Fizyka: wykształcenie ogólne

Będąc na Zjeździe Fizyków Polskich, przysłuchiwałem się dzisiaj dyskusji na temat nauczania fizyki w szkołach. Powiedziano tam wiele ważnych rzeczy, z których nic nie wyniknie. Niestety, nasi współobywatele nie są zainteresowani poziomem edukacji. Większości szkoła nic nie obchodzi, a ci, którzy mają dzieci w szkołach, chcą, żeby dzieci były „zaopiekowane”, jeśli są małe i żeby dostały odpowiednio dobre świadectwo, jeśli są starsze. To, czego dzieci się nauczą, jest niemalże bez znaczenia. I nie dotyczy to tylko fizyki, ale nauczania szkolnego jako takiego. Interesuje się tym tylko grupka zapaleńców. Tymczasem świadectwo może wypisać woźny, sekretarka przystawi pieczątkę, dyrektor podpisze i voilà! To, że ze szkoły będą wychodzić funkcjonalni analfabeci, prawie nikogo nie martwi.

Jeśli ludzie nie są zainteresowani poziomem nauczania, nie zainteresują się też władze, bo i po co, skoro nie o to chodzi wyborcom? A już fizyką, mającą opinię najtrudniejszego i najgorzej nauczanego przedmiotu szkolnego, nie zainteresują się na pewno.

Wyobraźmy sobie jednak, że żyjemy w świecie no, może nie idealnym, ale trochę lepszym od naszego. Takim, w którym to, czego dzieci się nauczą, ma znaczenie. Otóż patrząc z tej perspektywy, byłem nieco zasmucony podejściem dzisiejszych dyskutantów. Choć jednym z proponowanych haseł dyskusji było fizyka jako część wykształcenia ogólnego, oni się martwili, że tak mało uczniów wybiera fizykę jako przedmiot maturalny. Co zrobić, żeby uczniów do wyboru fizyki zachęcić. I żeby ta matura była ciekawsza, bardziej miarodajna.

Tymczasem nawet w najlepszym z możliwych światów fizykę jako przedmiot maturalny będzie wybierać mniejszość. Natomiast dobrze by było, żeby wszyscy absolwenci wiedzieli, że rozliczne zjawiska przyrodnicze daje się zbadać i opisać, że są prawa, które nimi rządzą i że zjawiska można i powinno się mierzyć ilościowo, zgodnie z pewnymi zasadami, a nie tylko widzimisię eksperymentatora, a mimo to błędy pomiarowe są nieuniknione. Że samochód nie może zatrzymać się w miejscu. Że nie potrzeba aniołów, żeby planety poruszały się po swoich orbitach, nie zatrzymały się i nie pospadały na Słońce. Że w ruchu wirowym nie ma nic magicznego (już dawno proponowałem, żeby jako materiał dydaktyczny wykorzystywać filmy z występów Anity Włodarczyk: gdy puszcza młot, ten nie leci po spirali). Że mikroskop, lornetka, teleskop, radio i GPS to nie są diabelskie sztuczki, tylko wynalazki, które powstały w oparciu o prawa natury, które każdy, kto chce i kto się odpowiednio przyłoży, może poznać, ale też że urządzenia te nie mogą działać lepiej, niż prawa przyrody pozwalają. Że burza, gradobicie, powódź i trzęsienie ziemi nie są oznaką gniewu Istoty Nadprzyrodzonej, tylko że są zjawiskami naturalnymi, które można zrozumieć i opisać, nawet jeśli (jeszcze?) nie potrafimy nad nimi zapanować. Że nie ma nic za darmo, bo obowiązują zasady zachowania i inne prawa ograniczające, jak Druga Zasada Termodynamiki (choć nie upieram się, że ta nazwa koniecznie musi padać). Że wszystkie znane nam silniki pracują na przepływach energii, z której my możemy wykorzystać tylko jakiś ułamek (znowu ta Druga Zasada, bo mnie wydaje się ona niesłychanie ważna). Że – i to chyba jest najbardziej zaawansowany i najtrudniejszy koncept, który jak najwięcej osób powinno, moim zdaniem, zrozumieć – ważna jest skala: coś, co ma charakerystyczny rozmiar rzędu ułamków milimetra, zazwyczaj nie wpływa na rzeczy o rozmiarach kilometra i vice versa; to samo ze skalą czasową (te dwie skale, przestrzenna i czasowa, wystarczą, żeby zrozumieć ogólną zasadę). Czym innym jest fizyka jako część wykształcenia ogólnego, czym innym zaś nauczenie fizyki tych uczniów, którym będzie ona potrzebna w czasie przyszłych studiów. Tej perspektywy mi u dzisiejszych panelistów zabrakło.

Ja nie wiem, jak to zorganizować. Ba, ja nie wiem, jakie treści powinny wejść do kanonu nauczania ogólnego, jakie zaś wystarczy zostawić dla tej grupki, która potem będzie studiować nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze. Wiem natomiast dwie rzeczy: Tego wykształcenia ogólnego nie za się zdobyć ucząc się na pamięć regułek i wzorów, tudzież rozwiązując zadania o rybaku-fajtłapie, który ciągle gubi swoje koło ratunkowe i trzeba mu powiedzieć, dokąd ma popłynąć, by je wyłowić. To po pierwsze. Po drugie, konieczne jest robienie jak największej ilości doświadczeń. Nawet bez wzorów (tłumaczenie jakościowe, niekoniecznie ilościowe), bez dobrej statystyki i analizy błędów, ale żeby huczało, świeciło i się ruszało, bo tylko wtedy uczniowie będą mieli szanse uwierzyć, że to, o czym mówi nauczyciel, to nie jest bajka o żelaznym wilku.

A kto wie, może się zdarzyć, że te doświadczenia zachęcą kogoś do uczenia się fizyki aż do matury i dalej.

Coście uczynili

Aferą ostatnich dni jest Willa+ – program, w ramach którego minister Czarnek z Lublina, ze środków przeznaczonych na edukację, rozdał 40 milionów zaprzyjaźnionym fundacjom i organizacjom pozarządowym na zakup lub remont nieruchomości. Rekordzista dostał 5 mln na zakup rozległej willi w najdroższej dzielnicy Warszawy, ktoś inny ponad 2 mln na dwuhektarową posiadłość z willą, prywatnym lasem i domkiem pszczelarza. Teoretycznie każdy mógł złożyć wniosek, ale tak się składa, że dostały tylko organizacje założone przez członków PiS oraz trochę organizacji kościelnych. Wielu beneficjentów, w tym ci najhojniej obdarowani, nie ma nic wspólnego z działalnością edukacyjną i w ogóle nie bardzo wiadomo, czym się zajmują. Nawet powołana przez Czarnka komisja konkursowa negatywnie oceniła część z tych wniosków, ale Czarnek przyznał środki wbrew opinii swojej własnej komisji. Mam nadzieję, że Czarnek z Lublina pójdzie za to siedzieć – za niegospodarność.

Opozycyjne media komentują, że jest to typowe uwłaszczanie nomenklatury, tym razem PiSowskiej. Tak, jak najbardziej tak. Obrzydliwe wyłudzanie wielomilionowych dotacji przez PiSowskie pasożyty.

W TVNie biadają, że o środki znacznie skromniejsze występowały organizacje, które naprawdę prowadzą działalność edukacyjną, na którą państwo skąpi, choć nie powinno, takie jak fundacje zajmujące się dziećmi ze spektrum autyzmu czy z porażeniem mózgowym, a nawet Polski Związek Niewidomych. No i nikt z nich nic nie dostał, środki popłynęły za to do fundacji Polska Wielki Projekt (willa na Mokotowie), fundacji Dumni z Elbląga (domek pszczelarza) czy fundacji założonej przez ministra Michała Dworczyka (luksusowa siedziba w Katowicach). A dla organizacji zajmujących się kształceniem niepełnosprawnych dzieci – nic.

I nagle mnie olśniło: Czarnek z Lublina to twardy nacjonalista. Reprezentuje drugą, po bezideowych karierowiczach, najliczniejszą grupę wśród działaczy PiS; w elektoracie PiS jest to zapewne grupa najważniejsza. Otóż dla oszalałych nacjonalistów chorzy i upośledzeni są bezwartościowi. Najlepiej byłoby ich gdzieś ukryć, schować, a na pewno nie warto dbać o poprawę ich losu. Czarnek z Lublina i jego ideowi pobratymcy nie idą tak daleko, jak naziści, którzy w imię eugeniki uśmiercali niepełnosprawnych, ale przeznaczanie państwowych środków na edukację niepełnosprawnych dzieci i opiekę nad nimi w oczach Czarnka byłoby czystym marnotrawstwem.

Lekceważący, wręcz pogardliwy stosunek do niepełnosprawnych było w PiSie widać od dawna. Myślałem, że wynika to jedynie z tego, że PiS uznał, że dbając o niepełnosprawnych, nie przysporzy sobie wielu głosów. Dziś jednak zrozumiałem, że za tą pogardą stoi poważna przesłanka ideowa: nacjonalizm. Nacjonaliści trochę się kalek brzydzą, trochę się ich irracjonalnie boją, a na pewno uważają ich za bezwartościowych, wręcz za obciążenie, z punktu widzenia rozrostu Narodu.

Czarnkowi z Lublina, który ostentacyjnie obnosi się ze swoim katolicyzmem, a nawet ma czelność porównywać się do kard. Wyszyńskiego, przypomnę słowa Jezusa:

Wszystko, coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnieście uczynili (Mt 25:40).

Niestety, w polskim katolicyzmie chrześcijaństwo słabo się zakorzeniło.

Informacja, że Czarnek z Lublina, choć rozdał 40 milionów na wille dla swojaków, jednocześnie obciął fundusze na wykupienie dostępu do zagranicznych publikacji naukowych, bez których uprawianie nauki jest niemalże niemożliwe, to już tylko wisienka na torcie.

Praca dla nauczycieli

Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ z dumą podkreśla, że jest jedyną instytucją na południe od Warszawy i na wschód od Wrocławia kształcącą nauczycieli fizyki. Przez ładnych parę lat, z racji pełnionych funkcji, przyglądałem się z bliska jak to kształcenie wygląda.

Kształcenie nauczycieli fizyki odbywa się w ramach studiów II stopnia. Jest to specjalizacja dodatkowa, którą zainteresowani studenci robią równolegle z jedną z podstawowych specjalizacji. W ten sposób absolwent uzyskuje pełne wykształcenie magisterskie z fizyki oraz uprawnienia do nauczania fizyki (i przyrody). Tak wykształcona osoba jest pełnoprawnym fizykiem, a jednocześnie jest w pełni przygotowana do wykonywania zawodu nauczyciela. Przedmioty „ogólnopedagogiczne” realizowane są w Studium Pedagogicznym UJ, natomiast przedmioty związane z dydaktyką fizyki na WFAIS UJ. Dzięki przyjęciu korzystnych dla studentów interpretacji Regulaminu Studiów, nie oznacza to dwa razy większego obciążenia studentów, a tylko obciążenie większe o jakieś 50%.

Blok pedagogiczny mogą także realizować doktoranci.

Co roku znajduje się jakaś pasjonatka lub pasjonat, na ogół dobrzy studenci, którzy za swoją misję życiową poczytują sobie powrót do swojego niewielkiego miasta i objęcie posady nauczyciela fizyki w tamtejszym liceum. I tak właśnie robią. Poza tym specjalizację tę wybierają studenci, którzy chcą sobie poszerzyć możliwości na rynku pracy. W zasadzie nie planują zostać nauczycielami, ale mając taką formalną możliwość, czują się bezpieczniej.

Niestety, co roku liczba kandydatów na tę specjalizację spada, tak że obecnie trudno jest zapewnić minimalną liczbę osób potrzebną do uruchomienia specjalizacji. O ile mi wiadomo, podobna sytuacja panuje na pozostałych wydziałach ścisłych i przyrodniczych UJ kształcących nauczycieli. Zawód nauczyciela staje się kompletnie nieatrakcyjny dla absolwentów wyższych uczelni. Nawet taki sobie absolwent matematyki, fizyki, astronomii, chemii, biologii czy geografii, o absolwentach informatyki nie wspominając, może przebierać w o wiele lepszych ofertach pracy, no, chyba że z powodów życiowych musi po studiach wrócić do swojej małej miejscowości. (Ten, kto musi wrócić i z braku czegoś innego zostanie nauczycielem, będzie o wiele gorszy od tego, kto chce.)

Drugą stroną medalu jest narastająca ilość ofert pracy dla nauczycieli, głównie „przedmiotowców”, z nikłymi szansami na ich zapełnienie. Na stronie Kuratorium Oświaty w Krakowie jest blisko 1600 ofert, w tym 70 dla nauczycieli fizyki. Podobnie jest w całym kraju. Dariusz Chętkowski, autor BelferBloga Polityki, też o tym pisze, dodając, że zgłaszający się do pracy kombinatorzy (popracuje miesiąc, potem pójdzie na długotrwałe zwolnienie, a tak naprawdę szuka czegoś lepszego), którzy dotąd byli odprawiani z kwitkiem, teraz są przyjmowani.

Skąd się to bierze? Moim zdaniem, powody są trzy.

  1. Haniebnie niskie zarobki. Obecnie nauczyciel stażysta, magister z przygotowaniem pedagogicznym – czyli na przykład absolwent sekcji nauczycielskiej na fizyce UJ – może otrzymać 2949 zł brutto. Po roku pracy, gdy awansuje na nauczyciela kontraktowego, dostanie 3034 zł brutto. Są to wynagrodzenia w okolicach pensji minimalnej, która wynosi 2800 zł, a od 1 stycznia 2022 wyniesie 3000 zł brutto. Taka skala zarobków jest dla nauczycieli wręcz obraźliwa.
  2. Bardzo niski i wciąż spadający społeczny prestiż zawodu nauczyciela. Kiedyś nauczyciele byli szanowani, dzisiaj są pomiatani. Bardzo dobrze było to widać przy okazji strajku nauczycieli, który praktycznie nie doczekał się żadnego społecznego poparcia i zrozumienia. Na to u wielu osób nakłada się wypalenie zawodowe i frustracja spowodowana zdalnym nauczaniem w warunkach epidemicznych. W konsekwencji nie tylko absolwenci nie chcą podejmować pracy nauczyciela, ale wielu nauczycieli wręcz rezygnuje z tej pracy, co dodatkowo pogłębia problem wakatów.
  3. Powyższe dwie przyczyny łatwo wskazują wszyscy, którzy piszą o polskiej szkole. Jest jednak przyczyna trzecia: konsekwencje katastrofalnej, pod każdym względem niszczycielskiej „deformy” edukacji przeprowadzonej przez PiS. PiS zlikwidował gimnazja, więc w szkołach podstawowych pojawiły się przedmioty, których przez lata w nich nie było: fizyka, chemia, biologia, geografia. W wymiarze jednej godziny tygodniowo w klasach VII i VIII. Szkoły w małych miejscowościach są niewielkie i nauczycielowi fizyki (chemii, biologii, geografii) oferują… cztery godziny lekcyjne w tygodniu. Albo tylko dwie. Albo, ho, ho, całe sześć! Żeby nauczyciel mógł uskładać cały etat, musiałby podjąć pracę w kilku szkołach, stając się nauczycielem objazdowym. To z punktu widzenia nauczyciela podnosi koszty pracy (dojazdy!) i czyni ją bardzo uciążliwą. W dużym mieście, gdzie jest wiele szkół i działa komunikacja publiczna, być może byłoby to do zniesienia, ale w małych miejscowościach to jest zupełna katastrofa.

Oczywiście nikt nie znajdzie nauczyciela fizyki na cztery godziny w szkole podstawowej w Tłuczani w powiecie wadowickim. Dyrektor albo ubłaga jakiegoś emerytowanego nauczyciela, żeby wziął te kilka godzin w tygodniu, albo powierzy fizykę nauczycielowi innego przedmiotu – powiedzmy geografii lub chemii. Podobnie będzie z innymi przedmiotami, a zwłaszcza z informatyką. To bardzo pogorszy jakość nauczania i drastycznie zmniejszy szanse na sukces edukacyjny tych dzieci. Albo przedmiot pozostanie formalnie nieobsadzony i różni nauczyciele będą brali zastępstwa, żeby przeprowadzić kilka lekcji. Na przykład katecheta. Jak sądzę, minister Czarnek z Lublina zgodzi się, że ugruntowane cnoty i właściwe życie rodzinne są ważniejsze od jakiejś tam informatyki czy fizyki.

Dzieci z rodzin o dużym kapitale kulturowym, z większych miast, jakoś sobie poradzą. Pozostali – nie. Jakim cudem?! Premier Mateusz Morawiecki baja o cywilizacyjnym doganianiu Zachodu, lewicujący publicyści zżymają się, że polski sukces potransformacyjny oparty był głównie o tanią siłę roboczą, tymczasem PiS, niszcząc edukację, zaprzepaszcza nasze szanse na awans cywilizacyjny. Społeczeństwo mentalnie tkwiące w świecie sprzed stu lat, źle wykształcone, archaiczne, nienowoczesne, nie będzie miało do zaoferowania nic poza tanią siłą roboczą, a i to wystarczy tylko na raczej krótki czas. Niestety, znaczna część naszych współobywateli tego nie dostrzega, gdyż nie docenia znaczenia edukacji. Uważają oni, że celem szkoły jest to, aby małe dzieci były „zaopiekowane”, większe zaś powinny otrzymać świadectwo na tyle dobre, aby mogły trafić do wybranej szkoły wyższego stopnia. To, czego – i czy czegokolwiek – się po drodze nauczą, jest w zasadzie zaniedbywalne.

dr Witold Zawadzki, pracownik naukowy WFAIS UJ i nauczyciel w V LO w Krakowie

Telewizja transmituje

Jak smarować margaryną
Telewizja transmituje

Choć minister Dariusz Piontkowski, reptilianin, twierdzi, że szkoły świetnie sobie radzą ze zdalnym nauczaniem, wszyscy wiedzą, że to nieprawda. Telewizja Polska rozpoczęła więc nadawanie lekcji dla szkół, co byłoby pomysłem znakomitym, gdyby było to przyzwoicie przygotowane. Tymczasem przynajmniej niektóre lekcje to jest horror, który z pewnością przyniesie dzieciom więcej szkody, niż pożytku.

Ktoś widział lekcję fizyki i mówił, że niezła. Ktoś lekcję biologii i uznał, że dobra. Ktoś, kto oglądał lekcję historii, stwierdził, że cofnął się w czasie o 50 lat. Lekcje polskiego i historii sztuki (w ramach plastyki) były zwyczajnie śmiertelnie nudne. Na lekcji chemii słyszymy, że

ołów występuje na stacjach benzynowych, jest benzyna bezołowiowa

co gotów jestem uznać za skrót myślowy, nieudolne podanie dzieciom kontekstu, w którym mogły się z ołowiem zetknąć. Ale prawdziwym hitem są lekcje matematyki, czy też lekcje, które o matematykę zahaczają.

Najpierw jest lekcja o bocianie, gdzie nauczycielka nauczania początkowego myli obwód ze średnicą. Niektórzy sądzą, że to ze stresu. Otóż nie, ona się do tej lekcji przygotowała: wycięła sobie taśmę z kartonu, odmierzyła dwa metry, zaznaczyła na taśmie. Ona biedna naprawdę nie wie co to obwód, a co średnica.

Wisienką na torcie jest lekcja o liczbach parzystych. Dwie nauczycielki nauczania początkowego nieudolnie usiłują wytłumaczyć, co to są liczby parzyste:

10 jest liczbą parzystą, bo ma parę.

Myślę, że powyższe zdanie wejdzie do kanonu naszych narodowych cytatów.

Znajomi złoszczą się, że na te biedne nauczycielki wylała się fala hejtu. Mnie jest tych pań autentycznie żal, bo one się starały, bo uczyły, jak umieją, bo uczyły, jak zawsze uczą i nie rozumieją, dlaczego je to spotkało. No właśnie: uczyły, jak zawsze uczą. To są zwykłe nauczycielki, ani jakieś wybitne, ani szczególnie złe. Zwyczajne. Taka jest rzeczywistość polskiej szkoły. Epidemia COVID-19 obnaża nie tylko katastrofalny stan przygotowania naszego państwa do sytuacji nadzwyczajnych, ale także katastrofalny stan edukacji. Nieco ponad rok temu NIK biadała nad edukacją matematyczną w polskich szkołach. NIK zwróciła uwagę, że z edukacją matematyczną dzieje się coś złego na etapie wczesnoszkolnym:

Więcej niż połowa dzieci polskich – przed rozpoczęciem szkolnej edukacji – wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem zadatków takich uzdolnień. Po kilku miesiącach nauki w szkole większość tych dzieci przestaje manifestować swoje znakomite możliwości umysłowe. Powodem jest spychanie tych dzieci do poziomu przeciętnych uczniów. W następnych latach szkolnej edukacji tendencja ta nasila się do tego stopnia, że tylko dwoje, troje starszych uczniów w klasie wykazuje się uzdolnieniami matematycznymi.

Z pewnością jest prawdą, że pierwsze miesiące, lata szkoły zniechęcają dzieci do nauki matematyki. Nie sądzę jednak, żeby powodem było spychanie do poziomu słabszych uczniów, tym bardziej, że w innym miejscu NIK pisze, że młodzież jako jedną z przyczyn trudności w opanowaniu matematyki podaje, że materiał jest podawany zbyt szybko.

Ktoś związany z Instytutem Badań Edukacyjnych podał inne wytłumaczenie, ale nie mogę teraz odnaleźć źródła cytatu: Olbrzymia większość czynnych nauczycieli nauczania początkowego – a właściwie nauczycielek, bo jest to segment całkowicie sfeminizowany – jest z roczników, które nie zdawały matematyki na maturze. Nie musiały się jej uczyć, no to się nie uczyły, poszły na kierunek, gdzie matematyka nie jest wymagana, a teraz muszą uczyć dzieci matematyki, choć same jej nie umieją i zapewne nie lubią. Dopust Boży! Pani ucząca o bocianie naprawdę uważa, że rozróżnianie średnicy i obwodu nie jest do niczego potrzebne, mimo iż uczeń starszej klasy, który popełniłby taki błąd, dostałby jedynkę. Panie od liczb parzystych nie kojarzą podzielności przez dwa i nie przychodzi im do głowy, że grupkę dziesięciu piłeczek da się podzielić na dwie równe części, a grupki dziewięciu samochodzików nie. Takie osoby nie dość, że nikogo matematyki nie nauczą, to zniechęcą te dzieci, które mają naturalną skłonność do liczenia, rysowania figur i wykonywania prostych działań arytmetycznych.

Inaczej jest z panią, która uczy potęgowania. To nie jest nauczycielka nauczania początkowego, tylko nauczycielka matematyki. Wbrew temu, co ludzie piszą, pani nie myli się w potęgowaniu, tylko znaki jej się mieszają. I akurat to, że (-) razy (+) daje jej (+), gotów jestem uznać za pomyłkę wynikającą ze stresu spowodowanego obecnością kamery. Dość wstydliwą pomyłkę, ale tylko pomyłkę. Bardziej przeszkadza mi to, że pani mnoży liczbę ujemnom przez dodatniom. Tak, jak od pani uczącej o bocianie oczekujemy, żeby nie myliła obwodu ze średnicą, bo jest nauczycielką i odpowiada za to, co mówi dzieciom na lekcji, od pani uczącej o potęgowaniu oczekujemy, że będzie mówiła poprawną polszczyzną, bo jest nauczycielką i odpowiada za to, jak mówi dzieciom na lekcji.

Pani pomyliła się w znakach dwa razy. Drugi raz to był ten (-) razy (+), ale wcześniej po prostu zgubiła minus. A ja się, głupi, dziwuję, czemu studenci pierwszego roku nie dbają o znaki i nawiasy! Nie dbają, bo skoro nie jest to ważne dla nauczycieli, czemu miałoby być ważne dla nich? Skądinąd logika tej lekcji wskazuje, że pani miała obliczać nie -35, ale (-3)5, gdyż następne polecenie brzmi „nie wykonując działań sprawdź, czy wynik jest liczbą dodatnią, czy ujemną”. Pani zabiera się za ustalanie znaku potęg liczb ujemnych, co byłoby logicznym następstwem obliczenia (-3)5, ale pani tego toku myślowego nie dostrzega.

A zupełnie osobną, skandaliczną sprawą jest postawa TVP. Wzięli jakieś nauczycielki – jak sądzę, losowe, przeciętne, a nie specjalnie źle dobrane, żeby skompromitować nauczycieli, jak twierdzą niektórzy – kazali im nagrać lekcje, a potem puścili to na żywca. Już pomijam „paździerzową” scenografię, ale nie postarali się o jakiegoś redaktora, konsultanta merytorycznego, który by to przed emisją obejrzał i wyłapał ewidentne błędy?! Nie do pomyślenia. Mieli co najmniej dwa tygodnie, żeby się do tego przygotować! Nie mogą twierdzić, że ich nie stać, przecież właśnie dostali 2 miliardy. Po prostu w dupie mają merytoryczny poziom tych programów edukacyjnych. No przecież to nie są propagandowe filmiki z Kaczyńskim, Morawieckim czy Dudą. Anything goes.

Kulminacja

Przeżywamy wizualną kulminację katastrofalnej anty-reformy („deformy”) oświaty dokonanej przez PiS: Wiele dzieci z „podwójnego rocznika” nie dostało się do szkół ponadpodstawowych. Nie tylko do wybranych, wymarzonych szkół ponadpodstawowych, ale do żadnej szkoły. Na prowincji nie jest źle, w mniejszych i średnich miastach jako-tako, ale w dużych miastach jest tragedia: w Warszawie i Poznaniu do żadnej szkoły nie dostało się ponad trzy tysiące uczniów, w Krakowie dwa i pół tysiąca, we Wrocławiu półtora tysiąca, w Gdańsku i w Rzeszowie ponad tysiąc.

Dla zdecydowanej większości z tych uczniów jakieś miejsca w końcu się znajdą: Dyrektorzy liceów i techników, na polecenie władz swoich miast, kreują nowe klasy i powiększają, niechby o dosłownie kilka osób, te zaplanowane. Są też wolne miejsca w mniej popularnych technikach i w szkołach zawodowych, zwanych obecnie branżowymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro od lat narzekam, że w Polsce zbyt dużo młodych ludzi idzie na studia, zwłaszcza na masowe kierunki społeczno-humanistyczne w bardzo słabych uczelniach, powinienem się cieszyć, że w tym roku dużo młodzieży pójdzie do szkół zawodowych. Nic podobnego. Owszem, byłoby dobrze, gdyby dużo uczniów chciało – podkreślam: chciało – iść do szkół zawodowych. Gdy taki wybór zostaje im narzucony lub gdy jest wynikiem splotu przypadkowych okoliczności, raczej nic dobrego z tego nie wyniknie. Spowoduje to głównie frustrację, jeśli nie życiowe dramaty u setek młodych ludzi.

Dla pomysłodawców i wykonawców deformy, a więc przede wszystkim dla Jarosława Kaczyńskiego (przypominam, że to jest zły człowiek, któremu sprawia radość wyrządzanie krzywdy innym), dla arcygłupiej byłej minister Anny Zalewskiej, dla obecnego ministra Dariusza Piontkowskiego, dla wszystkich przygłupów i karierowiczów w kuratoriach, dla premierów Szydło i Morawieckiego i dla dr. Dudy, którzy swoim urzędowym autorytetem te zmiany firmowali, mam wyłącznie słowa oburzenia i pogardy [—]. Apologetom PiSowskiej reformy, którzy popierali ją bezrozumnie, tylko dlatego, że wprowadza ją dobra zmiana, mówię: Opamiętajcie się!

Niesłychanie obłudne są zabiegi PiSu, aby odpowiedzialność za katastrofę podwójnego rocznika przerzucić na samorządy. Tak, to samorządy organizują system szkolny, ale państwo powinno dawać na to środki. Tymczasem sama Warszawa twierdzi, że na przystosowanie sieci szkół do deformy wydała 80 milionów złotych, z czego państwo dało 3,5 miliona. Podobnie jest w innych miejscowościach.

Przy czym to, co właśnie widzimy, jest tylko wizualną kulminacją skutków deformy. Szkoły będą przepełnione przez trzy lata, gdy współistnieć będą w nich skumulowane roczniki. Samo to przyniesie duże utrudnienia i przyczyni się do obniżenia poziomu nauczania. Spodziewam się, że w przyszłym roku licea przygotują mniej miejsc, niż w latach ubiegłych, żeby nieco rozładować ciasnotę w szkołach. W ten sposób skutki podwójnego rocznika odbiją się także na roczniku kolejnym. A może i na jeszcze następnym. Poza tym będzie brakować nauczycieli, a młodzież będzie się uczyć wedle anachronicznych, niespójnych, przeładowanych, napisanych przez nie wiedzieć kogo programów. W dodatku skutki deformy – nie brak miejsc w szkołach, ale długofalowe, strukturalne skutki deformy – w największym stopniu dotkną wieś i środowiska o mniejszym kapitale materialnym i kulturowym. W ten sposób PiS faktycznie działa wbrew interesowi środowisk, na których opiera swoją władzę, pogłębiając różnice miasto-wieś i nierówności społeczne.

Absurdalność całej sytuacji ktoś bystry wskazał już jakiś czas temu: Oto zamiast zastanawiać się jak, czego i w jaki sposób uczyć naszą młodzież w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku, dyskutujemy głównie o tym, jak kolanem, na siłę upchnąć jak najwięcej dzieci w przepełnionych szkołach.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się wspomina: Co czują same dzieci z podwójnego rocznika? Ci, którzy nie dostali się do żadnej szkoły lub którzy dostali się do szkoły siódmego, dziesiątego, dwudziestego wyboru, czują się zdradzeni, oszukani przez państwo i dorosłych. Dla niezrozumiałego, szaleńczego, na wskroś zideologizowanego kaprysu rządzących, zostali sponiewierani, pokazano im, jak mało są warci i jak mało znaczą, a ich nadzieje i plany zostały zaprzepaszczone. Ale nawet ci uczniowie, którzy na rekrutacji wyszli całkiem nieźle, będą się uczyć w znacznie gorszych warunkach, niż ich o rok, dwa lata starsi koledzy. To wszystko zrodzi frustrację, wściekłość, brak zaufania do państwa i jego instytucji. Podłożyliśmy pod elementarną spójność społeczną bombę, której rozmiarów i destrukcyjnych skutków chyba nawet nie ogarniamy.

Wybór kierunku studiów

Ktoś mógłby uznać, że ten wpis jest spóźniony o dobrych kilka tygodni, bo zasadnicza tura rekrutacji na studia wyższe już się skończyła. Mam wszakże nadzieję, że skorzystają z niego kandydaci na studia w kolejnych latach, tym bardziej, że decyzja o wyborze kierunku studiów jest bardzo ważna i nie powinno się jej podejmować w ostatniej chwili.

Bezpośrednim impulsem do powstania tego wpisu było dramatyczne pytanie, zadane przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej*:

dlaczego sloganem reklamowym polskich wydziałów humanistycznych jest raczej: „znajdź doskonałą pracę po skończeniu kierunku x” a nie: „po skończeniu studiów x włącz się w rozwiązywanie podstawowych problemów nowoczesnego i przyszłego świata”?

Rozwiązywanie podstawowych problemów świata, czy nam się to podoba, czy nie, było, jest i będzie udziałem nielicznych. Udawanie, że każdy, kto się odpowiednio zaweźmie, a już w szczególności ukończy Nasz Wspaniały Wydział, będzie mógł w tym twórczo uczestniczyć, jest oszukiwaniem naiwnych. Z drugiej strony faktycznie warto zachęcać tych, którzy potencjalnie mogliby to robić, ale z jakichś powodów zrezygnowali na starcie. Zrezygnowali z samego spróbowania. Tylko gdzie ich szukać?

Populację (potencjalnych) studentów w pierwszym przybliżeniu można podzielić na cztery kategorie, przy czym, co oczywiste, granice pomiędzy nimi są nieostre. Kategorię pierwszą stanowią zdeterminowani pasjonaci. Ktoś wie, w sposób niezachwiany wie, że interesuje go fizyka teoretyczna. Albo poszukiwanie nowych źródeł energii. Albo lekarstwa na raka. Albo filozofia. Albo śledzenie przemian obyczajowych w XIX-wiecznej Persji. Albo coś jeszcze innego. On czy ona to wiedzą i są gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby to robić, a jeśli im się nie uda, cierpią. Bo nie wszystkim się udaje, ale to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie tych ludzi nie trzeba namawiać do włączenia się w rozwiązywanie podstawowych problemów świata. Oni co najwyżej zastanawiają się, czy studiować swój wymarzony kierunek w Białymstoku, czy w Warszawie, czy w Zurychu, a kryteria wyboru są wielorakie, bo na przykład życie w Zurychu jest cholernie drogie i nie każdego na to stać.

Na przeciwnym krańcu spektrum mamy rzeszę osób, które chcą skończyć studia, co należy rozumieć jako zdobyć dyplom. Nie zależy im na wiedzy, ale na dyplomie, mającym być przepustką do lepszego życia. Jest to, przynajmniej po części, umysłowy spadek po latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, gdy rzeczywiście jakikolwiek dyplom ukończenia studiów wyższych plus zestaw obowiązkowy „prawo jazdy kat. B, angielski, komputer” bez mała gwarantowały zdobycie niezłej pracy. To się skończyło, ale świadomość społeczna zmienia się powoli i pcha kolejne pokolenia maturzystów do dziadowskich, bardzo słabych „uczelni wyższych”, które za całkiem realne pieniądze oferują studentom pozór wykształcenia i coraz mniej znaczący dyplom. Absolwenci tych „fabryk bezrobotnych” dobrej pracy nie znajdują, awansu społecznego nie dostępują, wielu z nich zasila szeregi nisko kwalifikowanej siły roboczej w UK, Niemczech czy Holandii i czują się oszukani przez Polskę, która do takiego szwindlu dopuściła. Dlatego niezmiennie czuję wielki żal do polityków, którzy przez lata nic z tym nie zrobili, jeszcze większy zaś do tych, którzy sami w tym cynicznie uczestniczyli – w szczególności mam na myśli pana dr. Andrzeja Dudę.

Co najmniej równie liczna jest grupa, która co prawda nie ma już złudzeń, że dyplom zapewni im dobry start w życiu, ale idzie na studia, bo nie ma żadnego lepszego pomysłu, bo tym bardziej nie widzi szans na znalezienie pracy z samą maturą, wreszcie dlatego, że – jak argumentowałem – samo bycie studentem jest ekonomicznie opłacalne. Otóż członkowie tych dwóch grup wybierają przede wszystkim studia łatwe, które bez większego wysiłku można skończyć, tym bardziej, że na ogół w czasie studiów pracują – najczęściej na śmieciówkach, które traktują jako sytuację tymczasową, albo na szaro. To oni zasilają te wszystkie bieda-szkoły de nomine wyższe, które im szybciej upadną, tym lepiej, ale stanowią także sporą część studentów masowych kierunków społecznych i humanistycznych na szacownych skądinąd uczelniach. Namawianie tych ludzi do rozwiązywania podstawowych problemów świata budzi śmiech pusty, a potem litość i trwogę.

Jest wreszcie grupa, mam nadzieję, najliczniejsza, która nadal wierzy, że dobre (z naciskiem na dobre) wykształcenie zapewni im lepszą pracę i lepsze życie. Oni traktują studia jak inwestycję. Są wśród nich tacy, którzy może by i wybrali jakieś kierunki „teoretyczne”, bo się nimi interesują, ale nie aż do tego stopnia, żeby zrezygnować na ich rzecz z perspektyw dobrej, a przynajmniej przyzwoitej pracy. Może i interesuję się filozofią, ale primum edere, więc zamiast na filozofię, pójdę na polonistykę, przynajmniej będę miał szanse zostać nauczycielem lub „załapać się w jakiejś redakcji” (oj, naiwny). Może ta matematyka jest fajna, ale co taki matematyk może po studiach robić, lepiej pójdę na budownictwo lądowe, tam przecież matematyka też jest potrzebna, a praca dla inżyniera zawsze się znajdzie (no, tak, ale nie od razu z Bóg wie jak wysoką pensją i „ciekawymi projektami”). I tu pojawiają się przedstawiciele odpowiednich wydziałów i wołają: Hej, młody człowieku, czy wiesz, że dobrze wykształconych filozofów chętnie zatrudniają firmy wymagające kreatywnego, nieszablonowego myślenia? A czy wiesz, że wśród absolwentów matematyki po dobrych uniwersytetach nie ma bezrobotnych? (Jedno i drugie, zwłaszcza to drugie, jest prawdą.) Otóż to do takich osób kierowane jest przesłanie

znajdź dobrą pracę po wydziale humanistycznym lub ścisłym-teoretycznym

Komitet Kryzysowy Humanistyki całkiem niesłusznie się na to zżyma. W ten bowiem sposób od czasu do czasu udaje się ułowić kogoś, kto faktycznie ma potencjał, by zając się podstawowymi problemami świata, ale bał się zderzenia z Realnym.

*Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej to grupa poczciwych, przyzwoitych i niegłupich, choć dosyć naiwnych ludzi, która tak znienawidziła „neoliberalne” reformy wprowadzane w szkolnictwie wyższym przez Platformę – przy czym już bez wdawania się w dystynkcje, czy któreś z nich mają jakiś sens – że efektywnie poparła PiS w ostatniej kampanii wyborczej. Och, oni się od tego teraz odżegnują i mówią, że są a-po-li-tycz-ni, ale w trakcie kampanii okazali się pożytecznymi PiSowskimi – no, wiadomo, kim. Nie oni jedni.

Logika

Pan Zbyszek nadal utrzymuje, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego obalający PiSowską „ustawę naprawczą” nie obowiązuje, a to dlatego, że Trybunał obalając ustawę, nie oparł się na przepisach obalanej ustawy. Niedorzeczność takiego stanowiska wykazało już wiele osób, ale ponieważ pan Zbyszek idzie w zaparte, a dziś nawet uciekł się do prób zastraszania sędziów TK, zrobię to raz jeszcze.

Zakładamy, że zdanie a jest prawdziwe. Wówczas

  1. Implikacja a → ~a jest niepoprawna (przy prawdziwym poprzedniku i fałszywym następniku, implikacja jest fałszywa).
  2. Przy tym samym założeniu, implikacje ~a → ~a oraz ~a → a są poprawne. Pierwsza jest tautologią, druga zastosowaniem zasady ex falso quodlibet. Przy fałszywym poprzedniku, każda implikacja jest prawdziwa.

Przenieśmy to na grunt obecnego sporu o Trybunał Konstytucyjny.

Niech a oznacza „Trybunał Konstytucyjny uznaje, że ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją”. Wówczas, na mocy 1., TK nie mógłby poprawnie orzec jej niekonstytucyjności. Linia rozumowania jest taka: Wyrok TK powstałby w oparciu o ustawę, której konstytucyjność tenże wyrok zakwestionował, a zatem sam wyrok byłby nieważny. Wnioskowanie „ustawa naprawcza jest zgodna z konstytucją” „ustawa naprawcza jest niezgodna z konstytucją” jest niepoprawne. Domniemując konstytucyjność badanej ustawy, Trybunał poprawnie mógłby orzec jedynie jej zgodność z konstytucją.

Na odwrót, jeśli Trybunał wstępnie nie uznał konstytucyjności badanej ustawy, mógłby poprawnie uznać jej niekonstytucyjność (co zrobił) lub konstytucyjność (czego nie zrobił, choć formalnie mógł).

PiS, uchwalając swoją ustawę naprawczą z zerowym vacatio legis, spodziewał się, że TK, związany domniemaniem konstytucyjności przyjmowanych ustaw, nie będzie mógł orzec jej niekonstytucyjności. Jednak w rzeczywistości domniemanie konstytucyjności uchwalanych ustaw obowiązuje obywateli, administrację i inne organa państwa, a także inne sądy i trybunały, ale nie Trybunał Konstytucyjny. Gdyby domniemanie konstytucyjności rozciągnąć na TK, sprawowana przez niego kontrola konstytucyjności przepisów byłaby iluzoryczna, mógłby on bowiem, bez popadania w sprzeczność, stwierdzać tylko i wyłącznie zgodność z konstytucją każdego przedstawionego mu przepisu. To jednak oznaczałoby, że w Polsce, wbrew konstytucji, nie jest możliwa kontrola konstytucyjności uchwalanego prawa.

Na zarzut, iż zgodnie z Art. 197 konstytucji „tryb postępowania przed Trybunałem określa ustawa”, a wobec tego Trybunał powinien obradować w trybie przewidzianym przez ustawę o TK, odpowiedź brzmi: Ależ tak! Trybunał obradował w trybie przewidzianym przez ustawę o TK w brzmieniu sprzed zmian dokonanych przez ustawę naprawczą, gdyż skoro ustawa naprawcza została zaskarżona, Trybunał nie był związany domniemaniem jej konstytucyjności.

Nie spodziewam się, że pan Zbyszek ogarnie przedstawione wyżej rozumowanie; poza wszystkim innym, pan Zbyszek nie jest osobą szczególnie bystrą. Zdanie prezydenta Dudy i premier Szydło z kolei się nie liczy, bo są to funkcjonariusze całkowicie niesamodzielni i robią tylko to, co im Jarosław Kaczyński każe (ale obietnica amnestii wciąż jest aktualna!). Sam Jarosław Kaczyński za to na pewno to rozumowanie zna, ale je odrzuca z powodów polityczno-ambicjonalnych. Nie próbuję też przekonać osób popierających PiS z powodów ideologicznych: ich nikt nie przekona.

Wpis ten adresuję przede wszystkim do tych Czytelników, którzy mają (lub zdobywają) wykształcenie ścisłe lub którzy przy innych okazjach zapoznali się z podstawowymi zasadami logiki.

Gimnazja?

Prof. Piotr Gliński zapowiada likwidację gimnazjów. Mówi, że ich wygaszanie „jest przesądzone”. Proszę mi przypomnieć, kiedy i który z najważniejszych liderów PiS mówił o tym w kampanii wyborczej? Czy ważna reforma systemu oświaty była tematem kampanijnych dyskusji? Wydaje mi się, że nie. Jest to więc typowe zachowanie PiSu: zwodzą ludzi obietnicami socjalnymi, żeby na nich głosowali, a potem zabierają się za coś, co jest dla nich ideologicznie ważne, a o czym milczeli.

Oczywiście można pomyśleć, że z tego, że coś zapowiada profesor Gliński, niewiele wynika. Gdyby to powiedział pan Kaczyński, szanse na wcielenie tego pomysłu w życie byłyby o wiele większe, z tym, że też nie na pewno. Ten typ tak ma.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do gimnazjów. Może się wydawać, że likwidacja gimnazjów to element „odbudowy Polski od piwnic” po rujnujących rządach Platformy – ale gimnazja nie były pomysłem PO. Wprowadził je AWS z udziałem licznych obecnych polityków PiS, potem sobie trwały za rządów SLD, za rządów PiS w latach 2005-07, wreszcie za rządów Platformy. Nagle okazały się czarnym ludem, którego należy przepędzić w pierwszej kolejności, zanim nawet zrobi się inne rzeczy. Ciekawe.

Nie jestem pewien, czy wprowadzenie gimnazjów było co do zasady dobrym pomysłem. Mówiło się wtedy – pamiętam – że okres 13-16 lat to trudny wiek, tych dzieci nie powinno się mieszać ani z małymi dziećmi z podstawówek, ani z młodzieżą z liceów. Powinno się dla nich stworzyć osobne szkoły, najlepiej wyposażone, z najlepszymi nauczycielami, potrafiącymi przeprowadzić dzieci przez trudny okres dojrzewania. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Nauczyciele są dość przypadkowi, zamiast dzieciom pomagać, walczą z nimi, szkoły są wyposażone jak wszystkie, czyli źle. W dodatku ponieważ gimnazja są oceniane po wynikach, czyli po liczbie laureatów rozmaitych konkursów i, przede wszystkim, po liczbie absolwentów przyjętych do liceów, w dużych miastach tworzone są klasy w zamyśle elitarne, które przynajmniej starają się czegoś uczyć. Jednocześnie gimnazja mają funkcję szkół rejonowych, więc muszą przyjmować wszystkich absolwentów podstawówek ze swojej okolicy. Tych uczniów grupuje się w osobnych klasach, gdzie, zdaje się, dba się tylko o to, aby nie zrobili sobie zbyt dużej krzywdy. Tak się dzieje wszędzie, w „najlepszych” gimnazjach Warszawy, Krakowa, Wrocławia też.

Nie jestem więc pewien, czy idea gimnazjów była jako taka słuszna. Wiem, że pomysł ten zrealizowano źle. Ale jeszcze bardziej wiem, że likwidacja gimnazjów będzie szkodliwa. Systemowi szkolnemu potrzeba jest stabilizacja, nie zaś ciągłe – naprawdę ciągłe! – reformy, zamieszanie polityczno-organizacyjno-ekonomiczne. Proszę przy tym pamiętać, że prawdziwe problemy stwarza nie typ szkoły, ale dzieci, z których jakaś część nadal będzie w trudnym wieku dojrzewania (nie tylko fizycznego, ale także społecznego). Rozparcelowanie ich pomiędzy nową-starą podstawówkę a nowymi-starymi szkołami ponadpodstawowymi co najwyżej rozwodni, zamaskuje problem, ale go nie rozwiąże.

Likwidacja gimnazjów jest dla PiSu przejawem nostalgii za starymi, dobrymi czasy. Ech, dawniej (za komuny, gdy liderzy PiS, z panem Kaczyńskim na czele, mentalnie się ukształtowali i tak już im zostało) była ośmioklasowa podstawówka i czteroklasowe liceum i było tak dobrze! Nikt co prawda nie chce pamiętać, że do tych liceów szło nie więcej, niż 40% każdego rocznika, nie 80%, jak obecnie. Dziś w radio słyszałem, jak jakaś pani z PiSu mówiła, że gimnazja to „pruska szkoła”, anachroniczna, z 45-minutowymi lekcjami i dzwonkami. Zaraz, to w podstawówkach i liceach też zlikwiduje się 45-minutowe lekcje i dzwonki? Polska oświata ma poważne problemy, o czym jeszcze napiszę, ale istnienie gimnazjów nie wydaje się być najważniejszym z nich. Bezrefleksyjne, mechaniczne przywracanie starego systemu istniejących problemów nie rozwiąże. Gdyby w drodze dyskusji okazało się, że jakiś system bezgimnazjalny jest lepszy od obecnego, należałoby go wprowadzić. No, ale taka dyskusja się nie odbyła, a PiS najwyraźniej jej nie planuje. Oni po prostu wiedzą lepiej.

Opłaty za drugi kierunek

5 czerwca Trybunał Konstytucyjny, na wniosek PiSu, zniósł jeden z elementów „reformy Kudryckiej”: opłaty za drugi kierunek studiów stacjonarnych i za nadliczbowe ECTSy. Wyrok Trybunału będzie co prawda obowiązywać dopiero od roku akademickiego 2015/16, ale kolejne uczelnie znoszą opłaty ze skutkiem natychmiastowym. W tym tygodniu zrobił to Senat UJ (§ 6. cytowanej uchwały). 

Muszę powiedzieć, że witam to rozwiązanie z mieszanymi uczuciami.

Po pierwsze, między bajki wkładam argument, że młodzież jest tak żądna wiedzy, że chce studiować drugi, a nawet trzeci kierunek, żeby poszerzyć swoje horyzonty. Owszem, są tacy ludzie, sam takich znam, ale to są jednostki, na ogół bardzo utalentowane, które z łatwością zmieściłyby się w limicie 10% najlepszych, jaki wprowadziła nowelizacja autorstwa minister Barbary Kudryckiej. Najczęściej motywacja do studiowania drugiego kierunku jest inna: niepewność losu połączona z ucieczką przed koniecznością wejścia w dorosłość, coś w rodzaju syndromu Piotrusia Pana, często podbudowywana fałszywym przekonaniem, że mnogość dyplomów zwiększa szanse na rynku pracy, gdy w końcu kiedyś, po wielu latach, osoba zdecyduje się na ten rynek pracy wejść. Drugą grupą są ci, którzy studiowali jedno, bo w wieku 19 lat dokonali niewłaściwego wyboru (z nieświadomości, pod presją rodziców itd), męczyli się okropnie, ale uzyskali dyplom, aby w końcu przyznać, że popełnili błąd, a ich powołaniem jest coś innego, więc zaczynają studiować drugie. Takich ludzi po części podziwiam za odwagę, po części jest mi ich żal. Trzecią – i, jestem przekonany, najliczniejszą – grupę drugokierunkowców stanowią ci, którzy jak najdłużej chcą zachować status studenta w związku z licznymi przywilejami socjalnymi, jaki w Polsce ten status niesie.

Z drugiej strony, za całkowicie chybione uważam porównywanie sytuacji studentów polskich i amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych studiowanie drugiego kierunku jest zjawiskiem niesłychanie rzadkim, o marginalnym znaczeniu. Bierze się to stąd, że w Stanach studia są płatne. Niektóre ceny, zwłaszcza na kierunkach prowadzących do professional degrees, są kolosalne. W dodatku koszt studiowania rośnie wyraźnie szybciej, niż inflacja. Choć jest tam cała masa programów stypendialnych – ten system jest znacznie bardziej rozbudowany, niż w Polsce – większość studentów za studia płaci. Znaczna część zaciąga na to specjalne pożyczki, które bywają koszmarnym obciążeniem finansowym. Nie można ich zlikwidować nawet ogłaszając personal bankruptcy. W tej sytuacji branie na siebie dodatkowych obciążeń finansowych jest wielce nieroztropne i niewiele osób się na to decyduje/może sobie na studiowanie drugiego kierunku pozwolić. W Polsce natomiast studia stacjonarne na uczelniach państwowych są „bezpłatne” – to znaczy, finansuje je budżet państwa – a nawet, jak pisałem, pociągają cały szereg przywilejów, także finansowanych z budżetu. Skoro państwo finansuje edukację, może, co do zasady – której Trybunał nie zakwestionował – wprowadzać jakieś ograniczenia. 

Po trzecie jednak, jeden z elementów rozwiązania wprowadzonego przez Barbarę Kudrycką, był piramidalnie głupi i szkodliwy. Chodzi mi mianowicie o opłatę za nadliczbowe ECTSy. Powiedzmy, że ktoś studiuje na kierunku licencjackim. Ustawa wymaga, aby w ciągu trzech lat uzyskał co najmniej 180 ECTS za zaliczone przedmioty. Wolno zaliczyć jeszcze dodatkowe 30 ECTS. Za wszystko ponad to trzeba było płacić, a zatem osoba zainteresowana większą liczbą kursów do wyboru – co jest klasyczną sytuacją chęci poszerzania wiedzy! – nie mogła ich robić. Ba, zgodnie z doktryną trzeba było płacić za wszystko, co nie należało do oficjalnego planu studiów, nawet jeśli limit 30 dodatkowych ECTS nie zostałby przekroczony! Gdyby więc student fizyki chciał zaliczyć dodatkowy przedmiot na matematyce, informatyce czy chemii, a wszystko to się od czasu do czasu zdarzało, musiałby za to płacić. Podobnie musiałby płacić ktoś, komu powinęła się noga na trzecim roku studiów licencjackich i chciałby „awansem” robić przedmioty z pierwszego roku studiów II stopnia (dawny czwarty rok), a coś takiego zdarza się naprawdę często.

Opłata za nadliczbowe ECTSy karze także tych, którzy bona fide zrezygnowali z pierwotnie wybranego kierunku: okazało się, że nie dla nich, za trudny, nieciekawy. Rezygnują bez uzyskania dyplomu, podejmują inne studia, ale coś na tym pierwszym zaliczyli, więc być może musieliby płacić za możliwość ukończenia studiów na tym kierunku, który ostatecznie wybrali. Nonsens.

Trybunał Konstytucyjny zgodził się, że wielokierunkowość może rodzić pewne patologie, ale zarazem przyjęte przez ustawodawcę rozwiązanie – opłaty za drugi i dalsze kierunki studiów – uznał za niekonstytucyjne. Ustawodawca będzie musiał przepisy zmienić. Napiszę, co ja na ten temat sądzę, aczkolwiek w świetle orzeczenia Trybunału rozwiązanie pewnie będzie musiało być inne. 

Przede wszystkim trzeba rozróżnić pomiędzy wiedzą zdobywaną w czasie kolejnych kursów, a uprawnieniami zawodowymi, które uzyskuje się w wyniku zdobycia dyplomu. To pierwsze jest godne pochwały, a przy okazji eliminuje absurdy „nadliczbowych ECTSów”. To drugie jest pewnym ekscesem, fanaberią. Państwo gwarantuje możliwość zdobycia bezpłatnego wykształcenia i uprawnień zawodowych potwierdzonych dyplomem, ale gdy ktoś raz z tej możliwości skorzystał i dyplom (na danym poziomie studiów) uzyskał, nie ma powodu, aby możliwość tę zwielokrotniać.

Zatem:

  • nie powinno być opłat za nadmiarowe ECTSy; branie dodatkowych kursów – czy to na swoim kierunku, czy na jakimś innym – w zasadzie nie przedłuża studiów
  • powinno się płacić za możliwość uzyskania drugiego dyplomu na tym samym poziomie studiów
  • osoby studiujące na drugim kierunku, a także równolegle na kilku kierunkach, mogą korzystać z pomocy materialnej tylko na jednym z nich/tylko do uzyskania pierwszego dyplomu.

Tak uważam. Spodziewam się przy tym, że ustawodawca nie zrobi nic, to znaczy przepisy w tym zakresie pozostaną takie same, jakie były przed 2011.

Chlew umysłowy

W niedawnym Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej Robert Siewiorek ostrzegał, że my, ludzkość, możemy trafić do umysłowego chlewa (odnoszę się tu do wersji z wydania papierowego artykułu, którą przeczytałem dopiero dziś rano i stąd moje wzburzenie). Autor, cytując licznych wcześniejszych badaczy, wzywa do odbudowania statusu humanistyki, gdyż jeśli nie, grozi nam, że

przetrwają nauki stosowane (technologia i medycyna). Nauka czysta jest […] skazana na unicestwienie, bo coraz bardziej zagrażają jej wszelkiej maści fundamentaliści religijni, kreacjoniści, technofoby i skąpi, ograniczeni politycy […] jakby znaczenie miała dla nas tylko taka wiedza, która pozwala skonstruować kolejny gadżet […], obiecująca konsumenckie zadowolenia, zaspokojenie pragnień, lepszą zabawę i więcej wszystkiego

albowiem

mamy drugą dyktaturę ciemniaków – zwulgaryzowaną technopopkulturę z jednej strony i agresywny pseudohumanistyczny zabobon z drugiej.

Wszystko byłoby pięknie, wypadałoby tylko przyklasnąć i rozpowszechniać te trafne ostrzeżenia, gdyby nie jeden drobiazg. Pisze Siewiorek:

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, łysi nie wyliby na wykładach prof. Baumana. Natomiast poznański Uniwersytet Ekonomiczny nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny ks. prof. Bortkiewiczowi, wrogowi gender, żłobków i zatrudniania kobiet. Wykładu, dodajmy, w którym moderatorem światopoglądowego sporu stały się pałki i paralizatory.

Szlag mnie trafił. Jakiś inny redaktor równie dobrze mógłby napisać

Gdyby nietykalność uczelni była u nas respektowana, faceci w sukienkach nie zrywaliby wykładu ks. prof. Bortkiewicza. Natomiast Uniwersytet Wrocławski nie narażałby swej naukowej powagi udzielając gościny prof. Baumanowi, stalinowskiemu zbrodniarzowi.

Prawda, że to ta sama poetyka? Niestety, „kulturowa lewica” – do której mimo wszystko mi bliżej, niż do katolickich integrystów, ale tylko odrobinę – najwyraźniej uważa, że gdy „łysi” zrywają wykład autorytetu lewicowego, jest to hańba i zagrożenie swobodnej wymiany myśli, natomiast jeśli „aktywistki i aktywiści feministyczni” zrywają wykład autorytetu kościelnego, są to uprawnione działania w ramach „sporu światopoglądowego”. I owszem, panie redaktorze Siewiorek, argument z autorytetu dr hab. filozofii Magdaleny Środy, iż Bortkiewicz

kwestionuje naukowość pewnej gałęzi humanistyki i nauk społecznych

ma dokładnie taką samą wartość, jak argument z autorytetu ks. dr. hab. filozofii Dariusza Oko, iż 

ideologia gender niszczy małżeństwo i rodzinę oraz przyczynia się do rozwiązłości seksualnej.

Są to stanowiska autorytarne, oparte wyłącznie o przekonania wygłaszających je osób, z założenia negujące prawomocność argumentów strony przeciwnej. Chodzi mi więc o to, że w Polsce zupełnie brak jest dialogu. Ideolodzy jednej i drugiej strony toczą swoje monologi, wygłaszają kazania do wierzących i uważają, że ideologów przeciwnych lepiej jest zakrzyczeć, niż wysłuchać. Kryje się za tym, w istocie, niepewność własnych racji: Jeśli bowiem owi przeciwni ideolodzy plotą bzdury, przecież nie mogą nikogo przekonać – bo głoszą bzdury – więc niechby sobie mówili. Ale jeśli trzeba ich zakrzyczeć, uniemożliwić im swobodną wypowiedź, to chyba tylko dlatego, że mogliby kogoś przekonać, przekabacić na swoją modłę. Jednak skoro tak, to być może ich tezy nie są całkowicie bzdurne.

Tymczasem ideologicznych przeciwników – dopóki mówią, a nie walą w mordę – trzeba wysłuchać. Po pierwsze dlatego, że każdej koncepcji dobrze robi konieczność odpowiedzi na krytykę, nawet niesprawiedliwą. Po drugie, choć ideologicznych przeciwników zapewne nie uda się przekonać, pozostaje jeszcze „milcząca większość”, środek, który przekonywać zawsze warto. Tym bardziej, jeżeli debata nominalnie dotyczy dobra i praw owej milczącej większości.

Tolerancja oznacza przyzwolenie na głoszenie poglądów, z którymi się żywiołowo nie zgadzamy. Nie oznacza to adherencji do owych poglądów, a jedynie ich prawo do istnienia w przestrzeni publicznej. Tę prawdę pojmował Voltaire. Tej prawdy nigdy nie pojął Kościół (ktoś mógłby skomentować, że Kościół jak najbardziej ją pojął i dlatego jest przeciwnikiem tolerancji). Jest niezwykle smutne, że prawdy tej nie pojmuje współczesna lewica. W ten sposób lewicowi ideolodzy sami włączają się do obozu agresywnego pseudohumanistycznego zabobonu.