znałem. Jest to bardzo sprawny zespół, doskonale posłuszny swemu dyrygentowi. Vivaldiego grają miękko, ale gdy trzeba, pokazują pazur. Niestety, Sardelli ma wyraźną tendencję do dominowania na scenie, chce pokazać, kto tu jest prawdziwą gwiazdą. Efekt jest, powiedzmy szczerze, kiepski. Śpiewający pełną wściekłości arię Dovea svenarti allora Magnus Staveland zdominować się nie dał, Sonia Prina musiała z orkiestrą walczyć (jej bis wypadł lepiej od głównego wykonania, gdyż orkiestra po prostu zagrała ciszej!), Paolo Lopez też sobie z orkiestrą radził, ale pozostali mieli problemy – z orkiestrą, która miała im akompaniować. Gwiazdorstwo Sardellego zaszkodziło sztuce.

Catone in Utica, Teatr im. Słowackiego

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie na zdjęciu wygląda nawet dość okazale. Gdy byłem dzieckiem, teatr i mnie wydawał się bardzo duży i dostojny, ale ostatnio widzę, że w rzeczywistości jest mały i ciasny. Ach, magia fotografii.

Opera Rara, 8 grudnia

Światowe prawykonanie zrekonstruowanej wersji opery Antonia Vivaldiego L’Oracolo in Messenia. Grała Europa Galante.

Rekonstrukcji dokonał – któż by inny? – Fabio Biondi. Z oryginału sprzed prawie trzystu lat zachowało się tylko libretto (w jednym egzemplarzu!) i kilka arii. Biondi musiał sam napisać muzykę do wszystkich recytatywów, których w tej operze jest wyjątkowo dużo, oraz uzupełnić brakujące arie. Biondi potraktował operę Vivaldiego w duchu barokowego pasticcio, biorąc brakujące arie z innych oper Vivaldiego, a także innych kompozytorów, przede wszystkim z Meropy Geminiana Giacomellego, której libretto oparte jest na tym samym micie, co Przepowiednia messeńska. W rezultacie, na moje ucho, powstało dzieło dobre, złożone z pasujących do siebie klocków, widać jednak, że są to klocki, nie zaś całość, spójna koncepcja artystyczna.

Mój kolega Mariusz, który chodzi na opery klasyczne, XIX wieczne, a na Opera Rara był po raz pierwszy, nie mógł wyjść z podziwu, że oto cała siódemka solistów reprezentowała równie wysoki poziom. To prawda, wykonawcy byli znakomici, może tylko kontratenor, Xavier Sabata (aka „łysy w dresie” – wystąpił z ogoloną głową i w spodniach z lampasami!), był nieco mniej znakomity, niż pozostali (Mariusz mówi, że nie słuchał zbyt wielu kontratenorów – poleciłem mu Jaroussky’ego). Prima donną była szwedzka sopranistka Ann Hallenberg. Ma ona bardzo dobry, czysty, do tego mocny głos, świetną technikę – a mnie się znów niezbyt podobała. Za to po raz kolejny podobała mi się Romina Basso, z tymi samymi uwagami, co poprzednio, oraz norweski tenor Magnus Staveland, który śpiew uzupełniał elementami gry aktorskiej. Wrażenie zrobiła też drobnej postury mezzosopranistka, Laura Polverelli, śpiewając arię Sposa, non mi conosci? (w wersji Giacomellego, nie tej przerobionej do Bajazeta). Sam Fabio Biondi i jego orkiestra po raz kolejny pokazali, że są wybitnymi wykonawcami muzyki barokowej i bodaj najlepszymi na świecie akompaniatorami barokowych arii. Najpiękniej jednak wypadła młoda rosyjska sopranistka, Julia Leżniewa (Lezhneva w zachodnioeuropejskiej transliteracji). Miała tylko jedną arię, ale bardzo trudną, i wspaniale, wirtuozowsko wykonaną! Dostała najdłuższe brawa, wyraźnie dłuższe, niż pozostali, a Ann Hallenberg patrzyła się na nią koso. O Leżniewej i samą Leżniewą jeszcze nie raz usłyszymy.

Podsumowując, dobry koncert, wart swojego czasu i ceny, ale bywaliśmy na lepszych.

I znów Agitata

Cóż byśmy zrobili bez YouTube? Kilka miesięcy temu zamieściłem link do wspaniałego wykonania arii Agitata da due venti, śpiewanej przez Vivikę Genaux. Na świecie są teraz dwie śpiewaczki śpiewające barokowe arie na tym poziomie: Vivica i Cecilia Bartoli. Na YouTube znałem tylko jedno stare nagranie tej arii w wykonaniu Cecilii. Śpiewa pięknie, ale nigdy mnie to wykonanie nie porywało – może dlatego, że kapela bardzo słaba, może dlatego, że choć śpiew piękny, interpretacja jednak dosyć konwencjonalna.

Dzisiaj jednak znalazłem nagranie z koncertu, który widziałem kiedyś w Mezzo:



Nie da się ukryć, Cecilii przybyło kilogramów, głos ma też jakby nieco słabszy niż na tym dawniejszym nagraniu, ale to wykonanie robi na mnie wielkie wrażenie przez żywiołowość, z jaką Cecilia śpiewa, przez radość, jaką jej sprawia ta muzyka. I choć nie robi fajerwerków, jak Vivica, gorąco polecam!

P.s. Nie da się słuchać tych dwóch wykonań, Viviki i Cecilii, jednocześnie, ale ja je słyszę jednocześnie. I nie wiem, które mi się bardziej podoba.

 

Agitata

Wczoraj na YouTube znalazłem film z Viviką Genaux śpiewającą arię Agitata da due venti.

Jest to nagranie z koncertu w Montpellier, z 8 lutego 10, a więc na dwa miesiące przed fantastycznym występem w Krakowie, który opisywałem. Vivica śpiewa już tą techniką i na sposób, którego nauczyła się na potrzeby Pyrotechnics, ale śpiewa lepiej niż na płycie. Za każdym razem podziwiam to, że technika tej śpiewaczki ciągle się rozwija. Vivice przygrywa nieznany mi zespół Le Concert Spirituel – graja w stylu Europa Galante, nie aż tak dobrze, jak Biondi, ale prawie tak dobrze. Film z Viviką polecam, proszę jednak pamietać, że w Krakowie (z Biondim) Vivica zaśpiewała tę arię jeszcze piękniej!

Misteria Paschalia, 5 kwietnia

Jednak wybraliśmy się. Elżbieta miała przepustkę prasową od kuzyna, który dziś nie mógł przyjść, ja kupiłem wejściówkę, co oznacza polowanie na wolne miejsce; upolowałem bardzo dobre.

Uroczyście odwołuję wszystko, co złego napisałem o Vivice Genaux i Pyrotechnics – że techniczne, nieludzko doskonałe, męczące w słuchaniu. W wykonaniu na żywo te arie, które Vivica śpiewała, brzmiały wybornie. Drobne (bardzo drobne!) techniczne niedociągnięcia, które w występie na żywo zdarzyć się muszą, przydawały ariom życia. Przy Alma opressa, arii wykonanej dzisiaj lepiej niż na płycie, dosłownie się popłakałem. Vivica Genaux znana jest z tego, że ciągle pracuje nad swoją techniką, czego sami byliśmy świadkami słysząc w jej wykonaniu na żywo arie z Bajazeta (z Biondim i Europa Galante) i porównując je z nagraniem płytowym. Inne śpiewane dzisiaj arie, ze słynną Agitata da due venti, też brzmiały wspaniale. Vivica Genaux ma niezwykłą technikę śpiewu, z bardzo szybkimi, jakby owadzimi ruchami twarzy. Bardzo dobre były też utwory instrumentalne grane przez Europa Galante, zwłaszcza świetnie wykonany Koncert a-moll Vivaldiego (jak wszystko inne dzisiejszego wieczoru). Ale te bisy!

Jako pierwszy bis Biondi zagrał, Vivica zaśpiewała nieznaną mi arię z Adelajdy. To chyba jest materiał na nową płytę, nad którą państwo pewnie wciąż pracują, bo Vivica tę jedną rzecz śpiewała z nut. A very sweet aria, jak powiedział Fabio Biondi zapowiadając ten bis. Rzeczywiście, słodka. Być może Biondi pracuje nad odtworzeniem Adelajdy, która zachowała się tylko we fragmentach, tak jak wcześniej odtworzał choćby Bajazeta?

Drugim bisem była niezwykła aria Qual guerriero. To chyba jest najtrudniejsza aria Vivaldiego, a właściwie nie Vivaldiego, bo choć Vivica śpiewa wersję z Bajazeta, pierwotną wersję napisał Riccardo Broschi, Vivaldi zaś, lekko przerobiwszy, włączył ją do swego pasticcio. Takie były wówczas obyczaje. Aria jest bardzo, bardzo trudna i bardzo, bardzo piękna – sądzę, że na świecie są może trzy osoby, które są w stanie ją zaśpiewać: Vivica Genaux, Cecilia Bartoli, która na Sacrificium (na drugiej, bonusowej płycie) śpiewa oryginalną wersję Broschiego, i może ta trzecia nikomu jeszcze nieznana śpiewaczka, która gdzieś się tej arii właśnie uczy, ma zaś warunki głosowe pozwalające na jej zaśpiewanie.  Mam płytę Viviki Genaux z 2002 Arias for Farinelli z Akademie fur Alte Musik, gdzie ta aria jest i jest ładna, ale nic ponad to. Mam Bajazeta, gdzie Qual guerriero jest w dwu wersjach: roboczej na dołączonym do płyty DVD i skończonej na samej płycie. Świetne wykonanie! W pamięci mam wykonanie Bajazeta na żywo w 2008, kiedy Vivica zaśpiewała lepiej, niż na płycie.  A dzisiejsze wykonanie było jeszcze lepsze, fantastyczne, powalające na kolana. Vivica użyła w tym wykonaniu Qual guerriero wszystkiego, czego się nauczyła opracowując Pyrotechnics. Cały czas słyszę tę arię, cały czas nie mogę się pozbierać. Zachwycający koncert.

***

Nie byliśmy na sobotnim koncercie Jaroussky’ego, ale wszyscy znajomi, którzy byli, bardzo go chwalą. Ciekawe, że Dorota Szwarcman na swoim blogu bardzo ostro Jaroussky’ego i Pluhar krytykuje. Nie jest też zachwycona Minkowskim i jego wykonaniem Pasji według św. Jana, ale odnosi się do niego z szacunkiem. Minkowski gra tak, jak przypuszcza, że zaplanował to sam Bach. Pluhar i Jaroussky wręcz przeciwnie, bardzo daleko odchodzą od domniemanych brzmień samego Monteverdiego, który zdumiałby się niepomiernie słysząc ten walking bass. A jednak jest coś, co Minkowskiego z Pluhar łączy: oboje odchodzą od, nazwijmy to, mainstreamowego wykonywania klasyków, tyle, że odchodzą w przeciwne strony. Wykonania „kanoniczne” już się osłuchały i jeśli ktoś chce wydobyć z tych dzieł coś nowego, musi jakoś szukać, eksperymentować. To, co robi Marc Minkowski, może się podobać lub nie, ale nie budzi niczyjego gwałtownego sprzeciwu. Moim zdaniem taką samą ocenę należy przypisać interpretacjom Monteverdiego Christiny Pluhar i Philippe’a Jaroussky’ego: mogą się podobać lub nie (mnie się podobają, co oceniam na podstawie płyt), ale są godne uwagi, bo wydobywają z Monteverdiego coś, czego nikt wcześniej tam nie usłyszał, a co, jak się okazuje, mieści się w tej muzyce. Show, który Jaroussky i reszta towarzystwa robi na koncertach, to jest inna rzecz – mnie się ten show mniej podoba, ale mnie nie gorszy. Cóż to, Monteverdiego wolno słuchać wyłącznie sztywno, jeżeli zgoła nie na kolanach?

Fajerwerki

Pod choinkę kupiłem sobie najnowszą płytę Viviki Genaux, Vivaldi Pyrotechnics. To jest całkiem nowa płyta, premierę europejską miała pod koniec listopada – kupiłem więc sobie w Amazonie, ale wytrzymalem, otwarłem dopiero dzisiaj. Nie jestem krytykiem muzycznym (choć ostatnio myślę, że gdybym nie był fizykiem i mógł cofnąć czas, mógłbym zostać muzykologiem), więc napiszę tylko, iż Vivica Genaux wirtuozerią techniczną bodajże przewyższa nawet Cecylię Bartoli. Niesamowite przy tym jest to, iż widać, jak technika Viviki się rozwija z płyty na płytę, z sezonu na sezon! Wystarczy porównać kolejne wrsje Qual guerriero, arii pięknej, ale niesłychanie trudnej. Na Arias for Farinelli, gdzie Vivice akompaniuje Akademie für Alte Music, ta aria jest zagrana i zaśpiewana, no, dobrze, ale nic ponad to. Na płytowym nagraniu Bajzaeta, z Biondim i Europa Galante, Vivica śpiewa to znakomicie. Ale gdy w 2008 słyszeliśmy ją na żywo, oczywiście z Biondim, brzmiała jeszcze lepiej, po prostu rewelacyjnie. Niebywałe. Ale, cholera, mnie się nie podoba brzmienie jej głosu – oczywiście jest czysty i nieskazitelny, nie ma tam nawet cienia fałszu czy zachwiania, ale jest za zimny. Wolę głos Cecylki, też zresztą mistrzyni techniki.

Vivica Genaux nagrywa dla Virgin Classic, a akompaniuje jej Fabio Biondi i jego Europa Galante. Biondi jest absolutnym mistrzem akompaniamentu, Europa Galante grają perfekcyjnie i w żadnej chwili nie dominują śpiewaka, nawet gdy grają z mniej znanymi osobami. Cecilia Bartoli nagdywa dla Decca, akompaniują jej różne orkiestry, ale i na The Vivaldi Album, i na najnowszym Sacrificium, akompaniuje Il Gardino Armonico. Giovanni Antonini też jest znakomity, ale jednak nie tej klasy, co Biondi. Ja właśnie od dłuższego czasu słucham sobie Alma opressa na przemian w wykonaniu Cecylki i Viviki. Weszła Elżbieta, posłuchała chwilę i mówi, że gdy się słucha The Vivaldi Album (Cecylka), czeka się, aż zacznie się śpiew, a przy Pyrotechnics (Vivica) przyjemność sprawia słuchanie nie tylko wokalu, ale i partii indtrumentalnych. No właśnie. Marzy mi się wysłuchanie arii śpiewanych przez Cecylkę, ale z akompaniamentem Europa Galante.

Heh, gdybym wierzył w teorie spiskowe, albo też w zmowy kartelowe, mógłbym sobie wyobrazić, że szefowie Virgin Classic dogadują się z szefami Decca, że niegdy nie pozwolą na wspólne nagrania Cecylki i Biondiego – bo wówczas cały rynek muzyczny umarłby. Nie warto byłoby nagrywać żadnych innych płyt, innych wykonań, bo nigdy nie osiągnęłyby one takiego poziomu. Wyjątkiem byłby oczywiście Philippe Jaroussky.

Dwie płyty Jaroussky’ego to ciąg dalszy mojego gwiazdkowego prezentu –  znam we fragmentach, ale w całości ich jeszcze nie przesłuchałem. Jutro.