Będąc na Zjeździe Fizyków Polskich, przysłuchiwałem się dzisiaj dyskusji na temat nauczania fizyki w szkołach. Powiedziano tam wiele ważnych rzeczy, z których nic nie wyniknie. Niestety, nasi współobywatele nie są zainteresowani poziomem edukacji. Większości szkoła nic nie obchodzi, a ci, którzy mają dzieci w szkołach, chcą, żeby dzieci były „zaopiekowane”, jeśli są małe i żeby dostały odpowiednio dobre świadectwo, jeśli są starsze. To, czego dzieci się nauczą, jest niemalże bez znaczenia. I nie dotyczy to tylko fizyki, ale nauczania szkolnego jako takiego. Interesuje się tym tylko grupka zapaleńców. Tymczasem świadectwo może wypisać woźny, sekretarka przystawi pieczątkę, dyrektor podpisze i voilà! To, że ze szkoły będą wychodzić funkcjonalni analfabeci, prawie nikogo nie martwi.
Jeśli ludzie nie są zainteresowani poziomem nauczania, nie zainteresują się też władze, bo i po co, skoro nie o to chodzi wyborcom? A już fizyką, mającą opinię najtrudniejszego i najgorzej nauczanego przedmiotu szkolnego, nie zainteresują się na pewno.
Wyobraźmy sobie jednak, że żyjemy w świecie no, może nie idealnym, ale trochę lepszym od naszego. Takim, w którym to, czego dzieci się nauczą, ma znaczenie. Otóż patrząc z tej perspektywy, byłem nieco zasmucony podejściem dzisiejszych dyskutantów. Choć jednym z proponowanych haseł dyskusji było fizyka jako część wykształcenia ogólnego, oni się martwili, że tak mało uczniów wybiera fizykę jako przedmiot maturalny. Co zrobić, żeby uczniów do wyboru fizyki zachęcić. I żeby ta matura była ciekawsza, bardziej miarodajna.
Tymczasem nawet w najlepszym z możliwych światów fizykę jako przedmiot maturalny będzie wybierać mniejszość. Natomiast dobrze by było, żeby wszyscy absolwenci wiedzieli, że rozliczne zjawiska przyrodnicze daje się zbadać i opisać, że są prawa, które nimi rządzą i że zjawiska można i powinno się mierzyć ilościowo, zgodnie z pewnymi zasadami, a nie tylko widzimisię eksperymentatora, a mimo to błędy pomiarowe są nieuniknione. Że samochód nie może zatrzymać się w miejscu. Że nie potrzeba aniołów, żeby planety poruszały się po swoich orbitach, nie zatrzymały się i nie pospadały na Słońce. Że w ruchu wirowym nie ma nic magicznego (już dawno proponowałem, żeby jako materiał dydaktyczny wykorzystywać filmy z występów Anity Włodarczyk: gdy puszcza młot, ten nie leci po spirali). Że mikroskop, lornetka, teleskop, radio i GPS to nie są diabelskie sztuczki, tylko wynalazki, które powstały w oparciu o prawa natury, które każdy, kto chce i kto się odpowiednio przyłoży, może poznać, ale też że urządzenia te nie mogą działać lepiej, niż prawa przyrody pozwalają. Że burza, gradobicie, powódź i trzęsienie ziemi nie są oznaką gniewu Istoty Nadprzyrodzonej, tylko że są zjawiskami naturalnymi, które można zrozumieć i opisać, nawet jeśli (jeszcze?) nie potrafimy nad nimi zapanować. Że nie ma nic za darmo, bo obowiązują zasady zachowania i inne prawa ograniczające, jak Druga Zasada Termodynamiki (choć nie upieram się, że ta nazwa koniecznie musi padać). Że wszystkie znane nam silniki pracują na przepływach energii, z której my możemy wykorzystać tylko jakiś ułamek (znowu ta Druga Zasada, bo mnie wydaje się ona niesłychanie ważna). Że – i to chyba jest najbardziej zaawansowany i najtrudniejszy koncept, który jak najwięcej osób powinno, moim zdaniem, zrozumieć – ważna jest skala: coś, co ma charakerystyczny rozmiar rzędu ułamków milimetra, zazwyczaj nie wpływa na rzeczy o rozmiarach kilometra i vice versa; to samo ze skalą czasową (te dwie skale, przestrzenna i czasowa, wystarczą, żeby zrozumieć ogólną zasadę). Czym innym jest fizyka jako część wykształcenia ogólnego, czym innym zaś nauczenie fizyki tych uczniów, którym będzie ona potrzebna w czasie przyszłych studiów. Tej perspektywy mi u dzisiejszych panelistów zabrakło.
Ja nie wiem, jak to zorganizować. Ba, ja nie wiem, jakie treści powinny wejść do kanonu nauczania ogólnego, jakie zaś wystarczy zostawić dla tej grupki, która potem będzie studiować nauki ścisłe, inżynierskie i przyrodnicze. Wiem natomiast dwie rzeczy: Tego wykształcenia ogólnego nie za się zdobyć ucząc się na pamięć regułek i wzorów, tudzież rozwiązując zadania o rybaku-fajtłapie, który ciągle gubi swoje koło ratunkowe i trzeba mu powiedzieć, dokąd ma popłynąć, by je wyłowić. To po pierwsze. Po drugie, konieczne jest robienie jak największej ilości doświadczeń. Nawet bez wzorów (tłumaczenie jakościowe, niekoniecznie ilościowe), bez dobrej statystyki i analizy błędów, ale żeby huczało, świeciło i się ruszało, bo tylko wtedy uczniowie będą mieli szanse uwierzyć, że to, o czym mówi nauczyciel, to nie jest bajka o żelaznym wilku.
A kto wie, może się zdarzyć, że te doświadczenia zachęcą kogoś do uczenia się fizyki aż do matury i dalej.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.