Glossa do ASF

Wszystko wskazuje na to, że epidemia afrykańskiego pomoru świń (ASF) w Polsce coraz szybciej się rozprzestrzenia, co może stanowić niezwykle poważne zagrożenie dla polskiego rolnictwa. Przypomnijmy historię:

  • W 2014 po raz pierwszy stwierdzono tę chorobę w Polsce, u padłych dzików.
  • Jesienią 2015, pod koniec rządów PO-PSL, w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby w hodowlach świń. Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii, ówczesny rząd wprowadził strefy ochronne – świń z hodowli zlokalizowanych w tych strefach nie wolno było sprzedawać na rynku. Aby ulżyć doli polskiego chłopa i zdobyć głosy, PiS obiecał złagodzić restrykcje, co też po wygranych wyborach zrobił. W efekcie
  • gdy rok temu, we wrześniu 2016, po niecałym roku rządów PiS, po raz pierwszy pisałem o ASF, ognisk było dwadzieścia.
  • Gdy trzy tygodnie temu, w połowie sierpnia 2017, ponownie pisałem o ASF – nawiasem mówiąc,  dyskusja poszła w całkiem inną stronę, ale też niezwykle ważną – ognisk było siedemdziesiąt.
  • Dziś, 1 września 2017, w radio usłyszałem, że jest ich już dziewięćdziesiąt i zbliżają się do linii Wisły.
  • Tak naprawdę, jest ich już dziewięćdziesiąt jeden – patrz mapa.

Jeśli epidemia przejdzie na lewy brzeg Wisły, będzie to dla polskiego rolnictwa i dla polskiego eksportu wieprzowiny katastrofa.

Takie są właśnie skutki dobrej zmiany.

obszar zapowietrzony

Konserwy ministra Jurgiela

Rok temu pisałem o szaleństwach ministra Jurgiela, związanych ze sposobem wprowadzania dobrej zmiany w rolnictwie, a osobliwie ze zwalczaniem epidemii afrykańskiego pomoru świń (ASF).

Należałoby raczej napisać: z niezwalczaniem afrykańskiego pomoru świń. Co najwyżej z poronnym, chybionym, doraźnym zwalczaniem skutków tej epidemii.

Wokół ognisk choroby tworzy się strefy ochronne. Świnie pochodzące z hodowli zlokalizowanych w tych strefach nie mogą być sprzedawane na rynku. Należałoby je wybić i zutylizować, a hodowcom wypłacić odszkodowanie, nawet w wysokości rynkowej wartości likwidowanych zwierząt.

Dobra zmiana postanowiła jednak być chytra, zwierząt nie marnować, ale jednocześnie zaoszczędzić. Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel wymyślił więc

ustawę „o szczególnych rozwiązaniach” w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów – drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych.

Przez rok nic się w tej sprawie nie działo, ale, jak donoszą media, ministrowi w końcu udało się znaleźć desperatów, którzy zagrożone mięso przerobią na konserwy. Komentarze są histerczyne: „PiS truje naród”, „w życiu nie kupię już żadnej konserwy”, „mamy jeść świnie przeznaczone do utylizacji?!” i tak dalej. Wirtualna Polska pisze:

Trudno krytykować szczytny cel (ograniczenie strat budżetu państwa i narzekań rolników), bardziej chodzi o metodę. Konserwowe szynki, mielonki, pasztety nie są w żaden sposób oznaczane […] Zjemy je nieświadomi, a skazani na zapewnienie ministerialnych ekspertów, że nic nie zaszkodzi.

Tymczasem nie w tym rzecz. Wirus ASF jest niegroźny dla ludzi, ale samo przemieszczanie zwierząt, wśród których prawie na pewno znajdą się sztuki chore (choć nie wykazujące objawów) i przetwarzanie mięsa bez zachowania szczególnego reżimu sanitarnego, a w konsekwencji dopuszczenie do tego, że w odpadach lub w gotowych wyrobach znajdzie się wirus, wytrzymujący standardową obróbkę cieplną i mogący przetrwać w mięsie wiele miesięcy, wprowadza wielkie ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzeniania się choroby. Samo niepotrzebne wjeżdżanie do gospodarstw w strefach ochronnych rodzi ryzyko, że wirus przemieści się na kołach pojazdów czy ubraniach ludzi. Jeśli choroba przedostanie się na lewy brzeg Wisły, gdzie jest polskie „świńskie zagłębie”, grozi to wielomiliardowymi stratami dla rolnictwa i wyparciem z rynku europejskiego na wiele lat. Cel działań ministra Jurgiela nie jest więc „szczytny”, tylko piramidalnie głupi. Działania ministra będą raczej niegroźne dla zdrowia ludzi, potencjalnie stnowią jednak wielkie zagrożenie dla gospodarki.

Z ekonomicznego punktu widzenia znacznie tańsze może się okazać wybicie i zutylizowanie zagrożonych stad, z wypłaceniem hodowcom odszkodowań nawet będących wielokrotnością ceny rynkowej.

To, że minister Jurgiel tego nie rozumie, wcale mnie nie dziwi: on ma realizować dobrą zmianę, a nie znać się na gospodarce, rolnictwie czy przetwórstwie spożywczym. To, że nie rozumieją tego jego doradcy i urzędnicy, dobierani na wszystkich szczeblach, od ministerstwa aż po najmniejsze biuro w gminie, według klucza lokalny działacz-szwagier-kuzynka, też mnie nie dziwi. Dobra zmiana już dawno zrezygnowała ze szkodliwego kryterium kompetencji. Mam jednak spore pretensje do piszących o tym mediów, że straszą ludzi nie tym, co trzeba, nie wyjaśniając istoty problemu. Z pewnością jednak pisać „PiS truje ludzi” jest znacznie łatwiej, niż poprosić jakiegoś eksperta, żeby przystępnie i kompetentnie wyjaśnił, o co chodzi. Poza tym „PiS truje ludzi” to dobry clickbait, a kolejny gadający ekspert wręcz przeciwnie.

Ha! Jak się okazuje, były nawet jakieś unijne pieniądze na – między innymi – pomoc dla hodowców dotkniętych przez skutki ASF. Przez indolencję Ministerstwa Rolnictwa i podległych mu służb, wększość z tych pieniędzy nie została wykorzystana. Pisze o tym PSL na swoim portalu, ale zdaje się, że czyta go tylko niewielka grupka działaczy tej partii.

Nadzorowane przez dobrą zmianę rolnictwo może mieć jeszcze jeden poważny problem: Na skutek niekompetencji ARiMR, ponad milion rolników może nie dostać dopłat, a Polska będzie musiała zapłacić gigantyczne kary. I tu zaczynam mieć wielkie pretensje do opozycji, przede wszystkim do PSL, ale do Platformy i Nowoczesnej też: zamiast lansować się na Woodstocku, powinni wielkim głosem i przy każdej możliwej sposobności grzmieć o tym skandalu, dowodzi on bowiem nie tylko niekompetencji PiS, ale także fundamentalnego oszustwa, leżącego u źródeł sukcesu PiS: Ci straszni szkodnicy twierdzą przecież, że dbają nie o elity, ale o „Polki i Polaków”, podczas gdy w rzeczywistości Polki i Polaków mają w dupie, a chodzi im tylko o zaspokojenie żądzy zemsty Jarosława Kaczyńskiego i realizację jego chorych urojeń. No i o posady dla działacza, kuzynki i szwagra.

Jeśli dopłaty nie zostaną wypłacone, jeśli epidemia ASF się rozprzestrzeni, PiS będzie usiłował twierdzić, że to zła Unia Europejska mści się na polskich rolnikach za to, że Polska nie chce przyjąć islamistów-terrorystów. Nie można do tego dopuścić.

konserwy mięsne

Szaleństwa ministra Jurgiela

Wśród członków obecnego rządu osobną pozycję zajmuje minister rolnictwa, Krzysztof Jurgiel. Jest to człowiek zwyczajnie głupi i niekompetentny. Żaden ideolog. Nie wypowiada się na tematy polityczne, a tylko realizuje dobrą zmianę w rolnictwie.

Wieś to dla PiS bardzo ważny obszar bo, po pierwsze, głosy mieszkanców wsi są dla PiS ważne w wymiarze krajowym, po drugie, PiS toczy na wsi walkę na śmierć i życie z PSL o głosy w wyborach samorządowych, a zatem o mnóstwo stanowisk „w terenie”, będących łakomym kąskiem dla obu partii. Z perspektywy Warszawy, Krakowa czy Wrocławia stanowisko gminnego urzędnika z pensją 2,500 zł netto może nie wydawać się czymś oszałamiającym, ale z perspektywy Końskich, Annopola lub Sokółki rzecz ma się zupełnie inaczej: Tam gmina i powiat są najważniejszymi pracodawcami, praca jest pewna, na etat, a więc ze składką emerytalną, urlopem i ubezpieczeniem, dochód stały, nikt inny niczego lepszego tam nie zaoferuje. Kontrolując samorząd, można dać pracę lokalnemu działaczowi, szwagierce czy niezbyt udanemu kuzynowi. Rolnictwo wreszcie jest ważną częścią polskiej gospodarki a produkty rolne mają znaczący udział w polskim eksporcie. Wydaje się zatem, że osoba odpowiedzialna za tak ważny dla PiS obszar powinna być zdolna i kompetentna.

Nic podobnego.

Minister Jurgiel, co akurat jest typowe dla jego formacji politycznej, zaczął urzędowanie od totalnej wymiany kadr. I to nie tylko w samym ministerstwie, ale we wszystkich podległych agendach, aż do terenowych placówek Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa i lokalnych elewatorów zbożowych włącznie. Wymiana przebiegała według klucza działacz-szwagierka-kuzyn. Doprowadziło to do sytuacji, w której za rolnictwo – od góry do dołu – zaczęli odpowiadać ludzie niekompetentni, a przede wszystkim unikający podejmowania jakichkolwiek decyzji. Działacze PiS bowiem z lubością przyglądają się, jak agencje „alfabetowe” (ABW, CBA) dobierają się do skóry przeciwnikom, ale sami boją się ich wprost panicznie. Bo gdyby coś poszło nie tak, bo gdyby przypadkiem skorzystał ktoś niewłaściwy… Nie, znacznie lepiej jest nic nie robić. Nie podejmować żadnych decyzji. Mnożyć papiery i trudności. Najważniejszym skutkiem takiej polityki były wielomiesięczne, sięgające niekiedy roku opóźnienia w wypłatach środków z unijnych dopłat bezpośrednich. Minister Jurgiel i jego fachowcy nie potrafili też przeciwdziałać skutkom załamania cen wielu produktów rolnych i konsekwencjom odcięcia Polski od rynków eksportowych. Symboliczne dla dobrej zmiany zrujnowanie hodowli koni arabskich było, w gruncie rzeczy, niewiele znaczącym dodatkiem.

Chłopów zaczął trafiać szlag. 

Dalej minister Jurgiel zajął się ustawą o obrocie ziemią rolną. W dużym skrócie: ziemię rolną mogą kupować tylko inni polscy rolnicy, do limitu 300 ha, i to z ograniczeniami geograficznymi; nie-rolnik potrzebuje arbitralnie wydawanej (sytuacja korupcjogenna!) zgody urzędnika Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Cudzoziemcom ziemi rolnej kupować nie wolno. I choć Jurgiel ostatecznie wycofał się z najbardziej krytykowanego pomysłu, mianowicie z ograniczenia prawa do dziedziczenia ziemi, obrót ziemią rolną w Polsce praktycznie ustał. Chłopom, którzy brali kredyty pod zastaw ziemi, grozi bankructwo, gdyż niesprzedawalna ziemia nie ma dla banku żadnej wartości.

Ustawa w zamierzeniu ma chronić polskie gospodarstwa rodzinne. Proszę mnie dobrze zrozumieć: zniesienie wszelkich ograniczeń w obrocie ziemią dla obywateli UE, jakie miało nastąpić 1 maja, potencjalnie mogło rodzić pewne zagrożenia. Co prawda w niczym nie przeszkadzałoby mi, gdyby przedsiębiorca rolny z Holandii czy Niemiec kupił ziemię w Polsce, niechby i kilkaset hektarów, żeby ją uprawiać – a mógłby chcieć to zrobić zważywszy, że w Polsce ziemia jest tańsza, niż na Zachodzie – ale niedobrze by było, gdyby ziemia była kupowana w celach spekulacyjnych. A takie rzeczy się dzieją w innych biednych krajach, z dużą szkodą dla tamtejszych chłopów. Jednak Jurgiel wprowadził ograniczenie najbardziej toporne – nie i szlus. To najbardziej uderza w mieszczuchów, którzy dotąd chętnie kupowali domy z kawałkiem pola i widokiem na las, oraz w podstarzałych rolników, którzy chcieli taką ziemię sprzedać. Poza tym, powtarzam, nic złego by się nie stało, gdyby ktoś z Zachodu skupił ziemię z kilku czy kilkunastu małych, nieproduktywnych gospodarstw, połączył ją i rozpoczął na niej towarową produkcję rolną. Przeciwnie, gospodarczo, a nawet cywilizacyjnie, byłoby to całkiem korzystne.

Jednak dopiero najnowszy pomysł ministra Krzysztofa Jurgiela, impuls dla powstania tej notatki, woła o prawdziwą pomstę do nieba.

Chodzi o afrykański pomór świń.

Jest to choroba wirusowa, śmiertelna dla świń, o kilkudniowym okresie inkubacji. Chore świnie umierają nie osiągnąwszy wagi odpowiedniej dla komercyjnego uboju. Wirus jest niegroźny dla człowieka, ale mięso zwierząt padłych, a także tych, u których wystąpiły już objawy (gorączka!), nie nadaje się do spożycia. Wirus może przeżyć w mięsie dość długo po śmierci zarażonego zwierzęcia, wytrzymuje też standardową obróbkę cieplną. Nie ma na tę chorobę szczepionki ani lekarstwa, jedynym sposobem przeciwko rozprzestrzenianiu się choroby jest wybijanie stad i tworzenie stref ochronnych. Kraje, w których stwierdzono afrykański pomór świń, objęte są silnymi restrykcjami eksportowymi – nie tyle z uwagi na zagrożenie dla ludzi, ile z uwagi na zagrożenie dla hodowli w krajach importujących mięso.

Naturalnym rezerwuarem wirusa są dziki, z których część przeżywa zakażenie, stając się nosicielami. Kontaktując się, choćby pośrednio, ze zwierzętami hodowlanymi, przenoszą na nie chorobę. Na terenie objętym chorobą dziki, niestety, też trzeba wybić.

To dziki przyniosły do Polski chorobę z Białorusi w 2014; białoruskie służby nie radzą sobie z kontrolowaniem choroby. Pod koniec rządów Platformy w Polsce stwierdzano trzy ogniska choroby, wszystkie w pobliżu granicy z Białorusią. Utworzono strefy ochronne. Lokalni drobni hodowcy –  prawdziwe świńskie zagłębie znajduje się po drugiej stronie Wisły – bardzo narzekali na uciążliwości tych stref: nie wolno im było świń sprzedawać do skupu, przewozić, handlować prosiętami. Ówczesny kandydat na ministra rolnictwa, Krzysztof Jurgiel, obiecał chłopom poluzowanie restrykcji. Dziś, po dziesięciu miesiącach rządów PiS, ognisk choroby jest dwadzieścia i przesuwa się ona wgłąb kraju.

Skutkiem postępu choroby było poszerzenie stref ochronnych, skutkiem tego – jeszcze większy lament hodowców. Minister Jurgiel wprowadza zatem ustawę „o szczególnych rozwiązaniach” w sprawie afrykańskiego pomoru świń. Nie ma ona na celu usprawnienia zwalczania choroby, a jedynie ulżenie doli polskich chłopów – drobnych hodowców świń z Podlasia i Mazowsza. Mianowicie, ustawa przewiduje zakup zdrowych świń nadających się do komercyjnego uboju ze stref ochronnych i przerobienia ich mięsa na konserwy dla wojska i do zapasów państwowych. Absurd! Boże drogi, jaki to jest straszny absurd! Nie chodzi przy tym o rzekome zagrożenia dla zdrowia ludzi, przed czym histerycznie przestrzegają media, bo wirus, jako się rzekło, jest niegroźny dla ludzi, ale o kolosalne ryzyko niekontrolowanego rozprzestrzenienia się choroby.

Skupywane świnie mają być badane, ale zapewne tylko pod kątem występowania objawów. Afrykański pomór świń, jak wiele innych chorób wirusowych, ma okres utajony – zwierzę nie wykazuje objawów, ale może zarażać inne zwierzęta. W ich ciele jest wirus. Wirus przedostanie się zatem do przetworów. 

Groźniejsze jest jednak co innego. Obecnie choroba rozprzestrzenia się, jak by to powiedział fizyk, dyfuzyjnie, w sposób typowy dla ruchów Browna (lewy obrazek). Przenoszą ją dziki, a także ludzie – rolnicy, którzy nie zważając na zakazy, handlują zakażonym mięsem i prosiętami na pobliskich targowiskach. Jak niedawno przyznał w rozmowie z Rzeczpospolitą minister Jurgiel, część handlarzy i rolników wykazuje mniej zrozumienia. Postęp dyfuzyjny jest powolny i można go kontrolować, tworząc odpowiednio szeroką strefę ochronną. Jednak gdy zwierzęta i potencjalnie zakażone mięso zacznie się przewozić na większe odległości, sytuacja zmienia się dramatycznie: wirus wykonuje bardzo długie skoki (spacery Levy’ego – Levy walks, patrz prawy obrazek), a wtedy powstrzymać się go praktycznie nie da – strefa ochronna musiałaby obejmować cały kraj. Roznosić wirusa mogą pojazdy używane do transportu zwierząt, a nawet ludzie pracujący przy ich załadunku i rozładunku. Może wystarczyć, żeby samochód przewożący zwierzęta chore pojechał potem do farmy wolnej dotąd od choroby. Także odpady pozostałe po obróbce zwierząt mogą być źródłem zakażenia, jeśli nie zostaną zutylizowane z zachowaniem odpowiedniego reżimu sanitarnego. A tu nie ma wielkich gwarancji, zwłaszcza w małych zakładach, gdzie panu Władkowi nie będzie się chciało, no bo przecież nic się nie stanie, więc wykaże mniej zrozumienia. A jeśli choroba przedostanie się do Wielkopolski, na Kujawy, na Pomorze Zachodnie, może to oznaczać załamanie się hodowli świń – całkowite załamanie się hodowli świń! – w Polsce na długie lata. I wieloletni zakaz eksportu wieprzowiny.

Brownian motion and Levy walk

To wszystko nie jest wiedza tajemna. Przeciwnie, rzecz jest dobrze znana i z czasów zwalczania epidemii pomoru świń (afrykańskiego i zwyczajnego) w krajach zachodnich, i, przede wszystkim, ze zwalczania epidemii choroby wściekłych krów (BSE) w Wielkiej Brytanii. Sam minister może tego nie wiedzieć, ale od tego powinien mieć specjalistów, fachowych doradców, którzy mu to powiedzą i przekonają go, że zysk (mniejsza strata) lokalnych hodowców z Podlasia nie jest wart kolosalnego ryzyka dla całej hodowli trzody w Polsce. Widać jednak ministerialni fachowcy, których głównymi kompetencjami są odpowiednie koneksje polityczne lub rodzinne, albo sami tego nie wiedzą, albo nie potrafili przekonać ministra. Cóż, minister, jako się rzekło, jest głupi.

Co trzeba było zrobić? Cóż, ekstrapolując wspomniane doświadczenia z Europy Zachodniej, należało uśpić wszystkie świnie z obszaru ochronnego, a ich ciała zutylizować, najlepiej na miejscu. Choćby przez spalenie. Jak w  czasie epidemii BSE. Rolnikom oczywiście należało wypłacić odszkodowanie, i to w wysokości kilkukrotnie większej, niż potencjalna kwota, jaką uzyskaliby ze sprzedaży świń na rynku. Kilkukrotnie większej, bo przecież przez co najmniej kilka lat nie będą mogli hodować świń. Ale ktoś postanowił „zaoszczędzić”, tak jak minister Jurgiel „oszczędza”, nie zaś marnotrawi świńskie tusze w drodze utylizacji. Może to kosztować naszą gospodarkę miliardy złotych. Nie miliony. Miliardy.

Należy też wybić wszystkie dziki na obszarze zagrożonym chorobą. Smutne, ale konieczne. Minister Jurgiel zarządził na początku roku odstrzelenie 40 tysięcy (sic!) dzików. Zająć się tym miał Polski Związek Łowiecki, ale efektywnie sabotuje to zarządzenie, co minister przyznaje we wspomnianej rozmowie z Rzeczpospolitą. Jest to, zapewne, przejaw sporu kompetencyjnego – jakich wiele w tym, pożal się Boże, rządzie, choć są one starannie ukrywane – pomiędzy ministrem rolnictwa a ministrem ochrony środowiska Janem Szyszko, kolejną groźną osobliwością w rządzie PiS, eksponentem lobby leśnego i łowieckiego. 

Bardzo się boję, że na skutek głupoty, krótkowzroczności i niekompetencji ministrów, polskie rolnictwo może ponieść straty, z których nie podniesie się przez wiele lat.

Cieszyć się mogą co najwyżej fizycy i epidemiolodzy, którym epidemia afrykańskiego pomoru świń w Polsce dostarczy zapewne wielu ciekawych danych do weryfikacji ich hipotez naukowych. W wypadku polskich naukowców będzie to jednak radość przez łzy.