Wszyscy politycy i publicyści piszący o środkach z europejskiego Funduszu Odbudowy jak mantrę powtarzają, że to dobrze, iż Polska te pieniądze otrzyma. Zdaje się, że nikt nawet nie śmie mieć tutaj nawet cienia wątpliwości, w tym politycy Platformy Obywatelskiej, którzy wstrzymali się w głosowaniu nad ratyfikacją FO.
Ja nie jestem politykiem ani znanym publicystą. Jestem polskim wyborcą i polskim podatnikiem i publicznie, choć raczej wobec wąskiego grona, powiem, co myślę: Jeśli pozbawiony jakiejkolwiek realnej kontroli PiS środki z Funduszu Odbudowy zmarnuje, przekształci w swój budżet wyborczy, przeznaczy na chybione inwestycje, a resztę rozkradnie legion jego działaczy i ich niewydarzonych krewnych na państwowych posadach, Polska równie dobrze mogłaby ich nie dostać. I może byłoby lepiej, gdyby nie dostała.
Zwolennicy przyjęcia środków z Funduszu Odbudowy, czyli praktycznie wszyscy, powiadają, że nawet jeśli PiS wyda te pieniądze źle i nieodpowiedzialnie, to jednak zostaną one w Polsce, rozkręcą rynek, stworzą miejsca pracy, zniwelują nierówności, zbuduje się za nie rzeczy, które będą istnieć długo po odejściu PiSu. Nie będzie więc źle, choć oczywiście szkoda, że pod rządami PiSu znaczna część tych pieniędzy zostanie wydana głupio.
Nie jestem tego pewien. Może być jeszcze gorzej. Jeśli do kraju w krótkim czasie napływają znaczne środki zewnętrzne, ich nieprzemyślane wydawanie może zrujnować gospodarkę. Daron Acemoglu i James A. Robinson analizują to na przykładach historycznych w swojej wybitnej książce Why Nations Fail. Ale mamy całkiem współczesne przykłady, w których raptowny przypływ środków zewnętrznych w postaci olbrzymich pieniędzy z UE lub środków pozyskanych przez emisję denominowanych w euro obligacji, doprowadził dwa kraje do potężnego kryzysu. Mam na myśli Grecję i Hiszpanię.
Grecy środki z UE przejedli. Kolejne rządy kupowały sobie w ten sposób poparcie. Sfera budżetowa rozrosła się niepomiernie. Greków nagle zaczęło być stać na kupowanie dóbr importowanych, więc lokalna gospodarka upadła: po co uprawiać pomidory czy produkować AGD, skoro taniej jest jedno i drugie kupić za granicą? Albo po co rozwijać taką produkcję przemysłową lub rolną, która jest naprawdę potrzebna, skoro można celować w działania wynagradzane dotacjami i zarobić na tym jeszcze więcej? Póki się dało, rząd grecki stosował sztuczki księgowe lub wręcz fałszował statystyki, by ukryć fatalną sytuację budżetu. Do tego Grecja realizowała kosztowne programy zbrojeniowe (flota na wypadek konfliktu z Turcją, formalnym sojusznikiem z NATO), więc łatwo pożyczane pieniądze szybko przepływały do zachodnioeuropejskich stoczni, a odsetki trzeba było płacić. W efekcie gospodarka załamała się, ale ponieważ Grecja była w strefie euro i lokalny kryzys mógł zainfekować pozostałe kraje, bogata europejska Północ tym się zainteresowała. Narzucono Grecji program naprawczy, forsowny i bardzo uciążliwy dla obywateli, ale nie zostawiono jej samej.
Hiszpanie z kolei postawili na rozwój infrastruktury. Zbudowali wspaniałą sieć autostrad, liczne nowoczesne lotniska i cały szereg imponujących budynków publicznych. Ale po autostradach nikt nie jeździ, więc kolejne odcinki są zamykane, nie ma pieniędzy na utrzymanie i remonty tego, co działa, na nowe lotniska nikt nie lata, a utrzymanie ich i tych wszystkich gmachów publicznych kosztuje krocie. Dusi to gospodarkę. Łatwo jest zbudować, zwłaszcza nie za swoje, utrzymać – znacznie trudniej, bo na to dotacji już nie ma. Za to napływ środków z zewnątrz przyczynił się do napompowania bańki na rynku nieruchomości, która kiedyś pękła z hukiem. Teraz Hiszpania potrzebuje środków z Funduszu Odbudowy znacznie bardziej, niż Polska.
Do tego i w Grecji, i w Hiszpanii swoje dołożyła korupcja.
Obawiam się, że Polska pod rządami PiS, wydając środki z Funduszu Odbudowy, twórczo zaadaptuje rozwiązanie greckie i hiszpańskie: korupcję, rozdawnictwo, kupowanie poparcia politycznego, patologiczny rozrost budżetówki, inwestycje infrastrukturalne bez zastanawiania się nad ich przydatnością i przyszłymi kosztami utrzymania. Do tego, jak sądzę, Polska może dołożyć coś od siebie, mianowicie megainwestycje rujnujące środowisko, jak tama na Wiśle, trasy kolejowe do CPK prowadzone przez obszary cenne przyrodniczo czy kolejna gigantyczna odkrywka. A mamy też poczynione wobec Trumpa zobowiązania odnośnie do kontraktów zbrojeniowych.
Jeśli olbrzymie środki z Funduszu Odbudowy zostaną wydane bezmyślnie, głupio, w perspektywie doraźnego efektu politycznego i w celu zaspokojenia manii wielkości rządzących, to z kosztów nie wygrzebiemy się przez całe lata, a raczej dziesięciolecia, a straty środowiskowe mogą być nieodwracalne. Wydawanie tak dużych pieniędzy musi być przemyślane, zaplanowane i kontrolowane, bo inaczej możemy wpaść w poważne tarapaty. A wtedy, ponieważ nie jesteśmy w strefie euro – do której w przewidywalnym czasie nie wejdziemy, po pierwsze z powodów politycznych, a po drugie dlatego, że coraz dalej nam do spełnienia warunków – nam nikt nie pomoże.
Polska zgodziła się na ratyfikację Funduszu Odbudowy, co było słuszne z punktu widzenia solidarności europejskiej, jednak nie zobowiązała się do przyjęcia tych funduszy, zwłaszcza w części pożyczkowej. Więc może jednak lepiej nie…?

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.