Walka precla z obwarzankiem

W pewnym zakątku internetu, który odwiedzam, toczy się spór o to, czy na znany krakowski wypiek powinno się mówić „precel”, czy „obwarzanek”. Nawet jeśli zgodzimy się, że ten wypiek, z racji technologii produkcji, jest obwarzankiem – ciasto, po uformowaniu, a przed wypieczeniem, jest obgotowywane we wrzącej wodzie – pytanie o to, jak się powinno ten wypiek nazywać, jaki jest stary „krakoski” usus, pozostaje zasadne.

Ja opowiedziałem się za obwarzankiem, ale muszę przyznać, że mam pewien kłopot. Ja krakowskie i galicyjskie regionalizmy znam, ale nie mam ich zinternalizowanych. Ja nawet nie mówię, że wychodzę „na pole”! Oczywiście nie mówię, że wychodzę „na dwór”, to byłaby abominacja: mówię, że wychodzę „na zewnątrz” 🙂 Umiem powiedzieć „szklanka” czy „wisienka” tak, żeby Warszawiacy nie zrozumieli, ale na co dzień mówię tak, jak oni. Ale małe, granatowe owoce leśne, na które właśnie jest sezon, nazywam wyłącznie „borówkami”, a ich rzadziej spotykanych czerwonych kuzynów „brusznicami”.

Urodziłem się w Krakowie, ale nie pochodzę „ze starej krakowskiej rodziny”. Moi rodzice pochodzili z Galicji, ale z jej różnych części, w dodatku z bardzo różnych przed wojną środowisk. Mamę do Krakowa rzuciła zawierucha wojenna, tato przyjechał na studia i oboje już tu zostali, choć mama do końca życia nie uważała Krakowa za swoje miasto, czuła się uchodźcą spod Drohobycza. Moi rodzice byli polonistami i przykładali niesłychaną wagę do poprawności językowej, w tym leksykalnej, także w mowie potocznej. I pewnie dlatego mam taki problem z krakowskimi regionalizmami.

Jeśli zaś chodzi o tenże wypiek, to moja mama mówiła „precel”, a tato poprawiał, że to jest „obwarzanek”. Ojciec mojej mamy skończył Politechnikę Lwowską, a we Lwowie były precle, więc dla mamy to słowo było naturalne. Mój tato, biedne chłopskie dziecko spod Nowego Sącza, znał obwarzanki.

Wydaje mi się, że z preclem/obwarzankiem mogło być tak: Gdy Kraków znalazł się w zaborze austriackim, przybyli tu Austriacy zaczęli nazywać regionalny wypiek tak, jak podobny wypiek, który znali. Podobnie zapewne z czasem zaczęli mówić Polacy, którzy jeździli do Wiednia lub w ten czy w inny sposób zadawali się z władzą, a więc także całe mieszczaństwo. Dlatego krakauerską tradycją może być „precel”, choć podkrakowskie wsie używały tradycyjnej – i poprawnej – nazwy „obwarzanek”.

O plakatach wyborczych

Wczoraj wycieczkowo-turystycznie pojeździłem trochę po niewielkich miejscowościach pogranicza województw małopolskiego i świętokrzyskiego. Wszędzie wiszą plakaty kandydatów startujących w majowych wyborach do PE. Patryk Jaki na dosłownie co drugim słupie i płocie, gdzieniegdzie Szydło, w jednym miejscu widziałem baner innego kandydata PiSu i też w jednym miejscu ładną i dużą tablicę Jarubasa. Zgodnie z prawem, wszystkie te materiały już dawno temu powinny były być uprzątnięte, bo teraz już tylko zaśmiecają przestrzeń publiczną, ale ja nie o tym.

Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomą, która była społecznym obserwatorem wyborów samorządowych w niewielkiej małopolskiej miejscowości w 2018. Ludzie tam bardzo przejmowali się wyborem wójta, bo wójt może wiele: decyduje o sprawach co prawda lokalnych, ale mających duże znaczenie dla tamtejszych mieszkańców. Z takich samych powodów ważne też były wybory do rady gminy. Wyborami do rady powiatu i sejmiku wojewódzkiego ludzie przejmowali się mniej, właściwie było im wszystko jedno, na kogo zagłosują. I jak się okazało, prawie wszystkie głosy do sejmiku wojewódzkiego zebrała kandydatka, która nigdy się w tej miejscowości nie pokazała, o której nikt właściwie nie umiał niczego powiedzieć, ale jej plakat wyborczy, jako jedyny, tam wisiał. Była to kandydatka z PiSu, ale zdaniem mojej rozmówczyni, wśród tamtejszych wyborców zdecydowało głównie to, że jej nazwisko, jako jedynej znali, a mogli przy tym powiedzieć, że ta kandydatka się stara, bo przynajmniej swoje plakaty powiesiła.

Ani plakatów Koalicji Obywatelskiej, ani PSL w tej miejscowości nie było.

Myślę, że partie opozycyjne, niezależnie, w ilu blokach pójdą, nie powinny popełnić tego błędu. Plakaty opozycyjnych kandydatów powinny wisieć i w tych miejscowościach, które dotąd głosowały na PiS. Wybory do sejmików wojewódzkich są, w pewnym sensie, w oczach wyborców najmniej ważne, wybory do Sejmu (i Senatu!) mają inną dynamikę, ale tu i ówdzie efekt zapamiętania nazwiska może zadziałać. Przede wszystkim zaś uniknie się fatalnego wrażenia, że opozycja lekceważy prowincję i nawet nie chce się jej przedstawić. To bowiem tylko ułatwiłoby PiSowi opowieść, że opozycja to oderwane od ludu elity, które nieledwie gardzą „zwykłymi Polkami i Polakami”. Przykład Elżbiety Łukacijewskiej pokazuje, że kandydaci Koalicji Obywatelskiej, którzy nie boją się kontaktów z mieszkańcami mniejszych miejscowości, mogą zdobyć mandat nawet w „mateczniku PiSu”. Oczywiście mogą, ale nie muszą, ale jeśli nie będą próbować, to na pewno nie zdobędą.

Park Zdrojowy w Busku Zdroju

Kulminacja

Przeżywamy wizualną kulminację katastrofalnej anty-reformy („deformy”) oświaty dokonanej przez PiS: Wiele dzieci z „podwójnego rocznika” nie dostało się do szkół ponadpodstawowych. Nie tylko do wybranych, wymarzonych szkół ponadpodstawowych, ale do żadnej szkoły. Na prowincji nie jest źle, w mniejszych i średnich miastach jako-tako, ale w dużych miastach jest tragedia: w Warszawie i Poznaniu do żadnej szkoły nie dostało się ponad trzy tysiące uczniów, w Krakowie dwa i pół tysiąca, we Wrocławiu półtora tysiąca, w Gdańsku i w Rzeszowie ponad tysiąc.

Dla zdecydowanej większości z tych uczniów jakieś miejsca w końcu się znajdą: Dyrektorzy liceów i techników, na polecenie władz swoich miast, kreują nowe klasy i powiększają, niechby o dosłownie kilka osób, te zaplanowane. Są też wolne miejsca w mniej popularnych technikach i w szkołach zawodowych, zwanych obecnie branżowymi. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro od lat narzekam, że w Polsce zbyt dużo młodych ludzi idzie na studia, zwłaszcza na masowe kierunki społeczno-humanistyczne w bardzo słabych uczelniach, powinienem się cieszyć, że w tym roku dużo młodzieży pójdzie do szkół zawodowych. Nic podobnego. Owszem, byłoby dobrze, gdyby dużo uczniów chciało – podkreślam: chciało – iść do szkół zawodowych. Gdy taki wybór zostaje im narzucony lub gdy jest wynikiem splotu przypadkowych okoliczności, raczej nic dobrego z tego nie wyniknie. Spowoduje to głównie frustrację, jeśli nie życiowe dramaty u setek młodych ludzi.

Dla pomysłodawców i wykonawców deformy, a więc przede wszystkim dla Jarosława Kaczyńskiego (przypominam, że to jest zły człowiek, któremu sprawia radość wyrządzanie krzywdy innym), dla arcygłupiej byłej minister Anny Zalewskiej, dla obecnego ministra Dariusza Piontkowskiego, dla wszystkich przygłupów i karierowiczów w kuratoriach, dla premierów Szydło i Morawieckiego i dla dr. Dudy, którzy swoim urzędowym autorytetem te zmiany firmowali, mam wyłącznie słowa oburzenia i pogardy [—]. Apologetom PiSowskiej reformy, którzy popierali ją bezrozumnie, tylko dlatego, że wprowadza ją dobra zmiana, mówię: Opamiętajcie się!

Niesłychanie obłudne są zabiegi PiSu, aby odpowiedzialność za katastrofę podwójnego rocznika przerzucić na samorządy. Tak, to samorządy organizują system szkolny, ale państwo powinno dawać na to środki. Tymczasem sama Warszawa twierdzi, że na przystosowanie sieci szkół do deformy wydała 80 milionów złotych, z czego państwo dało 3,5 miliona. Podobnie jest w innych miejscowościach.

Przy czym to, co właśnie widzimy, jest tylko wizualną kulminacją skutków deformy. Szkoły będą przepełnione przez trzy lata, gdy współistnieć będą w nich skumulowane roczniki. Samo to przyniesie duże utrudnienia i przyczyni się do obniżenia poziomu nauczania. Spodziewam się, że w przyszłym roku licea przygotują mniej miejsc, niż w latach ubiegłych, żeby nieco rozładować ciasnotę w szkołach. W ten sposób skutki podwójnego rocznika odbiją się także na roczniku kolejnym. A może i na jeszcze następnym. Poza tym będzie brakować nauczycieli, a młodzież będzie się uczyć wedle anachronicznych, niespójnych, przeładowanych, napisanych przez nie wiedzieć kogo programów. W dodatku skutki deformy – nie brak miejsc w szkołach, ale długofalowe, strukturalne skutki deformy – w największym stopniu dotkną wieś i środowiska o mniejszym kapitale materialnym i kulturowym. W ten sposób PiS faktycznie działa wbrew interesowi środowisk, na których opiera swoją władzę, pogłębiając różnice miasto-wieś i nierówności społeczne.

Absurdalność całej sytuacji ktoś bystry wskazał już jakiś czas temu: Oto zamiast zastanawiać się jak, czego i w jaki sposób uczyć naszą młodzież w drugiej i trzeciej dekadzie XXI wieku, dyskutujemy głównie o tym, jak kolanem, na siłę upchnąć jak najwięcej dzieci w przepełnionych szkołach.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko się wspomina: Co czują same dzieci z podwójnego rocznika? Ci, którzy nie dostali się do żadnej szkoły lub którzy dostali się do szkoły siódmego, dziesiątego, dwudziestego wyboru, czują się zdradzeni, oszukani przez państwo i dorosłych. Dla niezrozumiałego, szaleńczego, na wskroś zideologizowanego kaprysu rządzących, zostali sponiewierani, pokazano im, jak mało są warci i jak mało znaczą, a ich nadzieje i plany zostały zaprzepaszczone. Ale nawet ci uczniowie, którzy na rekrutacji wyszli całkiem nieźle, będą się uczyć w znacznie gorszych warunkach, niż ich o rok, dwa lata starsi koledzy. To wszystko zrodzi frustrację, wściekłość, brak zaufania do państwa i jego instytucji. Podłożyliśmy pod elementarną spójność społeczną bombę, której rozmiarów i destrukcyjnych skutków chyba nawet nie ogarniamy.

Remanenty: Reptilianie atakują

Gdy Anna Zalewska, w nagrodę za zdewastowanie polskiego szkolnictwa, objęła synekurę w Parlamencie Europejskim, trzeba było znaleźć nowego ministra edukacji. Na stanowisko to Partia wyznaczyła Dariusza Piontkowskiego, reptilianina.

Dariusz Piontkowski, fot.: Michał Zieliński / PAP

Zaraz podniosły się głosy, czy ministrem, w szczególności ministrem edukacji, może zostać osoba winna przestępstwa ściganego z oskarżenia publicznego. Ktoś nawet w radiu powiedział, że Piontkowski był za przestępstwo skazany, na co ten strasznie się oburzył i zagroził pozwem. O cóż chodzi?

Dariusz Piontkowski był w 2008 marszałkiem województwa podlaskiego, ale został z tej funkcji odwołany. Tego samego dnia, gdy został odwołany, w nocy, Piontkowski wciąż podpisywał dokumenty jako marszałek; dokumenty były przy tym antydatowane. Odwołany marszałek został oskarżony o „przywłaszczenie funkcji publicznej”. Piontkowski tłumaczył, że myślał, iż odwołanie wchodzi w życie następnego dnia po uchwale sejmiku, a więc że do północy dokumenty mógł podpisywać legalnie. Ostatecznie sąd w 2013 warunkowo umorzył postępowanie przeciwko Piontkowskiemu i obciążył go kosztami postępowania. Warunkowe umorzenie oznacza, że sąd
– stwierdza, że do przestępstwa doszło, a okoliczności jego popełnienia nie budzą wątpliwości;
– że sprawcą przestępstwa jest oskarżony;
– jednak z uwagi na niewielką szkodliwość społeczną czynu oraz z uwagi na postawę sprawcy, sąd odstępuje od ukarania sprawcy, wyznaczając mu pewien okres próbny. Dariusz Piontkowski nie odwoływał się od tego postanowienia, uznał więc tym samym swoją winę, ale rzeczywiście nie został za to przestępstwo skazany, jest więc i zawsze był osobą niekaraną.

Jednak reptiliańskie zakusy na „przywłaszczanie funkcji publicznej” znów się w PiSie pojawiły. W Dzienniku Ustaw z 14 czerwca ukazało się rozporządzenie Ministra Finansów z 12 czerwca 2019 w sprawie deklaracji o rezygnacji z dokonywania wpłat do pracowniczych planów kapitałowych, podpisane przez minister Teresę Czerwińską. Rzecz w tym, że w dniu, w którym rozporządzenie formalnie zostało podpisane, Teresa Czerwińska nie była już ministrem, zrezygnowała bowiem z tej funkcji 4 czerwca. Czyżby rozporządzenie podpisała osoba do tego nieuprawniona?

Rząd tłumaczy, że minister Czerwińska podpisała rozporządzenie 30 maja, po czym zostało ono przesłane do konsultacji międzyresortowych i zostało opublikowane, gdy konsultacje zakończyły się, a zatem według rządu wszystko jest formalnie w porządku. Jednak poważne wątpliwości odnośnie do legalności tego rozporządzenia pozostają, tym bardziej, że rząd nie ujawnił żadnych dokumentów potwierdzających prawdziwość swej opowieści – powyższe wiemy tylko z wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina. I dlaczego zatem rozporządzenie nie nosi daty 30 maja, skoro konsultacje najwyraźniej niczego nie zmieniły? Można sobie wyobrazić, że ktoś zechce podważyć w sądzie prawidłowość wypełnionej przez przyszłego emeryta deklaracji sporządzonej na podstawie tego rozporządzenia. Jak wówczas zdecydowałby sąd, nie wiadomo. Z drugiej strony trudno byłoby w tym wypadku mówić o „znikomej szkodliwości” czynu, gdyż potencjalnie może chodzić o setki milionów złotych. Byłej minister Czerwińskiej, obecnie członkini Zarządu NBP, może więc grozić odpowiedzialność karna. Odpowiedzialność mogłaby też dotknąć Mateusza Morawieckiego, który skierował to być może wadliwe rozporządzenie do publikacji.

Po to między innymi są przepisy i procedury, aby można było uniknąć wątpliwości odnośnie do trybu tworzenia aktów prawnych.

Sprawa zapewne rozejdzie się po kościach i żadnych procesów nie będzie, choć oczywiście trudno przesądzać, co może się zdarzyć za kilka miesięcy lub lat. Pokazuje to jednak po raz kolejny, że PiS całkowicie lekceważy formalne procedury i zasady rzetelnej legislacji, ryzykując chaos prawny, poważne konsekwencje finansowe dla obywateli, a przede wszystkim pokazując, że prawo prawem, ale ma być tak, jak Partia postanowi. Cóż, to są reptilianie, więc nie powinniśmy się niczemu dziwić.

Remanenty: ArcelorMittal wygasza piec

Dwa miesiące temu koncern ArcelorMittal poinformował, że wygasza wielki piec w Nowej Hucie. Wyłączenie niby-to ma być tymczasowe, ale chyba nikt nie wierzy, że wielki piec zostanie ponownie uruchomiony. To duży cios dla krakowskiego kombinatu i groźba utraty wielu miejsc pracy. Prawica krzyczy, że winna jest Unia Europejska, każąca płacić horrendalne kwoty za emisję CO2: produkcja stali w Polsce jest przez to nieopłacalna, a Unię Europejską zalewa tania stal z Chin, Indii i krajów postsowieckich. Podobne miałyby być przyczyny grożącej upadłości Huty Częstochowa (jednak ostatnio inwestor podobno dogadał się z bankami).

Tymczasem przyczyny są inne i wybiegają daleko poza nasze polskie, a nawet europejskie podwórko.

1. ArcelorMittal zamyka wielki piec w Krakowie, gdyż spada popyt na stal. Kraków nie jest przy tym wyjątkowy, podobny los spotyka stalownie tego koncernu w Hiszpanii, Niemczech i Francji, a planowana rozbudowa stalowni włoskich ma być spowolniona.

2. Popyt na stal spada, gdyż maleją inwestycje – tak w Polsce, jak w reszcie Europy i globalnie.

3. Nasz największy sojusznik, Donald Trump, w ramach swojej protekcjonistycznej polityki America First, obłożył cłami stal importowaną przez Stany Zjednoczone, a produkowaną głównie w Chinach i Indiach. Zamknięcie stalowni w tych wielkich krajach jest znacznie bardziej uwikłane politycznie, niż zamknięcie kilku stalowni w bogatej i stabilnej Europie. Azjatyccy producenci stali, nie mogąc jej sprzedać w Ameryce, muszą ją sprzedawać gdzie indziej, w szczególności w Europie. (Więcej stali do Stanów, niż Indie, eksportują Kanada i Meksyk, ale one wynegocjowały sobie zwolnienie z ceł Trumpa, a jeśli liczyć wyroby stalowe – maszyny i urządzenia – więcej, niż Indie, eksportują też Japonia i Korea. Jak by nie liczyć, Chiny są największym eksporterem stali – i w ogóle, i do Stanów.)

4. My się sami nie możemy przed masowym napływem azjatyckiej stali bronić, przede wszystkim dlatego, że nasza gospodarka jest malutka w porównaniu z tymi kolosami. To dotyczy wszystkich gospodarek europejskich, więc wobec świata zewnętrznego Unia Europejska występuje jako całość. Być może nasz rząd mógłby przekonać – a przynajmniej próbować przekonać – Komisję Europejską do szybszej reakcji na rosnący import stali, ale w tym celu (i) polski rząd musiałby się znać na czymkolwiek poza rozdawnictwem i transferowaniem kapitału za granicę oraz (ii) ktoś w Komisji Europejskiej musiałby się z polskim zdaniem liczyć. Obawiam się, że żaden z tych warunków nie jest spełniony.

5. Opłacalność produkcji stali w Polsce jest dodatkowo ograniczona przez sytuację na rynku energii. Nie dość, że w Polsce ceny energii są już wyższe, niż w Niemczech – co po części wynika z wysokich opłat za emisję CO2, po części z wieloletnich zaniedbań, którym winne są także poprzednie rządy, po części zaś z tego, że PiS na początku kadencji właściwie zniszczył energetykę odnawialną w Polsce – to w dodatku są one niepewne. Wzrosną, ale na skutek motywowanych politycznie, chaotycznych i nieudolnych działań PiS na rynku energii, nie wiadomo kiedy i o ile, a to kolosalnie utrudnia planowanie rozległych działań gospodarczych.

6. Wreszcie krakowska huta ArcelorMittal, zamiast płacić kary za emisję CO2, mogłaby zainwestować w technologie niskoemisyjne. Taka inwestycja zwraca się jednak dopiero po wielu latach, miałaby więc sens, gdyby Lakshmi Mittal, doktor h.c. AGH, planował trwałą obecność w Polsce. Nic jednak nie wskazuje, aby miało to miejsce. Mittalowi opłaca się produkować stal w Europie tak długo, jak długo europejski popyt jest odpowiednio wysoki, gdyż wówczas, mimo ponoszenia większych kosztów produkcji, oszczędza na kosztach transportu i braku konieczności pokonywania barier handlowych. Gdy popyt, jak teraz, spada, bardziej opłaca się importować stal z indyjskich hut Mittala i z hut chińskich, gdzie koszta wytworzenia, takie jak koszt pracy, koszt pozyskania i transportu surowca, opłaty środowiskowe, są strukturalnie i trwale niższe, niż w Europie, w tym nawet w naszej części Europy.

Być może smutny skądinąd los kombinatu w Nowej Hucie i Huty Częstochowa, podobnie zresztą jak rosnący import węgla z Rosji, świadczą o tym, że Polskę dotyka proces, przez który Europa Zachodnia już w znacznym stopniu przeszła: Usuwanie ciężkich, brudnych przemysłów surowcowych i „eksportowanie” ich na wschód, gdzie koszta pracy są niższe a przepisy środowiskowe łagodniejsze i kiepsko egzekwowane. Ekonomicznie jest to opłacalne, choć może oznaczać utratę wielu dobrze płatnych miejsc pracy i uzależnienie od importu. W bonusie dostaje się czystsze środowisko u siebie, choć wpływ na globalny klimat może być zgoła negatywny.