Zabić drozda

Harper Lee, To Kill A Mockingbird

Zabić drozda to klasyka literatury amerykańskiej, ale wydaje mi się, że w Polsce znacznie więcej osób o tej książce słyszało, niż ją przeczytało. Ja do niedawna nie. Dziadersi i miłośnicy kina pamiętają też film Roberta Mulligana z Gregory Peckiem w roli głównej (jak to się często w historii kina zdarzało, Gregory Peck, dla którego była to jedna z najważniejszych ról w karierze, nie był pierwszym wyborem – wcześniejszymi kandydatami do roli byli James Stewart i Rock Hudson).

Jakoś więc mnie naszło, aby to w końcu przeczytać. Fabuła jest mniej więcej znana: w połowie lat ’30 XX wieku, w wymyślonym miasteczku Maycomb w Alabamie, lokalny adwokat, oczywiście biały, Atticus Finch, człowiek nieskazitelnie wręcz prawy i uczciwy, błyskotliwie inteligentny, a przy tym czuły i troskliwy ojciec, zostaje wyznaczony przez sąd jako obrońca z urzędu młodego Czarnego1, Toma Robinsona, niesłusznie oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Toma oskarżają członkowie białej hołoty, white trash, pogardzani przez pozostałych mieszkańców miasteczka, no ale jednak biali. Atticus w sądzie roznosi oskarżenie w pył, udowadnia oskarżycielom, że kłamią, ale Tom zostaje mimo to skazany, bo członkom białej (i składającej się z samych mężczyzn) ławy przysięgłych w głowie się nie mieści, że można by przyznać rację Czarnemu przeciwko białym. Atticus planuje apelację, ale Tom zostaje zastrzelony w więzieniu, rzekomo w czasie próby ucieczki. Jednocześnie toczy się druga historia: dzieci Atticusa, dziewięcioletnia Jean Louise zwana Scout, jej starszy brat Jem i ich kolega Dill, próbują rozwikłać tajemnicę sąsiada, który od wielu lat nie wychodzi z domu.

Powieść jest kapitalnym portretem małomiasteczkowej społeczności Południa w czasach spokoju i prosperity (temat Wielkiego Kryzysu praktycznie się nie pojawia), ale jednocześnie bardzo ważnym głosem w debacie o nadaniu Czarnym pełni praw obywatelskich. Tylko pomyślmy: Nikt nie ma wątpliwości, że Tom Robinson został niesprawiedliwie skazany z powodów rasistowskich, powieść ukazała się w 1960, film w 1962, a Martin Luther King wygłosił przemówienie I Have a Dream w 1963. Przy czym, co ważne, Zabić drozda adresowane było do białych, nie do Czarnych, gdyż to białych trzeba było wówczas przekonywać, aby przyznali prawa Czarnym. Nic dziwnego, że Zabić drozda jest ciągle atakowane przez amerykańską prawicę, domagającą się usunięcia powieści z listy lektur w poszczególnych okręgach szkolnych i z publicznych bibliotek (oficjalnym pretekstem do ataku jest kwestia gwałtu i dwóch morderstw, czyli rzeczy, o których niewinna amerykańska młodzież nie powinna słyszeć). Jest jednak paradoksem, że Drozda równie zaciekle atakuje amerykańska lewica z kultury woke, gdyż tematyka powieści „skupia się na białości”, no a poza tym często pojawia się tam najbardziej obraźliwe słowo na „n” (nigger; neutralnym określenie Czarnych używanym przez autorkę jest Negro).

Ukazały się tysiące analiz tej powieści, także po polsku, więc nie będę o tym pisał dużo. Drozda czyta się bardzo przyjemnie, jest tam sporo humoru, a pomysł, aby narratorką uczynić Scout, jest wprost genialny! Scout widzi świat w sposób nieskażony dorosłą wiedzą, przekonaniami, które zostały wpojone w nas tak głęboko, że stały się wręcz przezroczyste. Scout z równą intensywnością opowiada o tym, jak przez przypadek wpadli do ogrodu tajemniczego sąsiada, jak wyglądał jej pierwszy dzień w szkole, relacjonuje rozmowy z różnymi nobliwymi mieszkankami miasteczka oraz rozprawę przeciwko Tomowi Robinsonowi. Wszystko to jest dla niej równie ważne i równie ciekawe. Kapitalne!

Jako ciekawostkę, coś w rodzaju malutkiego peeve, powiem, że książkę kupiłem w Amazonie, nie bardzo patrząc się na to, jakie to było wydanie. No i trafiłem na wydanie brytyjskie 🙂 Mamy więc napisaną przez Amerykankę amerykańską powieść dotyczącą amerykańskiej prowincji, dzieci mówią językiem niepoprawnym, połykając zgłoski (narracja Scout jest gramatycznie poprawna), Czarni mówią swoim dialektem, ale wszędzie jest colour, neighbour i inne brytyizmy, co niemalże budzi dysonans poznawczy. Czy nieznośnym Brytyjczykom nie przyszło do głowy, że po prostu wypadało zostawić amerykańską wersję języka w tej arcy-amerykańskiej powieści?

Tak naprawdę przeczytałem Zabić drozda, gdyż postanowiłem przeczytać drugą (i jedyną obok Drozda) powieść Harper Lee, Go Set A Watchman. Ale o tym będzie następnym razem.

Okładka pierwszego wydania, autorstwa Shirley Smith
  1. Piszę „Czarni”, bo termin „Afroamerykanie” byłby kompletnie ahistoryczny. ↩︎

Gender i sex w sporcie

W lewicowych mediach, w liberalno-lewicowych środowiskach przyjęło się, że kwestionowanie prawa dwóch złotych medalistek olimpijskich w boksie, jednej z Algierii, drugiej z Tajwanu, do udziału w igrzyskach dowodzi mizoginii, transfobii, jaskiniowego prawactwa, wysługiwania się Putinowi, a już na pewno ogólnego buractwa i braku dobrych manier. No, trudno.

Zamieszczam tu mój komentarz z pewnej internetowej dyskusji. Za sukces poczytuję sobie to, że nie zostałem zań odsądzony od czci i wiary i zwyzywany od najgorszych.

***

Nauczyliśmy się, że gender i sex, płeć kulturowa i płeć biologiczna, to różne pojęcia. U większości ludzi jedno zgadza się z drugim, ale istnieją osoby, u których ta zgodność nie zachodzi. Są kobiety uwięzione w męskich ciałach, są mężczyźni uwięzieni w ciałach kobiecych, są osoby, u których współistnieją cechy kobiece i męskie. Niektóre z tych osób poddają się procesowi tranzycji, niektóre nie, ale wszyscy oni oczekują, żeby traktować ich zgodnie z płcią, którą sami odczuwają. I tak my, ludzie, powinniśmy robić przez szacunek dla ich człowieczeństwa: uznawać odczuwaną przez nich płeć kulturową wszędzie tam, gdzie to kultura decyduje. Takie osoby naprawdę zasługują na wsparcie, bo ich sytuacja społeczna bywa nie do pozazdroszczenia.

Są jednak konteksty, w których decyduje sex, płeć biologiczna – mianowicie wtedy, gdy odwołujemy się do cech biologicznych, nie zaś tych kształtowanych kulturowo. Skoro odróżniamy gender od sex, to powinniśmy przyznać, że w przypadku niezgodności jednego z drugim niekiedy decyduje to, niekiedy tamto. Prawacy traktują gender jako fanaberię i powiadają, że zawsze i wyłącznie decyduje sex. Czyżby lewica jako fanaberię traktowała sex, domagając się pełnego prymatu ducha nad materią? Niestety, taka sytuacja nie zachodzi.

Otóż, moim zdaniem, tak właśnie jest w przypadku sportu wyczynowego, gdzie nie decyduje to, jak ktoś o sobie samym myśli i jak samego siebie odczuwa, ale budowa anatomiczna. Cechy takie, jak budowa kostno-szkieletowa, proporcje ciała, pojemność płuc, zasięg ramion i takie tam, mogą mieć charakter męski, nawet jeśli osoba została (błędnie) uznana po urodzeniu za dziewczynkę i tak wychowana. Sportowe kategorie kobiece utworzono dlatego, że kobiety miałyby nikłe szanse w rywalizacji z mężczyznami (zapewne najsprawniejsze kobiety bez trudu wygrywałyby z męskimi średniakami, nawet ze sporą grupą gości powyżej średniej, ale z najlepszymi nie miałyby szans) i to wcale nie dlatego, że jedni ludzie mają penisy, a inni pochwy, ale dlatego, że jedni ludzie są genetycznie predysponowani do posiadania innej gęstości tkanki mięśniowej i innych proporcji ciała, niż ci o innym genotypie.

Sprawę dodatkowo komplikuje to, że na poziomie genetycznym mogą występować inne układy chromosomów, niż XX/XY – spektrum płci nie jest dychotomiczne – a nawet jeśli występuje XY, to na skutek pewnych mutacji zewnętrzne męskie narządy płciowe mogą nie zostać wykształcone (stąd błędna atrybucja płci przy porodzie i wynikająca stąd genderowa identyfikacja z dziewczynką), ale ten Y i tak wpływa na zmiany w budowie ciała w okresie pokwitania. W interesującej nas sytuacji oznacza to, że biologiczny nie-mężczyzna niekoniecznie jest biologiczną kobietą. Gdy raz zgodziliśmy się, że nie ma dychotomii, zasada wyłączonego środka nie obowiązuje.

I dlatego osoby, które nie są biologicznymi kobietami, nie powinny w wyczynowym sporcie rywalizować w kategoriach kobiecych (trzeba tu przyznać, że stosowane w sporcie metody sprawdzania, kto jest biologiczną kobietą, nie są doskonałe i budzą wiele kontrowersji – patrz Wikipedia). Zaburzenia w rozwoju płciowym w niczym nie umniejszają człowieczeństwa tych osób, więc we wszelkich kategoriach społecznych zależnych od kultury, z całą pewnością powinniśmy traktować ludzi zgodnie z płcią, którą oni sami sobie przypisują – tego wymaga szacunek dla tych osób i zwykła przyzwoitość. Ale w wyczynowym sporcie nie, bo tu nie chodzi o kulturę, ale o biologię.

Czy jest to krzywdzące dla osób, które, całkowicie bez własnej winy, mają męskie ciała (i powtórzę po raz kolejny, nie chodzi mi o penisa!), choć zostały wychowane jak dziewczynki i czują się kobietami? Z pewnością tak. Ale równie krzywdzące dla uprawiających sport kobiet byłoby skazywanie ich z góry na porażkę, gdyby musiały rywalizować z osobami, które swą męską budowę ciała zawdzięczają genetyce. Proszę pomyśleć o zawodniczkach, które zajęły czwarte i dalsze miejsca w biegu na 800 metrów na olimpiadzie w Rio. Od czasów starożytnych, od Ajschylosa i Eurypidesa, wiadomo, że niekiedy coś trzeba wybrać, mimo iż każdy wybór będzie w jakimś sensie zły, gdyż pewnych racji pogodzić się nie da. Z dwóch kiepskich rozwiązań ja wybieram wykluczenie biologicznych nie-kobiet z rywalizacji w sporcie wyczynowym, gdyż potencjalnie skrzywdzonych kobiet-zawodniczek jest o wiele więcej, niż zawodników z zaburzeniami rozwoju płciowego. Jeśli ktoś wybiera inaczej, ich prawo, ale niech przynajmniej przyznają, że dokonali wyboru, nie zaś, że nie ma problemu. Udawanie, że tu nie ma żadnego problemu, dowodzi ideologicznego zaślepienia, a może nawet zakłamania.

Z udziału w igrzyskach wykluczona została amerykańska osoba pływacka, Lia Thomas. World Aquatic dożywotnio wykluczył ją z zawodów kobiecych, gdyż przeszła męskie dojrzewanie, w czym nie ma nic dziwnego: Lia Thomas urodziła się jako chłopiec, była wychowywana jako chłopiec, stała się mężczyzną, regularnie startowała w zawodach pływackich w kategoriach męskich, po czym już jako osoba dorosła postanowiła ujawnić swój żeński gender (lub też dokonać genderowej konwersji – w tym kontekście nie ma to znaczenia). Aby móc dalej startować, farmakologicznie obniżyła sobie poziom androgenów, przede wszystkim testosteronu, w wyniku czego znacznie spadły jej najlepsze osiągnięcia. I bodaj raz wystartowała w zawodach w kategorii kobiecej, wygrywając z wielką przewagą. Wtedy World Aquatic ją zdyskwalifikował stwierdzając, że to nie poziom testosteronu, ale męskie dojrzewanie płciowe decyduje. Lia Thomas odwołała się do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu (CAS), ale ten oddalił jej skargę, a MKOl uszanował stanowisko federacji pływackiej.

Natomiast dwie osoby pięściarskie stojące w centrum obecnej kontrowersji zostały w 2023 wykluczone z udziału w mistrzostwach świata przez International Boxing Association (IBA), gdyż uznano je za biologicznych mężczyzn (nie jest jednak jasne, jakiego rodzaju testy przeprowadzono). MKOl, który z bardzo wielu poważnych powodów (podejrzenia korupcji, zarzuty odnośnie do bezstronności sędziowania, brak transparentności finansowej) przestał współpracować z IBA i nie uznaje jej decyzji, zakwalifikował te osoby do udziału w igrzyskach nie dlatego, że przeprowadzono jakieś inne badania (MKOl, wbrew protestom zawodniczek, zaniechał badań genetycznych), ale dlatego, że płeć żeńską miały wpisaną do paszportów, a poziom testosteronu miały w dopuszczalnych granicach. W Polsce w dyskusji publicznej kwestionuje się decyzję IBA wyłącznie dlatego, że szefostwo tej federacji jest powiązane z Putinem. To rzeczywiście nie przydaje im wiarygodności, ale też nie dowodzi, że wszystko, co oni mówią, jest nieprawdą.